Dodaj do ulubionych

CAIRO STORY

29.05.04, 13:29
Obiecałam ciąg dalszy, więc dokładam początek 3 najlepszych dni, jakie
spędziłam w Egipcie. Będę doklejać sukcesywnie, w miarę pisania.
Znów sorki, że takie długie,ale ja krócej o Egipcie po prostu nie umiem ;)


16/17.05.2004

Po wspinaczce na Górę Mojżesza należy nam się zasłużony odpoczynek, zatem
dzisiejszy dzień w całości postanawiamy spędzić na plaży.
Kolację jemy dość późno a przed 23:00 Mohamed odwozi nas do Old Sharm, na
autobus. Pomaga nam zlokalizować siedzenia, co nie jest trudne, bo bez
problemu potrafimy odczytać arabskie cyfry. Nie jest to jednak potrzebne, bo
zarówno na bilecie, jak i w autobusie, numery siedzeń napisane są też "po
naszemu".
Początkowo wydaje się, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami, ale po kilku
minutach wsiadają jeszcze 2 dziewczyny, rezydentki jak sądzę, mieszkanki
któregoś ze skandynawskich krajów. Siedzą tuż za nami i słychać je przez
większość drogi w całym autokarze. Na szczęście to na nich, a nie na nas,
podróżujący z nami Egipcjanie koncentrują swoją uwagę.
Autobus odjeżdża praktycznie co do minuty (w Egipcie 5 minutowe spóźnienie
traktowane jest jako wyjazd co najmniej przedwczesny). Czeka nas 6 godzin
jazdy. Już po kilkunastu minutach od opuszczenia Sharm, kierowca włącza
egipski film na wideo, głośny do granic możliwości. Nie pomaga nastawiony na
pełną moc discman. Wszelkie próby przysypiania zdają się na nic. W czasie
krótkiej przerwy w połowie drogi postanawiamy wysiąść, żeby rozprostować
kości. Na szczęście nikt się nam specjalnie nie przygląda. Dalsza część
podróży upływa w podobnych warunkach. Leci kolejny egipski film przerywany co
jakiś czas absolutnie kiczowatymi reklamami linii Super Jet. Wkrótce
przejeżdżamy tunelem pod Kanałem Sueskim. Koło 4:00 chyba na chwilę udaje mi
się w końcu przysnąć (z głośników rozbrzmiewa już Koran, który mimo wszystko
łatwiej znieść niż filmowe wrzaski). Otwieram oczy kiedy autobus staje i
wysiada z niego kilkanaście osób. Okazuje się, że jesteśmy już w Kairze! A
drugi przystanek, czyli Turguman, należy do nas.
Jest jeszcze wciąż zupełnie ciemno, spoglądam na zegarek, 4:50.
Przyjechaliśmy chyba za wcześnie. Martwi mnie to bardzo, gdyż nasza
rezerwacja hotelowa ważna jest dopiero od południa ! Nachodzą mnie straszne
myśli o tym, w którym parku, lub, pod którym mostem przyjdzie nam spędzić
kolejne godziny.
Przez kilkanaście minut mkniemy ulicami, jak się później okaże, Heliopolis,
nowoczesnej części Kairu, którą odwiedzimy jeszcze tego samego dnia
wieczorem. Śpiące Heliopolis wygląda przepięknie. Ulicami nie jeżdżą prawie
żadne samochody, o 5 nad ranem w oknach palą się nieliczne światła, czyste
ulice porośnięte są niezliczonymi gatunkami wyglądających bardzo europejsko
drzew.

--
community.webshots.com/user/corrina007
republika.pl/corrina/cairo/
Obserwuj wątek
    • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 29.05.04, 13:31
      (trwa już )17.05.2004
      Mija niecałe 20 minut a my docieramy do miejsca wyglądającego na pierwszy rzut
      oka mało przyjaźnie. Wjeżdżamy w jakąś bramę. Teren ogrodzony jest blaszanym
      płotem. Dookoła kręcą się jacyś ludzie. Wciąż jest ciemno i mam poważne obawy,
      czy powinniśmy wysiąść. Ale steward uśmiecha się do nas i potwierdza, że to
      nasz docelowy przystanek. Co robić, wysiadamy, jak większość pasażerów.
      Podchodzi do nas taksówkarz i prawdę mówiąc, nie ma się co zastanawiać, nie
      będziemy teraz błądzić po ciemnych kairskich zaułkach bo nawet nie wiemy, gdzie
      właściwie się znajdujemy. Ustalamy kurs za 20 LE, co oczywiście jest ceną
      zawrotną jak na egipskie realia. Ale czy w Warszawie żałowalibyśmy 12 zł za
      kurs? Według taksometru, zakładając, że działa, prawdopodobnie ta trasa nie
      byłaby droższa niż 5 LE, ale zupełnie nie obchodzi mnie to o 5:00 rano. Poza
      tym od nie-Egipcjanina kierowca nie weźmie ceny egipskiej.
      Podajemy nazwę hotelu i po niecałych 10 minutach jazdy znajdujemy się przed
      jego wejściem. Naszą bazą na najbliższe 3 dni będzie Sheraton Gezirah, jeden z
      najbardziej znanych i wcale nie tani hotel znajdujący się… na środku Nilu ! A
      dokładniej na samym północnym koniuszku wyspy Gezirah. Gdyby nie znajomości,
      nie ma złudzeń, wybralibyśmy znacznie tańsze i skromniejsze lokum. Ale od czego
      są przyjaciele, którzy mają przyjaciół :) Pokój, którego oficjalna cena wynosi
      210 USD za noc w rzeczywistości kosztował nas 160 USD za dwie noce i 3 pełne
      dni.
      Niepewnym krokiem wchodzimy do środka. Przedstawiam naszą sytuację w recepcji.
      Doba hotelowa zaczyna się dopiero w południe, a więc za 7 godzin… Przemiły
      recepcjonista sprawdza rezerwację, którą dzięki naszemu przyjacielowi, zrobiło
      dla nas kairskie biuro podróży. Okazuje się… że rezerwacja jest odwołana!!
      Uszom nie wierzę. Jak to odwołana ? Recepcjonista próbuje coś tłumaczyć o
      gwarancji rezerwacji, której jakoby nie było. Zaraz jednak pociesza, że
      problemu nie ma, są pokoje, więc zaraz dostaniemy nowy. Wszystko mi jedno,
      jaki. Chcę się tylko położyć chociaż na godzinę, bo ledwo stoję na nogach.
      Siadamy na chwilę w lobby, formalności zostają dopełnione i w ramach wyjątku
      udaje nam się dostać pokój przed czasem. Jedziemy windą na 11 piętro, otwieramy
      drzwi a naszym oczom ukazuje się… zwolniony ale nie posprzątany pokój ! Niezła
      wtopa. Wracamy na parter a recepcjonista płonie ze wstydu. My się tylko
      śmiejemy i tym razem to my powtarzamy mu „mafish mushkala”. Awaria systemu. Ale
      jest już nowy pokój, niestety tylko na 6 piętrze, ale już mi naprawdę wszystko
      jedno. Moim marzeniem była tylko jedna noc w tym hotelu w dniu, kiedy go po raz
      pierwszy zobaczyłam, czyli prawie rok temu. Kolejne marzenie właśnie się
      spełnia. W Egipcie to takie proste…
      Płynęliśmy wtedy po Nilu feluką, dochodziła północ, a ja nie mogłam oderwać
      oczu od oświetlonej, okrągłej, prawie 30 piętrowej konstrukcji na samym środku
      rzeki. Potem hotel śnił mi się kilka razy, a kiedy powiedziałam o tym
      znajomemu, z którym mieliśmy się spotkać za kilka godzin, pomógł mi w
      spełnieniu mojego marzenia.
      Dwie godziny snu zaraz po spektakularnym wschodzie słońca zza drugiego brzegu
      Nilu muszą wystarczyć. Czeka nas długi dzień a marnowanie czasu na spanie mija
      się z celem. Po śniadaniu składającym się z herbatników (w dniu dzisiejszym nie
      mamy jeszcze w cenie hotelu) wybieramy się do Piramid.
      No tak, tylko właściwie w którą stronę do tej Gizy ? Doskonale pamiętam
      ubiegłoroczne liczne przejazdy po mieście, ale o poranku po nieprzespanej w
      zasadzie nocy już niczego nie jestem pewna.
      Taksówkarze nagabują nas na każdym kroku, ale zbywamy ich za każdym razem
      stanowczym „laa, shokran”. Wierzcie lub nie, znajomość choćby kilku
      najpodstawowszych słów w obcym kraju często działa cuda. Idziemy spacerem w
      bliżej nieokreślonym kierunku nie mając właściwie żadnego planu. Wiemy, że
      taksówka z tego miejsca nie powinna kosztować więcej niż 30 LE. Nagle
      przypomina mi się pomysł na zaoszczędzenie tej sumy. Mijamy bowiem schody
      prowadzące pod ziemię, do metra. W przewodniku Lonely Planet wyczytałam, że
      jeśli pojedziemy metrem do stacji Miadan Giza, taksówka stamtąd nie powinna
      kosztować więcej niż 5 LE. Zatem odważnie schodzimy pod ziemię i po chwili
      nabywamy bez najmniejszych problemów bilety za „zawrotną” sumę 1,5 LE (0,75
      jeden). Prawda, że duża oszczędność?
      Wcześniejsze obawy o nieumiejętność odnalezienia się na właściwym peronie, czy
      wyjścia na odpowiedniej stacji rozwiane zostają w ułamku sekundy. Każda
      informacja i nazwa na stacji posiada dwie wersje językowe. To samo dotyczy
      praktycznie całego Kairu. Każda ulica, plac, muzeum, pomnik, ma na ogół
      angielski podpis.

      --
      community.webshots.com/user/corrina007
      republika.pl/corrina/cairo/
      • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 29.05.04, 13:32
        Peron jest bardzo czysty, nigdzie nie widać śmieci, nie śmierdzi. W zawieszonym
        pod sufitem telewizorze leci jakiś arabski film dla dzieci.
        Metro przyjeżdża praktycznie po chwili. Wsiadamy do jednego ze środkowych –
        koedukacyjnych wagonów. Pierwsze dwa zarezerwowane są zawsze dla
        konserwatywnych muzułmanek, które nie chcą być nagabywane przez mężczyzn, do
        których należą pozostałe wagony. Jednak bez najmniejszego problemu podróżują
        nimi także nie-muzułmanki, jak również mniej religijne mieszkanki Kairu.
        Próbuję oswoić się z myślą, że poza mną w wagonie dostrzegam tylko może 2-3
        inne kobiety. Oczywiście większość męskich oczu spoczywa na mnie, ale nie czuję
        się tym jakoś specjalnie skrępowana. Sądzę, że długie do samej ziemi spodnie,
        koszula i włosy zakryte białym kapelusikiem nie powinny stanowić powodu do
        nieporozumień. I tak faktycznie jest. Już na drugiej stacji mężczyźni wracają
        do przerwanej lektury porannej gazety i rozmów.
        Wysiadamy na Midan Giza. To naziemna stacja kolejki. Wydostajemy się na
        zatłoczony plac, gdzie niemal na każdym skrawku chodnika i ulicy kwitnie handel
        każdym rodzajem towaru. Łapiemy taksówkę i pełnym przekonania tonem pytam, za
        ile pojedziemy do Gizy. 20 LE słyszę w odpowiedzi, więc wybucham śmiechem. 5 LE
        to maksimum, mówię, ale taksówkarz nie daje za wygraną. Staje na 10, choć wiem,
        że to za dużo. Ale czy kłócenie się o 3 zł ma naprawdę sens ?
        Mkniemy zatem przez zatłoczone ulice Gizy i właśnie teraz zaczynam sobie
        dokładnie przypominać, ile razy miałam serce w gardle, kiedy w zeszłym roku
        przemieszczaliśmy się tędy autokarem. Wszelkie wspomnienia dotyczące szalonej,
        kosmicznej właściwie jazdy Egipcjan w ułamku sekundy stają się rzeczywistością,
        która właśnie nas otacza. Wiekowe, może 30 letnie auto doskonale jednak radzi
        sobie z zatłoczonymi ulicami i niezliczoną ilością aut jadących z wielką
        fantazją.
        Na jednym ze skrzyżowań do naszej taksówki niespodziewanie wsiada jakiś
        człowiek. Zamienia kilka zdań z kierowcą a następnie przeprasza nas za swoją
        śmiałość. Jest bardzo miły i dobrze włada angielskim. Wszystko to jednak
        pozory, za które swoją cenę przyjdzie nam zapłacić kilkanaście minut później.
        Wskakiwanie z ulicy do pełnych taksówek i autobusów to w Kairze norma, obecność
        dodatkowego pasażera nie sprawia nam zatem bynajmniej żadnego kłopotu. Do czasu.
        Przez całą drogę uprzejmy pasażer opowiada nam o tym, jak miło można spędzić
        czas w Kairze. Jest co najmniej zdziwiony, kiedy informuję go, że to nie nasz
        pierwszy raz w egipskiej stolicy. Postanawia nam dać cenną radę „zupełnie za
        darmo”, podkreśla wielokrotnie. Tu zaczyna wywód o bocznym wejściu na teren
        piramid, gdzie za bilet zapłacimy tylko połowę ceny, jak studenci. Tłumaczę mu,
        że studentami dawno nie jesteśmy, nie potrzebujemy też przewodnika. Początkowo
        grzecznie, ale coraz bardziej stanowczo próbuję podziękować za jego cenne rady.
        Uśmiecha się tylko i mówi, że nic od nas nie chce, dziwiąc się naszej
        nieufności.
        Zbliżamy się do celu, piramidy tuż przed nami, ale zamiast udać się przed
        główne wejście koło Sfinksa, kierowca nagle skręca w lewo i wjeżdża w niewiele
        szerszą niż samo auto uliczkę będącą częścią najbiedniejszych osiedli Gizy.
        Myślę, że to najgorsze miejsce, w jakim się kiedykolwiek znalazłam. W istocie
        tylko bardzo biedne, ale nie czas tak to teraz rozważać. Nadprogramowy pasażer
        informuje nas, że tu mieszka i jak tylko go wysadzimy, znajdziemy się pod
        piramidami. W końcu zatrzymujemy się niedaleko betonowego muru, który niczym
        berlińska ściana, oddziela piramidy od Gizy od 2003 roku. Płacimy kierowcy
        umówioną sumę i w tym samym momencie pasażer rozpoczyna zupełnie inną opowieść
        o najtańszych pod słońcem wielbłądach i koniach, na których możemy zwiedzić
        piramidy. Za jedyne 30 LE możemy przez 2 godziny jeździć po całym terenie.
        Straszy nas, że to pustynia i będziemy bardzo zmęczeni podejmując zwiedzanie
        piechotą.
        --
        community.webshots.com/user/corrina007
        republika.pl/corrina/cairo/
        • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 29.05.04, 13:32
          W cenie jest również rzekomo bilet wstępu. Informujemy go, że zupełnie nie
          interesuje nas taka oferta, ponieważ zamierzamy zrobić to właśnie na piechotę.
          Początkowo próbuje grzecznie, wskazuje na liczne w tym miejscu stajnie, które
          ze stajnią nie mają nawet wspólnej nazwy. Biedne konie stoją w słońcu
          przywiązane do licznych słupów i drzew. Jedzenia i wody nie widziały raczej od
          dawna. Niektóre chude do granic nieprzyzwoitości. Serce ściska ból, bo nigdy
          nie widziałam koni w takich warunkach. Nie mają nawet dachu nad głową.
          Po raz kolejny udzielamy naganiaczowi zdecydowanej odmowy, ale na niewiele się
          zdaje. Próbujemy się od niego oddalić, ale podąża za nami niczym hiena.
          Pokazuje nam, że wejście dla koni i wielbłądów jest tuż przed nami, natomiast
          piesze wejście główne jest daleko stąd – wyciąga rękę wskazując odległego
          Sfinksa. No nie, myślę sobie. Dopiero teraz wszystko do mnie dociera. Naganiacz
          wcale nie był przypadkowym pasażerem. Wieczorem dowiemy się, że wielbłądzi
          biznes kręci się tak od lat a kierowcy taksówek z każdego kursu jak nasz,
          dostają 30% ceny, jaką naiwni zgodzą się zapłacić za jazdę wierzchem po
          piaskach pustyni otaczającej piramidy. Liczba wielbłądów z „uprawnieniami” do
          wejścia na teren piramid znacznie zmalała w ostatnich latach po rządowych
          restrykcjach, stąd walka o każdego turystę przybrała na sile.
          Facet zaczyna być coraz bardziej męczący, wciąż nie daje za wygraną. Mam tego
          dość. Podchodzimy do kierowcy, który wciąż stoi w miejscu, gdzie nas wysadził
          (czekając na swoją dolę). Zaczynam podniesionym tonem informować go, że nas
          oszukał żądając, aby zawiózł nas w miejsce, na które się umawialiśmy.
          Taksówkarz nagle przechodzi niespodziewaną metamorfozę i jakby zapominając
          języka w gębie, udaje, że nie rozumie ani słowa po angielsku. Wzrusza ramionami
          i nic sobie nie robi z moich krzyków. Tego już za wiele. Wydawało mi się, że
          znam Egipt na tyle dobrze, że nie dam się już na nic nabrać, ale to się właśnie
          stało – czy tego chcę, czy nie. Zrezygnowani machamy ręką i ruszamy piechotą
          wzdłuż muru w stronę oddalonego o kilkaset metrów stąd Sfinksa. Może nie jest
          tak bardzo daleko, ale żar leje się z nieba, na dodatek zrobiło się strasznie
          duszno i nie ma czym oddychać. Nagle przypominam sobie o KFC znajdującym się
          tuż przed Sfinksem i myśl o lodowatej pepsi (której nie cierpię jak mało
          czego!) niczym cudowna siła, wiedzie mnie do celu. Naganiacz próbuje jeszcze
          resztką sił gonić za nami, ale udajemy, że go w ogóle nie ma. Mijamy jeszcze
          kilku podobnych, kilkakrotnie słyszymy z każdej strony „camel good”. Zaczynam
          śmiać się z naszej naiwności, choć złość nie minęła jeszcze do końca.
          Za złodziejską sumę 5 LE kupujemy pepsi i przez kilka minut rozkoszujemy się
          chłodem klimatyzacji. Wreszcie pora udać się do miejsca przeznaczenia.
          Straciliśmy już bezsensownie mnóstwo czasu, a po południu stracimy go jeszcze
          więcej, przez co wszelkie przygotowywane pieczołowicie plany zwiedzania miasta
          wezmą w łeb. Jednak koniec końców czy nie wyjdzie to jednak na dobre?
          W głównym wejściu zakupujemy bilety wstępu po 20 LE od osoby. Spotkanie ze
          starożytnością właśnie się zaczyna. Nie spiesząc się, możemy wreszcie obejrzeć
          w spokoju to wszystko, czego nie udało nam się nawet w ułamku zobaczyć
          poprzednim razem. Czym bowiem jest 45 minut w porównaniu z 4,5 h, podczas
          których możemy teraz do woli rozkoszować się widokiem zamglonych nieco smogiem
          piramid? Mijamy okupowanego przez tysiące turystów biednego Sfinksa i
          rozpoczynamy od prawej strony przechadzając się pomiędzy piramidami królowych.
          Przy sąsiadującej z nimi Piramidzie Cheopsa, dwudziestometrowe budowle, w
          których pochowane były żony Cheopsa, wyglądają jak klocki dla dzieci. Do jednej
          z nich udaje nam się wejść za symboliczną opłatą. Strażnik jest wyjątkowo miły
          i mało nachalny, dzięki czemu zyskuje naszą sympatię i zaufanie. Schodzimy
          wąskim na mniej niż metr korytarzem zaledwie 10 metrów pod ziemię. W środku
          (czemu nie jestem zdziwiona?) nie ma oczywiście nic poza gołymi ścianami, ale
          dzięki kilku zdaniom strażnika wyobraźnia działa na tyle, że jestem w stanie
          zobaczyć, jak mogło to wyglądać. Dopiero po wyjściu dociera do mnie, że zeszłam
          do czyjegoś grobu. Od razu pryska cała magia.

