starywiarus
04.11.02, 11:22
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, jak powiedział Fidel Castro ocierając z czoła
ptasie gówno spadłe z nieba.
Nie do utrzymania są stosunki Polski z Polonią oparte na pomyśle, że Warszawa
ma katalog rzeczy do załatwienia, jakich sobie sama załatwić nie może albo
nie umie, Polonia to według listy, po kolei, załatwia, a w zamian za to
Warszawa przesyła Polonii następną listę rzeczy do załatwienia i wagon butów
do podzelowania.
Jak Warszawa czegoś potrzebuje, to wtedy jest "pomóżcie, kochani rodacy na
obczyźnie", Cepelia, "Mazowsze", "gdzie na mapie świata maleńki znak", są
koncerty i dobrze zamrożona wódeczka po konsulatach; uśmiechnięci,
szarmanccy dyplomaci Rzeczypospolitej paniom całują rączki, aż się echo
niesie.
Jak Polonia czegoś potrzebuje, to Sejm głosuje 386:2 aby ją przywołać do
porządku przez brutalne pokazanie gdzie leży siła i władza (30 czerwca 2000
r., głosowanie nad rządowym projektem ustawy o obywatelstwie polskim). W
konsulatach uśmiechy natychmiast idą spać i pokazuje sie krzywa morda:
- "... BO U NAS SOM TAKIE PRZEPYSY, wicie, że jezdeście ...prawda...
obywatelem, znaczy siem ...prawda... podlegacie waaadzy suwerennej państwa,
znaczy waszego suwe... suwe... suwerena, i takim ...prawda... kaprysom jego
podlegacie, jakie wasz suwe... suwe... suweren sobie wykaprysić raczy; a
tera sie należy dwieście dwadzieścia pińć dularów za stempel, cztery minuty
czasu konsula i zużyte powietrze w poczekalni; bierzemy tylko gotówkom, bo
takie som przepysy, kwitów żadnych nie wypisuje sie, bo temperówka zepsuta,
przyjdźcie po odpowiedź za tydzień, a pamiętajcie przynieść jeszcze trzysta
dularów, bo to, wicie, różne koszty mogom być..."
Od 1989 roku Warszawa miała do załatwienia m.in. sprawę nienaruszalności
granicy polskiej z Niemcami po zjednoczeniu Niemiec, sprawę akcesji Polski do
NATO, a teraz ma sprawę akcesji do Unii Europejskiej. Polonia te rzeczy
sentymentalnie załatwiała lub nadal załatwia. W podziękowaniu za udzieloną
pomoc, Warszawa wymyśliła pod koniec 1998 roku "pułapkę paszportową",
interpretując w odmienny sposób to samo ustawodawstwo, na podstawie którego
Polacy podróżowali bez przeszkód do Polski na legalnie posiadanych
paszportach innych państw od 1990 do 1998 roku, z obustronnym pożytkiem dla
gości i państwowej kasy.
Reinterpretacja ustaw o obywatelstwie, paszportach i cudzoziemcach w 1998
roku wyposażyła każdego kaprala Straży Granicznej w pełnomocnictwa do
uwięzienia w granicach Rzeczypospolitej na tak długo, jak się krajowym
urzędnikom spodoba, każdego Polaka, który ma nie taki kolor okładki
tekturowej książeczki paszportowej, albo nie taki rodzaj drobiu na niej, jaki
sobie waaadza życzy. Na przykład, ci bezczelni Amerykanie mają łysogłowego
orła, a Australijczycy strusia emu, zamiast mieć orła przedniego, który jest
dla RP jedynie słuszny. Wobec tego Polonia jeździ do Polski rzadziej i na
krócej, bo nikt normalny nie będzie ryzykował utraty pracy w USA, Kanadzie
czy Australii z powodu fochów i dąsów kaprala-ornitologa, któremu się
zachciało innego ptaka.
Jak liczba przyjazdów zaczęła spadać, to waaadza zaczęła się do Polonii
umizgać według schematu "nooo, niby prawda, że ten pan kapral, to on, prawda,
ma w renku takom brzydkom pałę, BO U NAS SOM TAKIE PRZEPYSY, ale to przeca
tylko na niby, i on wam, prawda, dziecka nie uderzy". Strasznie waaadzę boli,
że mało kto chce w to wierzyć, bo Polonia Zachodu nawykła do państw prawa, a
nie do kapralskich fantazji rodem z Dzikich Pól. Teraz, jak bieda, to
znowu "pomóż, kochana Polonio", ale prawa dalej nie zmienią, bo U NAS SOM
TAKIE PRZEPYSY.
