polonus5
05.12.05, 00:58
Ginie papier toaletowy, termostaty, kurki, umywalki, czajniki, telefony i
komputery. Ze Szpitala Bródnowskiego w Warszawie złodziej wyniósł nawet kanapę.
W warszawskich szpitalach trwają gorączkowe remonty. Wszystkie chcą wydać
pieniądze, które dostały z ratusza, przed końcem roku. Jednak nowe baterie czy
umywalki w łazienkach to prawdziwy przedmiot pożądania dla pacjentów. Dopiero
co zamontowane - znikają bez śladu. - Złodziejstwo w szpitalach to plaga
większa, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać - twierdzą lekarze.
Wentylator odkręcą
Szpital Bielański wydał w tym roku na remonty już kilkanaście milionów
złotych. Zamontowano m.in. nowoczesne grzejniki z termostatami. - Cóż z tego,
skoro ktoś odkręcił już 30 z nich - narzeka Barbara Lis-Udrycka, rzecznik
szpitala. - A jeden termostat kosztuje 80 zł. Z łazienek notorycznie znikają
żarówki, baterie, umywalki i wentylatory sufitowe. Nie szacowaliśmy strat, ale
to na pewno spore kwoty. Ci, którzy kradną, nie rozumieją chyba, że okradają
siebie samych.
Pracownicy szpitala opowiadają też o jednej z pacjentek, której nadzwyczaj
spodobały się sztuczne rośliny w stojącej w holu donicy. Choć w ich wyrwanie
włożyła sporo siły, nie udało jej się ich wyciągnąć. A to tylko dlatego, że
szpital przezornie polecił zalać donice betonem.
Do legendy przeszła też historia kradzieży nowej kanapy ze Szpitala
Bródnowskiego. Postawiono ją na świeżo wyremontowanym oddziale kardiologii -
miała służyć pacjentom i odwiedzającym. Zniknęła już po kilku dniach wraz z
dwoma fotelami. Jak chorzy ją wynieśli - wciąż nie wiadomo.
Czajnikiem nie pogardzą
Szpitalni złodzieje nie gardzą też innymi fantami. Izba przyjęć Szpitala
Grochowskiego straciła kilka dni temu aparat do EKG wart kilka tysięcy
złotych. Wystarczyło, że przez chwilę pokój badań był pusty. - Żeby tego
sprzętu użyć, trzeba się na tym znać. Złodziej pewnie go wyrzucił, a my nie
mamy czym badać chorych - denerwuje się Andrzej Jacyna, dyrektor szpitala.
W podobny sposób z dyżurki pielęgniarskiej szpitala przy Barskiej zniknął
telefon starego typu (z tarczą) i czajnik bezprzewodowy. Zaś z korytarza
prądnica z węża strażackiego. - Wartościowe to nie jest, ale mamy kłopot, jak
te braki uzupełnić - mówi Artur Kamecki, zastępca dyrektora ds. administracyjnych.
W korytarzu szpitalu przy Banacha jeszcze do niedawna stały dwie wagi na
monety. Zniknęły. - Jak można było je wynieść? Były wysokie, nieporęczne -
dziwi się Juliusz Popowicz, szef ochrony. - Pewnie ktoś załadował je na wózek
i wywiózł korytarzem na parterze, którym po południu mało kto chodzi. Może
zrobił to któryś z pracowników?
Także w tej lecznicy tylko w tym roku ukradziono aż 150 komórek.
Alarmów się nie boją
Jak szpitale bronią się przed kradzieżami? Np. zakładając alarmy. Jednak nie
powstrzymały one złodzieja, który włamał się do Instytutu Gruźlicy i Chorób
Płuc przy Płockiej. Zanim przyjechała firma ochroniarska, zdążył wynieść trzy
komputery.
Szpital przy Banacha, przez który każdego dnia przewijają się tłumy, ma dwóch
ochroniarzy. Tego przy Barskiej nocą pilnują sanitariusze, którzy odrabiają
wojsko. W Szpitalu Bielańskim od trzech lat zainstalowane są kamery. Mają
głównie znaczenie psychologiczne - złodziej nie ma pewności, gdzie są ukryte.
Z kolei pacjenci szpitala przy Lindleya muszą podpisywać deklarację, że gdy
zostaną okradzeni, nie będą wnosić roszczeń. - Od tego czasu bardziej pilnują
swoich rzeczy i kradzieży jest mniej - zapewnia Henryka Zadrożna z administracji.
Szpitalni złodzieje
Polsat 19:45
Gniazdka elektryczne, baterie łazienkowe, klamki, żarówki czy deski klozetowe.
To dla szpitalnych złodziei pokusa nie do odparcia. Tak silna, że szpitalom
bardziej opłaca się jednorazowo zainwestować w monitoring, niż cyklicznie
wydawać pieniądze na zakup skradzionych rzeczy. Na takie, mimo wszystko, dość
drogie udogodnienia zdecydowały się szpitale w Mielcu i Zakopanem. Z jakim
efektem?
Szpitalni złodzieje coraz bardziej zuchwali
W szpitalu w Lublinie złodziej, na oczach personelu, pacjentów i ochrony,
wyniósł komputer służący do rejestracji chorych. To nie jedyna placówka, którą
dotknęła plaga szpitalnych kradzieży. Złodziej wszedł przez drzwi prowadzące
do gabinetu lekarza rodzinnego. Przychodzący po poradę pacjenci, żeby dostać
się do środka, muszą skorzystać z dzwonka. Jednak wejście nie było dozorowane
i skorzystać mógł z niego każdy.