          --
          community.webshots.com/user/corrina007
          republika.pl/corrina/cairo/
          • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 29.05.04, 13:38
            Podchodzimy do stromego urwiska, skąd dwa biedne konie, zasypiające co kilka
            chwil, podziwiają widoki Nazlet as-Samaan, osiedla w Gizie bezpośrednio
            przylegającego do pustyni z piramidami. Trudno sobie wyobrazić, że piramidy
            kiedyś naprawdę otaczała prawdziwa pustynia. Dziś miasto weszło z butami
            praktycznie pod samo wejście. Po krótkiej refleksji nad ubóstwem panującym w
            tej dzielnicy przychodzi na myśl już tylko jedna kwestia. Jak bardzo współczuję
            wszystkim jednodniowym turystom, przybywającym do egipskiej stolicy tylko po
            to, aby podczas całej wycieczki zobaczyć (poza sklepami z papirusem, perfumami
            i złotem, Piramidami oraz Muzeum Egipskim) otaczające nas w tej chwili sypiące
            się lepianki, zawalone domy bez okien, góry śmieci sięgające kilku pięter,
            kilkudziesięcioletnie samochody, kalekie osły i wielbłądy, bose dzieci,
            brudnych starców, biedę, jakiej przeciętny Europejczyk nie jest sobie w stanie
            wyobrazić…
            Wieczorem sami przekonamy się, jak wygląda prawdziwy Kair. Miasto, które poznać
            można lepiej wyłącznie samemu lub z kimś, kto tu mieszka. Miasto, które w wielu
            dziedzinach prześciga Warszawę o całe lata świetlne. Miasto, w którym
            bezwiednie zakochuję się coraz bardziej. Choć w tym momencie patrzę właśnie na
            najgorsze obrazy Trzeciego Świata…

            --
            community.webshots.com/user/corrina007
            republika.pl/corrina/cairo/
            • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 29.05.04, 22:31
              Po dłuższej chwili opuszczamy to miejsce kierując się w stronę największej z
              piramid. Cheops z całą pewnością na kompleks mniejszości nie cierpiał.
              Choć oficjalna wspinaczka jest tu wzbroniona, policja turystyczna zawsze
              przymyka oko, pozwalając turystom na wdrapanie się po kilkunastu stopniach w
              miejscu specjalnie do tego wyznaczonym. Nie możemy odmówić sobie takiej
              przyjemności. Następnie udajemy się w kierunku Muzeum Łodzi Słonecznej, którą
              transportowano Nilem zmarłych faraonów. Po drodze mijamy doki, w których kiedyś
              cumowały łodzie. Mumie faraonów docierały łodziami do świątyni, skąd zabierano
              je do piramid, gdzie spocząć miały na wieki. Po ceremonii pogrzebowej drewniane
              łodzie-barki były palone w pobliżu piramid, aby w ten sposób zapewnić królom
              transport do nowego świata. W Muzeum Łodzi Słonecznej znajduje się
              prawdopodobnie najstarsza istniejąca konstrukcja z cedrowego drzewa, którą
              odnaleziono dopiero w 1954 roku. Odrestaurowana i podreperowana, znajduje się
              teraz w szklanym budynku, który chroni ją przed zanieczyszczeniami. Aby uniknąć
              najdrobniejszego kontaktu z piaskiem i kurzem, odwiedzający założyć muszą
              specjalne ochronne obuwie. Takie typowe muzealne kapciuchy :)
              Ogromna łódź robi wrażenie, oglądać ją można z 2 poziomów specjalnych balkonów
              dookoła. Na parterze znajduje się wystawa zdjęć przedstawiających odkrycie
              łodzi, oraz makieta barki. Bilet wstępu do tego osobliwego muzeum kosztuje 40
              LE. Dla studentów połowa. Niestety bez legitymacji o tańszym bilecie raczej
              można zapomnieć.
              Po wyjściu z Muzeum mijamy tylko Piramidę Chefrena, która z dołu wydaje się
              pozornie największa, ponieważ zbudowana została centralnie. Piramidę tę
              obeszliśmy skrupulatnie dookoła w zeszłym roku. Zaczynamy czuć się trochę
              zmęczeni, kończy się również woda w butelce i czas, jaki przeznaczyliśmy na
              zwiedzanie tej niezwykłej nekropolii. Rozgrzaną do granic możliwości drogą dla
              autokarów dochodzimy do najmniejszej z 3 piramid, Mykeryniusa, którą
              postanawiamy już tylko sfotografować bez spaceru dookoła. Zmęczenie wygrywa,
              nie mamy też sił podejść na taras widokowy, do którego turyści grupowi zawożeni
              są autokarami. Mamy mnóstwo zdjęć z ubiegłego roku. Muszą wystarczyć.
              Spędziliśmy tu właśnie 4 godziny, które minęły jak kilkanaście minut.
              Dostrzegamy polską grupę, która pakuje się do małego busa. Wspaniała okazja,
              żeby się z nimi zabrać. Pytam egipskiego opiekuna, czy mogą nas podwieźć
              kawałek do miasta. Nie chcemy brać taksówki wprost spod piramid. Bez problemu
              możemy jechać, niestety tylko do placu przed Sfinksem, biedacy mają bowiem w
              planie odwiedziny w sklepie z perfumami. Dobre i to, przez kilka chwil siedzimy
              przynajmniej w klimatyzowanym busie. Wysiadamy na placu, gdzie opiekun polskiej
              grupy cierpliwie odpowiada na moje pytania dotyczące orientacyjnego kosztu
              powrotu do hotelu. Niestety na metro połączone z taksówką nie mamy już czasu. O
              16:00 musimy zjawić się w hotelu. Spotka się tam z nami przyjaciel „naszego”
              Moheba, który za nas, jako pośrednik, ma uregulować opłacenie noclegu. Tylko w
              ten sposób można było zagwarantować niższą cenę. Dla gości indywidualnych tak
              wielkie zniżki nie mają szansy bytu.
              Postanawiamy przejść się kawałek ulicami Gizy, byle do przodu, aby dalej złapać
              taksówkę. Analogowym aparatem rejestruję kilka scen z życia ulicy : mężczyznę
              sprzedającego chleb prosto z rozłożonego na asfalcie papieru, właściciela
              osiołka z małym wozem, na który pakuje właśnie ogromne bryły cieknącego lodu,
              dzieci wracające ze szkoły, leniwe koty przy krawężniku. Dochodzimy do
              skrzyżowania, gdzie moim oczom już z daleka ukazuje się dobrze teraz znany
              widok sklepiku z sokami. Nabieramy sił, aby dojść do niego szybszym krokiem, bo
              myśl o lodowatym soku z trzciny cukrowej dodaje skrzydeł. Za 60 gr (1 LE) moje
              podniebienie rozkoszuje się ulubionym napojem. Egipcjanin za taką samą
              półlitrową szklankę (kufel) zapłaci ¼ tej ceny…Nieobeznany w cenach turysta –
              jakieś 5 razy więcej.
              Łapiemy w końcu taksówkę i za jedyne 10 LE mkniemy do hotelu. Taką cenę
              zapłaciliśmy za 1/3 trasy, którą dostaliśmy się do Piramid. Przepłacać rzecz
              ludzka. Tym razem idziemy za wskazówkami opiekuna polskiej grupy, który
              powiedział nam, że więcej płacić nie można. Powiedział też, że 10 LE to
              oczywiście i tak za wysoka cena, ponieważ jesteśmy turystami. I miał rację.
              Kierowca, który od razu zgodził się na taki kurs, chciał nam chyba udowodnić,
              że dobrowolnie daliśmy się wrobić, bo dyskretnie włącza kilkudziesięcioletni
              taksometr, który pod hotelem wskazywał 4.80 LE. Czyli niecałe 3 zł za cały,
              naprawdę długi kurs. Czy jest sens wykłócać się o cenę?

              --
              community.webshots.com/user/corrina007
              republika.pl/corrina/cairo/
              • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 30.05.04, 00:05
                Wieczorem czeka nas spotkanie z Mohebem, moim przyjacielem, rodowitym
                Kairczykiem. To człowiek całkowicie inny niż wszyscy poznani
                kiedykolwiek „skażeni turystyką” Egipcjanie. Tak często nazywam osoby
                pracujące w turystyczny biznesie w egipskich kurortach. Choćby byli nie wiem
                jak mili, zawsze gdzieś w środku pozostaje chęć zysku, zarobienia na
                dwutygodniowych „przyjaciołach”. Taka dwulicowość nie do końca mi się podoba,
                ale toleruję ją, ponieważ to Egipt, którego realia poznaję coraz lepiej z
                każdym dniem. Moheb, studiujący przez 10 lat w Europie (m. in.farmację) Kopt, z
                turystyką nie ma nic wspólnego. No, może tylko tyle, że jego firma produkuje
                między innymi hamulce do autobusów, którymi turyści docierają z kurortów do
                Kairu czy Luksoru. Od niecałych 10 lat ponownie w Egipcie, mieszka w Kairze z
                żoną i dwójką cudownych maluchów na jednym z osiedli nowoczesnego Heliopolis.
                Tymczasem w hotelowym lobby spotykamy się z jego najlepszym przyjacielem,
                Magedem, dyrektorem działu sprzedaży w konkurencyjnej dla Sheratona sieci
                hotelowej. Spędzamy kwadrans na przemiłej rozmowie, która utwierdza mnie w
                przekonaniu, że dobrzy ludzie otaczają się innymi dobrymi ludźmi. Maged jest
                przemiły, ma klasę, wspaniale włada angielskim, pomaga nam za jeden uśmiech i
                nie oczekuje niczego w zamian. Dokładnie taki sam jest Moheb.
                Żegnamy się z Magedem, i udajemy na godzinny odpoczynek do pokoju. O 19:00
                schodzimy ponownie do lobby, gdzie kilka minut po 19:00 (traffic!) zjawia się
                Moheb.
                Przed nami niezapomniany wieczór w mieście, o którym tak naprawdę do tej pory
                nic nie wiedziałam. Wsiadamy do samochodu i ruszamy na niezapomnianą
                przejażdżkę po Kairze. W ciągu 2 dni zjeździmy tu dobre 200 km.
                Mostem Tahrir opuszczamy Gezirę i udajemy się w kierunku placu o tej samej
                nazwie. Plac ten powinien dość dobrze kojarzyć się turystom, ponieważ tuż przy
                nim znajduje się Muzeum Egipskie. Mijamy je po lewej stronie wjeżdżając w jedną
                z najbardziej zatłoczonych wieczorami ulic kairskiego centrum. Teraz poznaję,
                tą samą trasą jechaliśmy dokładnie rok temu w trakcie niezapomnianej wieczornej
                przejażdżki.
                Stoimy w korku na rondzie. Obserwuję bacznie, co dzieje się dookoła.
                Przypominam Mohebowi pewną sytuację sprzed roku, o której opowiedziałam mu tuż
                po powrocie z Hurghady. To właśnie tu, na tym rondzie w mojej pamięci na zawsze
                utkwiła pewna scena. Tego wieczora wśród sprzedających przeróżne towary
                pomiędzy trąbiącymi samochodami ludzi dostrzegłam starszą kobietę, może 80-
                letnią i chorą. Sprzedawała naszyjniki z kwiatów jaśminu.
                I nagle, oczom nie wierzę! To ta kobieta!, krzyczę na całe gardło. Stoi
                dokładnie w miejscu, gdzie widziałam ją przez zaledwie ułamek sekundy rok temu.
                Sprzedaje chusteczki higieniczne, mam łzy w oczach.
                Przez zatłoczone ulice mkniemy sprawnie dalej, w stronę Cytadeli. Przejeżdżamy
                przez Plac Salah ad-Din. Moheb wskazuje na Meczet Sułtana Hassana, który
                planowałam odwiedzić. Jest jednak już zbyt ciemno na jakiekolwiek zdjęcia, w
                środku trwają modlitwy i nie ma gdzie zaparkować samochodu. Zadowalam się
                widokiem zza okna. Mijamy Miasto Umarłych (Cmentarz Północny), które nawet mój
                przyjaciel radzi oglądać z daleka. Wdrapujemy się ulicą wiodącą do Cytadeli i
                Alabastrowego Meczetu. Jesteśmy na królującej nad miastem górze El Mokatem. To
                miejsce absolutnie niezwykłe. Widać stąd panoramę całego Kairu, aktualnie
                błyszczącego jak wielkie stado świetlików. Wzdłuż urwiska zaparkowane
                samochody. Niektórzy Kairczycy przyjechali tu na grilla, inni, zdecydowanie
                przeważający – na randkę. Góra od lat słynie z tajnych spotkań młodych
                zakochanych. Spędzamy tu kilka minut, podziwiając także wspaniałe, bogate
                wille. Wspólnie stwierdzamy, że szkoda, iż miejsce jest zaniedbane i brak tu
                jakiejkolwiek infrastruktury. Kilkanaście lat temu stał tu duży hotel, były
                kawiarnie. Dziś wszystko obróciło się w ruinę a hotel zrównano z ziemią.
                Pozostało tylko ogrodzenie.

