Gość: mwilczynska
IP: *.*
05.07.02, 11:39
Cześć!Różne się słyszy opinie na temat szpitala na KArowej. Ja urodziłam tam mojego Maciusia 21. czerwca. Uczucia mam mieszane. Poród był w porządku, rodziliśmy z mężem w sali do porodów rodzinnych, była bardzo sympatyczna, były drabinki i prysznic. Co chwila przychodziła położna (nie miałam wynajętej prywatnej) i lekarze, zaglądały asystentki. Nie czułam się zostawiona samej sobie, zainteresowanie personelu postępem porodubyło duże. Lekarka dyżurna zaproponowała mi poród na stojąco, ponieważ jestem niska i tak miało być łatwiej. Niestety, w pewnym momencie, gdy odeszły już wody, rozwarcie wynosiło 3,5 cm, a skurcze były bardzo silne i długie, nagle spadło tętno u dziecka. Podanie mi maski tlenowej nic nie pomogło. I wtym momencie zapadła błyskawiczna decyzja - cesarskie cięcie. W sali porodowej zaroiło się od lekarzy, szybko przewieziono mnie na salę operacyjną,gdzie już po paru minutach usłyszałam płacz dziecka.Niestety, mąż nie mógł być obecny przy operacji. Po wyjęciu dziecka pokazanomi je tylko na chwilę i zabrano na oddział noworodkowy, a mnie przewieziono na salę pooperacyjną, gdzie przeleżałam dobę - bez dziecka i bez męża, bo tam go również nie wpuszczono.Mam zastrzeżenia do obsługi na sali pooperacyjnej. Pielęgniarka, która miała tam dyżur w nocy, niespecjalnie się mną zajmowała, a gdy odeszło mi znieczulenie, musiałam przez prawie dwie godziny prosić ją o zastrzyk przeciwbólowy,zalecony mi przez lekarza. (Później na oddziale położniczym siostry same proponowały mi zastrzyk, widząc moją znękaną minę i argumentując, że wcale tu nie muszę być bohaterska). Na tej sali pooperacyjnej leżałam tak długo, bo musiałam czekać, aż zwolni się miejsce na położnictwie. W tym szpitalu jest po prostu oblężenie. Kilka małżeństw przez pół dnia musiało czekać w ogólnej sali porodowej, już po porodzie, na miejsce na położnictwie.A jak jest właśnie na położnictwie? Przede wszystkim szpital ma super wygodne łóżka, sterowane elektronicznie. Zwłaszcza dla mnie po cesarskim było to ważne, bo przez parę dni ledwie się ruszałam. Łazienki faktycznie nieciekawe. A obsługa? Zależy na kogo się trafi, ale gdy się prosi położne o pomoc, naprawdę pomagają, nigdy nie odmawiały. Same z siebie nie przychodzą pytać jak się czują pacjentki, bo po prostu mają ich za dużo. Ja, gdy o coś pytałam, zawsze otrzymywałam odpowiedź.Poza tym codziennie przychodziła do nas pani z poradni laktacyjnej i pytała, czy nie mamy problemów z karmieniem, wyjaśniała, jak przystawiać dziecko i jak sobie radzić.Do mnie codziennie przychodziła rehabilitantka i robiła ze mną ćwiczenia dla kobiet po cesarskim cięciu, dzięki czemu bardzo szybko zeszła mi opuchlizna z nóg i rąk i szybciej wróciłam do formy (koleżanki rodzące w innych szpitalach przez cc. nawet niewiedziały, że od pierwszego dnia po cięciu już trzeba ćwiczyć).Jeszcze inna rzecz, dla mnie istotna: do porodu dostałam szpitalną koszulę, nie musiałam niszczyć własnej (na Solcu np. radzilimi przynieść stary podkoszulek męża, świeże koszule można tam było zawsze dostać, tak samo podkłady na łóżko. Podkłady ginekologiczne też leżały dostępne dla wszystkich, nikt ich nie wydzielał. Dla dzieci dostawaliśmy codziennie po kilka pampersów, zawsze też były dla nich świeże kaftaniki. Pediatrzy codziennie dokładnie badali dzieci i gdy tylko coś budziło ich zastrzeżenia, zatrzymywali dłużej. Mnie wypuszczono dopiero po zdjęciu połowy szwów, na zdjęcie drugiej połowy wyznaczono termin za dwa dni.Moje łożysko wysłano do badania, dziecku wyznaczono kontrolną wizytę w poradni neonatologicznej w szpitalu. Tak więc nawet po wyjściu nie czuję się zostawiona samej sobie. I to jest ważne w tym szpitalu - dobrze dopracowane procedury medyczne. I może dlatego jest tak właśnie oblegany.Natomiast serdecznej atmosfery,tak jak na Żelaznej, niestety tam brakuje.Uff, ale się rozpisałam.PozdrawiamGośka