Bylam zdradzana zona, kochanka i zdradzalam
Autor: Gość: luiza-w-ogrodzie IP: *.powertel.net.au
Data: 26-10-2001 15:23 zarchiwizowany
------------------------------------------------------------------------------
--
Bylam i zdradzana zona, i kochanka mezczyzny, ktory
zdradzal swoja zone, mam
tez
w zanadrzu jeszcze kilka innych historii, ale ogranicze
sie na razie do mojej
pierwszej roli, ktora zakonczyla sie jak w majlu
Nataschy: "zdradzona zona,
pomimo tragedii jaka przeszla, moze powiedziec, ze
dobrze sie stalo. trzeba
tylko
sie nie bac i zaryzykowac". Pobralismy sie bardzo
mlodo, spedzilismy razem 11
lat, dwojka dzieci, wzorowe malzenstwo, pelnia
zaufania... ale dojrzewajac
zaczelismy sie zmieniac kazde w inna strone. Patrzac na
to widze, ze
podazalismy
za wzorcami wyniesionymi z wlasnych rodzin, a byly one
zupelnie rozne. Bylam
mezowi przyjacielem, oparciem, partnerem
intelektualnym, ale nie mala
zoneczka,
patrzaca z dolu w JEGO oczy, a to bylo to, czego on
potrzebowal. Szukal
odmiany w
drobnych flirtach, bylo kilka romansow, ktore z
przejeciem dyskutowalismy,
ale to
ja bylam zawsze oparciem (przyznaje, czasem zrzedzacym,
potarganym i z
niemowleciem przy piersi, niemniej osoba godna
zaufania), jego domem,
miejscem,
gdzie mogl byc soba i nabrac oddechu. Prowadzilismy
dlugie rozmowy,
probowalismy
przywolac te pelne czaru, wspaniale pierwsze lata
naszego malzenstwa, ale nic
nie
dzialalo - nie potrafilismy/ nie chcielismy naprawic
tego, co sie psulo. I
tak
powoli sie rozchodzilismy emocjonalnie, az w pewnym
momencie wymowilam
posluszenstwo, role zony etc. Nie moglam scierpiec
takiego modelu malzenstwa,
uznalam, ze dla moich dzieci nasz uklad nie jest
pozytywnym srodowiskiem.
Powiedzielismy sobie duzo przykrych slow, potem rozwod
(chyba nie ma potrzeby
wdawac sie w szczegoly?), awantury, maz "na zlosc mnie"
znalazl sobie
kobiete, z
ktora szybko sie ozenil i jeszcze szybciej rozwiodl (to
osobna, godna ksiazki
historia). W rezultacie zostalam sama z dziecmi. Mimo,
ze to ja podjelam
decyzje,
przeszlam przez pieklo rozpaczy, strachu, ze sobie nie
poradze; uratowala
mnie
autoironia i logiczne myslenie. Ochlonelam, zaczelam
sie zastanawiac, czy bol
po
rozstaniu to byl zal za to ze nie jestesmy razem? I
okazalo sie ze najwiecej
bylo
zalu za tym, co od dawna nie istnialo, za
niegdysiejszym uczuciem, do tego
dodajcie zraniona milosc wlasna...
I wtedy zaczelo sie prawdziwe zycie! Zaczelam
studiowac, mialam czas na moje
rozrywki i ukochane plywanie dlogodystansowe, znalazlam
swietna prace, dzieci
urosly i sa nadspodziewanie zrownowazone. Oczywiscie,
byly skutki uboczne w
postaci procesji panow ciagnacej sie za moim trenem,
glownie mezow moich
znajomych i przyjaciolek. To mi dopiero otworzylo oczy
na rozleglosc zjawiska
zdrady! Ale dodalo mi tez wiary w sile mojego seksapilu...
Po latach zawirowan niedawno spotkalam mezczyzne, o
ktorym mysle ze to TEN!
Spotkalam go w takim okresie mojego zycia kiedy wiem,
ze nie boje sie ryzyka,
umiem podejmowac decyzje na wlasny rachunek i patrze na
moje i innych ludzi
poczynania z dystansem (jak juz hormony przestaja
zalewac mi oczy

Nie
wiem,
co bedzie z naszym zwiazkiem, ale jestem przekonana, ze
cokolwiek sie stanie,
bedzie pozytywne. W najgorszym razie pozostana piekne
wspomnienia.
I czytajac Wasze historie mysle, ze potwierdzam to, co
wiedza Romantyk,
Alfina,
Natascha, Fanny i inni: doswiadczenia nabiera sie na
wlasnej skorze a
wszelkie
zwiazki z plcia przeciwna (albo i ta sama

) mozna
ocenic dopiero po ich
zakonczeniu. Na poczatku kazdego romansu emocje i
pragnienia sa tak silne, ze
nie
da sie podejmowac trzezwych decyzji. O tym, czym byl
dany zwiazek decyduje
to,
jakie byly jego skutki, jak sie skonczyl. Zycze
wszystkim, ktorzy cierpia w
nierozwiazywalnych trojkatach, zeby dotarli do
rozwiazania, ktorego nie beda
zalowac. Bylam w kazdym narozniku trojkatow malzenskich
i wiem, jak to
wyglada z
kazdej strony, cierpialam - tak, ale nie zaluje
niczego, bo mam wrazenie, ze
za
kazdym razem postapilam slusznie.
Zwlaszcza kiedy pomysle, jak moglabym wygladac, gdybym
zostala z moim
mezem ;=)
Tak, Natascho, dobrze sie stalo - trzeba tylko sie nie
bac i zaryzykowac.
Pozdrawiam serdecznie
Luiza