                --
                community.webshots.com/user/corrina007
                republika.pl/corrina/cairo/
                • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 30.05.04, 23:48
                  Wracamy do samochodu aby przemieścić się w zupełnie inny wymiar Kairu. Ponownie
                  przejeżdżamy wzdłuż Miasta Umarłych, tym razem po przeciwległej stronie,
                  jeszcze przez chwilę znów mam okazję rzucić okiem na Meczet Sułtana Hassana
                  oraz bliźniaczy, stojący tuż obok Meczet Al-Rafaee. Z pewnym zakłopotaniem
                  przyglądam się ulicznej scenie, w której udział bierze całkiem spora grupka
                  gapiów. Okazuje się, że to typowa uliczna bójka, jakich na ulicach Kairu
                  dziennie zobaczyć można dziesiątki. Uczestniczący w niej w charakterze struży
                  prawa policjanci nie do końca wydają się panować nad sytuacją. W rzeczywistości
                  jest to raczej słowna przepychanka z wymachiwaniem rękami, niż bójka, w którą
                  bardziej zaangażowani są gapie, niż sami zainteresowani.

                  Mostem 6 Października mkniemy teraz w kierunku Heliopolis. Pojęcie „most” nie
                  do końca oddaje charakter tej arterii, w istocie bowiem jest to
                  kilkunastokilometrowy (!) odcinek trasy szybkiego ruchu, podzielony na 4 pasy,
                  łączący Stary Kair z Gizą. Nowoczesna arteria ciągnie się wielkim wiaduktem
                  ponad ulicami, ba, często wręcz nad innymi wiaduktami! Przecinając Nil nosi
                  właśnie nazwę Mostu 6 Października. Kilkakrotnie mijamy miejsca, w których pod
                  nami biegną po 2 inne podobne mosty. Takie rozwiązania komunikacyjne w Polsce
                  pojawią się pewnie za 100 lat, myślę sobie. Przejeżdżamy też przez oddany w
                  zeszłym roku tunel o długości ponad 4 km. Nowoczesne rozwiązania tunelu
                  przebijają o niebo słynny podziemny odcinek warszawskiej Wisłostrady, oddany do
                  użytku zresztą w podobnym czasie.

                  Zjeżdżamy z wiaduktu, aby po chwili pojawić się na innym, nieco mniejszym, lecz
                  równie praktycznym moście. Pod nami w dole po prawej stronie mijamy słynny
                  Ramses Square, który zdobi oryginalny kilkunastometrowy posąg Ramzesa II.
                  Mieszka on zresztą jeszcze w 2 innych miejscach w Kairze, w tym w Heliopolis.
                  Nie jest to jednak oryginalny posąg, a jedynie jego replika. Na Ramses Square
                  znajduje się także duży dworzec kolejowy o tej samej nazwie.

                  Po kilkunastu minutach docieramy do Heliopolis. Teraz poznaję ulice, którymi
                  tuż przed wschodem słońca jechaliśmy dziś rano. Heliopolis oraz jego nieco
                  mniejsza część, Nasr City, gdzie mieszka Moheb, zupełnie nie przypomina, że
                  jesteśmy w Egipcie. Szerokie ulice obsadzone niezliczoną ilością wszelkiego
                  rodzaju gatunków drzew i kwiatów, nowoczesne wieżowce, zapierające dech w
                  piersiach wille, sklepy, o jakich tylko można marzyć, salony samochodowe
                  Jaguara, Mercedesa i bardziej osiągalnych marek – tak właśnie wygląda
                  Heliopolis, miasto w mieście. Jeśli ktoś ma wątpliwości, że jest w Egipcie,
                  wystarczy spojrzeć na nazwy ulic, lub rejestracje samochodów. Bo tylko one
                  odróżniają to miejsce od wielkich europejskich metropolii.

                  Mijamy rozległe tereny wojskowe i docieramy do lotniska. Po lewej stronie Moheb
                  wskazuje na nowy terminal, który zostanie oddany do użytku prawdopodobnie w
                  przyszłym roku. Na używanym obecnie terminalu wylądował kiedyś Concorde. Z
                  okien budynków w promieniu kilkuset metrów wypadły wszystkie szyby. Lotnisko
                  błyszczy wieczorem tysiącami kolorowych światełek i już z daleka bije od niego
                  wielka łuna światła. Samoloty lądują praktycznie co kilka minut.

                  Robimy pętlę i wracamy do Nasr City. Po drodze mijamy okazały dom syna
                  prezydenta Mubaraka. Kupił go w zeszłym roku.

                  Przy ulicy Al-Uruba (Airport Road) znajduje się osobliwy Pomnik Nieznanego
                  Żołnierza, ciekawa, nowoczesna konstrukcja w kształcie piramidy, przypominająca
                  o smutnych wydarzeniach z 1981 r. Prezydent Sadat, który uczestniczył wtedy w
                  obchodach rocznicy wydarzeń 6 października (1973 roku), został zastrzelony
                  przez islamskich fundamentalistów, mających nieco inną wizję państwa
                  muzułmańskiego. Pięknie oświetlona wieczorem budowla warta jest odwiedzenia za
                  dnia.

                  Z pewną refleksją wracamy do Nasr City, głośnej, kolorowej, pełnej sklepów i
                  centrów rozrywki dzielnicy Heliopolis. Dochodzi 22:00 a my jesteśmy już
                  porządnie głodni. Moheb zaprasza nas do swojej ulubionej włoskiej restauracji.
                  La Casetta to sieć pięciu kairskich restauracji (większość Heliopolis). Dwie
                  znajdują się także w Aleksandrii. Z pewnością należeć muszą do ulubionych
                  miejsc Kairczyków i wcale się nie dziwię. Jedzenie na wysokim włoskim poziomie
                  nawet z niektórymi egipskimi składnikami (mozarella) smakuje wybornie. Ceny nie
                  są specjalnie wygórowane, wystrój miły i przytulny, w tle włoska muzyka
                  dopełniająca obrazu.
                  --
                  community.webshots.com/user/corrina007
                  republika.pl/corrina/cairo/
                  • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 01.06.04, 23:42
                    Kolacja trwa dobre dwie godziny. Jest tak miło i tak cudownie nam się rozmawia,
                    że sami nie zauważamy, kiedy dochodzi północ. Jesteśmy przedostatnimi gośćmi i
                    naprawdę czas już na nas, jeśli jutro chcemy rano wstać wcześniej.
                    Opuszczamy więc Nasr, jadąc ulicą, przy której mieszka Moheb nagle dostrzegam
                    zawalony budynek, a właściwie to, co po nim zostało. Wieżowiec zawalił się na w
                    styczniu tego roku. Początkowo media podawały jako przyczynę, niezgodne z
                    prawem budowlanym własnowolne dobudówki dodatkowych pięter. W praktyce historia
                    była bardziej dramatyczna. W budynku wybuchł pożar. Kiedy strażakom zabrakło
                    wody, zeszli do piwnic, żeby skorzystać z tamtejszych rur. Pech chciał, że
                    zamiast wody odkręcili zawór.. z gazem..Budynek poleciał w mgnieniu oka. Było w
                    nim zaledwie kilka osób, w większości strażaków...
                    Do hotelu docieramy grubo po północy. Choć jestem zmęczona jak nigdy przedtem
                    (bądź co bądź już drugą dobę jestem już na nogach), nie mogę oprzeć się
                    pokusie, aby usiąść na kilka minut na balkonie. Nie jestem w stanie uwierzyć,
                    że tuż pode mną płynie wartko Nil, w oddali widzę pięknie oświetlony Meczet
                    Alabastrowy, tuż obok błyszczy wieża telewizyjna. Po Nilu pływają dziesiątki
                    statków - restauracji i dyskotek, jest gwarno, głośno i bardzo kolorowo. Każy
                    statek mieni się kolorowymi światłami, na wielu pokładach młodzi Kairczycy
                    tańczą i bawią się tak, jak tylko oni potrafią. Muzyka miesza się z rykiem
                    klaksonów aut mknących bulwarem na drugim brzegu. Wieczorna iluminacja Kairu w
                    wykonaniu choćby samych hoteli wygląda wspaniale. Widok absolutnie wart
                    zapamiętania. I znów przypominam sobie, jak łatwo marzenia spełniają się w
                    Egipcie.. Pora spać, bo jutro nie wstaniemy.

                    --
                    community.webshots.com/user/corrina007
                    republika.pl/corrina/cairo/
                    • corrina_f1 ALEXANDRIA STORY 01.06.04, 23:43
                      18.05.2004 ALEKSANDRIA

                      Po śniadaniu, kilka minut po 9:00 spotykamy się z Mohebem przed hotelem. Co za
                      zbieg okoliczności, spełnia się moje kolejne marzenie! Jak nie kochać tego
                      kraju :) Odkąd zobaczyłam kiedyś kilka zdjęć z Aleksandrii, wiedziałam, że
                      muszę tam dotrzeć. I oto siedzimy w samochodzie, który dowiezie nas do celu.
                      Poranny Kair pogrążony od świtu w smogu nie jest dziś szczególnie zakorkowany.
                      Bez problemu udaje nam się wyjechać z miasta obwodnicą, która po kilku
                      kilometrach zmienia się w 3 pasmową autostradę. Zatrzymujemy się na stacji,
                      żeby zatankować. Mówię do Krzysia: "Oddajmy mu chociaż za benzynę, nie może
                      płacić za nas za każdym razem za wszystko". Krzyś się tylko śmieje i każe pukać
                      mi się w głowę. No tak, benzyna to akurat najmniejszy wydatek, na jaki narażamy
                      Moheba - tankuje 35 l i płaci.. 35 LE !! Litr benzyny w Egipcie od lat
                      niezmiennie kosztuje 1 LE, czyli około 60 gr. Cena jest stała, a wszelkie
                      perturbacje rynkowe na świecie wyrównuje rząd. Co ciekawe, Egipt w małym bardzo
                      stopniu korzysta z własnych zasobów. Ropa wraz z gazem trafia na ogół do
                      Europy, na egipskie zaś stacje dociera najczęściej ropa z Arabii Saudyjskiej.
                      Zatem nie będę obrażać przyjaciela, zapłata za paliwo faktycznie mogłaby być
                      poniżająca ;)
                      Przed nami 200 km, które przejedziemy w nieco ponad 3 godziny. Powód? Wierzcie
                      lub nie, ale przy całej fantazji jazdy Egipcjan, boją się tylko jednego -
                      policji na autostradzie! Stojące patrole spotykamy kilkakrotnie, nie są to
                      jednak kontrole paszportów czy innych dokumentów pasażerów, jak w przypadku
                      Synaju. Sprawdzana jest oczywiście prędkość. Być może zakładają, że w te rejony
                      turyści się już nie zapędzają. Zresztą, jakoś mało ich to obchodzi, bo
                      kilkakrotnie spoglądają na nas spod oka, udając, jakby nas w ogóle nie było.
                      Dokumenty Moheba sprawdzane są tylko raz, ale za to bardzo skwapliwie. Cała
                      kontrola wygląda dość zaskakująco, bowiem dwóch lub trzech policjantów staje po
                      prostu na środku autostrady i wstrzymuje cały ruch. Przepuszcza kolejno
                      samochody po uprzednim sprawdzeniu dokumentów. Zatem zdecydowana większość
                      kierowców, w tym Moheb, bardzo przestrzega prędkości, która, jak się okazuje,
                      na autostradzie dla aut osobowych wynosi tylko 80 km/h! Nasz przyjaciel
                      naprawdę rzadko kiedy ją przekracza. Trochę wolniej, ale za to całkowicie
                      bezpiecznie, docieramy do Aleksandrii.
                      Warte odnotowania są jeszcze widoki jakie obserwujemy praktycznie przez całą
                      drogę. Wzdłuż autostrady ciągną się tzw. "desert villages", czyli ogromne
                      działki bogatych Kairczyków. Działki mają od kilku do kilkunastu hektarów.
                      Jeszcze kilka lat temu można je było kupić za bardzo małe pieniądze. Bądź co
                      bądź, był to tylko kawał pustyni. Warunek zakupu po niskiej cenie (często od
                      Beduinów) był jeden - w ciągu określonego czasu teren musi zostać
                      zagospodarowany. W praktyce oznacza to w wielu przypadkach wybudowanie jedynie
                      okazałego ogrodzenia i ogromnej, jeszcze okazalszej bramy. Czasem posadzenie
                      kilku palm. Reszta w nieokreślonej przyszłości. Póki co masz działkę, jesteś
                      kimś, nie ważne, czy stoi tam już dom, czy stanie za kilka lat. Nie mam
                      pojęcia, jak działki wyglądają za bramami, ale na bramy pieniędzy i rozmachu
                      nie szczędzili. Moheb zwraca nam uwagę na ogromne ranczo, a właściwie rancza
                      pewnego bogatego Kairczyka, który w kilku miejscach na trasie, zbudował ogromne
                      stadniny z hodowlą koni arabskich. Hihi, pewnie większość trafiła tam z Janowa
                      Podlaskiego ;)
                      Od czasu do czasu między działki wbijają się plantacje bananów i innych owoców.
                      Może trudno w to uwierzyć, ale na przykład truskawki, które do niedawna można
                      było jeść tylko w sezonie, czyli zimą, teraz w Egipcie dostępne są okrągły rok,
                      ponieważ hodowane są... w szklarniach!
                      Przez całą podróż pogoda wydaje się wyglądać co najmniej europejsko. Znikło
                      słońce, niebo pokryły chmury, zrobiło się chłodniej. Zapominając całkowicie, że
                      jesteśmy w Egipcie (dookoła piękna zieleń, nowoczesna autostrada, bardziej
                      czuję się jak w Hiszpanii) reaguję jak zawsze w podobnych sytuacjach w Polsce
                      jednym zdaniem : "Będzie padać". Moheb tylko się śmieje. "Jesteś w Egipcie,
                      zapomnij o deszczu". Mija może kilkanaście minut a ja tryumfuję - na szybie
                      pojawiły się pierwsze krople deszczu!! Moheb jest conajmniej zdziwiony, ale to
                      dopiero początek niespodzianki pogodowej! Deszcze w Aleksandrii generalnie
                      zdarzają się częściej niż w reszcie kraju, ale jak wiadomo, ma na to duży wpływ
                      bliskość Morza Śródziemnego. W zimie pada tu nawet bardzo często. Ale mamy
                      koniec maja, nawet tu o tej porze deszcz byłby czymś niezwykłym. Moheb opowiada
                      o rzadkich deszczach w Kairze, które padają raz na kilka miesięcy, a trwają na
                      ogół kilkanaście minut. Tymczasem będziemy mieli "szczęście" (?) przeżyć w
                      Aleksandrii coś zgoła odmiennego. Deszcz, wcale nie jakaś mżawka, towarzyszyć
                      nam będzie z przerwami przez praktycznie cały dzień, aż do wyjazdu do Kairu.
                      Temperatura też zdecydowanie niższa, niż w stolicy. Kiedy opuszczaliśmy ją
                      rano, było dobrze ponad 30 C, aktualnie jest tylko 19. Temperatura właściwie
                      idealna na zwiedzanie, tylko na co nam ten deszcz ? ;)
                      Kilkanaście kilometrów przed wjazdem do miasta mijamy ciągnącą się wzdłuż i
                      wszerz rafinerię.
                      Wreszcie upragniony cel - wjeżdżamy do Aleksandrii. Moheb wciąż nie może się
                      nadziwić opadom, które momentami są całkiem całkiem ;)
                      Zwiedzanie Deszczowego Miasta, jak odtąd nazywać będę zawsze Aleksandrię,
                      rozpoczynamy od miejsca, gdzie kiedyś stała słynna Latarnia Morska w Faros -
                      jeden z 7 cudów starożytnego świata...

