giermo_gidroz
05.12.02, 19:32
Zawod awanturnika-polarnika pelen jest pulapek i sidel emocjonalnych, ktore
twardym cierniem wbijaja sie w delikatna tkanke mojej egzystencji, kaleczac i
drapiac zabliznijace sie rany jak pazury suki z piekla rodem. Jako ze mi sie
do nie podoba ja %&^&% postanowil oddac sie terapi, w szczegolnosci
tworczosci sielskiej i kamforowej dla dzieci. Pozatym to obiecalem kiedys
historie o milosci jamnika i dingo, z jamnika zrobielem mala dziewczynke z
dingo kota, ale pies tez wystapi tylko w roli drugoplanowej. O milosci nic
nie bedzie bo to chujowy TEMA!
Szanowni PANSTWO! KOZA_Z_NOSA i synowie [motion pictures] przedstawia:
Giermo_Gidroz - "Swiateczna Awantura" rated PG.
Za siedmioma strefami zmiany czasu, za siedmioma hubami miedzykontynentalnej
linii lotniczej, za siedmioma odgornie usatlonymi granicami ubustwa zyla
sobie mala dziewczynka o imienu Julia. Julia calkiem niedawno przeprowadzila
sie wraz z rodzicami z tuiteraz do miejsca za siedmiome tymi wszystkim
przedtem wypowiedzianymi rzeczami, ktore tak naprwde nie maja zdengo
znaczenia dla Juli i naszego opowiadania. Choc wlasciwie to te wszystkie
miary odleglosci maja znaczenie dla sprawy kota. Zapytacie: jakiego kota?
Oczywiscie nie jakiegos tam kota w butach tylko zwyczjnego pregowatego kota
Apoloniusza, ukochanego kota Juli (choc to wlasciwie zle zabrzmialo to jasne
ze kot byl kochany prze Julie tylko ze on nie byl jej tylko swoj). Wracajc do
sprawy kota. Kot mianowicie ze wzgledow zdorwotno-klimatycznych musial
pozostac wraz z rownierz ukochanymi dziadkami Juli, ktorzy byli (w
odruznieniu od kota) wlasnoscia Juli, czego chyba nie trzeba tlumaczyc, bo
nawet najmniejszy berbec wie ze dziadkowie nie posiadaj nawet odrobiny kociej
niezaleznosci i autonomi. Julia bylo bardzo smutno zyc sobie tak samotnie,
nie calkiem samotnie ale bardziej samotnie niz zyla sobie tuiteraz z
dziadkami i kotem. Radzila sobie jednak z tym dzielnie tym bardziej ze
mamusia Juli wspierala ta dzielnosc wielka iloscia smakolykow, stosami
zabawek, przytulaniem, spiewaniem i bardzo ciekawymi opowiadaniami o swoich
przygodach z czasow kiedy byla mala dziewczynka jak Julia i poznawal swiat w
towarzystwie swojego kota, pra dziadka w/w Apoloniusza. Wytrwala odwaga
naszej malej znajomej dziewczynki wystawiona zostala jednak na probe, ktorej
nie miala szansy wytrzymac nie tylko dzielnosc malej nie doroslej jeszcze
osoby ale nawet pewnosc siebie powaznego pieciolatka. Stalo sie to pewnego
snierznego grydniowego ranka, tak miedzy nami to stalo sie to poprzedniego
snierznego grodniowego wieczory, kiedy Julia smacznie spal wtulona w cieply i
miekki rozowy kocyk. W domu rodzicow Juli pojawilo sie nowe niesamowite cos!
Zajelo honorowe miejsce w salonie. Rozparlo sie bezczelnie na terenie
zarezerwowanym dotad dla fotela Taty i jeszcze kilu innych sprzetow, ktore
Julia znala tylko z nazwy i nie rozumial ich zastosowania. Zielony,
kszaczasty, szeleszczacy, szumiaco-pachnaocy przybysz wystrojnu byl w
najpieknijsze swiecidelka, kule, cukiery, swieczki, wstarzki, lancuchy i
tysiace innych przedmiotow, ktorych Julia nie potrafila a moze zapomnila z
zachwytu nazwac. Rozumiecie wiec sami ze mala dziewczynka pozbawiona pomocy
kota wpadla w panike a dokladniej mowiac zrozumiala ze czas najwyzszy
przestac byc dzielnym. Pobiegla predko do telefonu i wykrecila numer komury
kota. Na jej nieszczescie Apu (bo tak Julia nazywala kota) nie byl aktualmnie
uchwytny i z sluchwaki dobiegl dzwiek automatycznej odpowiedzie "Mia miaau
maiiuua auau wree", co (dla tych ktorzy nie znaja kociego tak dobrze jak
Julia) tlumaczyc mozna - "nie ma ma mnie tu - you know what to do".
[Czy bedzie ciag dalszy?]