Wszystkie razem wasze instytuty, katedry, wydawnictwa i docenci od "kochanego
kontaktu z kochaną Polonią" nie są w stanie, cholera, wam wytłumaczyć jednej
prostej rzeczy? Wasza wizja Polonii jest oparta na biednej i ciemnej
emigracji za chlebem sprzed I wojny światowej, albo na przymuszonych sytuacją
międzynarodową żołnierzach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie po II wojnie
światowej.
Całkowicie umyka waszym docentom, jakie przyczyny napędzały emigrację z PRL.
A umyka wam to, bo albo docenci nie chcą się waaadzy narazić, albo sami mają
nie za czyste ręce jeszcze od 1956 albo 1968 roku, albo z poczucia fałszywej
dumy narodowej prawda im przez usta nie przejdzie. Wytłumaczyliście sobie
mianowicie, że od lat siedemdziesiątych (1968 to całkiem inna historia)
emigracja wyjeżdżała z Polski tylko i wyłącznie po kasę, pieniądze, sałatę i
szmalec. Naturalnie jakby miała taką samą sałatę z takim samym szmalcem w
kraju, to by ze łzami w oczach wróciła.
To jest ćwierć prawdy. Pozostałe trzy czwarte jest w tym, że emigracja z PRL
między innymi dlatego została emigracją, żeby od kapralskich metod
sprawowania władzy i "polskiego kotła" w kraju w mieć raz na zawsze święty
spokój, żeby mieszkać tam, gdzie pojedynczy osobnik jest podmiotem, a nie
przedmiotem.
Oprócz szmalcu i sałaty normalny człowiek potrzebuje pod nogami również
stałego gruntu, nie huśtawki. Chce mieć stabilizację, w której można zakładać
rodzinę, mieć dzieci i robić sobie całożyciowe plany, a nie rządy oszalałych
z podejrzliwości demagogicznych wariatów, chcących wszystko dookoła siebie
kontrolować i wszystkim ręcznie sterować. W mojej dalekiej Australii państwo
tak się na codzień zachowuje, jakby go nie było, i suwerenności mu nie ubyło
od tego. U was, jak zechcą, to ze środy na piątek wam upaństwowią jak nie
znaczki w klaserze, to akwarelę po dziadku na ścianie, albo jajniki żony,
naturalnie nikogo o zdanie nie pytając. Zauważyliście, jak wam przyrost
naturalny spada, bo kto zechce rodzić na huśtawce wiszącej nad coraz głębszą
wodą? Nie zauważyliście? To niech spada dalej. Utrata ludności netto wynosi -
na dzisiaj - gdzieś między 15 a 20 tysięcy rocznie NETTO. Przed otwarciem
granic Unii. Waaadza tymczasem, zamiast myśleć o stabilizacji, karmi was
bajkami o pół milionie powrotów z emigracji (w rzeczywistości powróciło 60
tysięcy osób od 1989 roku, czyli ok. 5 000 rocznie, poniżej granicy błędu
statystycznego spisów powszechnych, w tym tacy, którzy nie mieli innego
wyjścia, bo im odmówiono pobytu stałego na Zachodzie).
A co się pół miliona tyczy, to owszem macie, ale urzędników. Dokładniej, 521
000 na 1 stycznia 2002 roku (według "Wprost"). Circa dwa razy więcej
urzędników na głowę mieszkańca niż państwa Zachodu o czterokrotnie wyższym
dochodzie na głowę tegoż niż Polska.
Jeśli "pułapka paszportowa" miała być prymitywną próbą przymuszenia Polonii
zamorskiej, żeby ta wywarła nacisk na rządy krajów swojego stałego
zamieszkania i legalnie posiadanego drugiego obywatelstwa w kierunku
zniesienia obowiązku wizowego dla obywateli RP, to trafiliście, drodzy rodacy
z kraju, jak kulą w płot.
Jak nie chcecie oprzeć praw Polonii odwiedzającej kraj na solidnych
podstawach prawnych, tylko chcecie wszystko załatwiać w "szarej strefie"
opartej na uznaniowych decyzjach waszych złośliwych i niedouczonych
urzędników, to nie - wasza sprawa i wasze prawo. Ale nie płaczcie, że już nie
ma w Ameryce polonijnych ochotników, żeby się położyć krzyżem na progu
Bialego Domu, żeby wam załatwić bezwizowy wjazd, żeby jeszcze więcej Polaków
mogło z ułańską fantazją demonstrować swoją pogardę dla głupich Amerykanów i
ich głupiego prawa, które dlatego dla was jest głupie, że zakazuje wam pracy
na czarno.
Nie wierzycie, że dla kogoś mogą istnieć rzeczy ważniejsze od szmalcu?
OK, w porządku. W takim razie ślińcie się dalej na myśl o tej sałacie, co wam
koło nosa przechodzi, bo u was som takie przepysy. Polonia ma czas i poczeka.