                      --
                      community.webshots.com/user/corrina007
                      republika.pl/corrina/cairo/
                      • corrina_f1 Re: ALEXANDRIA STORY 03.06.04, 22:24
                        Czy komuś jeszcze chce sie to czytać ? ;)


                        Zwiedzanie Deszczowego Miasta, jak odtąd nazywać będę zawsze Aleksandrię,
                        rozpoczynamy od miejsca, gdzie kiedyś stała słynna Latarnia Morska w Faros -
                        jeden z 7 cudów starożytnego świata...
                        Już przy samym wejściu do Fortu Quaitbey odczuwam lekkie podirytowanie – my za
                        bilet zapłacimy 12 LE, Moheb … tylko funta.. :) Deszcz na jakiś czas ustaje, a
                        my spacerujemy po 3 piętrach tej osobliwej budowli, której odrestaurowanie
                        odebrało chyba ducha czasu. Na pierwszy rzut oka fort wydaje się tak nowy i
                        czysty, że trudno uwierzyć, iż stoi tu już od ponad 500 lat. Wąskie korytarze i
                        sklepienia w kształcie łuków, maleńkie okienka strzelnicze, z których widać
                        tylko cieniutki pasek błękitu morza, wysokie schody, pozostałości meczetu –
                        wszystkie detale nadają temu miejscu wyjątkowy charakter. No i oczywiście
                        krużganki i taras widokowy, z którego podziwiać można cudowną, bardzo urokliwą
                        panoramę Starego (Wschodniego) Portu. To widok absolutnie niezwykły. W porcie
                        cumują dziesiątki, jeśli nie setki kolorowych stateczków i łódek. Widok rybaków
                        jest tu zresztą dość powszechny. Okupują praktycznie każdy wolny skrawek
                        falochronu, z długimi wędkami w rękach i papierosami w ustach przesiadują tu
                        godzinami. Taki widok to właściwie pocztówka Aleksandrii. Spędzamy tu jakieś
                        pół godziny.
                        Kolejnym punktem programu jest Meczet Abu Abbas al- Mursi, cudownie zdobiona,
                        biała jak kość słoniowa świątynia znajduje się niewiele ponad kilometr od
                        Fortu. Mamy za sobą pierwszy fragment najcudowniejszego bulwaru nadmorskiego,
                        jaki kiedykolwiek widziałam, słynnego Corniche, którym spacerować będziemy w
                        deszczu po południu. Tymczasem wjeżdżamy na mały parking przed meczetem a ja
                        jestem bardzo podekscytowana możliwością zobaczenia go w środku. W tym celu
                        muszę udać się na prawo, do wejścia dla kobiet, którego pilnuje oczywiście
                        mężczyzna :) Buty lądują w małej drewnianej przegródce, dostaję numerek. Jak
                        dobrze, że jestem odpowiednio ubrana. Dzięki temu starszy pan nawet specjalnie
                        nie przygląda mi się tylko z tego powodu, że nie jestem muzułmanką. Część dla
                        kobiet jest oczywiście nieporównywalnie mniejsza, niż część męska, którą w tym
                        samym czasie zwiedza Krzyś. W „mojej” części panuje półmrok, kilka kobiet modli
                        się mniej lub bardziej żarliwie, inne odpoczywają pod ścianą, niektóre czytają
                        Koran. Na pięknym czerwonym dywanie bawią się dzieci. Robię kilka zdjęć
                        sklepienia i aż korci mnie, żeby sfotografować rozmodloną kobietę. W ostatniej
                        chwili rezygnuję, jakoś nie potrafię się przełamać, mam dla niej, dla nich
                        wszystkich dużo szacunku a chwila wydaje się zbyt podniosła i święta, żeby psuć
                        ją jednym zdjęciem. Czuję, że przeszkadzam w czymś bardzo ważnym, więc pokornie
                        opuszczam meczet. Na krużganku bawi się trójka cudownych dzieciaków. Kiedy
                        dostrzegają w moim ręku aparat, natychmiast same zaczynają pozować do sesji,
                        której tym razem nie mogę sobie odmówić.
                        W czasie, kiedy ja i Krzyś zwiedzamy meczet, Moheb cierpliwie czeka na nas na
                        parkingu. Pomimo moich próśb nie chce wchodzić do środka. Jakoś niespecjalnie
                        darzy sympatią muzułmanów i raczej się z tym nie kryje. Wiele razy pytałam go,
                        jak odnajduje się w kraju islamskim nie należąc do niego. Przyznaje, że sam nie
                        wie. Jest to tym trudniejsze do zrozumienia, że praktycznie 95% jego
                        pracowników to muzułmanie. Czasem poważnie zastanawia się nad powrotem do
                        Europy...

                        --
                        community.webshots.com/user/corrina007
                        republika.pl/corrina/cairo/
                        • corrina_f1 Re: ALEXANDRIA STORY 03.06.04, 22:24
                          Wychodząc z meczetu już z daleka widzę, że Moheb rozmawia z ubranymi
                          tradycyjnie na biało policjantami. Na pierwszy rzut oka wygląda na miłą
                          pogawędkę, policjanci się uśmiechają, Moheb wydaje się z nimi żartować. Nie
                          pytam, o czym rozmawiali, bo co mnie to właściwie obchodzi.
                          Teraz czeka nas punkt, którego na mojej liście nie było. Moheb ma dla nas
                          niespodziankę. Bardzo miłą, bo jak się okazuje, z polskimi korzeniami.
                          Na moment zatrzymujemy się pod budynkiem Sądu Najwyższego (nie można tu
                          parkować ;) żebym mogła uwiecznić na zdjęciu bardzo ładny poniekąd Pomnik
                          Nieznanego Żołnierza. ( i kilka scen ulicznych – a co tam! :)
                          Wjeżdżamy w głąb miasta, w barwne uliczki pełne małych i dużych sklepów z
                          owocami, oryginalnymi ubraniami, niezliczonymi częściami do samochodów (np.
                          sklep z samymi tylko lampami od kierunkowskazów – ale za to chyba każdej marki
                          jaka tylko istnieje!), zegarkami, prasą. Wszystko tak zwyczajne, a jednak tak
                          fascynujące. Każdą ulicę wypełnia fala żółto-czarnych taksówek (w Aleksandrii
                          wyglądają jakby na nowsze, może o jakieś 5 lat niż w Kairze :) i barwny tłum.
                          Zastanawiam się, czy tu nikt nie pracuje? Co robią ci wszyscy ludzie w środku
                          dnia paradując po chodnikach i ulicach Aleksandrii?
                          Po kilku minutach błądzenia w końcu udaje nam się odnaleźć cel. Moheb
                          przyznaje, że choć bywa tu naprawdę często, wielokrotnie zdarza mu się zgubić.
                          W przeciwieństwie do Kairu, w którym podobno nie zgubił się jeszcze ani razu. W
                          Aleksandrii mieści się filia jego firmy oraz dwa mieszkania należące do jego
                          rodziny. Kupił je kiedyś za grosze nieżyjący już ojciec Moheba. Teraz jedno
                          wynajmują, drugie zaś służy jako letnia baza weekendowa. Jakieś 60% mieszkań w
                          wieżowcach wzdłuż Corniche należy właśnie do Kairczyków.
                          Moheb po raz kolejny udziela nam lekcji bezpiecznego przechodzenia przez ulicę.
                          Nauka nie pójdzie w las, jutro uda mi się w ciągu kilku zaledwie minut przejść
                          przez niemal cały Midan Tahrir w Kairze !
                          Stoimy przed bramą Kom El Dikka – ruin rzymskiego teatru który, jak się po
                          chwili okaże, odkryła w 1960 roku polska misja archeologiczna (Polskie Centrum
                          Śródziemnomorskiej Archeologii w Kairze). Na 40 tyś m kw. znajdują się wbite w
                          osiedle mieszkaniowe ruiny teatru, łaźni i cystern. To właśnie łaźnie i
                          cysterny zostały odkryte jako pierwsze. 5 lat później dokonano odkrycia na
                          niespotykaną wcześniej skalę, teatr rzymski był bowiem pierwszym tego typu
                          obiektem odnalezionym w Egipcie! Obecnie na ogrodzonym terenie wciąż trwają
                          różnego rodzaju prace mające na celu stworzenie swoistego muzeum na otwartym
                          powietrzu – Parku Archeologicznego, gdzie poza cudami starożytnej rzymskiej
                          architektury znajduję się również odkopane lub wyłowione fragmenty posągów,
                          rzeźb czy płaskorzeźb. Całość otacza piękny i bardzo kolorowy ogród. Miejsce
                          absolutnie warte odwiedzenia.
                          Przy wejściu zakupujemy bilety (10LE), Moheb jak zwykle tylko 1 LE. Jednak
                          zanim wejdziemy, zostaje on szczegółowo przepytany na okoliczność, jak się
                          okazuje.. naszego towarzystwa. Dopiero tu zdradza nam (częściowo) treść rozmowy
                          z policjantami przed meczetem. Zarówno wtedy, jak i teraz, stróże prawa
                          zamiast sprawdzić po prostu nasze paszporty, wymagają podania wszystkich
                          możliwych danych osobowych naszego przyjaciela – włącznie z numerem telefonu.
                          Sprawdzają jego dokumenty, wypytują o nasz cel wizyty. Po co to wszystko –
                          pytam. Moheb macha tylko ręką. Na razie nie podtrzymuję tematu.
                          Po krótkim spacerze w Kom El Dikka wracamy do samochodu i przez kolorowy, choć
                          dziś szary (znów zaczyna kropić) Corniche, przemieszczamy się pod budynek
                          słynnej Biblioteki, kolejnej wizytówki Aleksandrii.

                          --
                          community.webshots.com/user/corrina007
                          republika.pl/corrina/cairo/
                          • pc_maniac Rety ale Ci zazdroszczę tej Aleksandrii 03.06.04, 23:40
                            Teraz to już na pewno wiem, że musimy tam dotrzeć w kolejnej wyprawie.
                            Hehe, oczywiście wcześniej będziesz miała dość moich pytań typu "co, gdzie, za
                            ile".

                            Z niecierpliwością czekamy z żoną na dalsze odcinki.
                            --
                            EGIPT-HOTELE (opinie turystów)
                            • corrina_f1 Re: ALEXANDRIA STORY 08.06.04, 22:46
                              Nie Słonko, zabrałam się dla odmiany za zdjęcia, bo też obiecałam ;))
                              Na pisanie muszę miec nastrój i wenę ;)
                              Ale idzie długi weekend, wszystko do nadrobienia :)

                              --
                              community.webshots.com/user/corrina007
                              republika.pl/corrina/cairo/
                          • corrina_f1 Re: ALEXANDRIA STORY 24.06.04, 21:39
                            Widoczne już z daleka ogromne gmaszysko przypomina kształtem wielki srebrny
                            dysk. Zostawiamy samochód na pobliskiej ulicy i przez kilkanaście minut
                            spacerujemy dookoła Biblioteki. Jest bardzo okazała i choć całkowicie
                            nowoczesna (otwarta w 2002 roku w miejsce zburzonej przeszło 2000 lat temu
                            starożytnej Biblioteki Aleksandryjskiej), wzbudza wielki respekt. Pewnie ze
                            względu na historię poprzedniczki, jak również samą zawartość tysięcy półek. 11-
                            piętrowa konstrukcja oparta na żelaznych filarach pokryta jest wielkimi
                            szklanymi panelami, które odbijając słońce, w zależności od pogody, „świecą”
                            błękitem lub srebrem. Tuż obok, po prawej stronie od wejścia znajduje się
                            wydział sztuki Uniwersytetu Aleksandryjskiego. Budynek stoi praktycznie w
                            miejscu, gdzie przed 2 tysiącami lat dumnie błyszczała oryginalna Biblioteka.
                            Moheb proponuje zajrzeć do środka. Przyznaje, że jeszcze nie był w środku.
                            Uśmiecham się niewyraźnie – „nie, nie, może innym razem”. Od prawie 3 lat
                            pracuję w budynku pod wieloma względami niemalże identycznej Biblioteki
                            Uniwersyteckiej w Warszawie. I choć z samą biblioteką nie mam niczego
                            wspólnego, to codzienne przebywanie w jakże podobnym gmachu (podobne założenia
                            nowoczesnej architektury) jakoś skutecznie zniechęca mnie do zwiedzania
                            wnętrza.

