presxxl
05.06.05, 04:30
wlasnie wyszlam z lazienki... jest 3.51 i o dziwo skonczylam dosc wczesnie...
choruje na bulimie od dwoch lat i moge stwierdzic z pelnym przekonaniem i
swiadomoscia ze dotykam DNA:( nie wiem co robic... moje zycie opiera sie
wylacznie na zyganiu i jedzeniu... zajmuje mi to srednio 12-15 godz
dziennie... za to mysli kraza wokol tego wszystkiego non stop... nie nawidze
swojego ciala, siebie, swiata, ludzi... wstydze sie wychodzic z domu, boje ze
znowu uslysze cos na temat swojego wygladu, a mam na tym punkcie obsesje...
nie moge pogodzic sie z tym jak wygladam, ze przytylam 24 kg (chorowalam na
anorexie... wiem ze wazylam wtedy za malo, ale przynajmniej nie czulam sie
jak kompletny nieudacznik)... chcialabym jakos wyposrodkowac, wreszcie zyc,
wazyc i zachowywac sie normalnie, wreszcie tego chce ale nie wiem jak...
jakis miesiac temu podjelam decyzje co do terapii... naprawde chce... i moja
mama zawsze powtarzala ze chocbysmy mieli maksymalnie zacisnac pasa to
pieniadze na to zawsze sie znajda (musze wspomniec ze mama wychowuje nas
sama, a ja wiekszosc kasy przejadam...w koncu przez te kilkanascie godz
dziennie musze cos wpychac do zoladka...) moja chec do leczenia
najprawdopodobniej wyniknela z tego ze znacznie przytylam... bo gdy wazylam
optymalnie tzn 58 nawet do glowy mi nie przyszlo ze potrzebuje
pomocy...postrzegano mnie jako osobe szczupla, ja jadlam wszystko co chcialam-
jednym slowiem sielanka... no ale zaczelo byc coraz gorzej... napady zaczely
robic sie coraz dluzesze, mysli coraz to bardziej natarczywe i nie do
przezwyciezenia, klopoty z waga, ktora gwaltownie ruszyla w gore, wahania
nastrojow, wycofywanie sie z kontaktow z ludzmi - i to mowiac doslownie...
ostatnio nie wychodze z domu... jest lato a ja nie ubiore nawet krotkiego
rekawka... tak siebie nienawidze:( no i czuje ze cos z tym trzeba zrobic...
bo tak dluzej byc nie moze... i pelna chceci i zapalu do walki powiedzialam
mamie ze jednak chce isc do specjalisty... a ona... a ona odmowila mi
pomocy... nie chce dac mi kasy na leczenie, a w mojej okolicy nie ma
darmowych poradni:( zawsze, a w szczegolnosci w czasie bulimii nie dogadujemy
sie zbyt dobrze... mowiac szczerze moje kontakty z rodzina sa na tragicznej
stopie... nie czuje sie potrzebna, chciana, ale co ja mam zrobic? od kilku
dni mam depresje chyba... ciagle tylko placze, nie moge sie pozbierac, nie
widze sensu zycia, brakuje mi sil do dalszej walki...( no i oczywiscie jem,
zygam i tyje... z dnia na dzien coraz bardziej...) codziennie obiecuje sobie
ze to juz ostatni raz... ze od jutra sie postaram... zaczne sie zdrowo
odzywiac, zeby zrzucic kilka kilo, by poczuc sie choc troche lepiej, by
przestac miec do siebie tak wielkie obrzydzenie, choc pewnie nie w tym jest
problem,wiem ze waga nie rozwiaze moich problemow, no ale cos musze zrobic:(
tylko ze nigdy nie udaje mi sie wytrwac w moim postanowieniu... kłade sie
srednio okolo 04 rano... do szkoly musze wstac o 06... nie moge skupic sie na
nauce...odliczam sekundy do powrotu do domu, zeby moc tylko sie najesc... a
poza tym zle sie czuje wsrod ludzi... nie cierpie gdy spogladaja na mnie,
wydaje mi sie ze mysla sobie "jejku jaka ona biedna... musi zyc na tym
swiecie bedac tak wstretna"... i co ja mam zrobic? ciagle zadaje sobie to
pytanie i nie znajduje zadnej odpowiedzi... wegetuje czekajac na... no
wlasnie... nawet nie wiem na co czekam... bo jak narazie to moje zycie opiera
sie na ciaglej wedrowce z kuchni do lazienki... przez ktorych drzwi za
niedlugo przestane sie miescic:( chce przezyc choc jeden dzien szczesliwie,
bedac usmiechnieta, czujac sie dobrze ze soba i wsrod ludzi... w domu czujac
ze moja obecnosc jest tu mile widziana, ze cos do niego wnosze a nie tylko
wyciagam (chodzi oczywiscie o kase na jedzenie...) marze o tym by ktos mi
pomogl, przytulil, powiedzial co mam robic...zebym poczula ze nie jestem
sama... jesli ktorejs z was przychodzi cos do glowy,jakies rozwiazanie, choc
malenki pomysl, cien nadziei ze moze byc lepiej, to blagam napiszcie...
zapalcie swiatelko w tunelu,bym wiedziala do kat mam zmierzac w swojej
codziennej, nieudanej walce...:(