pc_maniac
28.08.10, 18:57
START
Jedziemy na "Airoprt Łódź". Lotnisko, że tak powiem nędzne ale chociaż blisko
położone. Na miejscu ścisk, odprawiane są 2 grupy turystów do Hurghady. Jedna
leci samolotem z Krakowa, z międzylądowaniem w Łodzi. Obie grupy lecą
samolotem egipskich linii AMC Airlines. Samoloty Boeing 737-800 w bardzo
dobrym stanie wyposażone są w monitorki, na których możemy przez cały czas
lotu obserwować na mapie komputerową symulację trasy lotu.
Odlot opóźnił się zaledwie o 15-20 minut ale w warunkach łódzkiego lotniska to
naprawdę niewiele. Pozostali pasażerowie standard; sporo osób z dziećmi, kilka
osób zdrowo popijających procenty. Szczególnie dwie siostry blondyny nie
żałowały sobie wszelakiego dobra nabytego na bezcłówce. Po kilku godzinach
lotu tak się już nabzdryngoliły, że zdrowo pokłóciły się ze sobą. Na szczęście
nie leciały do tego samego hotelu co my.
Rodacy oczywiście nie mogli sobie odmówić zrobienia obciachu na pokładzie, bo
pomimo kilku komunikatów i osobistych próśb personelu pokładowego nie
omieszkali wykorzystywać toalety również do popalania sobie papierosów, co
skończyło się zabraniem im przez stewardów paszportów. Faktem jest, że od tego
momentu poza kłócącymi się pijanymi siostrzyczkami żadnych innych zdarzeń na
pokładzie nie odnotowano.
5 letnia córka część podróży przesiedziała przed bajką z laptopa, część
przespała, resztę zaś czasu poświęciła na podziwianie widoków
rozpościerających się pod samolotem.
Piloci egipscy posadzili samolot przy pierwszym podejściu i powiem, że z
wprawą przebijającą naszych pilotów z byłych linii Air Polonia cze
Centralwings. Ale nic dziwnego, to przecież egipskie lotnisko.
Nieco zdziwiło mnie jedynie bicie braw przez naszych turystów po starcie. Mogę
jeszcze zrozumieć, że niektóre osoby biją brawo po wylądowaniu, ale po
starcie? Ale niech im będzie, jeśli to miało im poprawić humor.
Na pokładzie, w połowie lotu catering pokładowy. Wędlinka jak na egipskie
jedzenie wprost wyśmienita. Egipskie ciacho - jak zwykle ulepek. Za to kawa
całkiem całkiem (w Egipcie nigdy nie trafiłem na porządną kawę - albo lura,
albo doprawiana kardamonem).
Po wylądowaniu pierwsze zaskoczenie - wysiadamy na płytę lotniska,
przesiadając się do lotniskowego autobusu, licząc, że jak zwykle w lecie
wionie na nas upalne afrykańskie powietrze, a tu zaledwie ciepło. Ale może i
lepiej, będziemy mieli czas na aklimatyzację po zaledwie ciepłej Polsce.
Odprawa bardzo szybka, czyli zakup znaczków wizowych w okienkach bankowych. Tu
"nowość" - panowie w okienkach postanowili wprowadzić do tego procederu nieco
własnej inwencji i już nie dają znaczków do ręki, lecz sami wlepiają je do
paszportów. A niech im tam...
Pierwsza wymiana $ na LE, wypełnienie wniosku wizowego i do odprawy. Po
drugiej stronie okienka znajdujemy przedstawiciela naszego BP (Bee Free),
który informuje nas gdzie znajduje się busik, który zawiezie nas do hotelu.
Na zewnątrz nareszcie okazja do pierwszego dymka papierosowego. Sporo turystów
kręci się przed lotniskiem, a bagażowych jak na lekarstwo, więc sami ładujemy
na wózek swoje manele i zawozimy je do busika.
Busik klimatyzowany, w środku egipski rezydent całkiem nieźle posługujący się
naszą mową.
Zaledwie niecałe 10 minut jazdy i zostajemy dowiezieni do recepcji hotelu
Magawish Swiss Inn.