                            Teraz czas na prawdziwą przyjemność dla oka, ucha, duszy. Przed nami miejsce
                            cudowne, piękne, magiczne. To kompleks parkowo pałacowy Montazah. Znajduje się
                            na samym końcu Corniche, całkiem niedaleko mieszkania Moheba. Jeszcze nie pada,
                            kiedy wjeżdżamy na teren parku (wjazd płatny, jak zwykle nie wiem ile, bo znów
                            płaci Moheb) samochodem – tak, tak, można wjechać przez ogromną pięknie
                            zdobioną bramę, ale nie każdy ma taki przywilej. Dotyczy on wybranych
                            mieszkańców Aleksandrii i przez chwilę czuję się, jakbyśmy jechali z egipskim
                            VIPem. Cboć Moheb jest naprawdę zupełnie normalnym, przeciętnym Kairczykiem,
                            następnego dnia właśnie Kairze będę miała jeszcze jedną okazję, żeby tak
                            myśleć.
                            Teren parku jest ogromny i teraz rozumiem, dlaczego można wjechać autem. Choć
                            chyba znacznie praktyczniejszy (i zdrowszy dla fauny i flory) byłby rower.
                            Niestety pogoda pogarsza się z każą minutą a niezauważalna wcześniej mżawka
                            jest już całkiem mokrym deszczem. Ponieważ to środek tygodnia, park świeci
                            pustkami, zresztą i aura nie zachęca raczej do spacerów. Zostawiamy samochód w
                            miejscu, w którym, jak się po chwili okazuje, parkować nie można i wyruszamy na
                            mały obchód. Żałuję, że od tego miejsca nie zaczęliśmy naszej wizyty w mieście.
                            Z całą pewnością zasługuje na co najmniej półdniową wizytę. Z drugiej strony,
                            gdybyśmy zatrzymali się tu na dłużej, nie chciałabym już stąd wychodzić, zatem
                            reszta punktów programu nie miałaby szansy na zrealizowanie.
                            Prawdopodobnie nie udaje nam się przespacerować nawet połową zacienionych
                            przyjemnie alejek, nasze kroki koncentrują się zatem tylko w okolicach pałacu.
                            Jak zwykle pech, gdziekolwiek nie pojedziemy, wszelkie atrakcyjne budowle są w
                            trakcie renowacji. Dokładnie tak, jak jedna z pałacowych wież…
                            Umówmy się, że w ogóle cały park, pałac, cudowne bajkowe kwiaty nie prezentują
                            się najokazalej w strumieniach deszczu. A ten wciąż pada…
                            Kompleks parkowy otaczający mauretański pałac oraz inne budynki (w tym
                            niefortunnie zbudowany w samym jego sercu Mc Donalds) to oaza prawdziwego
                            relaksu. Najważniejszą budowlą jest wspomniany Pałac Al.-Haemlek, który wraz z
                            Al.-Salamek służył kiedyś ostatniej rodzinie królewskiej jako letnia
                            rezydencja. Obecnie każdego lata bywa tu regularnie prezydent Mubarak. Pałac
                            otoczony licznymi cyprysami, sosnami śródziemnomorskimi, palmami i całą gamą
                            drzew, których nie widziałam wcześniej na oczy, w połączeniu z kolorowymi
                            kwiatami, kwitnącymi krzewami, równiutko przystrzyżonymi soczyście zielonymi
                            trawnikami, „kącikami zadumy”, zakątkami idealnymi na romantyczne spotkania,
                            drewnianymi ławeczkami i pomostami a przede wszystkim bezpośrednio przylegającą
                            do parku plażą, tworzą niezapomniany widok. Do dziś, kiedy tylko na moment
                            zamykam oczy, widzę to wszystko tak wyraźnie, jakbym właśnie tam była…
                            Na terenie kompleksu znajdują się także niewielkie ale bardzo ekskluzywne
                            hotele, plaża z naturalnymi zatokami, centrum turystyczne, restauracje,
                            bungalowy i plac zabaw dla dzieci.
                            Po trawniku, tuż obok mnie skacze sobie dudek. Zabawne, że ptaka, który
                            wyjątkowo kojarzę z Polską, po raz pierwszy mam okazję zobaczyć w Egipcie. Z
                            żalem spaceruję wśród tych bajkowych alejek nasiąkając aleksandryjskim
                            deszczem. Próbuję wyobrazić sobie, jak cudownie to miejsce wygląda przy
                            słonecznej pogodzie. Cóż, będę musiała się o tym jak najszybciej przekonać.
                            Wzdłuż plaży, a właściwie bezpośrednio na niej, stoją rzędem parterowe wille
                            należące do bogatych Aleksandryjczyków. Widok z salonów wprost na turkusowe
                            (dziś niestety szaro granatowe) morze musi przyprawiać o zachwyt. Same
                            rezydencje są naprawdę okazałe, Moheb uważa, że kosztują średnio 500-600 tyś
                            dolarów.
                            Dochodzi 16:00, zdaje się, że nie ma tu czego szukać. Słońce z całą pewnością
                            już dziś nie wyjdzie a mój żołądek wyraźnie daje do zrozumienia, że czas
                            zainteresować się czymś bardziej przyziemnym. Moheb pyta, na co mamy ochotę. Z
                            pewnością nie na lokalnego Mc Donald’a, który pasuje tu jak pięść do oka.
                            Decyzja zapada szybko, jedziemy na coś egipskiego.

                            --
                            www.pbase.com/corrina
                            • corrina_f1 Re: ALEXANDRIA STORY 24.06.04, 21:40
                              Po takiej uczcie marzę wyłącznie o spacerze, nie ma znaczenia, że w deszczu.
                              Przemieszczamy się w okolice domu Moheba, zostawiamy tam samochód i wybieramy
                              się na małą przechadzkę wzdłuż bulwaru Corniche. Plaża Restauracja, do której
                              trafiamy po kilkunastu minutach, znajduje się przy wjeździe do miasta od strony
                              wschodniej na Sidi Bishr. Mijamy torowiska tramwajowe, wąskie uliczki pełne
                              handlarzy, kilka (w zasadzie odczuwalnych) korków i jesteśmy na miejscu.
                              Wysiadam z auta nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że w Aleksandrii czuję się
                              jeszcze bardziej swobodniej niż w Kairze. Wydaje mi się, że tu już nikt w ogóle
                              się na nas nie patrzy, jakbyśmy należeli do otoczenia, byli jego częścią.
                              Aleksandryjczycy są uśmiechnięci, spieszą się może troszkę bardziej niż
                              Kairczycy, w żadnym wypadku nie są nachalni. Czasem mam wrażenie bycia
                              niewidoczną i czuję się wręcz „zaniepokojona”, że na ulicach nikt nie wykazuje
                              nami najmniejszego zainteresowania. Na szczęście tylko do czasu, bo już po
                              wejściu do restauracji zostajemy otoczeni nieprawdopodobnie wręcz serdeczną
                              opieką. Restauracja Balbaa Village przypomina na pierwszy rzut oka rodzaj
                              wielkiej jadłodajni, czy stołówki. Dopiero po dłuższej chwili zaczynam wsiąkać
                              w atmosferę tego miejsca. Restauracja zajmuje 2 piętra niepozornego budynku i
                              jest całkowicie pozbawiona turystycznej komercji, ponieważ nawet menu
                              wydrukowane jest wyłącznie w języku arabskim. Zajmujemy stolik a właściwie
                              całkiem pokaźny długi stół na piętrze i oczekując na kelnera, postanawiam
                              poobserwować trochę to miejsce. Sale na parterze i piętrze (właściwe trudno
                              mówić o pojęciu sali) wypełnione po brzegi. Do Balbaa Village przychodzą
                              każdego dnia całe rodziny, grupy znajomych, rzadko kiedy pojedyncze osoby.
                              Panuje tu wyjątkowa atmosfera a zapach, jaki roznosi się po całej okolicy,
                              przyprawia głodnych o skręty kiszek. Wystrój gustowny, choć bardzo prosty i
                              oszczędny, jednak praktyczny. Wszystko czyste i higieniczne. Toaleta jest
                              jedną z ładniejszych, jakie widziałam w Egipcie.
                              Ponieważ nie rozumiem ani słowa z karty, z góry zakładam, że wyboru powinien
                              dokonać za nas Moheb. I jest to strzał w dziesiątkę. Pada hasło : „kebab” i
                              prawdę mówiąc, jest mi kompletnie wszystko jedno, byle jak najszybciej coś
                              wjechało na stół, bo umrę przy tych zapachach !
                              Mówisz i masz! Już po chwili na długim, przykrytym ceratą stole ląduje cała
                              plejada „czekadełek” w postaci mojej ukochanej pasty z bakłażana z lekkim
                              dodatkiem czosnku czy hummusa, delikatnej pasty z cieciorki i oliwy. Jest też
                              całkiem ostry kremowy twarożek, są egipskie pikle, marynowane buraki, ogórki,
                              papryka i kalafior. Niestety egipski sposób marynowania warzyw zupełnie nie
                              współgra z moim podniebieniem, zostawiam je więc dla panów. Są podawane na
                              zimno pieczone bakłażany z sezamowym sosem, falafel i pasta z bobu, oczywiście
                              z dodatkiem pysznej oliwy oraz cały koszyk gorącej, pieczonej na miejscu
                              wspaniałej pity. Jem to wszystko oczami i zdaję sobie sprawę, że jeśli tylko
                              spróbuję wszystkiego, jest duża szansa, że nic więcej się nie zmieści.
                              Po kilkunastu minutach kelner donosi całkiem spore porcje ryżu polanego sosem
                              przypominającym nieco gulasz, z kawałkami mięsa. Myślę sobie, że to już danie
                              główne, na które nie mam bynajmniej miejsca, ale przez grzeczność jem, nie
                              zważając na to, że zamawialiśmy chyba kebab. A może nie zamawialiśmy? W końcu
                              to Moheb coś tam po arabsku mówił…
                              Odwracam się na moment, chwila nieuwagi a na stół wjeżdża ogromny talerz z
                              pokrojonymi w kostki kawałkami mięsa. I TO właśnie jest nasz kebab. Dopiero
                              teraz dociera do mnie technika „produkcji” tego smakołyku. Na parterze znajduje
                              się wielki ceglany piec opalany specjalnym drewnem, w którym pieczona jest
                              pyszna pita oraz różnego rodzaju mięsa, w tym kebab. Danie, które do tej pory
                              kojarzyło mi się raczej wyłącznie z tureckimi budkami w Warszawie, ewentualnie
                              kapitalnymi barkami tureckimi w Berlinie, w rzeczywistości posiada formę
                              znacznie bardziej wyrafinowaną niż gruba buła z pociętymi wiórami mięsa. W
                              Balbaa Village zamawia się go na kilogramy (na ogół w przypadku 3 osobowej
                              egipskiej rodziny wystarcza kilogram), mięso ważone jest przed upieczeniem.
                              Następnie krojona w dość duże kostki jagnięcia (stąd ten smak !!) lub rzadziej
                              wołowina, nadziewana jest na metrowe szpady, marynowana i przyprawiana
                              mieszanką, znaną wyłącznie tutejszemu kucharzowi, aby na koniec wylądować w
                              piecu. Cały sekret tkwi właśnie w przyprawach, marynacie, węglu, temperaturze
                              ognia, wielkości pieca, ręce kucharza, wilgotności powietrza, słonecznym dniu,
                              nastroju klienta, godzinie podania ;) Jednym słowem, po prostu tylko w tym
                              miejscu kebab smakuje tak, jak smakuje i tylko dzięki Balbaa Village, kiedy
                              zamknę oczy, wciąż czuję ten smak, jak żaden inny.
                              Nasz talerz zawiera na oko około kilograma krojonej oraz mielonej jagnięciny, z
                              której formowane są kulki wielkości krojonych kostek, i tak jak one, nabijane
                              na szpadę. Maczane w czosnkowo jogurtowym sosie smakują niebiańsko! Na talerzu
                              wciąż mam jeszcze całą górę ryżu, małe miseczki nadal pełne są „czekadełek” a
                              ja czuję, że za moment pęknę. Padam też ze śmiechu obserwując miny Krzysia i
                              Moheba. Zdaje się, że i oni mają dosyć :)
                              Nie ma jednak najmniejszego problemu z zapakowaniem tych kulinarnych
                              majstersztyków. Uśmiechnięty od ucha do ucha młody kelner razem z herbatą
                              podawaną ze świeżymi gałązkami mięty przynosi nam pudełko „na drogę”.
                              wciąż taka pusta, ludzi jak na lekarstwo, woda, która prawie zawsze mieni się
                              turkusem a fale głaszczą piasek białą pianą, teraz przypomina szary, płaski jak
                              stół Bałtyk. Morze Śródziemne w Aleksandrii pachnie przepięknie. Pachnie
                              morzem, czego nie mogłam powiedzieć o Morzu Czerwonym w Sharm. Robi się powoli
                              ciemno i chyba na dziś musimy już zakończyć nasz pobyt w Aleksandrii.
                              Przed nami 200 km drogi do Kairu, która po ciemku wygląda jeszcze mniej
                              egipsko. Obserwując trasę i styl jazdy kierowców mam wrażenie, że jestem gdzieś
                              w Europie. Nie mam pojęcia, czy kierowcy na północy kraju posiedli większą
                              kulturę jazdy, czy po prostu jeżdżą inaczej niż w mieście, ale obydwoje z
                              Krzysiem dochodzimy do wniosku, że po autostradzie raczej bez problemu da się
                              prowadzić samochód. Mimo wszystko nie chcemy raczej próbować :)
                              Do Kairu, który dopiero wieczorem zaczyna nabierać szybszego tempa dojeżdżamy
                              po 22:00 i nie jest to jeszcze koniec tego dnia. Mniej więcej 2 kolejne godziny
                              zajmuje nam krążenie po kairskich ulicach w celu znalezienia banku, gdzie
                              moglibyśmy dokonać rzeczy w teorii właściwie niemożliwej, jaką jest wymiana
                              funtów egipskich na dolary. Potrzebne nam będą do opłacenia hotelu. Niestety,
                              zgodnie z przypuszczeniami, z wszystkich banków odchodzimy z kwitkiem. Zatem
                              będziemy martwić się jutro.
                              Po 23:00 większość banków jest już zamknięta. Otwarte za to są niezliczone
                              sklepy, bary, restauracje, dyskoteki i kluby. Znajdujemy się w Gizie. Tak, tak,
                              Gizie, ale zupełnie innej niż ta, którą ze smutkiem obserwowałam ze wzgórza
                              przy Piramidach jeszcze wczoraj. Giza nad Nilem to prawdziwa metropolia, pełna
                              życia, komercji, hałasu, nowoczesności. Znów nie mogę oprzeć się wrażeniu, że
                              jestem w Europie a kolorowe, świecące ulice do złudzenia przypominają centrum
                              Londynu czy Berlina. Jest środek tygodnia, a zabawa wydaje się trwać przez
                              wszystkie jego dni.
                              Zaczynam odczuwać zmęczenie i sądzę, że pora na sen. Do hotelu wracamy przez
                              Zamalek. Cudowna aleja biegnąca przez prawie całą wyspę Gezira, wysadzona jest
                              po obu stronach soczyście zielonymi palmami, akacjami i platanami. To
                              ekskluzywna dzielnica, w której znajduje się większość ambasad, w tym polska.
                              Są też najdroższe w mieście hotele (wcześniej, przed mostem łączącym Gizę z
                              Gezirą mijamy między innymi słynny Four Seasons), są zacumowane przy brze
                              • corrina_f1 Re: ALEXANDRIA STORY 24.06.04, 21:41
                                To ekskluzywna dzielnica, w której znajduje się większość ambasad, w tym
                                polska. Są też najdroższe w mieście hotele (wcześniej, przed mostem łączącym
                                Gizę z Gezirą mijamy między innymi słynny Four Seasons), są zacumowane przy
                                brzegu Nilu pływające restauracje, wille i apartamenty warte setki tysięcy
                                dolarów, szwajcarskie banki i przepiękne parki, które jutro zamierzamy choć
                                częściowo odwiedzić.
                                Kilka minut po północy żegnamy się z Mohebem, nie wiem, jak mu dziękować za tak
                                niesamowity dzień i wieczór….

