Gość: Stary
IP: *.clover.com.au / *.clover.com.au
22.05.02, 15:59
Ppor. Komentator i kozetka doktora Freuda
Zastanawiając się nad przyczynami głębokiej nienawiści czekisty Komentatora
do "pani w kapeluszu" (królowej brytyjskiej Elżbiety II), dochodzę do wniosku,
że to wynik głęboko osadzonych kompleksów podporucznika K., który dobrze wie,
że choćby zapluł w swoim gabinecie wszystkie ściany do wysokości wiszącego
naprzeciwko biurka portretu Feliksa Dzierżyńskiego, i choćby osłabł od krzyków,
jednego stanowiska nie obejmie nigdy.
Mianowicie, posady zwykłego szeregowego obywatela w normalnym, nowoczesnym
państwie.
Normalnym, to znaczy takim, które:
nie aspiruje do drobiazgowej regulacji wszystkiego,
skrupulatnie przestrzega własnego prawa,
obywateli nie uważa za swoją własność,
niczego im nie nakazuje,
uważa, by im bez potrzeby nie przeszkadzać,
nie stara się być wszechmocne, wszechwiedzące i wszechobecne,
nie gromadzi obsesyjnie"teczek" i "haków", bo nie czuje takiej potrzeby,
nie pozwala nawiedzonym "inżynierom społecznym" dłubać przy wszystkim,
no i nie wpieprza się każdemu bez przerwy pomiędzy
przysłowiową wódkę i zakąskę.
Taka skromna godność - dumnego i lojalnego szeregowego obywatela normalnego
państwa - to rzecz w Polsce nie do nabycia za żadne pieniądze; rzecz, o jakiej
nikt w kraju nie ma i długo jeszcze mieć nie będzie najmniejszego pojęcia. W
każdym razie, ja wpadam w znakomity humor za każdym razem, kiedy pomyślę, że
jestem pełnoprawnym współwłaścicielem państwa australijskiego, które mnie
traktuje dokładnie tak samo, jak każdego innego ze swoich udziałowców, i że już
zawsze tak w moim życiu będzie. Przyjemnie jest być podmiotem.
W Polsce, propozycja, by obywatel był podmiotem, zamiast przedmiotem, jest
uważana za wywrotową, sprzeczną z polskim charakterem narodowym i zagrażającą
polskiej racji stanu. W dodatku, prawie wszyscy w kraju uważają, że wszystko
jest w porządku i tak ma być, bo mało kto zdaje sobie sprawę, że oprócz
etatystycznego centralizmu autorytarnego istnieją jeszcze inne modele
sprawowania władzy.
Gdyby Polska znalazła sposób na uruchomienie w swoich obywatelach zamieszkałych
w kraju drobnej części tej energii i dyscypliny, jaką Polacy odnajdują w sobie
na emigracji, to Wisłą dawno płynęłoby zamiast wody mleko z miodem, i to od
Gdańska w Beskid, pod górę. Ale takiego sposobu się nie znajdzie, ponieważ
Polacy są programowo nieprzychylni sobie nawzajem, a spokój, determinację i
dyscyplinę interpretują jako słabość. Cała energia umysłowa tradycyjnie idzie w
Polsce na roztrząsanie bez końca, kto ma być na wierzchu, a kto pod spodem.
Najwyższą rozkoszą dla każdego Polaka jest demonstracyjne pokazywanie innemu
Polakowi, że jest nad nim górą, że może mu bezkarnie zrobić co chce, i że jest
od niego mądrzejszy.
W następstwie takiego podejścia, zamiast coś dla siebie zrobić, rodacy w kraju
poświęcają całą swoją energię na szpanowanie i szastanie się wokoło, tak, żeby
wszyscy widzieli, kto kim rządzi.
Polacy zarządzają własnym krajem tak, jakby administrowali tubylcami podbitej
kolonii, albo okupowanym terytorium nieprzyjacielskim. Są chronicznie chorzy z
zawiści i podejrzliwości, czy komuś innemu się czasem za dobrze nie żyje, albo
że ktoś ich niechybnie robi w konia, bo jakby nie robił, to przecież by im było
lepiej. Te złowrogie antypolskie knucie zawsze według Polaków z kraju
popełniają jacyś inni, jacyś "oni": obcy, cudzy, nie swoi, Żydzi, masoni,
cudzoziemcy, Ameryka, Izrael, Unia, Polonia; wszyscy, tylko nie oni sami.
A ppor. Komentator czyści nagan, dokłada do pieca i czeka, aż przyjdzie Unia i
zrobi porządek. Myślę, że się zawiedzie. Znaczy, Unia co prawda przyjdzie, ale
jedyne co będzie mogła zrobić, to załamać ręce.