merwina
18.09.08, 19:34
Bez bulimii jest tylko pustka, czekanie na jedzenie, marzenie o
jedzeniu. Nie istnieje nic więcej, reszta to iluzja. Nic więcej nie
sprawia mi radości, na nic nie mam siły, tylko obżeranie się i
wymiotowanie utrzymuje mnie przy życiu. Po co wstawać rano, po co
robić cokolwiek...? Ach tak, czeka mnie jedzenie, mój jedyny
przyjaciel, pocieszyciel, kołderka bezpieczeństwa, która chroni mnie
przed zimnym, brudnym, złym światem...
Wiem, że jedzenie to też mój wróg, bo niszczę sobie zdrowie, choć
powoli i nie tak spektakularnie jak np. narkoman... Bolą mnie zęby,
mam często zgagę i niestrawność, ale to jest cena za "użycie"
i "przeżycie"...
Nie wymiotuję po każdym posiłku, śniadanie i obiad zawsze jem zdrowe
i pożywne, często nawet kolację, choć tu najtrudniej jest przestać
jeść i nie zawsze się udaje... Myślę tylko: po co? Po co się męczyć
i próbować zapanować nad bulimią, skoro daje ona największą
przyjemność i sens życia...? Wiedzieli już o tym starożytni
Rzymianie...
Ludzie nie rozumieją tego, a szkoda, bo gdyby zaakceptowali bulimię
jako nieodłączny element życia, wszystkim byłoby łatwiej, a tak...?
A tak rośnie tylko moja nienawiść do ojca, z którym mieszkam i który
chodzi wściekły przez dwa dni, gdy akurat przyłapie mnie na
wymiotowaniu...
Mam 34 lata i 4 lata bulimii za sobą, z większymi lub mniejszymi
przerwami. Chwilami nienawidzę swojej choroby i męczę się z nią
okrutnie, ale bez niej jest jeszcze gorzej, bo nie mam nic innego,
nie mam czego się złapać ani na co czekać.
Brak mi tylko paru rad i wskazówek w kwestii: jak wymiotować
skutecznie, co zrobić, żeby oszczędzić zęby i żołądek, żeby
starczyły na dłużej, jeszcze choć na kilka lat przyjemności...
Napisałam o tym książkę, drugą o czym innym, trzecia rozpoczęta, a i
tak nikt nie chce tego wydać, bo: zbyt ambitne, niekomercyjne, za
dużo filozofii... Zostaje tylko internet, choć to dla mnie nowa
sprawa i podchodzę do niego z wielką nieufnością. Ale tu podobno też
są ludzie...?