                                --
                                www.pbase.com/corrina
      • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 30.05.04, 23:29
        Jak poznaję Egipcjan ? Rozmawiając z nimi :) Bo ja uwielbiam rozmawiać,
        uwielbiam poznawać ludzi, bez tego czuję, że nie żyję.
        W ten sposób poznałam Moheba, i wielu innych cudownych ludzi z kraju gdzie
        zawsze świeci słońce :)

        A jeśli pytasz o okoliczności poznania Moheba - niech pozostanie to moją słodką
        tajemnicą ;) Znamy się od prawie roku, a dla mnie to jak całe lata świetlne...
        --
        community.webshots.com/user/corrina007
        republika.pl/corrina/cairo/
    • imonate Re: CAIRO STORY 30.05.04, 18:17
      Czytam z zapartym tchem. Zazdroszczę Ci Kasiu tych przygód w Kairze. Mam
      nadzieję, że Twoje wspomnienia pomogą mi i PC zaplanować kolejną wyprawę po
      pólnocnym Egipcie, a Kairze w szczególości.
      • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 30.05.04, 23:30
        Wielkie dzięki :)
        MUSICIE koniecznie pojechać wreszcie na północ !! :)
        Poczekaj, aż dojdę do opisu ALeksandrii, choć niestety wiem, że miejsce to
        odbiega nieco od Waszych zainteresowań, nie ma w nim tylu zabytków co na
        południu, w każdym razie nie starożytnych :) Ale mimo wszystko jest cudowne :))

        pzdr
        Kasia
        --
        community.webshots.com/user/corrina007
        republika.pl/corrina/cairo/
    • Gość: puma Re: CAIRO STORY IP: *.czestochowa.cvx.ppp.tpnet.pl 02.06.04, 12:07
      Przeczytałam wszystko a nawet wydrukowałam dam mężowi do przeczytania.Szkoda że
      brak mi twojej odwagi i dobrej znajomości języka angielskiego.Po tym co
      przeczytałam już nie na miejscu wydają mi się pytania o hotel,plażę i inne
      duperele bo tak naprawdę ja też tam jadę po raz kolejny z zupełnie innego
      powodu niż hotel i słońce.Ale myślę że może kiedyś zrealizuję swoje
      marzenia,choć czas goni.
        • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 23.06.04, 14:24
          Gość portalu: Majka napisał(a):

          > Bajeczna opowieść, gratuluję umiejętności dostrzegania drobiazgów i cieszenia
          > się atmosferą

          Dzięki ! :))
          Właśnie te drobiazgi sprawiają mi najwięcej radości , no i składają się na
          jeden całkiem duży drobiazg w postaci niesamowitego Egiptu :))

          pzdr
          Kasia


          --
          www.pbase.com/corrina
            • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 23.06.04, 15:45
              Fot w sumie było ponad 1,5 tyś, więc tylko pomyśl, ile musiałam poświęcić na
              selekcję ;))
              Jeśli dziś nie padnę wieczorem, to postaram się coś dołożyć, ale na 100% nie
              obiecuję.
              Wena planowana jest na weekend ;) Oby przyszła !! :)
              --
              www.pbase.com/corrina
                  • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 25.06.04, 14:39
                    bonia01 napisała:

                    > Corrina powinnaś wydać książkę :))
                    >
                    > Bożena

                    A podejmiesz się mi ją wydać ? Bo na razie nie mam jeszcze swojego publishing
                    house :) Ale pracuję nad tym ;)

                    Heh, wczoraj, kiedy to pisałam, odbyłam właśnie podroz do ALeksandrii, wszystko
                    widziałam jeszcze raz tak dokładnie, jakbym naprawde tam była... I tak jakos mi
                    się zrobiło smutno.. :(

                    pzdr
                    Kasia

                    --
                    www.pbase.com/corrina
                    • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 02.07.04, 23:57
                      19 czerwca 2004

                      Krzyś już prawie nienawidzi mnie za to poranne wstawanie na wakacjach. Ale co
                      zrobić, wyjścia nie ma, jeśli chcemy zdążyć z planem. Już wstając o 8:00 wiem,
                      że pewnie weźmie w łeb, ale czy to ma jakieś znaczenie?
                      Przed 9:00 schodzimy na śniadanie. Wreszcie normalne! Mówiąc szczerze, z całego
                      cudownego egipskiego jedzenia nie trawiłam nigdy tylko jednego – hotelowych
                      śniadań. Już po tygodniu serwowania w kółko tego samego zestawu może się
                      odechcieć. Poniekąd rozumiem, dlaczego po powrocie schudłam 3 kg ;-) W
                      Sheratonie karmią oczywiście zupełnie inaczej a po wyjściu na hotelowy taras
                      nad Nilem czuję się jak po wielkim obiedzie.
                      Krótki spacer dookoła „tonącego w Nilu” hotelu na miły początek dnia. W końcu
                      to nasz ostatni dzień i byłoby fajnie zobaczyć chociaż kawałek tego przybytku
                      luksusu, w którym spędziliśmy na dobrą sprawę w sumie zaledwie kilkanaście
                      godzin. Spacerujemy między stolikami pełnych w nocy i zupełnie pustych o tej
                      porze restauracji i kawiarenek. Dostrzegam już po raz kolejny tego poranka
                      saudyjskiego szejka naftowego. Siedział tuż za mną podczas śniadania. Krzyś
                      twierdzi, że nie spuszczał ze mnie wzroku. Miał chyba z 80 lat, haha. Miał też
                      gest, kelnerowi za podanie rachunku do podpisania chciał dać napiwek 100 $.
                      Siedzący z nim młodszy mężczyzna w ostatniej chwili go powstrzymał, wykrzykując
                      coś w całkowicie niezrozumiałym dla nas języku.
                      Kair o poranku całkowicie skąpany w wielkim smogu, jest dla mnie wciąż
                      miejscem wyjątkowym. Szare ciężkie niebo wygląda tak, jakby za chwilę miał z
                      niego spaść deszcz. Tym razem jednak nie spadnie. W Kairze nie jest o niego tak
                      prosto, jak w Aleksandrii. Zatem nie ma co liczyć na udane zdjęcia. Kolejny
                      powód, żeby tu wrócić.
                      Po tej chyba najdłuższej w ostatnich dniach chwili relaksu, wracamy do pokoju
                      po przewodnik. Przyjaciel Moheba, Maged, załatwił nam możliwość późniejszego
                      wymeldowania się z hotelu. Zabieramy więc najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszamy
                      na ponowny podbój Kairu. Najważniejszym punktem programu jest dziś oczywiście
                      Muzeum Egipskie.
                      Od rana nigdzie nam się nie spieszy. Jest plan, ale jakby go nie było. Na co
                      nam plan, czy nie lepiej po prostu zgubić się w tym mieście, robić naprawdę to,
                      na co ma się ochotę, nie zastanawiać się, dokąd pójść, co zjeść, jak spędzić
                      czas. Po prostu czuć Kair.
                      Wychodząc z hotelu mijamy boczną bramę do parku Nady al-Quahira. To właśnie
                      jego soczysta zieleń uprzyjemniała nam widok z hotelowego balkonu. Nieświadomie
                      nasze nogi zbaczają z drogi w kierunku Muzeum i wkraczają na jego teren. Przy
                      wejściu pracuje kilku robotników, na pytanie, czy możemy wejść odpowiadają
                      tylko uśmiechem. Dopiero wieczorem dowiemy się, że wejście do parku jest
                      płatne. Ale tylko główną bramą ;-)
                      Parki, poza zabytkami architektonicznymi i najważniejszymi atrakcjami miast,
                      należą zawsze do moich ulubionych punktów. Chodząc po nich, czuję, że choć nie
                      należę do jakiegoś miasta, w pewnym stopniu, przynajmniej w danym momencie,
                      jestem jego częścią. Właśnie w Nady al-Quahira wpadam na pomysł, że dziś
                      będzie „dzień parków”. Kair ma ich wiele, my odwiedzimy zaledwie dwa. Choć na
                      dobrą sprawę, całą Gezirę można by właściwie uznać za jeden wielki park.
                      Mijając liczne zakochane pary na kolorowych parkowych ławkach docieramy do
                      głównej bramy wychodzącej na Kairską Operę. Skręcamy w prawo, i już po chwili
                      jesteśmy na moście Tahrir. Zatłoczoną o każdej porze dnia i nocy arterią
                      poruszają się w ślimaczym tempie najnowsze modele zachodnich aut,
                      kilkudziesięcioletnie czarne taksówki i publiczne autobusy, z których ludzie
                      jakby mieli zaraz wypaść przez okna. Trudno powiedzieć, ilu pasażerów może
                      pomieścić taki środek komunikacji, ale gdyby przeprowadzono bicie rekordu, z
                      pewnością Kair miałby szansę znaleźć się w Księdze Rekordów Guinessa.
                      Pod nami Nil, za nim nadbrzeżna promenada Corniche El-Nil, jeszcze kawałek
                      ulicy i docieramy do słynnego Midan Tahrir – placu, z którego do Muzeum już
                      tylko kilka kroków. Dochodzi południe, jest koszmarnie duszno i prawie modlę
                      się o deszcz, który, jak na złość, teraz nie chce spaść.
                      Pierwsza miła niespodzianka czeka nas już przy kasach. Okazuje się, że cena
                      biletu nie zmieniła się od zeszłego roku (20 LE) ale co najważniejsze, za żaden
                      wniesiony aparat nie trzeba w ogóle płacić. Rok temu było to 10 LE za każdą
                      wniesioną sztukę sprzętu foto, bez względu na to, czy działającego, czy
                      niesprawnego. Nadal płatna jest natomiast kamera (100 LE). Zaledwie 3 tygodnie
                      później dowiaduję się, że byliśmy jednymi z ostatnich szczęśliwców nie tylko za
                      darmo, ale w ogóle fotografujących zbiory. Wprowadzono całkowity zakaz
                      wnoszenia sprzętu do Muzeum.

                      --
                      www.pbase.com/corrina
                      • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 02.07.04, 23:57
                        Drugą, równie miłą niespodzianką są pustki panujące w środku. W południe cała
                        turystyczna horda po godzinnym muzealnym maratonie, znajduje się już od
                        jakiegoś czasu na zakupach w perfumerii, albo w najlepszym przypadku, pod
                        Piramidami. Muzeum mamy więc praktycznie tylko dla siebie. Oczywiście poza nami
                        przechadzają się od czasu do czasu indywidualni turyści i nieliczne grupy, ale
                        nie ma mowy o atmosferze, jaka zepsuła nam zeszłoroczny odbiór tego świętego na
                        swój sposób miejsca i międzynarodowym rozkrzyczanym tłumie biegającym z
                        przerażeniem w oczach od sali do sali.
                        Najprzyjemniej zwiedza nam się kolejne sale Starego i Średniego Królestwa.
                        Momentami mam wrażenie, że poza nami, w Muzeum nie ma nikogo. W Nowym
                        Królestwie natrafiamy na grupę Rosjan bezlitośnie gonionych przez przewodnika.
                        Ogromne współczucie płynie dla nich wprost z mojego serca. Nie zobaczą nawet
                        1/10 tego, co przynajmniej z obowiązku zobaczyć się powinno. Spokojne przejście
                        parteru, bez zatrzymywania się przy każdej gablocie, z pominięciem jednej greko-
                        romańskiej sali, gdzie właśnie trwają prace naukowe, zajmuje nam 2 godziny. Na
                        piętro potrzebujemy o pół godziny dłużej ze względu na salę z mumiami. Dopiero
                        teraz mamy okazję ją odwiedzić. Podczas zeszłorocznej wizyty było to
                        praktycznie niemożliwe. Podobnie sprawa miała się z salą z mumiami zwierząt.
                        Wstyd, ale.. wtedy nawet nie wiedziałam, że taka w ogóle istnieje ! Niestety
                        przewodnik nie wspomniał o niej nawet słowem…
                        Tymczasem po krótkiej przerwie na ławeczce wśród sarkofagów docieramy, trochę
                        już zmęczeni, do najpiękniejszej moim zdaniem sali ze skarbami znalezionymi w
                        grobowcu Tutenhammona, oczywiście ze słynną, ważącą 11 kg złotą maską.
                        Wszystko, co znajduje się w tej, jak i sąsiadujących, klimatyzowanych salach,
                        po prostu powala na kolana. Nie napiszę nic więcej, bo zwyczajnie nie potrafię.
                        Setki przewodników i naukowych ksiąg zrobiły to za mnie znacznie lepiej.
                        Przed Maską mogę stać godzinami. Jest w niej coś, co przykuwa jak magnes. Moją
                        chwilę kontemplacji przerywa nagłe zamieszanie. Do sali wpada kilkuosobowa
                        grupa Japończyków. Jak się okazuje, z tokijskiej telewizji. Rozstawiają sprzęt,
                        kręcą kilka szybkich ujęć, przepraszając jednocześnie wszystkich zwiedzających.
                        Ja nie narzekam. Swoim mocnym doświetleniem pomagają mi w kilku dobrych
                        zdjęciach bez statywu. Przy normalnym, muzealnym świetle prawdopodobnie nie
                        wszystko wyszłoby tak jak wyszło.
                        Po kilkunastu minutach opuszczamy salę a swoje kroki kieruję wprost do
                        czuwającego w lewym korytarzy Anubisa. A dokładniej.. pustej gabloty po
                        Anubisie ! Oczom nie wierzę. Nie dość, że „zginęła” złota korona (sala
                        Tutenhammona, tuż naprzeciwko Maski), i Anubis, to właśnie odkrywam, że nie ma
                        również jednej z czterech słynnych alabastrowych waz, znanych chociażby z
                        okładki National Geographic. ( 4 alabastrowe figurki przedstawiające zwrócone
                        do siebie twarzami Isis, Neftys, Neif i Selket). Tego już za wiele. Łapię
                        pierwszego napotkanego przewodnika i pytam, co się stało. Okazuje się, że
                        kilkanaście eksponatów wyjechało do Bazylei na wystawę. No tak, jak pech to
                        pech…
                        Sala z mumiami, do której w końcu docieramy, choć mała, nie jest
                        rozczarowaniem, a czymś, co wciąga jak czarna dziura.


                        --
                        www.pbase.com/corrina
                        • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 08.08.04, 22:53
                          Panuje w niej stała temperatura 22 C, która jest niezbędna dla zachowania mumii w takim stanie, w jakim przetrwały do dziś. Sala zwana „Royal Mummy Room” zamknięta była przez 4 lata za rządów Sadata. Ponownie otworzyła swe podwoje w roku 1985, po znacznym „liftingu”, dzięki czemu dziś możemy podziwiać 11 mumii królów i królowych z Nowego Królestwa. W Sali z Mumiami obowiązuje całkowity zakaz fotografowania i filmowania. Jest on dość konsekwentnie egzekwowany. Obowiązuje także zachowanie ciszy.
                          Przyglądając się bacznie każdej mumii mam nieodparte wrażenie, że to nie wspaniale zachowane szczątki ludzkie (a więc zwłoki!), lecz teatralne marionetki, lub figury woskowe. Jeśli więc o zwłokach można powiedzieć, że są piękne, to, paradoksalnie, szczególnie piękna wydaje mi się mumia ………
                          W przyjemnym chłodzie sali spędzamy zaledwie kilkanaście minut, a wydawać by się mogło, że minęła wieczność. Opuszczając Rogal Mummy Room, swoje kroki kierujemy wprost do sali z mumiami zwierząt. Trudno powiedzieć, która z nich wywiera na nas większe wrażenie. Mumie kotów, ibisów, psa, krowy, małp i innych zwierzaków przypominają tym razem zabawki. Dalej nie mogę wyjść z podziwu dla starożytnych…
                          Ucinamy sobie miłą pogawędkę ze strażnikiem tej sali i po kilkunastu minutach udajemy się w końcu na dół, do wyjścia. Dochodzi piąta godzina naszego zwiedzania i jesteśmy już naprawdę zmęczeni i głodni. Można by tak bez końca, zwłaszcza, kiedy Muzeum jest takie puste, ale na dziś naprawdę starczy.
                          Wychodzimy na zewnątrz i idziemy po prostu przed siebie, tam gdzie nas niosą nogi.
                          Przejście na drugą stronę Midan Tahrir praktycznie graniczy z cudem. Kto nie był na tym placu, lub choćby nie przejeżdżał przez okalające go rondo, nie ma pojęcia, co mam na myśli. Światła, znaki, czy jakiekolwiek przepisy nie mają tu żadnego zastosowania. Dodatkowo ilość pojazdów, jaka w każdej sekundzie przemieszcza się pasami, których praktycznie nie da się wyodrębnić, jest niemożliwa do określenia. Jednym słowem – przejście na drugą stronę uda się… albo się nie uda.
                          Udaje się, choć wymaga nie lada umiejętności i sprytu. Naśladujemy dzielnie Kairczyków, dla których pokonanie kilkudziesięciu metrów wśród trąbiących aut to pestka. Dla nas jednak nie koniecznie. Tak prosta, jakby się wydawało, czynność w Kairze nabiera rangi nie lada wyczynu. Ciekawe doświadczenie, bezcenne w tym kraju.


