Dodaj do ulubionych

Tutenchamon - wspomnienia

30.11.06, 16:43
"Raz kozie wio", jak powiedział Shrek :-)

Skończyłam, więc nie urwę w połowie, zatem wklejam, najwyżej mnie zjecie
żywcem.
Pozdrawiam
Do tej pory - podglądaczka tego forum
--

Wakacje Egipt
20 X 2006 - 03 XI 2006

Wstęp

Dziś jest 13 listopada 2006. Na dworze pada, wieje, jest zimno, szaro, buro i
ponuro - czyli jesień, a zima tuż tuż. Nie lubię tej pory roku - dni są
krótkie, zimne i mało słoneczne. Wszak jednak istnieje dobra strona takiego
pogodowego stanu rzeczy - jest to okres rozkwitu życia rodzinnego lub co
najmniej dający szansę na takowe. Z oczywistych powodów ludzie siedzą w
domach częściej niż zwykle i spędzają ze sobą więcej czasu. Muszę z bólem
stwierdzić, że jednak nie mogę skorzystać z tej możliwości, ponieważ zostałam
słomianą wdową na okres dwóch tygodni (kolejna delegacja męża). Postanowiłam
zatem opisać nasze niedawno zakończone wakacje - po części dla siebie i "ku
pamięci", a po części dla zabicia czasu - w końcu wieczory są bardzo długie.
Poza tym czuję się zobowiązana odwdzięczyć choć w taki sposób wszystkim
osobom, z których rad korzystałam czytając forum. Dzięki waszym postom mogłam
dobrze przygotować się do wyjazdu. Warto było czytać. Można tam wyłowić posty-
perełki stanowiące lekturę rzeczową, konkretną i bajecznie ciekawą.

Zatem...

Nasz tegoroczny długi urlop zaczął się 19 października i trwał całe trzy
tygodnie - aż do 10 listopada. Z tych trzech tygodni dwa spędziliśmy w
Egipcie. Był to nasz pierwszy wyjazd do Egiptu i pierwszy prawdziwy od
dłuższego czasu, zresztą bardzo zasłużony, urlop. Po dokładnym rozeznaniu na
rynku, nasz wybór zawęził się do trzech-czterech biur podróży. Potem
nastąpiła ta trudniejsza część - które konkretnie wybrać? Z nią musiałam
uporać się sama (bardzo obszerna lektura i brak czasu nie pozwalał mężowi na
udzielenie mi pomocy w tym zakresie). Skazana na siebie czytałam, robiłam
notatki, analizowałam aż w końcu miałam gotowe podsumowanie. Po dyskusji z
małżonkiem decyzja była oczywista - EximTours - Tutenchamon - rejs po Nilu i
z opcją HB 4*. Pozostało tylko poczekać na last minute.

Dla zainteresowanych: pod uwagę braliśmy wycieczki z biur AlfaStar,
EximTours, Sun&Fun i Triady. Dlaczego dokonaliśmy takiego wyboru? Bo program
wycieczki spełniał w największym stopniu nasze warunki (o tym niżej), bo w
sumie oferta last minute wcale nie była koszmarnie droga w porównaniu z
ofertami innych biur, bo biuro jest duże i popularne, a więc mniejsza szansa
na nieoczekiwane niemiłe oraz nagłe zakończenie wakacji i wreszcie:
przewodnikiem miał być polski archeolog pracujący w Egipcie (przyznaję, że
liczyłam na jakiegoś młodego zapaleńca, który opowiadałby tak ciekawie, że
można by go słuchać godzinami). Przyznać jednak powinnam uczciwie, że
pozostałe trzy biura odpadły głównie ze względu na przeważające o nich
negatywne opinie na forum (na marginesie: najbardziej spodobał mi się użyty
przez kogoś w postach termin AlfaStres).

Warunki, jakie nasza wycieczka musiała spełniać, nie były wcale proste.
Musiała być to wycieczka z częściami wypoczynkową i objazdową oraz
możliwością wylotu z i powrotu do Wrocławia. Część objazdowa powina miec
postać rejsu po Nilu z wizytą w Kairze w programie, a do tego całość w
rozsądnej cenie. Ponieważ nie wiedziałam (i dalej nie wiem), czy kiedykolwiek
jeszcze uda nam się pojechać do Egiptu, więc założeniem moim było zobaczyć i
przeżyć jak najwięcej - ile się da. Ale ponieważ nie jestem totalną egoistką,
a mój mąż bardzo lubi kąpiele słoneczne (w przeciwieństwie do mnie, która
opalam się z filtrem 25 co najmniej i po 10 minutach leżenia na słońcu tzw.
plackiem dostaję ciężkiej cholery), wzięłam pod uwagę i jego potrzeby. Nasze
wakacje musiały być zaplanowane tak, żeby każde było zadowolone i żebyśmy nie
załatwili sobie urlopu, po którym będziemy musieli wypoczywać. Dlatego
zdecydowaliśmy się na aż i jednocześnie tylko dwa tygodnie wakacji w Egipcie.
Dwa tygodnie wydawało nam się rozsądną ilością czasu, żeby i zobaczyć co
nieco i trochę wygrzać kości przed zimą.

Dużo łatwiej poszło mi z planowaniem części wypoczynkowej, którą zgodnie
postanowiliśmy urozmaicić o jakąś wycieczkę na rafy (nie nurkujemy -
jeszcze :-D) i jakieś safari, mając z grubsza pojęcie o rodzajach,
możliwościach, cenach i o fakcie, że nie należy kupować od rezydenta, bo dużo
drożej. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, co konkretnie wybierzemy.
Zdecydowaliśmy się na miejscu. Ale o tym później. Koniecznym punktem programu
wycieczki był Kair. Dlaczego? Oczywiste? Tylko częściowo. Otóż wiedzcie, że
są wycieczki objazdowe do Egiptu, które nawet programowo nie przewidują
zwiedzania Gizy. Ba, czasem nawet nie ma czasu na zorganizowanie fakultetu do
Kairu przy krótkim pobycie, chyba, że tzw. część wypoczynkową wycieczki
zredukuje się do zera. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ piramidy są tak
oczywistym punktem programu, że łatwo można wpaść w pułapkę własnych założeń
i zdziwić się na miejscu. Dla mnie wszakże piramidy to kwintesencja
starożytnego Egiptu. Musiałam je zobaczyć, dotknąć, poczuć tę atmosferę
tajemniczości i niewyjaśnionych zagadek, których wielką zwolenniczką nota
bene jestem. Być w Egipcie i nie widzieć piramid - paradoks. Nawet gdyby ktoś
mi zagwarantował, że jeszcze tu będę, że tu wrócę i że na pewno następnym
razem zobaczę piramidy i tak bym się nie zgodziła zrezygnować z nich teraz -
za pierwszym razem. Giza w programie być musi i już. Kwestia upodobań i
priorytetów? Pewnie tak. Dla mnie jednak piramidy to numer jeden podczas
zwiedzania. Mogłabym sobie odpuścić świątynię tę czy tamtą, ale nigdy Gizę.
Ale dość i tak przydługiej dygresji.

Kolejny bardzo ważny punkt programu to Luksor - stolica starożytnego Egiptu -
Teby, czyli najważniejsze wtedy miasto. I co? Większość programów z rejsem po
Nilu przewiduje na Luksor pół dnia raptem - dla mnie nie do przyjęcia. Po
przyjeździe do Luksoru o 9:00 rano (przy dobrych wiatrach) touroperatorzy
planują w 8h (bo o 17:00 zapada wieczór) pokazać uczestnikom wycieczki
zarówno wschodni jak i zachodni brzeg. A jest co oglądać. Do tego obiad,
zakwaterowanie na statku i wypłynięcie z Luksoru. W efekcie mamy sprint po
zabytkach i przemęczenie, bo o chłonięciu atmosfery i podziwianiu raczej mowy
być nie może. Nie rozumiem w ogóle jak można było wpaść na pomysł
zorganizowania takiego hardcore'owego dnia? Zatem kolejny punkt - jak
najdłużej w Luksorze. Muszę mieć przecież czas poza programem na zobaczenie
kilku dodatkowych świątyń: luksorskiej, Medinet Habu, Ramesseum i Setiego I.
Marzył mi się poza tym lot balonem nad Luksorem, Dendera i Abydos, ale nie
chciałam przeginać (kasa). Pewne rzeczy okazały się zresztą czasowo
niemożliwe.

Pozostał jeszcze Asuan. Tu ze względu na dodatkową chęć obejrzenia ogrodów
botanicznych, świątyni Kalabsha i wizyty na suku asuańskim przydałby się też
nieco więcej niż dzień.

Podsumujmy: dwa tygodnie typu 7+7, rejs po Nilu, dwa dni Luksor, dwa dni
Asuan, Giza i rozsądna cena. Przy tak postawionych warunkach okazało się, że
tylko program Tutenchamon Eximu je spełnia (nie pracuję dla nich, nie mam z
nimi nic wspólnego, ani nie zamierzam im robić reklamy - opisuję po prostu
powody swojego wyboru). Cenowo do przyjęcia, ale tylko w opcji last minute.
Normalnie cena katalogowa wycieczki dla 1 osoby wynosiła 3379zł plus
ubezpieczenie 60zł i 100zł opłaty paliwowej. W last minute cena podstawowa
była o dokładnie 500zł niższa. Za dwie osoby zapłaciliśmy zatem w sumie
6078zł. Czekał nas jeszcze podwójny koszt wizy na lotnisku: 15$/os i
obligatoryjne 30$/os dla rezydenta - razem 90$. Wycieczkę wykupiliśmy 13
września mając nadzieję, że nie będzie pechowa. Klamka zapadła.
Przygotowania do wyjazdu trwały trochę. Np. z miesiąc wcześniej biegaliśmy po
kantorach szukając banknotów 1-dolarowych, o które wcale nie było łatwo.
Kup
Obserwuj wątek
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 16:50
      Przygotowania do wyjazdu trwały trochę. Np. z miesiąc wcześniej biegaliśmy po
      kantorach szukając banknotów 1-dolarowych, o które wcale nie było łatwo.
      Kupiliśmy też zestaw turystyczny składający się z żelazka, mini-suszarki oraz z
      czajniczka na 0,4l. Zaopatrzyliśmy się w nowe baterie do latarki, jakieś
      nakrycia głowy, wygodne buty, uzupełniliśmy braki w apteczce, dokupiliśmy
      większą walizkę na kółkach i po wielkim czwartkowym pakowaniu, następnego dnia
      ruszyliśmy w drogę.

