Ostatnie dwa dni spędziłam na szkoleniu. Kiedy wczoraj rano do sali
wkroczyła trenerka w 7 miesiącu ciąży, pomyślałam "no dobra, jest
ciekawie", ale nie przeszkadzało mi to do momentu, kiedy okazało
się, że trenerka zamierza wielokrotnie mówić o swojej ciąży,
żartować sobie, robić nawiązania (razem ze mną jest Tosia; mam
nadzieję, że Tosia nie postanowi urodzić się na tym szkoleniu;
wybaczcie, że siedzę, ale ciężko mi się stoi) oraz, że do tematu
ciąży jest w stanie dojść od dowolnego innego (temat "wysokie
obcasy": w zeszłym tygodniu założyłam wysokie obcasy, ale nie dałam
rady; temat "piłka nożna": ogladałam mecz, ale brakowało mi
możliwości napicia sie piwa itd.). Ponadto dziś cały dzień masowała
się obiema rękami po brzuchu.
No i oczywiście nie mam do dziewczyny pretensji, że jest w ciąży i
mam świadomość, że ja jej niewinne komentarze odbieram x 3, ale było
mi naprawdę ciężko. Wiecie, dwa dni na 20 metrach kwadratowych z
kimś, któ w dowolnym momencie może z czymś wyskoczyć, a ja nie będę
za każdym razem dla ukrycia kręcącej się w oku łzy udawała, że
wychodzę do toalety.
Podejście do tych dwóch dni mam "na Lorda Farquada" (misicy się
spodoba

): sam fakt twojego istnienia jest wystarczającym
nietaktem, ale żeby jeszcze na okrągło o tym gadać?!
Zadałabym pytanie, czy jestem już w patologicznym stanie, ale chyba
nie chcę znać odpowiedzi. Pozostanę w niepewności, w którą wpędziły
mnie moje dwie przyjaciółki, z których jedna odpowiedziała "ależ
tak", a druga "ależ nie"...