                          --
                          www.pbase.com/corrina
                          Egipt 2004
                          • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 08.08.04, 22:53
                            Nie spiesząc się nigdzie, rozglądamy się za czymś do jedzenia. W tym czasie oddaję się mojej ulubionej czynności obserwowania mieszkańców miasta. Zdecydowanie łatwiej wychodzi to na siedząco w ogródku kawiarni. Idąc przed siebie, kręcąc głową na wszystkie możliwe strony można szybko stracić równowagę. Po kilku minutach poszukiwań docieramy na przylegającą do Midan Tahrir uliczkę Mohammed Mahmoud, na której znajduje się Amerykański Uniwersytet. Księgarnia znajdująca się na terenie campusu jest genialnie zaopatrzona w każdego rodzaju anglojęzyczne (i nie tylko) publikacje dotyczące zarówno samego Egiptu, Kairu, jak i nauki języków, książki o tematyce społecznej, powieści, jednym słowem wszystko, co powinno się znaleźć w dobrze zaopatrzonej księgarni językowej. To właśnie miejsce, jeszcze przed wyjazdem stało się jednym z głównych celów wizyty w Kairze.
                            Wchodząc przez główną bramę musimy zostawić u strażnika swoje paszporty i plecak. Standardowa procedura. Strażnicy są sympatyczni, uśmiechają się i wskazują drogę.
                            Ilość pozycji poświęconych samemu Egiptowi w dosłownie każdym jego aspekcie po prostu powala mnie z nóg. Teraz już wiem, że z pustymi rękami nie wyjdę. Tylko na co się zdecydować?! Ceny, szczególnie rodzimego wydawnictwa The American University In Cairo Press (www.aucpress.com) nie są szczególnie wygórowane. Przewodniki, szczególnie Lonely Planet, w podobnych co na całym świecie, czyli wysokich cenach.
                            Po pół godzinie spędzonej wśród półek, które chciałabym zabrać najchętniej w całości, decyduję się na 2 pozycje, których w Polsce z pewnością nie dostanę. Pierwszy wybór (z takim zamiarem tu zresztą przyszłam) to książka – „The Illustrated Guide to the Egyptian Museum In Cairo” – prawdziwa perła wśród pozycji poświęconych Muzeum. Poprzedzona wstępem i komentarzem samego Zahi Hawass’a, wspaniale ilustrowana ponad 600-stronicowa cegła. Jak widać po zwiedzaniu wciąż pozostaje niedosyt. Teraz w najbliższe zimowe wieczory będę się raczyć odkrywaniem wiadomości na temat tego wszystkiego, co udało nam się dziś zobaczyć. Drugą książką, jaka ląduje w moich rękach jest cienki przewodnik po islamskim Kairze. Decyduję się na niego głównie ze względów na ładne zdjęcia i rysunki. Jak się potem okaże, niestety zmęczenie przejawiło się w tym, że przez pomyłkę zakupiłam książkę po włosku, zamiast po angielsku. Ale jakie ma to właściwie znaczenie…
                            Opuszczamy budynek Uniwersytetu wychodząc z powrotem na ulicę Mohammed Mahmoud. Teraz jesteśmy już naprawdę głodni i podejmujemy szybką, niewymagającą myślenia nad wyborem lokalu decyzję. Naprzeciwko nas znajduje się Mc Donalds, nie mając już siły na nic, po prostu wchodzimy do środka. Bez specjalnych celebracji przełykamy mc-„posiłek”, podczas którego obserwuję roześmianą, kolorową, modnie ubraną młodzież uniwersytecką. W końcu gdzie, jeśli nie przed amerykańską uczelnią, powinien znajdować się McDonalds? Z głośnika płynie głośna muzyka z czołówek list przebojów. Gdyby nie stroje niektórych studentek (głównie po prostu chusty na głowach), trudno byłoby uwierzyć, że jesteśmy w sercu Kairu.
                            Po wyjściu z tego amerykańskiego przybytku mam zamiar powrócić do księgarni, żeby wymienić niefortunnie zakupioną książkę. Okazuje się jednak, że pracują tylko do 17:00, czyli od 5 minut zamknięte…

                            --
                            www.pbase.com/corrina
                            Egipt 2004
                            • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 08.08.04, 22:54
                              Misterny plan zwiedzania islamskiego Kairu ostatecznie rozpływa się w nicości. To właśnie niekontrolowany moment, kiedy po prostu decydujemy się zrobić coś, na co aktualnie mamy ochotę. Łapiemy taksówkę, przecinamy Nil mostem Tahrir, po lewej mijając nasz hotel, przedzieramy się do Zamalek, a dokładniej do Fish Garden, który po lekturze przewodnika i opowieściach Moheba postanowiłam koniecznie odwiedzić. Płacimy kierowcy 5 LE (o jakieś 3 LE za dużo, ale sami proponujemy taką cenę), ale biedaczek, nie do końca kojarzy park, do którego chcemy dotrzeć. Sam Zamalek oczywiście zna każdy taksówkarz, Fish Garden brzmi zdecydowanie bardziej obco. Koniec końców wysiadamy na ulicy znajdującej się dokładnie po drugiej stronie ogrodu, aby dostać się do bramy, musimy przespacerować się kilkaset metrów. W niczym nam to nie przeszkadza. Zamalek jest tak urokliwym miejscem, że nawet ulice wyglądają jak park. Jest tak spokojnie, pusto, cicho. Oaza w samym środku miasta.
                              Wreszcie znajdujemy bramę do parku, ku naszemu zdziwieniu, niestety zamkniętą. Chyba zaraz się rozpłaczę. Tak chciałam zobaczyć to miejsce, tak długo kluczyliśmy bez mapy, żeby tu trafić, a teraz znów pech…
                              W stróżówce ktoś siedzi. Decyduję się zapytać, czy nie da się już wejść. Strażnik informuje nas, że park zamykają o 17:00 (przewodnik LP uważa, że o 19:00, ale to wersja z 2002). Czy w tym mieście wszystko zamyka się o tej porze? Nasze tłumaczenia nie wiele pomagają, strażnik nie mówi po angielsku. Prawie ze łzami w oczach zaczynam odwracać się na pięcie i nagle strażnik woła: „one moment!”. Po chwili przybiega drugi pracownik parku, który przynajmniej zna angielski. Pozwala nam wejść do zamkniętego parku jednocześnie wołając kolejnego pracownika. Po kilku minutach pojawia się niewysoki, wąsaty mężczyzna. Mounir, tak się przedstawia, obiecuje pokazać nam park. Okazuje się, że to nie taki zwykły park, jak mi się wcześniej wydawało. Miejsce jest na swój sposób.. magiczne.
                              Mounir najpierw pokazuje nam różne gatunki drzew i krzewów, rzadkie nawet dla tych rejonów. Niektóre sadzonki przybyły tu nawet z Australii. Zabawne, nie przypuszczałam, że zwykły park zwiedzać będziemy z przewodnikiem. Myślałam, że po prostu pozwolą nam wejść, dadzą trochę czasu i sami sobie pospacerujemy po alejkach. Tymczasem przewodnik prowadzi nas po kamiennych schodkach w dół. Schodzimy do tajemniczo wyglądającej groty. Zaczyna robić się coraz ciemniej. Dostrzegam kilka promieniście rozchodzących się korytarzy, ale im głębiej, tym ciemniej. Nagle Mounir każe nam się zatrzymać informując, że za chwilę wróci. No pięknie, znajdujemy się w ciemnej jaskini, mieliśmy zwiedzać zielony park, a teraz jeszcze przewodnik nas zostawił. Mija kilka minut, a jego jak nie było, tak nie ma. Nagle słyszymy w oddali jakieś głosy i po chwili… Staje się światłość. Naszym oczom ukazują się dziesiątki rozświetlonych jak od magicznej różdżki akwaria. Znajdujemy się kilkanaście stopni pod ziemią i dopiero teraz dostrzegam, gdzie właściwie jesteśmy. Ściany i sklepienie groty pokrywają stalaktyty z… prawdziwego koralowca! Widok może trochę kiczowaty, ale i osobliwy. Zwłaszcza, że tuż nad głowami przelatuje kilka nietoperzy! Wzdłuż korytarzy tworzących swoisty mini labirynt, w ścianach, wmurowane są wielkie akwaria a w nich ryby, które na co dzień zamieszkują wody Nilu i Morza Czerwonego. To coś na kształt „muzeum marynistycznego” w samym centrum Kairu.

                              --
                              www.pbase.com/corrina
                              Egipt 2004
                              • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 08.08.04, 22:54
                                Zaprojektowany przez włoskich architektów, zbudowany przez Khedive Ismail’a w 1867 roku park, 4 lata temu przeszedł generalny remont. Zajmujący powierzchnię przeszło 9 akrów ogród, niejednokrotnie stawał się planem dla wielu egipskich filmów.
                                Po krótkiej wizycie w grocie uznajemy, że skoro park jest już zamknięty, nie będziemy naciskać na Mounira. Dajemy mu kilkanaście funtów, bądź co bądź poświęcił swój czas na coś, czego nie musiał robić. A że znalazł w ten sposób łatwy zarobek…Niby jest zadowolony, ale jakby nie do końca. Twierdzi, że normalnie wejście kosztuje po 20 LE od osoby. Wybuchamy gromkim śmiechem. Dużo zdrowia dla rodziny, kwitujemy opuszczając to miejsce. Sprawdzam wieczorem w przewodniku cenę wstępu – według Lonely Planet Cairo z 2002 roku powinniśmy zapłacić 50 piastrów… Załóżmy, że po 2 latach funta… Jakoś mimo wszystko nie czujemy się po raz kolejny wyrolowani. Sami decydujemy, ile komu dajemy, i tak często mając wyrzuty sumienia, że w Polsce dalibyśmy więcej. To właśnie jeden z tych aspektów kulturowych, które trudno opanować nawet po latach mieszkania w Egipcie.
                                Dochodzi 18:00. Od naszego hotelu dzieli nas z pewnością kilka kilometrów, mamy godzinę do ostatniego spotkania z Mohebem. Uznajemy, że nie warto brać taksówkę, po to, żeby godzinę zmarnować w hotelowym lobby. Wracamy więc piechotą, akurat na tyle szacujemy ten spacer. Spokojnym krokiem przemieszczamy się wzdłuż kanału ulicą Umm Kolthum mijając po drodze niewielkie liczne sklepiki ogrodnicze, kilka zamkniętych przybrzeżnych kafejek, nierzucające się już teraz tak bardzo w oczy śmieci, zapatrzone w znajdującą się po drugiej stronie kanały Gizę zakochane pary, przytulone czule w oczekiwaniu na zachód słońca, kroczące dumnie między kratami ogrodzenia kocury. To miasto jest takie zwykłe, co mnie właściwie w nim pociąga? Ludzie żyją tu takim samym trybem, jak na całym świecie, tak samo jak wszędzie, rosną tu drzewa, w których mieszkają koty, płynie rzeka, jak w większości wielkich miast, praca wre od rana do nocy, zegar odlicza ten sam czas. Jest tak jak wszędzie. A jednak tak inaczej, jak nigdzie indziej na świecie.
                                Skręcamy w malutką uliczkę Sharia Hadayek al Zuhreyya, na której mieści się między innymi Anglo-Amerykański szpital, oraz, jak się za moment przekonamy, także słynna Cairo Tower – wieża telewizyjna. Na razie mijamy ją bez większego żalu. Wieczorem odwiedzimy jej taras widokowy z Mohebem. Uliczką tą docieramy do drugiego brzegu wyspy, stąd już tylko 10 minut do hotelu. Mijamy dostojny budynek Kairskiej Opery, oraz liczne dorożki, które są w mieście naprawdę popularnym środkiem transportu. Chcemy skrócić sobie trasę przez odwiedzony z rana park Nady al-Quahira, ale okazuje się, że wejście na jego teren jest płatne. Idziemy więc trochę dłuższą trasą, która w efekcie wcale nie jest zła. Zatrzymuję się przy jednej z dorożek, żeby zrobić zdjęcie zaprzężonej do tego pojazdu mamie i biegającemu wokół niej źrebakowi.
                                Nagle słyszę klakson samochodu, na który początkowo nie zwracam uwagi. Przecież tu absolutnie każdy trąbi przez 24 godziny na dobę. Klakson nie daje jednak za wygraną i dopiero po chwili dostrzegam za kierownicą zielonego lancera naszego Moheba. To się nazywa zgranie w czasie !