      20 X - piątek

      Wylot z Wrocławia

      Od rana byłam bardzo podekscytowana. Głównie dlatego, że miał to być mój
      pierwszy lot samolotem. Na lotnisku, po zważeniu bagaży, postanowiliśmy
      przepakować odrobinę obie walizki, ponieważ większa ważyła nieznacznie ponad
      20kg, a nie chcieliśmy płacić za nadbagaż, zwłaszcza, że nie mieliśmy pojęcia o
      stawkach za tę przyjemność. Okazało się to czynnością całkowicie bezcelową,
      ponieważ ważna była łączna waga obu walizek nie zaś każdej z osobna.

      Z Wrocławia wylatywaliśmy o 11:15. Opóźnień jako takich nie pamiętam, więc albo
      były bardzo nieznaczne, albo wszystko odbyło się o czasie i ku tej drugiej
      opcji się skłaniam. Lecieliśmy egipskimi liniami AMC Airlines. Mieliśmy
      cathering na pokładzie. Lunch składał się z ryżu, duszonej wołowiny, odrobiny
      gotowanych warzyw, czterech oliwek, bułek, masła i dżemików. Do picia cola,
      kawa, herbata, soki, woda, itp. Z tego wszystkiego dane mi było tylko napić się
      coli i skosztować oliwek. Choroba lokomocyjna? Skądże znowu. Jak tylko zjadłam
      jedną oliwkę, poczułam się źle (żołądek) i resztę miałam z głowy. Według mnie
      była to wczesna wersja dialogu z faraonem, albo nadmiar wrażeń. Zresztą żadna
      strata, bo mąż powiedział mi, że jedzenie do wykwintnych nie należy i nie jest
      zbyt smaczne.

      Zanim jednak do tego doszło, zawzięcie oglądałam świat z okien samolotu. Pełna
      zachwytu, robiłam namiętnie fotki przez podwójną szybę, niestety też podwójnie
      brudną. Ale co tam, pomyślałam, jakoś to potem usunę. Osobom, które nigdy
      jeszcze nie leciały samolotem, życzę z całego serca lotu za dnia przy dobrej
      pogodzie oraz gdzieniegdzie nieco chmurek, ale nie za wiele. A także dobrej
      nowoczesnej maszyny, np. takiej jaką miałam okazję wracać - boening 737-800.
      Dlaczego? Bo mieli tam monitorki, na których na bieżąco wyświetlane były różne
      interesujące informacje, których brakowało mi bardzo w drodze do Hurghady. Na
      przykład można było dowiedzieć się, jaka panuje temperatura na zewnątrz, poznać
      aktualną prędkość lotu czy wysokość samolotu nad ziemią, ale najlepsze było to,
      że wyświetlana była trasa z uwzględnieniem bieżącego miejsca. Niestety lecąc do
      Egiptu, jako, że nie miałam tego cudu techniki, nie wiedziałam ani co
      fotografowałam, ani co podziwiałam. Czy lecieliśmy nad Morzem Czarnym,
      Śródziemnym, czy Egejskim, czy nad Turcją, czy raczej nad Grecją? Kapitan nas
      nie informował. Zabrakło mi tych informacji. Nie zmienia to jednak faktu, że
      widoki były wspaniałe. Świat z pułapu 10 km przypomina mapę hipsometryczną 3D w
      pełnej wersji kolorystycznej. Wygląda po prostu pięknie. No i widok chmur z
      góry - bajka.

      W locie jako takim ciekawe jeszcze jest, że o ile czuć prędkości przy starcie
      czy lądowaniu samolotu, o tyle, kiedy maszyna jest w powietrzu, z racji braku
      wystarczająco bliskich punktów odniesienia, miałam wrażenie, że samolot leci
      albo bardzo powoli, albo stoi w ogóle w miejscu. Zabawne uczucie. Zwłaszcza jak
      skrzyżują się gdzieś korytarze powietrzne i ma się szczęście zobaczyć drugi
      samolot za oknem. Ja to szczęście miałam i zanim zdążyłam powiedzieć mężowi o
      tym ekscytującym widoku - już go nie było. Ale byłam uparta i udało mi się
      zrobić niezłą nawet fotkę samolotu przelatującego prostopadle pod nami. Fajnie
      jeszcze jest wtedy, kiedy samolot zakręca. Przechylenie samolotu wówczas
      powodowało, że kręciło mi się nieznacznie w głowie, a do tego miałam wrażenie,
      że zaraz wypadnę. Mały irracjonalny stresik, ale warto wtedy siedzieć przy
      oknie (oczywiście zależy od kierunku zwrotu w stosunku do zajmowanego miejsca).
      Wówczas proporcje znajdujących się w polu widzenia ziemi i nieba w stosunku
      50:50 zdecydowanie zmieniają się na korzyść ziemi z jednej strony samolotu
      (EXTRA) i nieba z drugiej (też niezły widok choć już nie aż tak).

      Hurghada

      Na miejsce dotarliśmy około 15:00. Zegarków nie musieliśmy przestawiać, bo
      Egipcjanie cofają zegarki o miesiąc wcześniej niż my, zatem godzina się
      zgadzała. Po temperaturze jaka panowała w Polsce (jakieś 10 stopni Celsjusza),
      bardzo przyjemnie wysiadało się z samolotu w Hurghadzie. Cieplutko i mimo dość
      mocnego wiatru - milutko, tylko przerzucony przez rękę polar i kurtka trochę
      przeszkadzały. Nieco zdezorientowani, idąc za ludźmi, trafiliśmy do hali
      przylotów. Zaczęliśmy się rozglądać za naszą rezydentką. I tu plus dla
      pozostałych biur: widoczna była Triada, Sun&Fun, a Eximu ani widu ani słychu.
      Wiedzieliśmy, że musimy kupić wizy i wypełnić jakieś druczki. Tylko gdzie?
      Wkurzeni na rezydentkę, po jakichś pięciu czy dziesięciu minutach,
      zorientowaliśmy się co nieco i ustawiliśmy w kolejce (na szczęście dość
      krótkiej) do jednego z kilku okienek bankowych. Kupiliśmy tam znaczki wizowe
      (zapłaciliśmy po 15$), dostaliśmy druczki i z powodu całego zamieszania
      całkowicie niestety zapomnieliśmy o wymianie pieniędzy. Starajcie się jednak o
      tym pamiętać i proście o drobne funty - przydają się na bakszysz.

      Wciąż skazani sami na siebie, zadawaliśmy sobie pytanie - co dalej. Ustawiliśmy
      się tym razem w dużo dłuższych ogonkach - jak reszta ludzi kierowana przed ich
      rezydentów. To była odprawa paszportowa, gdzie odebrano od nas wypełnione
      druczki i wbito pieczątkę do paszportu - mniemam, że wizę właśnie. Przeszliśmy.
      Przydałby się bagaż. Trafiliśmy do wielkiej sali z masą pasów transmisyjnych. A
      więc jednak bagaże. Ale gdzie? Otóż po drugiej stronie tej wielkiej sali, tam,
      gdzie nie było na razie nikogo widać i było całkowicie pusto (to akurat jest
      pewnie losowe, ale chciałam tu podkreślić, że tym razem pójście za ludźmi nie
      skutkowało, bo to byli Duńczycy z innego lotu, a więc ich bagaże były w
      kompletnie innym miejscu). Rada dla początkujących: trzeba patrzeć na opisy na
      wyświetlaczach - z jakiego lotu bagaże znajdują się na taśmie poniżej.
      Wyszliśmy wreszcie na świeże powietrze i dopiero tam przed halą stały dwie
      kobietki, z których jedna wypowiedziała magiczne słowo Exim. Podeszliśmy i
      czekaliśmy. Okazało się, że totalnie zdezorientowanych ludzi (z Eximu) jest
      dużo więcej i tylko nam się wydawało, że jesteśmy ostatni. Byliśmy raczej
      jednymi z pierwszych. Po tym jak reszta wydostała się z hali przylotów
      skierowano nas do busów i autobusów w celu rozwiezienia do hoteli. Nasze bagaże
      trafiły na tylne siedzenia busa władowane przez okno. Tubylec, który właściwie
      wyrwał mi walizkę z rąk i podał innemu gościowi w busie, natychmiast wyciągnął
      rękę w jednoznacznym geście. Ponieważ nie mieliśmy jeszcze funtów, facet
      zarobił dolara za podniesienie jakichś 15 kg na wysokość 1 metra.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 16:50
      Rezydentka (Sonia) pojechała z nami i w zasadzie nas jako pierwszych odstawiono
      do hotelu. Mimo, że jeszcze trochę na nią zła, starałam się słuchać, co mówi.
      Być może dzięki temu zakwaterowanie przebiegło szybko i sprawnie. Sonia wzięła
      od nas paszporty pytając, czy coś do nich włożyliśmy. W zasadzie mieliśmy
      zamiar, ale powiedziała, że spróbuje najpierw bez tego załatwić nam pokój z
      widokiem na morze - jak chcieliśmy. "Przecież nie chcemy ich rozpieszczać" -
      dodała i poszła do recepcji. Nie wiem, czy to moja ciekawość, brak rozsądku,
      czy po prostu grzeczność pozwoliły jej na to. W każdym razie nie żałowałam
      podjętej decyzji - udało jej się i tym sposobem mieliśmy 10$ w kieszeni. Nawet
      dano nam wybór - budynek główny czy bungalowy. Wybraliśmy budynek główny, bo,
      jak przypuszczałam, z bungalowów raczej wiele nie będzie widać. Pokój
      dostaliśmy z faktycznie fajnym widokiem na morze. Potem okazało się, że w całym
      hotelu jest z 6 pokoi z wręcz fantastycznym widokiem na morze, ale na te raczej
      nie mogliśmy liczyć. Zresztą i tak byliśmy zadowoleni. Z Sonią ustaliliśmy, że
      na spotkanie informacyjne umówimy się przy pomocy sms-ów, tzn. ona da nam znać,
      kiedy się ono odbędzie. Zakwaterowano nas w hotelu Marlin Inn.
      (marlininnbeachresort.com/).

      Po małym odświeżeniu postanowiliśmy koniecznie gdzieś wymienić kasę. Niestety
      był to piątek - odpowiednik naszej niedzieli, a do tego ramadan. Wymiany udało
      nam się dokonać w recepcji hotelowej, ale po 20:00, gdyż dopiero wtedy
      otworzyli kantor. Wymieniliśmy dolary po kursie 5,75LE za 1$. W międzyczasie
      poszliśmy na mały rekonesans po okolicy. Hotel okazał się być dużo mniejszy niż
      się spodziewałam - i dobrze. Doceniliśmy tę kameralność. Okolica zaś była
      spokojna i nie przypominała w niczym opisywanego przez forumowiczów placu
      budowy, który to miałam zobaczyć później. Znajduje się on dużo bardziej na
      południe. Nawet gdyby ktoś dostał w Marlin Inn pokój od ulicy, to hałas nie
      byłby uciążliwy, ponieważ hotel ten znajduje się w takiej części Hurghady, po
      której busom i taksówkom nie wolno jeździć ulicą przy deptaku i hotelach. Jest
      to część miasta położona troszkę na południe od centrum, jednak wystarczająco
      blisko (busem za 1LE od osoby dotarcie do centrum zajmuje dwie minuty).
      W Hurghadzie wszystko pachnie nowością. Zrobione pod turystów chodniki, w
      których niemal można się przejrzeć. Kafejki, apteki, spore centra handlowe
      (koło nas RamStore), markety (np. AbuAshara) i całe mnóstwo małych uroczych
      sklepików. Blisko nas było nawet lokalne biuro wycieczek, którego właściciel
      mówił całkiem nieźle po polsku (nauczył się od turystów), no i kafejka
      internetowa (z zaporowymi cenami: 15LE za 1h za samo korzystanie z netu).
      Sztucznie sadzone palmy, kiczowate, acz efektowne, ozdoby na ulicach - wszystko
      dla turystów. Kompletnie sztuczny świat. Okolica naszego hotelu jest dobrze
      zaopatrzona - w zasadzie, żeby kupić cokolwiek, nie trzeba jechać do centrum.
      Wszystko mieliśmy pod ręką.

      Kiedy spacerowaliśmy, na ulicach prawie nie było ludzi, a już na pewno żadnych
      egipskich kobiet. Nawet dzieci nie było zbytnio widać, tylko sklepikarze i
      turyści. Czy tak jest zawsze, czy to kwestia okolicy, czy ramadanu - nie
      wiedzieliśmy. Przejście ulicą zaowocowało zachwytem mojego męża, który jak się
      okazało, ma w tym miejscu całą masę przyjaciół :-D Wciąż słyszeliśmy: - "Helo
      my friend! How are you? Where are you from? What's your name?" Te cztery proste
      zdania stały się jak mantra. Słyszeliśmy ją wszędzie, na okrągło i niemal bez
      przerwy. Jak nie słyszeliśmy jej od tubylców, sami powtarzaliśmy, co przy
      odpowiedniej modulacji głosu i gestykulacji dawało komiczny efekt.
      Przedrzeźnianiem bawiliśmy się cały tydzień. Zwykle po zadaniu nam czterech
      kultowych pytań padało pytanie po rosyjsku. Potem okazało się dlaczego - jakieś
      90% turystów w tej części Hurghady stanowili Rosjanie. Nasz hotel nie stanowił
      w tym względzie wyjątku. Ba - Sonia nam potem powiedziała, że słyszała, iż
      Rosjanie po prostu wykupują hotele w Hurghadzie. Ja zaś zauważyłam jedną
      zabawną i ciekawą rzecz. Jak wychodziliśmy na ulicę, mając schowany aparat,
      mówiono do nas po rosyjsku, ale jak go tylko sobie zawieszaliśmy na szyi,
      mówiono do nas po niemiecku. Aparat mamy taki trochę większy (waży ok. 1kg),
      jest co nosić, widać go wyraźnie i nie przypomina raczej karty kredytowej ;-)

      Po pierwszym małym spacerku wróciliśmy do hotelu na kolację. Mąż nie omieszkał
      do kolacji skosztować lokalnego piwa. Kupił sobie Stellę 0,5l za 13LE, ja zaś
      raczyłam się colą 0,33l za 4LE. To, co mnie zaskoczyło, to fakt, że podali mi
      do tej coli nie szklankę, tylko kieliszek, który określiłabym jako służący do
      czerwonego wina (nie znam się na tym zbytnio). Skoro o kolacji mowa, nie sposób
      nie wspomnieć o jedzeniu. Jedzenia było ogroooomnie dużo. Podane w formie
      bufetu szwedzkiego sałatki, warzywa, owoce, potrawy na ciepło, kilka rodzajów
      pieczywa, ciasta, ciastka i ciasteczka kusiły wyglądem i zapachem. Chciałoby
      się wszystkiego dosłownie spróbować. Rozsądek jednak zwyciężył. Zjadłam co
      nieco, ale niestety nie pamiętam już co to było. Pamiętam za to, że było bardzo
      smaczne. W ogóle jedzenie w tym hotelu było bardzo dobre. Owszem, zdarzały się
      jakieś pasty na bazie twarogu, do których ktoś wiecznie wsypywał dużo za dużo
      soli, w efekcie czego były niejadalne, lecz przy tak dużym wyborze, to naprawdę
      żaden problem. Wreszcie, po tak wielu wrażeniach jednego tylko dnia, nieco
      zmęczeni, padliśmy w ramiona Morfeusza.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 16:58
      21 X - sobota

      Po śniadaniu niemal natychmiast byliśmy gotowi do pójścia na plażę, gdzie też
      się udaliśmy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy wyszliśmy na zewnątrz. W
      kraju, w którym zawsze świeci słońce, a o pogodzie w zasadzie można powiedzieć,
      że jest gwarantowana, spotkaliśmy się z dość dużym zachmurzeniem. Niebo
      wyglądało tak, jakby miało się za chwilę rozpadać. Nie do wiary. Mimo to było
      ciepło. Na plażę postanowiliśmy pójść mimo wszystko. Mieliśmy nawet ubaw z
      zaistniałej sytuacji. Od dziecka wołano na mnie córka młynarza, choć mój ojciec
      pracuje w zawodzie barwiącym człowieka na zgoła przeciwny kolor. Osobiście wolę
      wersję babci - śpiąca królewna - cera biała jak mleko, włosy czarne jak heban.
      Jednak coś ostatnio heban gdzieniegdzie poprzetykany jest włosami w kolorze
      naturalnego platynowego blondu (i wcale nie chodzi mi o baleyage). Moja
      alabastrowa cera :-D i przezroczysta wręcz miejscami skóra (piguły to mają
      używanie przy pobieraniu krwi) reagują na słońce oparzeniem i bąblami po 10-15
      minutach. Stąd używane przeze mnie wysokie filtry dla niemowląt. Znajomi zawsze
      śmiali się, że nie należy mnie brać ze sobą nad morze, bo nie będzie pogody.
      Pokazana Słońcu sprawiam, że ono natychmiast się chowa ze wstydu, bo coś świeci
      jaśniej. Chyba ci żartownisie mieli rację, pomyślałam sobie spoglądając w niebo
      i patrząc na leciutko zawiedzioną minę małżonka. Kiedy dotarliśmy na plażę,
      okazało się, że buty do chodzenia po gruboziarnistym piasku są w tym wypadku
      raczej zbędne. Wymieniliśmy karty ręcznikowe na ręczniki i poszliśmy wybierać
      odpowiadające nam miejsce. Kiedy już znaleźliśmy odpowiednie leżaki,
      spostrzegliśmy, że prawie na żadnym nie ma materacy. Najwyraźniej są zbierane
      na noc przez obsługę. Jednak za nami już dziarsko kroczył Egipcjanin niosący
      dwie sztuki specjalnie dla nas. Podziękowaliśmy mu: ja czarującym uśmiechem, a
      mąż funtem. Nie wiem czy spowodowało to nasze zachowanie, czy raczej ten
      funciak, ale kiedy kilka dni później pokazaliśmy się na plaży po zachodzie
      słońca w tajemniczym (na razie) celu, a pan akurat zbierał materace, spytał,
      czemu nas nie było na plaży kilka poprzednich dni. Byłam zdumiona, że nas
      zapamiętał.

      Chmury postanowiły jednak trochę tego dnia odpuścić, więc na całego zaczęliśmy
      plażowanie. Sławek trochę popływał, w ramach animacji pograł w siatkówkę, z
      czego zresztą nie wyszedł bez szwanku (wciąż nie rozumiem powiedzenia, że sport
      to zdrowie), a ja pooglądałam sobie super zgrabne kobiety ćwiczące aerobik bądź
      na piasku bądź w morzu, też w ramach animacji hotelowych, zastanawiając się,
      czy to od tego są takie jakie są. Tak leniwie upłynęło nam pół dnia.

      Nadeszła pora obiadowa i z racji, że mieliśmy tylko opcję HB, poszliśmy do
      pobliskiego KFC coś zjeść. I to był błąd. Wybraliśmy tę restaurację, ponieważ o
      egipskim KFC przeczytałam wiele dobrego na grupach. Według mnie wcale nie robią
      lepszych kurczaków, po drugie - porcje wcale nie są ani większe, ani tańsze i
      wreszcie po trzecie i najważniejsze - chyba używają kranówki do robienia kostek
      lodu. Niestety zapomniałam przez chwilę o tym, czego próbowałam się nauczyć i
      wbić sobie do głowy przed wyjazdem. Napiłam się pepsi z lodem i już wiecie, co
      było dalej. Trudno, naprawdę trudno jest pamiętać o wszystkich niuansach, które
      na codzień są tak normalne, że nawet się o nich nie myśli, natomiast w Egipcie
      trzeba o nich pamiętać i ciągle na nie uważać. Ludzie o wrażliwych żołądkach -
      strzeżcie się. Może to wam zaoszczędzi kłopotu.

      Ponieważ zakupy w sklepach DutyFree można robić tylko przez 48h od przylotu, do
      czego jest potrzebny paszport (o ile kupuje się mocniejsze trunki), wybraliśmy
      się na takową wycieczkę. W sklepie znajdującym się na południe od naszego
      hotelu, oddalonym o jakieś 30 minut spaceru, kupiliśmy jednak tylko kilka
      lokalnych piw. Płaciliśmy po 7 LE za 0,5l puszkę. Do tego paszport nie był
      potrzebny. W sklepie poza nami i sprzedawcami było kilku Rosjan, którzy
      próbowali kupić czystą rodzimą o nazwie stolicznaja (to się nazywa patriotyzm).
      Jednak byli w Egipcie już zbyt długo i nie udało im się.

      Zanim zemsta dopadła mnie na dobre, poszliśmy do hotelu na ustalone spotkanie z
      rezydentką (wcześniej dostaliśmy obiecanego sms-a z informacją o terminie). Na
      spotkaniu nie dowiedziałam się w zasadzie niczego, czego bym już nie wiedziała
      z grup. Może poza obowiązującą (czytaj normalną) ceną przejazdu busem z okolic
      naszego hotelu do centrum do Sakkali - 1LE od osoby oraz praktycznych
      informacji o lekarzu, którego najlepiej wezwać w razie czego przez Sonię, bo
      wtedy będzie bezgotówkowo. Usłyszałam też kilka ciekawych i zabawnych historii -
      np. o jednym turyście, który tak się przejął zemstą faraona, że wylądował na
      odtruciu alkoholowym.

      Na spotkanie przyszły tylko cztery pary. Dwa małżeństwa będące w podróży
      poślubnej, jedno starsze małżeństwo emerytów i my. Sonia okazała się miłą
      dziewczyną. Ja zaś po otrzymaniu informacji o jej 24h dyżurze pod telefonem, o
      tym, że wczoraj odbierała ludzi z lotniska cztery czy pięć razy, w tym o
      nieludzkich porach, jakoś zapomniałam o złości, a nawet zaczęłam jej współczuć.
      Na spotkaniu przekazaliśmy też Soni pieniądze na obowiązkowe napiwki po 30$ od
      osoby. Zapoznaliśmy się z ofertą wycieczek fakultatywnych, jakie miała do
      zaoferowania i po umówieniu następnego spotkania na niedzielę na 20:00 każdy
      poszedł w swoją stronę. Kolejne spotkanie było konieczne, bo Sonia na pierwsze
      zapomniała wziąć dla nas szczegółowych programów wycieczki objazdowej, a my nie
      wiedzieliśmy, że będzie to jedynie przedruk z katalogu. Myślałam, że będą to
      jakieś większe konkrety z godzinami odjazdów, wypłynięć, czy coś w tym stylu.
      Niestety był to dosłowny przedruk opisu wycieczki z katalogu Eximu.

      Czuję się zobowiązana wspomnieć w tym miejscu o wycieczkach w kontekście tego,
      co usłyszałam od Soni. My chcieliśmy popłynąć pooglądać rafy koralowe bez
      moczenia palca w wodzie (tak na wstępie - ja kiepsko pływam). Do wyboru Sonia
      miała dwie opcje: katamaran RedSea Dolphin z przeszklonymi kadłubami za 35$/os
      i Seascope SemiSubmarine za 37$/os. Ponieważ Sonia bardzo polecała tę droższą
      (choć o drobiazg) wycieczkę, a o tańszej mówiła, że absolutnie nie warto, nie
      chciałam jej wierzyć. Węszyłam podstęp, jakieś prowizje, itp. Rezydenci na
      grupach nie mają ogólnie najlepszej opinii. Może gdybym uwierzyła naszej
      rezydentce, byłabym bardziej zadowolona. Dlaczego? Bo nie wiedząc, na którą z
      tych dwóch opcji się zdecydować, zasięgaliśmy opinii w lokalnych biurach.
      Skutek był taki, że większość twierdziła, iż te dwie wycieczki różnią się
      jedynie ceną, tylko, że SeaScope jest droższy. Zdecydowaliśmy się zatem na
      katamaran i kupiliśmy później tę wycieczkę w lokalnym biurze Jeddah Tours koło
      naszego hotelu po 25$/os. Dla zainteresowanych: Seascope w lokalnych biurach
      kosztował 30$. Obiecuję więcej o tym napisać w odpowiednim czasie.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:02
      Jeśli interesują was ceny pozostałych wycieczek u rezydenta podaję ich ceny:
      Jerozolima samolotem 235$

      Rejs po Nilu 240$ - czterodniowy z Asuanu do Luksoru (niedokończony
      obelisk, File, AbuSimbel,KomOmbo, Edfu, Dolina Królów, Kolosy Memnona,
      świątynia Hatszepsut, Karnak i oczywiście fabryki alabastru i papirusu)

      Kair 65$
      Luxor 65$
      MegaSafari 50$
      JeepSafari 30$
      Giftun 25$
      Sunset Giftun 35$
      Sharm El Naga 40$
      Isis Trimaram 30$
      Submarine 55$
      Nurkowanie 50$
      Buggy safari 40$
      Klasztory koptyjskie 35$

      Dostępne były także różne kombinacje pakietowe z Kairem i Luksorem. Wtedy
      wycieczki pustynne i morskie wychodziły taniej - o pięć, dziesięć, a czasem
      nawet piętnaście dolarów.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:04
      22 X niedziela

      Zemsta mnie dopadła z opcją All Inclusive około 2 w nocy. To naprawdę żadna
      atrakcja. W zasadzie byłam na to przygotowana psychicznie, ale w głębi ducha
      liczyłam, że może się uda. Jak ktoś pół dzieciństwa spędził na pogotowiu z
      powodu kaprysów swojego żołądka, wielkich nadziei raczej mieć nie może. Przed
      wyjazdem łykaliśmy przez dwa czy trzy tygodnie Lacidofil. Ale mi to nie
      pomogło. W ciągu dnia połknęłam prawie pół opakowania nifuroksazydu i poza
      zatrzymaniem biegunki jako takiej, większego działania nie stwierdziłam, a
      gorączka i osłabienie uparcie rosły. Dodatkowy kop farmaceutyczny (aspiryna,
      ibuprom) postawił mnie trochę na nogi tak, że przed zachodem słońca zdążyliśmy
      jeszcze pójść nad basen hotelowy. Uznałam to za dobry pomysł po całym dniu
      kiszenia się w łóżku. Ponadto chciałam Sławkowi trochę zrekompensować ten
      dzień, który spędził ze mną w zamknięciu, bo moje słońce za żadne skarby nie
      chciało wcześniej ulec moim prośbom i namowom i w samotności choć trochę
      skorzystać z wakacji. Nie chciał iść ani się opalać, ani pływać w morzu.

      Kiedy zaszło słońce, a zachodzi ono o tej porze roku szybko i dużo za wcześnie
      (trochę po 17 i trwa to z pięć minut), postanowiliśmy rozejrzeć się po centrum
      Hurghady. Przeszliśmy się na pobliskie rondo w celu złapania busa do Sakkali.
      Kiedy tylko tam dotarliśmy to właściwie bus sam nas złapał. Wysiedliśmy koło
      hotelu SeaGull w centrum i za tę wycieczkę faktycznie zapłaciliśmy w sumie 2LE.
      Miasto było bardzo przystrojone tego dnia, prawdopodobnie ze względu na fakt,
      że był to bodajże przedostatni dzień ramadanu i wszystko było przygotowywane do
      zbliżającego się trzydniowego święta. Ulica mieniła się całym mnóstwem
      kolorowych lampek i była przystrojona olbrzymią ilością powiewających małych
      kolorowych trójkątnych chorągiewek. W centrum było bardzo głośno. My chcieliśmy
      znaleźć kafejkę internetową w celu wyczyszczenia karty aparatu i nagrania na CD
      lub DVD (płyty mieliśmy własne) zrobionych do tej pory zdjęć. Poza tym
      chcieliśmy jeszcze znaleźć jakieś lokalne biuro podróży i popytać kolejne osoby
      o wycieczki na rafy.

      Kafejkę internetową IRam Technology znaleźliśmy dokładnie vis a vis Sea Gull'a.
      Pracują tam bardzo mili ludzie. Mają też normalne ceny za korzystanie z netu
      tak, że nawet nie trzeba było się targować. Opłata za skorzystanie z internetu
      to 4LE na godzinę, a nagranie płytki CD kosztowało nas 10 LE. Największą
      trudnością na jaką trafiliśmy, było znalezienie wejścia do tej widocznej z
      ulicy kafejki. Mieści się ona na pierwszym piętrze i jest otwarta 24h. Zaś
      wejście do niej znajduje się z boku po prawej stronie budynku i jest troszkę
      oddalone od ulicy. Wchodzi się zaś koszmarną klatką schodową. Transfer może nie
      jest u nich za szybki, ale przy odrobinie cierpliwości można sprawdzić to i
      owo, a nawet skorzystać ze Skype'a. Po wyjściu z kafejki udaliśmy się do biura
      Egypt Tours, które dojrzałam jeszcze z busa. Biuro też jest nieopodal hotelu
      Sea Gull, lecz po drugiej stronie ulicy. Trzeba iść w lewą stronę stojąc tyłem
      do hotelu. Pracuje tam młody Polak Michał. Ten miły człowiek, jako kolejny,
      potwierdził nam, że na SeaScope nie warto się wybierać, bo to to samo, co
      katamaran, tyle, że o 5$ drożej. To zaważyło na naszej decyzji ostatecznie.
      Zrobiliśmy jeszcze zakupy w AbuAshara i wróciliśmy busem do hotelu. Market tej
      sieci, który znajduje się w centrum jest dużo lepiej zaopatrzony od tego
      położonego blisko naszego hotelu. Jednak w obu była tylko woda Siwa (czy jakoś
      tak) po 1,5LE za 1,5l, którą kupiliśmy tylko raz. Po kupieniu później Baraki w
      RamStorze stwierdziliśmy, że ta jest dużo smaczniejsza i do końca pobytu
      kupowaliśmy prawie wyłącznie Barakę - koszt: 2LE za 1,5l.

      Po powrocie do hotelu wybraliśmy się jeszcze do Jeddah Tours w celu wykupienia
      wycieczki katamaranem na oglądanie raf koralowych. Poza tym podjęliśmy decyzję,
      co do kolejnych dalszych atrakcji. Chcieliśmy kupić na wtorek od Soni
      wycieczkę, której nikt w lokalnych biurach nie miał w ofercie, o nazwie Sunset
      Giftun (35$/os). Wycieczka ta różniła się od podobnych lokalnych (kosztujących
      20-25$/os) przede wszystkim czasem trwania, nie długością. Wycieczka
      zorganizowana była tak, że pobyt na Giftunie przewidziano do zachodu słońca.
      Można było więc zachód obejrzeć z fantastycznego punktu widzenia, a na tym nam
      zależało. Chcieliśmy zrobić kilka naprawdę uroczych fotek tego zwykłego -
      niezwykłego zjawiska. Z wycieczki wracaliśmy, kiedy na dworze było już ciemno.
      Reszta tego typu wycieczek (Giftun) z lokalnych biur kończyła się około 16:00.

      Zbliżała się pora kolacji, a mnie mdliło na myśl o jedzeniu, mimo, że nie
      pamiętałam kiedy jadłam ostatnio. To uczucie niebawem przybrało na sile i wtedy
      klątwa zaatakowała ze zdwojoną siłą kładąc mnie ponownie do łóżka. Na kolację
      nie poszłam. Kiedy nadeszła pora spotkania z Sonią, Sławek zszedł na dół. Nie
      było go i nie było. Aż zaczęłam się niepokoić (klasyczna reakcja). Sławek
      wrócił po prawie godzinie mówiąc, że Sonia nie pojawiła się. Sprawdziłam
      komórki - żadnych wiadomości. I co byście sobie pomyśleli? My też. Jednocześnie
      w tym czasie w lobby hotelowym odbywała się folklorystyczna impreza - jakieś
      tańce w strojach ludowych. Wysłałam męża na dół ponownie - niech sobie chociaż
      obejrzy i może zrobi parę fotek, a może nawet Sonia się jeszcze pojawi. Impreza
      była darmowa dla gości hotelowych. Zorganizowana chyba przez hotel. Nie
      widziałam ani kawałeczka tej imprezy, więc nic więcej napisać na jej temat nie
      mogę.

      Ciekawe jest to, że Sonia nieświadoma naszego stanu zdenerwowania, jednak się
      pojawiła po kolejnych 15 minutach, czyli kwadrans po dziewiątej, a więc z ponad
      godzinnym opóźnieniem. Całej akcji nie widziałam, tylko sobie wyobraziłam.
      Okazało się, że dziewczynę rozłożyła angina i zatrzymali ją w szpitalu. Około
      18 wysłała nam sms-y, co była w stanie udowodnić, ponieważ miała ze sobą
      komórkę. Tyle, że te wiadomości dotarły do męża - pod koniec spotkania z Sonią,
      a do mnie w ogóle dnia następnego. Piszę o tym, ponieważ chciałam zaznaczyć, że
      zanim zacznie się wieszać psy na rezydentach, warto czasem się zastanowić nad
      innymi powodami ich zachowań i że sms-y nie są niezawodnym środkiem
      komunikacji. Czasem, jak widać, istnieje jakieś inne wytłumaczenie. W tym
      przypadku zawiódł operator sieci komórkowej - po prostu.

      Sławek uprzedził Sonię, że jak nie damy sobie rady z zemstą faraona,
      skontaktujemy się z nią w sprawie lekarza. Ona zaś oświeciła go, że choroba ta
      ma w jakiś sposób ścisły związek ze słońcem, temperaturą (gorąco) i powinno się
      unikać przebywania w pełnym słońcu przez jakiś czas, a ja przecież jak tylko
      poczułam się lepiej, poszłam na leżaczek przy basenie. Nie mam pojęcia czy to
      fakt, czy wierutna bzdura. Jeśli ktoś ma na ten temat informacje - proszę o
      sprostowanie i uzupełnienie. Pod koniec niedzieli mieliśmy załatwione wycieczki
      na dwa następne dni, a ja byłam nie do życia.
      • ika_81 Re: Tutenchamon - wspomnienia 10.12.06, 16:31
        Witam,
        Ja bylam na Tutanchamonie w okresie 17.11-1.12.2006. Tez mialam okazje płynąc
        CROCODILEM. Hotel w czasie tygodniowego wypoczynku to SEA GULL, w jedna noc na
        koniec wycieczki to AQUA BLUE. Do tego świetna 15-osobowa grupa w czasie rejsu
        no i rewelacyjna pani przewodnik KAROLINA, która w dużej mierze przyczyniła się
        do tego, że były to najlepsze wakacje jakie do tej pory miałam. Bo przewodnika,
        ktory z taką pasją i wiedzą opowiada o Egipcie można ze świeczką szukać :)
        Serdecznie pozdrawiam wszystkich uczestników rejsu TUTANCHAMON 17.11-1.12.2006
        i p. Karolinę.

        Ruda Śląska, 10.12.2006 r.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:07
      23 X poniedziałek

      Faraon męczył mnie jeszcze całą noc. Nifuroksazyd nie działał. Wróciła gorączka
      i osłabienie. Dlatego z samego rana Sławek pobiegł do apteki po Intetrix -
      lokalny antybiotyk na zemstę. Wiedziałam, że ten specyfik ma kosztować nie
      więcej niż 12LE, tylko, że dopiero pod koniec wycieczki, kiedy powodowani
      potrzebą kupowaliśmy drugie opakowanie, okazało się, że ta cena dotyczyć
      powinna 20 nie zaś 10 tabletek. Czyli jakby coś - płaćcie 12LE za dwa listki po
      10 tabletek każdy, które składają się na całe opakowanie w pudełku z ulotką.
      Jakieś pół godziny po tym, jak połknęłam tę magiczną pigułkę, zaczęłam odczuwać
      wyraźną poprawę. Zeszliśmy zatem na śniadanie. Właściwie to był ten etap
      wymuszonej głodówki, kiedy już w ogóle nie chciało mi się jeść, ale wmusiłam w
      siebie maślaną bułkę, bo czasami jednak trzeba. Do momentu wyjazdu na rafę
      właściwie czułam się już wystarczająco dobrze na tyle, że postanowiłam
      zaryzykować i jednak pojechać.

      Po powrocie ze śniadania ku naszemu zdziwieniu zadzwonił telefon. Najpierw moja
      komórka. Nie odebrałam, zwłaszcza, że numer był mi obcy - spoza listy
      kontaktów. Chwilę później ktoś z tego samego telefonu zadzwonił na komórkę
      męża. Uznaliśmy, że to chyba ważne, skoro ktoś jest aż tak zdesperowany, a poza
      tym ma oba nasze numery. Oba na raz zna tylko rodzina i bliscy znajomi - a
      tych mamy przecież wprowadzonych do książki. Dzwonił facet ze spółdzielni
      mieszkaniowej z informacją, że z naszego balkonu (z drugiego piętra) spadają
      kafelki z zewnętrznego cokoliku i trzeba je natychmiast pozbierać, zanim komuś
      coś się stanie. Trudno było nie przyznać mu racji. Zastanawialiśmy się, co
      mogło się stać. Poprosiliśmy szwagra. Na szczęście mógł natychmiast podjechać
      (z innego miasta), choć miał bardzo napięty dzień. Po powrocie z Egiptu okazało
      się, że przyczyną nie było ani złe czy niefachowe położenie kafelków, ani klej,
      lecz wylewka balkonu. Zaczęła się po prostu kruszyć, a blok ma jakieś 3-4 lata.
      Ciekawe, czy jest na to jakaś gwarancja i co będzie dalej. Kiedy związany z tym
      incydentem stres nam minął, poszliśmy kupić wodę i colę (5LE za litrową butelkę
      w RamStore, w AbuAshara można było kupić taka samą za 3LE). Za każdym razem
      kiedy wychodziliśmy na tego typu zakupy, których teoretycznie nie wolno wnosić
      do hotelu, braliśmy mały plecak. Nikt nas nigdy w Marlin Inn nie sprawdzał, ani
      nie widzieliśmy, żeby kogokolwiek sprawdzano.

      W międzyczasie mój stan zdrowia, wspomagany Intetrixem, poprawiał się. Ponieważ
      mieliśmy bardzo blisko do biura turystycznego, nie było sensu, żeby po nas
      przyjeżdżali. Podeszliśmy więc do nich koło 11:45, gdzie czekał już na nas
      pomocnik Gamala - właściciela Jeddah Tours - młody zabawny i sympatyczny
      Egipcjanin o imieniu Midu. Midu zawiózł nas wynajętą taksówką do hotelu
      Intercontinental, z którego odpływał katamaran. Jest to hotel położony na
      południu Hurghady w okolicach, które ludzie na grupach nazywają placem budowy.
      Słusznie zresztą. Midu załatwił co trzeba (vouchery na wycieczkę oddał
      odpowiedniej osobie, my zaś dostaliśmy numerki przydziałowe 1 i 2) i wtedy
      zaczął się tłumaczyć, dlaczego po nas nie przyjedzie, o ile nam to nie
      przeszkadza. My w zasadzie woleliśmy, żeby jednak przyjechał, on zaś uparcie
      twierdził, że godzina naszego powrotu pokrywa się z terminem kolacji, na którą
      jest umówiony z siostrą i prosił nas byśmy go zwolnili z tego obowiązku. Był to
      ostatni dzień ramadanu. Ulegliśmy, zakładając, że wynajęcie taksówki nie
      powinno stanowić jakiegoś olbrzymiego problemu. Acha - pieniądze na taksówkę
      dostaliśmy, ponieważ w końcu transfer był w cenie. Taksówka z hotelu
      Intercontinental do MarlinInn kosztowała nas 10LE za dwie osoby.

      Sama wycieczka katamaranem trwała 2,5h - od 13:00 do 15:30. W drodze na rafy
      zajęliśmy sobie ze Sławkiem miejsca na górnym pokładzie. Katamaran okazał się
      bardzo szybkim wodnym środkiem transportu. Wiało jak cholera, aż zrywało czapki
      z głów. Pożegnałam się z możliwością zobaczenia delfinów, bo podobno można je
      zobaczyć tylko przy bezwietrznej pogodzie i chociaż zerkałam tu i tam od czasu
      do czasu nie straciwszy całkowicie nadziei, delfinów niestety nie udało mi się
      zobaczyć. Na katamaranie znajdowali się prawie sami starsi Niemcy. Podczas
      wycieczki zostaliśmy poinstruowani po angielsku i niemiecku, że rafy będziemy
      oglądać podzieleni na 4 grupy. Pierwsza grupa - numerki od 1 do 15 miała zejść
      do kadłuba po prawej stronie. Druga grupa od 16 do 30 do tego po lewej. Po 30
      minutach grypy te wychodzą i wchodzą kolejne dwie: od 31 do 45 na prawo i od 46
      do 60 na lewo. Kiedy dopłynęliśmy na rafy, wszystko odbyło się zgodnie z
      uprzednio podanym planem. Jako, że mieliśmy numerki 1 i 2, wchodziliśmy jako
      pierwsi. Do kadłuba zeszliśmy około 14:00. Siedzieliśmy w maksymalnie
      niewygodnej pozycji, zwłaszcza, że trafił nam się wąski dziób tegoż przybytku.
      Mimo, że nie należę do istot długonogich, nie wiedziałam jak się tam zmieścić -
      nogi pod brodą i koło uszu. W końcu usiadłam bokiem, po turecku. Przyznać
      muszę, że było mi bardzo niewygodnie. Myślałam, że widoki to zrekompensują i
      jednak warto będzie. Niestety zawiodłam się. Rafa sama w sobie nie była tak
      kolorowa jak się spodziewałam. Gatunków rybek też nie było zbyt wiele. W
      zasadzie nie znam się na tym. Czasami obejrzę jakiś program. Według mnie jednak
      to rafa wyglądała albo na umierającą, albo umarłą, która budzi się powoli do
      życia na nowo. Cała rafa była jakby pokryta wapieniem. W znaczącej większości
      przeważał kolor biały i szary. Czasami trochę jakby turkusowej zieleni. Rybki
      naprawdę nie za ciekawe i...to wszystko. Poza tym żadnych kolorów więcej.
      Później na części objazdowej poznaliśmy dziewczyny, które też chciały kupić
      wycieczkę na rafy i też katamaranem. Dowiedzieliśmy się, że Sonia nie chciała
      im katamaranu nawet sprzedać, żeby potem nie miały pretensji o wyrzucone
      pieniądze. Dziewczyny kupiły więc SeaScope SemiSubmarine. Porównując ich
      relację z naszymi przeżyciami powiem wam jedno - nie kupujcie katamaranu.
      Naprawdę szkoda pieniędzy. Najprawdopodobniej będziecie zawiedzeni jak my.
      Zamieszczam adresy dotyczące obu wycieczek abyście mogli sobie samodzielnie
      porównać informacje i zdjęcia tam zamieszczone. Może to ułatwi komuś decyzję.
      www.seascope-submarine.com/ oraz www.redseadolphin.net/ Nawet
      jeśli ogląda się to samo na obu tych wycieczkach, to bez wątpienia w seascope
      jest dużo większy komfort i okna są też dużo większe, a podobno i mniej
      porysowane. Do hotelu wróciliśmy około 16:00.

      Po powrocie okazało się, że mąż ma całkowicie ufarbowane sandałami (Bergsona)
      na czarno stopy, których nie da się domyć po prostu wodą i mydłem. Widok był
      tak spektakularny, że zrobiłam zdjęcie i muszę przyznać, że w czasie oglądania
      ono właśnie budzi najwięcej radości u oglądających :-) Stópki Sławka poszliśmy
      domyć do morza. A co - trzeba korzystać ze skarbów natury. Morze Czerwone ma
      bardzo wysokie zasolenie. Naturalny peeling w postaci piasku na plaży też był
      pomocny. Przydały się doświadczenia z harcerstwa. A propos zasolenia. Ludzie -
      zapomnijcie o wodoodpornych balsamach do opalania. Pięciominutowa kąpiel w
      Morzu Czerwonym i macie balsam z głowy, a raczej z ciała. Radzę wam opłukać się
      po każdym wyjściu z takiej wody i koniecznie ponownie posmarować.

      Przed kolacją, zanim zaczęli schodzić się ludzie, weszliśmy do jadalni, żeby
      zrobić parę fotek niecodziennych ozdób bufetu. Przy serwowanych potrawach stały
      rzeźby z dyń. Niektóre stanowiły całość samą w sobie, podczas gdy inne były
      bazą dla kolejnych - róż z marchewek, buraków czy białej rzepy bądź
      marchewkowych ptaków. Kiedy po kolacji wracaliśmy z zakupów (uzupełnialiśmy
      zapasy wody i coli), weszliśmy popatrzeć na atrakcję tego w
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:10
      Przed kolacją, zanim zaczęli schodzić się ludzie, weszliśmy do jadalni, żeby
      zrobić parę fotek niecodziennych ozdób bufetu. Przy serwowanych potrawach stały
      rzeźby z dyń. Niektóre stanowiły całość samą w sobie, podczas gdy inne były
      bazą dla kolejnych - róż z marchewek, buraków czy białej rzepy bądź
      marchewkowych ptaków. Kiedy po kolacji wracaliśmy z zakupów (uzupełnialiśmy
      zapasy wody i coli), weszliśmy popatrzeć na atrakcję tego wieczoru - turniej
      bilardowy. Bez sztywnych zasad. Wbijasz co chcesz (poza białą), byle więcej.
      Sławka wciągnięto do gry. Poza nim grali tylko Rosjanie, co w sumie nie powinno
      dziwić skoro stanowili doskonałą większość gości hotelowych. Jak mąż zaczął
      wygrywać z trzecim z kolei, zaczęłam się nieco martwić, bo przeciwnikiem Sławka
      był facet naprawdę mało przystojny (eufemizując), w średnim wieku, a
      towarzyszyła mu nieziemska laska, która córeczką raczej nie była. Na szczęście
      mąż przegrał jednym punktem i poszliśmy sobie. Tak zakończył się czwarty dzień
      naszego pobytu w Egipcie.

      24 X - wtorek

      Wyprawa na Giftun.

      Rano wymyśliliśmy, że mamy ostatnią szansę załapać się ma safari - nasz plan na
      środę. W końcu, jak tylko pozbyliśmy się wątpliwości i zdecydowaliśmy które
      safari wybrać, zaczęliśmy załatwiać wycieczkę przez sms-y z Agnieszką - tą od
      serwisu hurghada.pl. Wątpliwości, jakie mieliśmy, dotyczyły quad safari.
      Ponieważ skłanialiśmy się ku tej właśnie imprezie, a nigdy na takowej nie
      byliśmy, nie wiedzieliśmy jak dokładnie wygląda jazda tymi motorkami. To czego
      się obawialiśmy związane było z okularami. Nie wiedzieliśmy jak szybko się na
      quadach jeździ, ani czy pustynia jest bardziej kamienista czy piaszczysta.
      Najbardziej obawiałam się połączenia prędkości i kamienistej pustyni -
      podejrzewałam, że wówczas mogłoby się to skończyć w najlepszym przypadku
      porysowaniem jedynych przeciwsłonecznych okularów jakie mieliśmy do dyspozycji.
      A musiały nam jeszcze służyć calutki, ten ważniejszy tydzień. Oboje jesteśmy
      krótkowidzami i bez okularów jesteśmy niemal ślepi, a nasze okulary
      przeciwsłoneczne to nie są jakieś kolorowane plastiki dla ozdoby czy co tam
      ludzie teraz noszą, tylko okulary korekcyjne z barwionymi szkłami, filtrem i
      antyrefleksem do tego. Było się więc o co zatroszczyć. Pomyślcie - co to za
      zwiedzanie jak i tak niczego nie można zobaczyć? Co prawda każde z nas miało
      też oczywiście parę białych szkieł, ale w tych nie dało się wytrzymać na słońcu
      nawet pięciu minut. Nasze wątpliwości ostatecznie rozwiała znajoma para
      okularników, która na safari była w niedzielę. Otóż okulary na takiej imprezie
      tylko się kurzą. (Prawdopodobnie jestem nienormalna, bo przecież normalny
      człowiek nawet nie pomyślałby o czymś takim.) Wzbogaceni o tę wiedzę,
      postanowiliśmy jechać na safari w wersji mega. Wysłaliśmy sms-a do Agnieszki i
      po chwili otrzymaliśmy od niej potwierdzenie. Umówieni więc byliśmy na środę na
      mega safari. Mieliśmy czekać o 11:55 przed hotelem. Bardzo nas to dziwiło, bo
      byliśmy początkowo przekonani, że bez uprzedniego wpłacenia kasy, niewiele uda
      się załatwić. Tymczasem zbliżał się czas wyjazdu na Giftun.

      Koło 10:00 czekaliśmy z voucherami w holu hotelowym na osobę, która po nas
      przyjedzie i zabierze na wycieczkę. Pan spóźnił się troszeczkę - jakieś 10
      minut, po czym pojechaliśmy busem na przystań, gdzie czekały na nas statki.
      Około 11:00, po odebraniu sprzętu do nurkowania powierzchniowego, wypłynęliśmy
      w morze. Sprzęt wzięłam na tzw. wszelki wypadek, bo wcale nie zamierzałam
      nurkować. Na statku zjadłam cytrynę - podobno pomaga na chorobę morską.
      Ponieważ nie wiedziałam, czy choruję na taką dolegliwość zjadłam ją na wszelki
      wypadek. W zasadzie nawet nie była kwaśna. Taka malutka limonka. Z ciekawostek
      powiem wam jeszcze, że na statku byli sami Polacy i jedna rodzina z Rosji,
      która zresztą i tak była z kimś z Polski. Druga ciekawa rzecz, to konieczność
      pomykania po tej łajbie na boso. Na moje pytanie dlaczego tak jest, usłyszałam
      od przewodniczki, że dla Egipcjan łódź jest rzeczą świętą jak meczet i nie
      wolno chodzić po niej w butach.

      Po godzinie zatrzymaliśmy się blisko pierwszej rafy. Nadszedł czas na
      snorkowanie. Jak już wspomniałam, pływam kiepsko. W wodzie nie czuję zbyt
      pewnie, mimo, że wychowałam się nad jeziorem i chociaż Morze Czerwone z powodu
      wysokiego zasolenia praktycznie samo unosi, postanowiłam założyć kamizelkę i
      spróbować. W końcu raz się żyje. Kamizelka była tu podstawowym argumentem,
      który do mnie przemówił. Chciałam w tym miejscu podziękować parze znajomych
      nieznajomych, od których dowiedziałam się, że kobieta pływać o ogóle nie umie,
      a mimo to schodzi do wody w kamizelce właśnie. Czyli nie będę jedyna w tym
      komicznym ubranku - pomyślałam i zdecydowałam się na skok do wody. Z
      kamizelkami nie było łatwo. Prawie wszystkie były strasznie poniszczone -
      odpadające i odprute zapięcia, za mało kamizelek dla dorosłych., za dużo
      kamizelek dziecięcych - też zresztą zniszczonych. Udało mi się mimo to coś
      wybrać. Jak tylko rozejrzałam się wokół, zobaczyłam przekomiczny widok - kilku
      facetów o posturze misia, ubranych w dziecięce kamizelki. A ja się martwiłam,
      że będę głupio wyglądać! Jaka szkoda, że aparat został na górnym pokładzie.
      Zastanawiałam się, czy ci panowie wiedzą, że kamizelki mają ograniczenia wagowe
      i to, co mają na sobie, jest co najwyżej na 25kg czyli na jakąś ich ćwiartkę.
      Widok był tym bardziej śmieszny. Ale skoro dawało im to poczucie
      bezpieczeństwa...

      Założyłam cudaczny sprzęt, czyli maskę, rurkę oraz płetwy i w stroju, w którym
      przypominałam bardziej ufoludka niż samą siebie, wskoczyłam (tak naprawdę
      zeszłam po drabince) do wody. Pomyślałam, że nie zobaczę niczego, bo na mój
      widok wszystkie ryby wystraszą się i uciekną w panice. Jeśli dodatkowo pomnożyć
      ten widok przez wszystkie snorkujące w okolicy osoby, a było ich dość sporo, to
      nawet rafa bez wątpienia się przemieści :-)

      Początki są trudne. Nigdy wcześniej nie nurkowałam powierzchniowo. Ba - w ogóle
      wcześniej nie nurkowałam. Dlatego bez chociaż teoretycznego (psychicznego)
      przygotowania snorkowanie nie jest proste, ale tylko przez pierwsze pięć minut.
      Wystarczy zapomnieć, że nos służy do oddychania, a raczej pamiętać, że się go
      ma i teraz nie należy go używać. Uczucie jest przedziwne. Mężowi szło dużo
      lepiej. Ja przyznaję, że stchórzyłam i wróciłam na statek, a jemu kazałam
      płynąć, korzystać i uważać na siebie. Przynajmniej tym razem mnie posłuchał.
      Stwierdziłam, że nie dam rady nie z powodu niemożności utrzymywania się na
      wodzie, lecz z powodu dziwnego sposobu oddychania. Po chwili zastanowienia na
      statku pomyślałam: -"Kurcze. Jak to nie dam rady. Przecież to nie może być aż
      takie trudne i na pewno nie jest awykonalne. Tylko spokój może mnie uratować.
      Idę poćwiczyć." I poszłam. Zanim oddaliłam się od łodzi na więcej niż 2 metry,
      musiałam nauczyć się oddychać przez to ustrojstwo. Po chwili ćwiczeń odważyłam
      się popłynąć dalej. Podziwiałam dno, które faktycznie było widać. Nie wiem jak
      było głęboko w miejscu, w którym cumowały łodzie, ale widoczność była super. A
      potem popłynęłam w stronę rafy. Walczyłam sama ze sobą: ciekawość czy rozsądek,
      ciekawość czy rozsądek. Ciekawość, ale z odrobiną rozsądku. Już już dopływałam
      do rafy, kiedy jakimś cudem zakrztusiłam się. Spanikowałam i zrobiłam w tył
      zwrot. Myślę, że to kwestia dość wysokiej fali, albo sprzętu. W końcu nie był
      pierwszej młodości i o hiperszczelność też trudno go posądzać. W zasadzie z
      całej trójki najlepiej sprawowały się płetwy, jeśli nie liczyć faktu, że to
      przez nie zarobiłam najbardziej trwały ślad tego snorkowania. Mam go jeszcze do
      dzisiaj. Ale co wam będę zdradzać zawczasu.
      • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:12

        Wróciłam na łódź. Zdjęłam z siebie strój ufoludka i poszłam szukać przy pomocy
        zoomu w aparacie mojego Sławka. Patrzę, patrzę, a ten - płynie w stronę łodzi.
        Sam. Zdążyłam zrobić raptem kilka fotek i pytam:
        - Co jest Kotku?
        - Nic, nic. Wróciłem po Ciebie. Po prostu MUSISZ to zobaczyć. Złaź tu zaraz!
        - Ale Kochanie. Próbowałam. Nie daję rady. Prędzej czy później panikuję.
        Oddychanie przez ten kawałek plastiku jest po prostu nienaturalne. Ja mam tylko
        płuca nie skrzela.
        - Chodź. Pomogę Ci. Będzie dobrze. Zobaczysz. Będę cały czas obok.

        No i dałam się namówić po raz kolejny. Właśnie wtedy złażąc w płetwach po
        drabince do wody, pośliznęłam się i zarobiłam siniaka na pół uda. Ta śliwa
        potem wzbudzała niemałe zainteresowanie podczas rejsu. Dlaczego nikt do diaska
        mi nie powiedział, że płetwy można, a nawet trzeba założyć już w morzu? Tak
        przynajmniej potem przeczytałam w internecie.

        Płynęliśmy więc razem. Tym razem oddychałam spokojniej, bardziej miarowo i
        prawie w ogóle nie męczyłam się. Jedyne martwiłam się o Sławka. Kiedy
        dopłynęliśmy do rafy żałowałam, że te gogle, które mam na nosie, nie są
        korekcyjne. Rafa była dużo, dużo ładniejsza niż ta oglądana poprzedniego dnia z
        kadłuba katamaranu. Pływało tam całe mnóstwo kolorowych rybek - czarne,
        fioletowe, żółte, zielone, pasiaste i jakieś takie prawie przezroczyste
        kształtem przypominające węże. Było super. Sławek miał rację - nie mogłam tego
        nie zobaczyć. Od tej pory ten rodzaj oglądania raf polecam wszystkim. Po prostu
        cudownie. Byliśmy tak zachwyceni, że zaczęliśmy myśleć o kursie nurkowania
        głębinowego, ale to może w kolejne wakacje.

        Spodobało mi się. Nie chciałam wyjść z wody, zwłaszcza, że kapitan dokarmiał
        rybki i koło łódki zgromadziły się naprawdę ogromne ławice kolorowych
        przepięknych stworzonek. Zwłaszcza jedne z nich przypadły mi do gustu.
        Zostałam w wodzie by je jeszcze chwilę pooglądać. Nie wiem, co to był za
        gatunek, ale w zależności od tego, w którą stronę płynęła ławica, czyli w
        zależności od kąta padania światła, zmieniały kolor. Mieniły się wszystkimi
        barwami tęczy. Były przecudne. Po jakiejś godzinie nurkowania (od mojego
        pierwszego zejścia do wody) nadszedł czas powrotu na łódkę. Popłynęliśmy w
        kierunku wyspy Giftun. Zanim jednak zeszliśmy na ląd, ponownie mogliśmy
        doświadczyć cudów podwodnego życia - jeszcze jedno nurkowanie przy innej
        rafie.

        Gdy dobiliśmy do wyspy, mieliśmy czas na plażowanie. Zejście z łodzi na plażę
        odbywało się po pionowej drabinie kilka metrów w dół. Zajęło to co prawda
        trochę czasu, zanim udało się wysadzić całe towarzystwo, ale wszyscy dali radę.
        Podstawowy błąd jaki zrobiliśmy, to ten, że zostawiliśmy na łodzi klapki i
        sprzęt do snorkowania. Po tej wyspie nie daje się chodzić na boso, chyba, że
        ktoś ma zapędy masochistyczne. Piasek na niej jest bardzo gruboziarnisty i w
        doskonałej większości składa się z kawałków muszelek i rafy. Więc jak ktoś wam
        będzie wciskał kit o piaszczystej plaży, to nie zakładajcie, że chodzi mu o
        piasek typu mąka ziemniaczana, jak my to zrobiliśmy. Zaletą wyspy jest to, że
        można pójść brzegiem morza ładny kawałek. Nie ma takich ograniczeń jak na
        plażach hotelowych. Czy mi się podobało na Giftunie? Szczerze mówiąc wyspa sama
        w sobie - nie bardzo. Żadnej roślinności, wszędzie tylko mało przyjemny zbyt
        gruby piach, bar i parę parasoli z ususzonych palmowych liści. Widziałam już
        sporo dużo ładniejszych plaż. Jednak specyfika i inność tego krajobrazu mogą
        się podobać - kwestia upodobań. Za to morze, rafy i cała reszta były po prostu
        zachwycające.

