Mam problem z moim mezem. Od dluzszego czasu ja bardzo chce miec dzidziusia, a
moj maz nie za bardzo. Nie chcial rozmawiac, ale ostatnio powiedzial, ze sie
boi, ze nie bedziemy mieli czasu dla siebie, ze on nie jest gotowy, itp itd.
Faktem jest ze moj maz ma 30 lat, ustabilizowana sytuacja zawodowa, mamy
mieszkanie, wszystko ok.
Po kilku rozmowach inicjowanych z mojej strony, powiedzial, ze chyba warto
sprobowac, bo on chyba nigdy nie poczuje wielkiej chceci posiadania dziecka, a
ze mnie kocha i ze ja chce to moze trzeba zaczac sie starac. Nie jest to moze
deklareacja, ktorej bym oczekiwala, ale sam, niewymuszenie to powiedzial,
uznalam ze jest to krok naprzod. Powiedzialam, ze pojde do lekarza zrobic
badania kontrolne, zaczen brac kwas foliowy i zaczniemy brac do roboty.
Chcialam z nim jeszcze troche pogadac, na ten temat, ale on mnie slucha, a sam
mamlo mowi. Jak sie zapytalam dlaczego nie tryska radoscia, dlaczego nie chce
gadac, powiedzial, ze musze dac mu troche czasu.
Wczoraj rano, powiedzialam mu ze mam owulacje, i ze wieczorem jest szansa, a
wieczorem... moj mezus zmeczony.... i nic.
co to wszystko znaczy? Chce czy nie chce? Ja moge poczekac, ale on jest taki
trudny... Czy on chce ale sie boi i zacznie sie cieszyc pozniej czy nie chce
ale czuje ze nie ma wyjscia? Co mam robic? Przeciez dzieci nie robia sie przez
zapylenie

Jak