                                --
                                www.pbase.com/corrina
                                Egipt 2004
                                • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 08.08.04, 22:55
                                  Wpadamy do hotelu tylko na chwilę, żeby zabrać nasz bagaż, ostatni rzut oka na luksusy i już nas nie ma. Podjeżdżamy na parking przy Cairo Tower. Samochodem to zaledwie kilka minut. „Parkingowy”, do złudzenia przypominający warszawskich naciągaczy, oczywiście kasuje od Moheba pieniądze.
                                  Otwarta do północy 185 metrowa wieża liczy sobie 43 lata (1961). Na przedostatniej kondygnacji znajduje się obracająca się restauracja, na samym szczycie – taras widokowy. Bilet wstępu kosztuje 30 LE, ale dopłacając jeszcze 10 LE w restauracji podadzą „zestaw obowiązkowy” – ciastko i napój. Korzystamy z tej wersji. Bilet dla Kairczyka, w porównaniu z turystycznym, kosztuje znów śmieszne pieniądze, bo 10 LE.
                                  Kiedy docieramy na taras widokowy, jest już ciemno i naszym oczom ukazuje się panorama świetlistej metropolii. Smog jest wciąż wielki, ale mocne światła przebijają się przez niego dzielnie. Tuż pod nami znajduje się zajmujący dziś już znacznie mniej niż 60 hektarów założony w 1880 roku na terenach dawnego Ogrodu Botanicznego Khedival Klub Sportowy (Gezira Club). Klub powstał na potrzeby ówczesnej elity brytyjskiej rządzącej Egiptem. Wprawdzie w tamtych czasach nie obowiązywała wyłączność dla założycieli, jednak Egipcjanie nie byli w tym ekskluzywnym miejscu mile widziani. Gra w polo, hazardowe zakłady w wyścigach konnych, czy sączenie whisky w licznych kawiarenkach przeznaczonych wyłącznie dla męskiej rzeszy, były przywilejem całkowicie elitarnym. Dziś sporo się zmieniło, zmalał teren Klubu, członkiem może zostać praktycznie każdy, kogo stać na roczną opłatę, bagatela, 1000 USD. Zatem całkowicie nowoczesny, na bardzo wysokim światowym poziomie przybytek sportu nadal pozostaje przywilejem elity, tyle, że dziś już egipskiej. Za tą horrendalną sumę można za to do woli korzystać z kilku basenów, boiska do piłki nożnej, jazdy konnej, tenisa i wielu innych.
                                  Mniej więcej pół godziny spędzamy w tracącej „późnym Gierkiem” restauracji. Ciastko zdecydowanie za słodkie w zestawieniu z lodowatą colą trudno przechodzi przez gardło, ale widoki, jakie możemy podziwiać przez okno, są rekompensatą za nieprzyzwoicie wysoką cenę biletu i słodyczy.
                                  Kiedy zjeżdżamy windą na dół, jest już zupełnie ciemno. Nie mamy właściwie żadnego planu. Moheb nagle wpada na pomysł, że wcale nie musimy odjeżdżać do Sharm z dworca Turguman, lecz z Heliopolis, gdzie wczoraj kupowaliśmy bilety. W ten sposób zyskamy dodatkowe pół godziny. Na wszelki wypadek postanawiamy się upewnić i na chwilę podjeżdżamy na Turguman, stację-dworzec, który po zmroku wygląda jeszcze bardziej nieciekawie, niż tuż przed wschodem słońca…W ogóle cała okolica nie wygląda zachęcająco i chyba po raz pierwszy znajduję w Kairze miejsce, które zdecydowanie mi się nie podoba i marzę o tym, żeby jak najszybciej je opuścić. Tylko szyba samochodu dzieli nas od widoków, jakie dotychczas znałam z filmów. Dzielnica robotników na pograniczu slumsów. Pełna warsztatów samochodowych, złomowisk, wulkanizatorów, palących się koszy na śmieci i wraków samochodów. To ten sam Kair, którym zachwycałam się rano w parku…
                                  Dowiadujemy się, że bez problemu możemy wsiąść do autobusu w Heliopolis. Mamy jeszcze dwie godziny do odjazdu. Postanawiamy więc udać się do Nasr City (najnowocześniejszej części Heliopolis), gdzie podczas ostatniego nocnego rajdu Moheb pokaże nam kilka ciekawych miejsc. Jednym z nich jest kairskie delfinarium, o tej porze naturalnie zamknięte. Drugim, największy chyba w Kairze Klub Sportowy, prawdopodobnie jeszcze bardziej elitarny, niż Gezira Club. Heliopolis Sporting Club to klub rotary. Nie każdemu dane jest choćby tam zajrzeć. Wpisowe kosztuje… 60.000 $ ! Trzy razy proszę Moheba, żeby powtórzył, bo mam wrażenie, że się przesłyszałam. Okazuje się, że zapisał go tam ojciec jakieś 20 lat temu, kiedy opłata była 10 razy mniejsza, co wciąż pozostawia niebotyczną kwotę 6.000$. Roczna opłata członkowska w kwocie 800 $ jest już bardziej „przyjazna” dla portfela. Aż trudno mi uwierzyć, że w kilkunastomilionowym mieście, gdzie 80% mieszkańców każdego dnia walczy o przetrwanie, jest miejsce, gdzie pieniądze liczy się w kwotach, których ci najbiedniejsi nawet nie potrafią policzyć.

                                  --
                                  www.pbase.com/corrina
                                  Egipt 2004
                                  • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 08.08.04, 22:56
                                    Klub faktycznie jest imponujący, zajmuje ogromne tereny parkowe i można tu cudownie spędzić cały weekend. Moheb zabiera dzieci i najczęściej właśnie tu odpoczywa na basenie po trudach tygodnia. Dziś członkostwo w klubie o charakterze rotary nie jest wcale łatwą zdobyczą. Do klubu takiego mogą należeć wyłącznie osoby o nieskazitelnej opinii w środowisku, bez względu na branżę, jaką reprezentują. Przed przyjęciem każdego członka, jego obecni członkowie przepytywani są na okoliczność znajomości i powiązań, zatem same pieniądze wcale nie wystarczą, żeby znaleźć się wśród elity. Ponownie zaczynam sądzić, że nasz przyjaciel to dobrze maskujący się VIP. Moheb tylko się uśmiecha. „Gdybym dziś miał się tam dostać, sądzę, że znalazłoby się 1000 powodów, dla których nie spełniałbym warunków. Tata zrobił prezent całej rodzinie dawno temu, po znajomości. Dziś (ani wtedy) z pewnością nie byłoby nas na to stać. Tata lubił nam robić osobliwe prezenty”… Ojciec Moheba nie żyje od kilku lat. Synów kochał ponad wszystko. Mieszkanie w Aleksandrii także było jego prezentem.
                                    Krążymy po ulicach rozświetlonego setkami neonów i latarni Heliopolis. Szczególnie tu widoczna jest przepaść pomiędzy przymierającą głodem Gizą, a przybytkiem luksusu, jakim jest choćby Nasr City. Przepiękne stylizowane na XIX wieczne wille tonące w zieleni ogrodów, jak choćby słynny Yellow House, prezydenta Mubaraka, robią wrażenie. Kilka przecznic stąd znajduje się także kairski Belweder, miejsce urzędowania prezydenta. Mijane przez nas wille warte są setki tysięcy dolarów, niektóre z nich dochodzą nawet miliona a swoim choćby zewnętrznym wystrojem przypominają, że w Egipcie także mieszkają liczący się w świecie ludzie.
                                    Żółte nowoczesne tramwaje mkną po szynach i właśnie dociera do mnie, że to moje ostatnie chwile w tym mieście. Niespodziewanie Moheb pyta, czy mam ochotę na sok z trzciny. Oczywiście, że mam, o każdej porze! Podjeżdżamy pod jeden z licznych w tej okolicy sklepików z sokami, ale, ku mojemu zdziwieniu, nie wysiadamy z samochodu. Moheb rozkłada sobie wygodnie siedzenie i przyznaję, że w tym momencie czuję się co najmniej nie komfortowo. Po dłuższej chwili milczenia do auta podchodzi kilkunastoletni może chłopak i przez chwilę rozmawia z Mohebem. Już sobie wyobrażam, że chodzi o pieniądze za postój w „jego rewirze”. Tymczasem po kilku minutach chłopak pojawia się ponownie i nakładając na szybę po stronie kierowcy coś w rodzaju uchwytu-haczyka, stawia na nim drewnianą tacę, na której lądują 3 półlitrowe kufle pełne po brzegi soku z trzciny i mango. Po opróżnieniu swojego pomarańczowo-różowego napoju bogów nie wiem już, który kocham bardziej, czy zielony jak glony sok z trzciny, czy aksamitny z mango. Jedno jest pewne, żeby napić się tych ambrozji, będę musiała wrócić do Egiptu, bo nigdzie na świecie nie będą smakowały tak jak tu. Dopiero po ugaszeniu pragnienia dostrzegam zaparkowane wzdłuż ulicy dziesiątki samochodów, których pasażerowie, bez wychodzenia na zewnątrz mogą napić się szklaneczki zimnego soku. Kapitalny pomysł, coś na kształt kin samochodowych, które, nie wiedzieć czemu, w Polsce raczej się nie przyjęły.
                                    Robi się naprawdę późno. Na szczęście do dworca autobusowego nie jest stąd daleko. Kiedy tam docieramy, okazuje się, że autobus ma opóźnienie. Choć z Turguman wyjechał o czasie, przebicie się przez zakorkowane o każdej porze dnia i nocy miasto, zajmuje pół godziny więcej, niż przypuszczaliśmy. W końcu przyjeżdża autobus, ale na dworcu stoi przez kilkanaście kolejnych minut. W tym czasie podsumowujemy przy autokarowych drzwiach te 3 niesamowite dni. Pasażerowie (znów praktycznie tylko męska grupa) obserwują nas roześmianych przez kilka minut, po jakimś czasie przestają na nas zwracać uwagę. Niczym się nie wyróżniamy, nasze pożegnanie wygląda tak, jakbyśmy po prostu jechali na kilka dni w inne miejsce, mając tu wrócić jak do siebie.
                                    Wybija północ, a ja, niczym bajkowy Kopciuszek, wbiegam w ostatniej chwili do autokaru i odjeżdżamy gdzieś w dal. Smutno mi. Na szczęście jestem śpiąca. Okazuje się, że nasze siedzenia znajdują się w pierwszym rzędzie, przez co skazani jesteśmy na lodowatą klimatyzację nie tylko w naszym rzędzie, ale również indywidualną kierowcy. Ten ma także otworzone okno, a noc, jak się trochę dalej okaże, jest dziś wyjątkowo chłodna. Efekt pięciogodzinnej klimatyzacji połączonej z wiatrem z za okna daje po powrocie z Egiptu zapalenie oskrzeli.

                                    --
                                    www.pbase.com/corrina
                                    Egipt 2004
                                • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 08.08.04, 22:58
                                  Ufff, no to koniec kairskiej opowieści :)
                                  Zostały do opisania jeszcze 3 ostatnie wspaniałe dni w Egipcie...
                                  Muszę to w końcu wszystko wrzucić w jedno miejsce, wtedy będzie się łatwiej czytało..

                                  pozdrawiam wszystkich, którym udało się przez to przebrnąć, i tych, co wymiękli w połowie ;)
                                  Jedno wiem na pewno, ZNÓW CHCĘ TAM BYĆ.
                                  Kasia

                                  --
                                  www.pbase.com/corrina
                                  Egipt 2004
                                  • katahdin Re: CAIRO STORY 09.08.04, 01:18
                                    corrina_f1 napisała:

                                    > Ufff, no to koniec kairskiej opowieści :)
                                    > Zostały do opisania jeszcze 3 ostatnie wspaniałe dni w Egipcie...

                                    wspaniale wszystko opisalas , oczywiscie czekam na cd.
                                    Twojej opowiesci nie przeczytalam jednym tchem i z tego wzgledu
                                    juz nie pamietam jak dlugo bylas i co widzialas. Gdybys mogla
                                    ujac wszystko w punktach, mielibysmy caly obraz Twojej wycieczki
                                    przed oczyma.
      • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 12.08.04, 14:11
        Ogólnie zostały jeszcze do opisania 3 dni, z czego jeden na wycieczce do
        Kolorowego Kanionu. O samym Sharm cześciowo już jest w tym, co czytałaś ale
        oczywiście jeszcze coś tam dopiszę :)
        Jutro mamy wolne za niedzielę (święto), więc jeśli nigdzie nie wybędę z domu,
        to popiszę ciąg dalszy :)
        Dzięki za miłe słowa.

        pzdr
        Kasia
        --
        Zdjęcia
        Egipt 2004
        Cairo Story
          • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 12.08.04, 15:53
            Uuuu, będę się starała, ale nie obiecuję. W tak piękną pogodę nie mając wakacji
            trochę głupio siedzieć w domu. No ale może wieczorkiem.
            Tymczasem obejrzyj sobie fotki z kanionu, widoki jak z bajki :) Choć mimo
            wszystko, chyba bardziej podobało mi się w Górach w trakcie schodzenia z Gebel
            Musa (G.Mojżesza).

            A lecisz już w poniedziałek ?
            pzdr
            --
            Zdjęcia
            Egipt 2004
            Cairo Story
            • justm korolowy kanion 12.08.04, 15:57
              nadal jest problem z paszportem, więc nie wiem.
              zdjęcia oglądałam ze sto razy. ;) nie musisz mnie zachęcać.
              mnie na kolana kładzie to z wielbładem z otwatą paszczą i jego małym opiekunem
              obok.
              istne cudo.
              jak większość zresztą.
              nie staraj się specjalnie dla mnie. przeczytam najwyżej po powrocie :)
              podpowiedz tylko jak gruby tyłek jest dopuszczalny do przeciśnięcia się w tych
              najtrudniejszych miejscach i czy w sierpniu da się tam przeżyć :)
              • corrina_f1 Re: korolowy kanion 12.08.04, 16:07
                Tam są w sumie 2 takie miejsca, gdzie osoby bardziej puszyste mogą mieć poważny
                problem. Na ogół mówią w biurze turystom, czy się "zmieszczą" czy nie. Jeśli
                będziecie mieć wątpliwości a nie powiedzą Wam sami z siebie, zwyczajnie
                zapytajcie. Zasadniczo trzeba mieć naprawdę sporo w talii,biodrach itp, żeby
                się nie przecisnąć :)
                --
                Zdjęcia
                Egipt 2004
                Cairo Story
        • Gość: Ania Re: CAIRO STORY IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.08.04, 16:45
          Moze w ten sposob cie zlapie...czy moglabys odpowiedziec na moje pytanie z
          wiadomosci Z Sharm do Kairu:)

          Po przeczytaniu czesci twojej opowiesci z podrozy juz czesciowo zanalazlam
          odpowiedz...np. dlugasna spodnica (ktorych nie lubie) i mapa z egipskimi
          nazwami ulic

          wypowiedz sie cos o stroju, czy naprawde nie bede mogla zalozyc nieczego z
          krotkim rekawem
          • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 12.08.04, 17:03
            Aniu, już bardzo dużo pisałam (nie tylko ja) na forum na temat stroju. Obiecuję
            że wieczorem postaram się znaleźć te wątki, powinny być nie dalej niż 3-4
            strony wstecz.
            Ewentualnie podpowiedź - wpisz w wyszukiwarkę "ubiór", "strój", "w czym do
            meczetu" i szukaj różnych opcji - w tytule i treści.

            pozdrawiam serdecznie
            Kasia

            PS Chodzi oczywiście o wyszukiwarkę na tym forum :) Odrobina samodzielności nie
            zaszkodzi ;)
            --
            Zdjęcia
            Egipt 2004
            Cairo Story
            • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 12.08.04, 19:20
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=14590755
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=13777918&wv.x=1&a=13777918
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=13995815&a=14374210
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=7718503&wv.x=1&a=7718503
              Na razie udało mi się znaleźć te linki, potem poszukam więcej.

              pozdrawiam


              --
              Zdjęcia
              Egipt 2004
              Cairo Story
              • corrina_f1 Re: CAIRO STORY 13.08.04, 11:24
                Nie zawracasz mi głowy, tylko czasem naprawdę warto najpierw "pomęczyć" się samemu, po to jest ta wyszukiwarka, pytania dublują się bardzo często, a gotowe odpowiedzi od dawna już na nie czekają, trzeba je tylko znaleźć, a daleko szukać nie trzeba, bo są na forum :) Tak działa to na wszystkich grupach, forach, itp. Najpierw szukamy, potem pytamy :) Na niektóruch forach dostałabyś na takie pytanie jedną odpowiedź : GOOGLE TWOIM PRZYJACIELEM ;) Tu na szczęście raczej wszyscy odpowiadają bardziej, lub mniej wylewnie ;)
                Nie zrozum mnie źle, ja naprawdę chętnie pomagam, tylko, siedząc na forum od ponad roku, czasem na to samo pytanie pisać po raz 10 zaczyna być męczące...

                pozdrawiam serdecznie , życząc udanego pobytu w Egipcie
                Kasia

                --
                Zdjęcia
                Egipt 2004
                Cairo Story

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka