polonus5
21.04.08, 21:40
zniesienie wiz do Kanady dla obywateli Polski może przysporzyć turystom wielu
problemów, lub narazić ich na dramatyczne przeżycia. Przekonały się o tym
polskie rodziny z miast Hamilton i London.
Dziennik "Rzeczpospolita" z 7 kwietnia zamieścił na swych łamach informację
następującej treści:
"Choć do Kanady od miesiąca można jeździć bez wiz, nie wszyscy obywatele
Polski są tam wpuszczani. - Niestety, w naszym regionie zdarzyło się kilka
takich przypadków. Chodziło o ludzi, którzy pracowali tu kiedyś na czarno i
zostali w trakcie prac przyłapani, a następnie deportowani lub składali
wcześniej wniosek o kanadyjską wizę i otrzymali odmowę - powiedział »Rz«
Thomas Lukaszuk, deputowany polskiego pochodzenia do parlamentu prowincji
Alberta."
Niedawne wydarzenia na torontońskim lotnisku Pearsona pokazują, że Polacy,
którzy w przeszłości zostali ukarani odmową wizy, teraz zostali ukarani z tego
powodu, że wcześniej odmówiono im wizy. Absurdalność tego twierdzenia ma
niestety, odniesienie w rzeczywistości. I to bardzo nam bliskiej.
Rafał Kuśmierczak mieszka w niewielkim miasteczku niedaleko Lublina. Przez
ostatnie miesiące pracował w Anglii jako sanitariusz. Dostał zezwolenie na
legalną pracę. Bartek, jego szwagier, chciał, żeby przyleciał do Kanady od
razu po zniesieniu wiz, w marcu. - Ale Rafał mi powiedział: "Słuchaj,
szwagier, ja muszę spędzić święta z mamą i dziadziem. Przyjadę później, na
twoje urodziny".
To była pierwsza w życiu Rafała podróż samolotem. Zniesienie wiz było dla
niego szansą na poznanie szwagra, którego widział jedynie przez komputerową
kamerę. Rok temu kanadyjski konsulat odmówił mu wizy. - Powiedziano mi, że nie
mam żony ani dzieci, więc na pewno chcę zostać w Kanadzie na stałe i pracować
na czarno - mówi Rafał. - A to nonsens, przecież musiałem skończyć szkołę, no
i na pewno nie opuściłbym matki i dziadziusia.
Bartek Kurpan mieszka w Hamilton. Ożenił się z siostrą Rafała. Kiedy szwagrowi
odmówiono wizy, kupił mu komputerową kamerę, którą wysłał do Polski. - Tylko
tak mogliśmy się kontaktować - mówi.
Kiedy dowiedział się, że zniesiono wizy dla obywateli Polski, ucieszył się. To
była szansa na poznanie szwagra. Kupił bilet i wysłał Rafałowi. Miał
przylecieć do Toronto w czwartek, 27 marca, czyli dzień po dwudziestych
siódmych urodzinach Bartka. Nie mogli się już doczekać, kiedy go zobaczą.
- Podróż samolotem była wspaniała. To był mój pierwszy lot w życiu.
Niesamowite przeżycie - opowiada dwudziestotrzyletni student.
Bartek i jego żona wzięli sobie dzień wolny, żeby tylko nie spóźnić się na
lotnisko.
- Mijała godzina za godziną, czekaliśmy w hali przylotów, ale Rafał nie
wychodził. Zapytałem w informacji, czy wiedzą coś o pasażerach lotu 041, ale
powiedziano mi, że mam czekać. Poszedłem do biura LOT-u, ale też nic nie
wiedziano, co się dzieje z Rafałem. Wróciłem do informacji. Krążyłem od pokoju
do pokoju, żeby dowiedzieć się, czy coś się stało. Rafał zniknął. A ja wciąż
miałem w pamięci tragedię w Vancouver i bałem się, że usłyszę, że został
porażony paralizatorem. W końcu, pozwolono mi skorzystać ze speakers phone.
Wywołałem Rafała po nazwisku. Wtedy ktoś mi powiedział, że powinienem zgłosić
się do Immigration.
Bartek poszedł na trzecie piętro, do biura odpraw imigracyjnych. Kasia, jego
żona i siostra Rafała, oraz ich najmłodszy brat czekali w poczekalni.
- Oficer powiedział do mnie: "O, to ty jesteś jego rodziną. Twojemu szwagrowi
nie wolno wejść na teren Kanady". - Zdębiałem - mówi Bartek - i zapytałem:
"Dlaczego?"
- Bo ten pan już starał się o wizę w przeszłości i mu odmówiono - powiedział
oficer imigracyjny.
- "Co mam zrobić, żeby mógł wejść?" - Pokazał mi cztery palce. "Cztery
tysiące. W gotówce".
Bartek podał oficerowi kartę kredytową, ale ten pokręcił głową. - "Ma być
gotówka. Masz czas do 22.30".
Bartek mówi, że trząsł się jak galareta. Z bankomatu mógł wypłacić jedynie 500
dolarów. Wszystkie banki były już zamknięte. Miał tylko dwie godziny na
zorganizowanie pieniędzy.
- Wiedzieliśmy, że nie zorganizujemy w tak krótkim czasie, wieczorem, takiej
kwoty. Poszliśmy we trójkę do tego oficera prosić o pomoc. Odmówił. Wtedy
młodszy brat mojej żony nie wytrzymał i zaklął. Wymsknęło mu się. A ten oficer
podszedł do niego i pyta: "Do you have a problem? Do you have a problem? Do
you have a problem?" I tak w kółko. Wiedziałem, że muszę rozładować atmosferę.
Powiedziałem: "Nie, nie, wszystko jest OK." W końcu powiedziałem, że jesteśmy
młodzi, i nie mamy skąd wziąć takiej kwoty w tak krótkim czasie. Udało się,
oficer zgodził się na dwa i pół tysiąca.
Bartek mówi, że wtedy zaczęła się szaleńcza wyprawa po rodzinie i znajomych. Z
Toronto do Hamilton jest ponad 60 kilometrów, padał deszcz ze śniegiem, było
ciemno, bał się przekraczać prędkości. W Kanadzie ludzie nie noszą gotówki w
portfelu, więc trzeba było naprawdę się starać, by zdobyć brakujące dwa
tysiące. Zdążyli w ostatniej chwili. Wpłacili dwa i pół tysiąca dolarów,
dostali pokwitowanie, i wreszcie Bartek mógł uściskać Rafała, o poznaniu
którego marzył przez lata.
- Jakie było to pierwsze spotkanie z Rafałem? - pytam. - Staliśmy przez chwilę
na przeciwko siebie, i nagle powiedziałem: "Choć szwagier, muszę się napić".
Byłem jeszcze zbyt przerażony, by go uściskać, czy okazać jakąkolwiek radość.
Rafał rok temu skończył studium medyczne, i zaraz po skończeniu szkoły złożył
dokumenty na studia, na kierunek "ratownictwo medyczne". Zaraz po tym,
pojechał do Warszawy po kanadyjską wizę. Podróż do Kanady, spędzenie tu
wakacji, spotkanie z siostrą, młodszym bratem, i świeżo pozyskanym szwagrem
było jego marzeniem.
- W konsulacie usłyszałem, że mam odmowę wizy, bo na pewno nie wrócę do
Polski. Nie mam żony ani dzieci, nie mam więc do kogo wracać. A ja mam mamę i
dziadzia. Dziadziem trzeba się opiekować, nie zostawiłbym ich za żadne skarby.
Jesienią miałem zacząć studia. Dlaczego miałbym nie wrócić do domu? - pyta z
niedowierzaniem Rafał.
W samolocie poprosił współpasażera, starszego pana, o pomoc. Nie miał pojęcia,
gdzie trzeba iść po wyjściu z samolotu, jak wypełnić dokumenty, i gdzie się
odbiera bagaże. Mężczyzna obiecał mu pomóc. Czuł się bezpiecznie.
- Wszyscy pasażerowie z polskiego samolotu zostali skierowani do biura
imigracyjnego. Urzędnik zabrał mi paszport i kazał usiąść. Zapytał, czy znam
numer telefonu do siostry i szwagra. Nauczyłem się tych numerów na pamięć,
więc mu podałem. A potem siedziałem, czekałem, a godziny mijały. W końcu
zacząłem się bać i myślałem: "Jezu, co się dzieje?" Pojawił się tłumacz, więc
zapytałem go, czemu muszę czekać, a on na to: "Skoro kazano ci czekać, to masz
siedzieć i czekać".
Rafał mówi, że przypomniał sobie głośną w Polsce sprawę Roberta Dziekańskiego.
- Zacząłem się modlić: "Panie Boże, spraw, żeby wszystko było dobrze, i żebym
mógł zobaczyć się z rodziną".
Po czterech godzinach spędzonych w biurze imigracyjnym podeszła do niego
kobieta w mundurze oficera. Powiedziała mu po polsku, że już dzwoniono do
szwagra, i że ten musi wpłacić kaucję, by Rafał mógł wejść na teren Kanady.
- Nieprawda, nikt do mnie nie dzwonił, sam krążyłam po lotnisku i ustalałem,
co się dzieje z Rafałem - twierdzi Bartek.
- W tej poczekalni siedział jeszcze inny Polak, lecieliśmy tym samym
samolotem.. Powiedział mi, że jego rodzina też musi wpłacić cztery tysiące
kaucji, inaczej on nie wejdzie. Byliśmy przerażeni, bo nie mieliśmy pojęcia,
co takiego zrobiliśmy, żeby trzeba było wpłacać za nas kaucję - opowiada Rafał.
- Najpierw zobaczyłem siostrę i młodszego brata. Potem szwagra. I wtedy
puściły mi nerwy i się popłakałem. Poszliśmy do jakiegoś baru na drinka, bo
obaj się trzęśliśmy - mówi Rafał, który latem wraca do Polski, bo już tęskni
za mamą i dziadkiem.
Helena Woźniak ma bardzo delikatny głos i mówi nienaganną polszczyzną.
Opowiadając swoją historię, nie przestaje płakać. Mieszka w Kanadzie