kaganowski
23.10.05, 13:32
Jak już to nie raz i nie dwa pisałem na tym forum, nie ulega obecnie
najmniejszej wątpliwości, iż tzw. Long Boom, czyli długotrwały okres
prosperity (z grubsza lata 1945-1980) się skończył, i mamy do czynienia z
kolejną „długą falą” Kondratieffa, tym razem falą długotrwałej recesji, która
w kapitalistycznej gospodarce wolnorynkowej przychodzi po fali długoterminowej
ekspansji, a nie można dłużej liczyć na utrzymanie się (na dłuższą metę) w
Australii (a tym bardziej w Nowej Zelandii) standardu życia Pierwszego
(rozwiniętego) świata z eksportu o strukturze Trzeciego (zacofanego) świata,
ze względu chociażby na wspomniany spadek cen płaconych Australii i Nowej
Zelandii za ich surowce, a szczególnie wełnę, zboża, węgiel i rudy metali. Nie
ulega więc wątpliwości, iż tzw. terms of trade uległy pogorszeniu w tych
krajach, i że jest to trend długofalowy.
Oczywiście, pogorszenie się terms of trade w Australii i Nowej Zelandii jest
tylko wynikiem znacznie głębszych procesów zachodzących w ramach gospodarek
tych państw, a także w światowej gospodarce. Ernest Mandel, znany „radykalny”
(to jest marksistowski) ekonomista uważa, iż obecny długoterminowy kryzys
gospodarki światowej ma swe podłoże w długofalowej tencencji do obniżki stopy
zysku, która (zdaniem Karola Marksa i jego zwolenników) jest niejako wbudowana
na stałe w mechanizm wolnokonkurencyjnej gospodarki kapitalistycznej. Nie
wnikając w szczególy, które są wyjaśnione dokładnie w praktycznie każdym
podręczniku marksistowskiej ekonomii politycznej, wystarczy abym w tym miejscu
przypomniał, iż według Karola Marksa, a także Adama Smitha i Dawida Ricardo,
jedynym źródłem nowych wartości jest praca ludzka (tzw. labour theory of
value). Jednocześnie na skutek naturalnego w tym systemie dążenia
kapitalistów do maksymalizacji zysku, zmienia się tzw. organiczny skład
kapitału (organic composition of capital) na korzyść kapitału stałego ‘c’,
czyli pośredniego wkładu pracy ludzkiej a tym samym na niekorzyść kapitału
zmiennego ‘v’, czyli bezpośredniego wkładu pracy ludzkiej. Jest to po prostu
wynik inwestowania w maszyny i urządzenia, które zwiększają wydajność
robotników, a więc poprzez zmniejszenie kosztów produkcji pozwalają
kapitaliście (przynajmniej potencjalnie) osiągnąc wyższe zyski niż jego
konkurenci. Jednocześnie jednak zmiana organicznego składu kapitału, czyli
stosunku c/v na niekorzyść ‘v’ powoduje spadek stopy zysku mierzonej poprzez
stosunek zysku (w marksistowskiej terminologii „wartości dodatkowej” albo
„surplus value”, oznaczanej symbolem ‘m’ albo ‘s’, a więc tej części
wynagrodzenia robotnika, która jest niejako zawłaszczana przez pracodawcę, a
więc właściciela kapitału, z tytułu posiadania owego kapitału) do całego
kapitału, czyli inaczej m/(c+v). Tak więc jeśli wzrasta ograniczny skład
kapitału c/v, to stopa zysku m/(c+v) musi spaść, jako iż ‘c’ staje się coraz
większe niż ‘v’, a ‘m’ (wartość dodatkowa) jest produktem ‘v’, a nie ‘c’.
Jedynymi drogami do zwiększenia zysków, dostępnymi dla kapitalistów przy
malejącej stopie zysku, są więc:
- zwiększenie skali produkcji (stąd więc walka o nowe rynki zbytu, tak
chrakterystyczna dla współczesnego kapitalizmu), albo
- zwiększenie stopy wartości dodatkowej m/v, inaczej tzw. stopy wyzysku
robotnika (rate of exploitation).
Innymi słowy: zwiększenie stopy wyzysku i/lub skali produkcji pozwala
kapitaliście zneutralizować negatywne dla niego efekty wzrostu organicznego
składu kapitału.
Jednakże, jak to zauważa np. wspomniany Mandel, istnieją granice wzrostu
stopy wyzysku m/v, jako iż robotnik zawsze będzie potrzebowal pewnej części
wytworzonych przez siebie wartości na regenerację swych sił, i na jej
reprodukcję, czyli innymi słowy na utrzymanie siebie i swej rodziny. Tak więc
w dłuższym okresie czasu stopa zysku m/(c+v) musi spadać, i co do tego zgodni
są z Marksem nie tylko Mandel i inni marksiści, ale też i Keynes oraz jego
liczni zwolennicy, którzy przejęli wiele z klasycznej teorii ekonomii Adama
Smitha i Dawida Ricardo. A na owym spadku stopy zysku najbardziej ucierpią,
jak to zwykle bywa w kapitaliźmie wolnorynkowym, najsłabsi kapitaliści i
najsłabsze gospodarki.
Nie ma więc dla Australii, a tym bardziej dla jeszcze bardziej pogrążonej w
długotrwałej recesji Nowej Zelandii, ani prostego ani też tym bardziej
bezbolesnego powrotu do okresu prosperity: owych “złotych” lat 1945-1973
(1980). Jednakże trudno mi wciąż zrozumieć, iż w obu tych państwach tylko
jeden kierunek reform był rozważany i przyjęty, i to właściwie bez
jakiejkowiek merytorycznej dyskusji czy też krytyki. I ten właśnie brak
zainteresowania dla innych niż neoliberalna szkól w ekonomii, a stąd brak
jakiejkolwiek analizy alternatywnych rozwiązań wyjścia z kryzysu był, moim
zdaniem, najważniejszą z głównych przyczyn fiaska owych reform. Ów prymat
ideologii nad zdrowym rozsądkiem i ogólnymi zasadami podejmowania racjonalnych
decyzji, jakże podobny do stalinowskich praktyk w byłym Bloku Sowieckim (a
więc też i w Polsce) w latach bezpośrednio po II Wojnie Światowej, kosztował
drogo Australię, podobnie jak i znacznie mniejszą i uboższą Nową Zelandię.