        Około godziny 16:00 na Giftunie zaczął się spektakl pod tytułem "Zachód
        słońca". Kolory nieba były przecudne - od mocnych żółcieni i pomarańczy przez
        delikatne róże i fiolety do cudownych błękitów i zieleni. Jako, że słońce
        chowało się tu za górami, można było zaobserwować dokładnie moje ulubione prawo
        fizyki rozchodzenia się światła po liniach prostych. Całe widowisko trwało
        jednak tylko pięć do dziesięciu minut. Czy jednak było ono na tyle
        spektakularne, żeby dopłacać za nie 15$ od osoby? Na to pytanie musicie sobie
        odpowiedzieć sami. Zależy, co kto lubi. Nam zależało, więc nie żałowaliśmy tej
        dodatkowej kasy. Z mojego punktu widzenia - polecam. Kiedy tylko słońce
        zniknęło za horyzontem zaczęło się robić coraz zimniej i zimniej. W końcu
        statek po nas przypłynął. Wsiedliśmy, zjedliśmy na łodzi kolację, z
        przygotowaniem której załoga miała mały kłopot, bo grill wiecznie wywalał im
        korki i skierowaliśmy się w stronę portu. Wracaliśmy pod osłoną przecudnie
        rozgwieżdżonego, całkowicie bezchmurnego nieba.

        Kiedy wróciliśmy do hotelu nadszedł czas na przygotowania do safari. Toteż
        wyskoczyliśmy na pobliski deptak do najbliższego możliwego sklepiku, w celu
        kupienia jakichś tanich chust, którymi można się owinąć, żeby uchronić się
        przed nadmiarem piachu i kurzu. Ponieważ byliśmy lekko zmęczeni, a tym samym
        nie mieliśmy najmniejszej ochoty na żadne targi, weszliśmy do sklepu, przed
        którym wisiały klasyczne arafatki z doczepioną do nich ceną 7LE. Jako, że 4zł
        to żaden pieniądz i cena wyglądała na normalną, weszliśmy kupić tylko dwie
        chusty. I wiecie co? Wyszliśmy z dwiema chustami, dwoma papirusami (w sztywnej
        tekturowej tubie) i dwoma otokami - nie wiem jak się toto nazywa, ale jest
        okrągłe, czarne, zakłada się to na głowę, a służy do trzymania arafatki.
        Podkreślić muszę w tym miejscu, że oboje nie należymy do zakupoholików.
        Jesteśmy odporni w dość wysokim stopniu na różnego rodzaju sztuczki i reklamę.
        Ale po tej wizycie zrozumiałam, a z każdą kolejną w jakimkolwiek egipskim
        sklepie rozumiałam to jeszcze lepiej, dlaczego techniki używane przez
        tamtejszych sprzedawców są opracowywane, opisywane i bardzo wysoko cenione
        przez najlepszych specjalistów od sprzedaży i reklamy. Potem uczą się ich
        miliony ludzi na całym świecie. Wiecie dlaczego? Bo są niesłychanie skuteczne!
        Niektórzy płacą grube pieniądze, żeby nauczyć się skutecznie sprzedawać, a
        Egipcjanie mają to we krwi, dziedziczą z ojca na syna i doskonalą od setek lat.
        Czy zauważyliście, że oni nigdy, przenigdy nie próbują niczego sprzedać? Proszą
        tylko: wejdź, zobacz, dotknij, powąchaj, przymierz, zrób sobie pamiątkowe
        zdjęcie. Niczego nie musisz kupować. Do tego zaczynają przyjacielską pogawędkę
        na jakiś temat, tak, że kiedy po chwili orientujesz się, że tak naprawdę
        siedzisz w tym sklepie już bardzo długo i chcesz wyjść, po prostu jest ci
        głupio opuścić go z niczym i kupujesz to, czego w ogóle nie chciałeś, a już na
        pewno nie potrzebujesz. Tak też było z nami. Sprzedawca kołował nas długo.
        Mówił, że jest chrześcijaninem i to chyba była akurat prawda, choć nie miała
        nic wspólnego ze zrobionymi zakupami. Na pulpicie miał zdjęcie papieża Jana
        Pawła II, a na ścianach i półkach całą masę katolickich gadżetów. Twierdził
        też, że nie jest jak inni Egipcjanie i nie oszukuje swoich klientów, choć po
        imieniu tego nie nazwał. Mówił, że jego ceny są bardzo dobre, a jego towar
        najwyższej jakości - oczywiście papirusy miał oryginalne z całą masą
        certyfikatów. Nie wiem, czy to my daliśmy się skołować, czy teraz oszukujemy
        sami siebie, twierdząc, że zrobiliśmy te zakupy, bo chcieliśmy docenić kunszt
        tego człowieka. Faktem jest, że wydaliśmy tam 105LE zamiast 14LE. Kupiliśmy 2
        arafatki po 7LE/szt, dwa otoki po 3LE/szt i dwa papirusy. Jeden ciemny,
        malowany ręcznie, przedstawiający posąg Ramzesa II - taki jaki znajduje się
        przed świątynią w AbuSimbel - formatu zbliżonego do A3 za 55LE i drugi nieco
        mniejszy, jasny, na którym mamy namalowany wizerunek żony Echnatona -
        Nefertete, za który zapłacilismy 30LE.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:14
      Ponieważ uświadomiliśmy sobie, że jutro może nie być czasu na kupienie
      widokówek, kupiliśmy kilka, które chcieliśmy wysłać do kraju. Za widokówki
      płaciliśmy od 1,5LE do 3LE za sztukę - zależało od rodzaju. Najdroższe były
      kartki trójwymiarowe. Fajowo było ze znaczkami. Cena znaczka do Polski to
      1,5LE. Przy czym jest tu jeden haczyk. W zależności od tego, gdzie się te
      znaczki kupuje, kosztują one od 1,5LE do 3LE. Najtaniej, czyli we właściwej
      cenie, można znaczki kupić podobno jedynie na poczcie. W pozostałych miejscach
      taniej niż 2LE nie udało nam się znaleźć. Wszędzie tam, gdzie mieli kartki,
      mieli też i znaczki. Ponieważ nie dojrzeliśmy nigdzie żadnej skrzynki
      pocztowej, po wypełnieniu widokówek postanowiliśmy zaryzykować i zostawiliśmy
      je w recepcji hotelowej z prośbą o wysłanie, za co daliśmy portierowi niewielki
      bakszysz - 5LE. Muszę przyznać, że ku naszemu zaskoczeniu, doszły wszystkie.
      Trwało to trochę, bo niektóre doszły już po naszym powrocie, ale dotarły do
      adresatów.

      Zwieńczeniem tego dnia było pyszne capuccino (2x7LE), na które wybraliśmy się
      do kafejki niedaleko hotelu. Ponieważ trwało święto, na ulicach była masa
      tubylców. Wówczas po raz pierwszy zobaczyliśmy mnóstwo Egipcjanek. Całe rodziny
      z dziećmi przechadzające się po deptaku lub spędzające czas w kafejkach.
      Widzieliśmy też kilka par siedzących na ławeczkach. Dla mnie najbardziej
      zadziwiające były młode Egipcjanki, niektóre naprawdę prześliczne, ubrane
      typowo europejsko, bardzo modnie i do tego w chustach na głowach.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:15
      25 X - środa

      Kiedy rano wstałam, faraon znów dał o sobie znać, mimo, że cały czas myliśmy
      zęby w mineralnej, nie jadłam ani owoców ze skórką, ani sałatek, uważałam
      podczas kąpieli, żeby się nie napić kranówki - nic to nie dawało. Nauczona
      doświadczeniem łyknęłam Intetrix, który już do końca pobytu został moim
      najlepszym egipskim przyjacielem. Do południa przeszło mi całkowicie. I dobrze,
      bo o 11:55 mieliśmy czekać przed hotelem na transport.
      Czekaliśmy gotowi na kolejne atrakcje, jednak trochę niepewni czy w ogóle
      nastąpią, bo przecież, jak pamiętacie, jeszcze nie zapłaciliśmy, a wycieczka
      załatwiana była przez sms-y. Jak wybiła 12:00 byliśmy już prawie pewni, że
      zaraz wrócimy i pójdziemy na plażę. W tym właśnie momencie podjechały dwa
      jeepy. Z pierwszego wysiadł gość mówiący do nas po rosyjsku. Okazało się, że
      przyjechał po kogoś innego. Drugi jeep okazał się być tym właściwym.
      Zapakowaliśmy się do samochodu i po zabraniu jeszcze dwóch chłopaków po drodze
      z jakiegoś hotelu, ruszyliśmy w stronę pustyni na kolejną przygodę. W jeepie
      było 12 osób. 9 siedziało z tyłu, w tym my. Byli to uczestnicy wycieczki -
      sami Polacy. Z przodu siedział kierowca, kamerzysta (obaj Egipcjanie) oraz nasz
      polski przewodnik - Bartek.

      Bartek okazał się doskonałym przewodnikiem. Życzymy wszystkim, żeby na niego
      właśnie trafiali podczas Mega Safari. Potrafił opowiadać bardzo ciekawie,
      zainteresować tematem, a do tego miał niezłe poczucie humoru. Dopiero pod
      koniec wycieczki okazało się, że Bartek był tego dnia chory i to, co początkowo
      wzięłam za spieczoną słońcem skórę, było po prostu wypiekami spowodowanymi
      gorączką. Ludzie. Mówię wam - nie wiem co ten chłopak wyprawia jak jest w
      formie, skoro było tak bardzo super, kiedy był chory. Składam w tym miejscu
      podziękowania Bartkowi, bo to właśnie dzięki niemu ta wycieczka była naprawdę
      extra.

      Pierwszą atrakcją, jaką zobaczyliśmy, był miraż, czyli inaczej fatamorgana.
      Dowiedzieliśmy się, że są różne rodzaje miraży. Takie, które widzą wszyscy,
      które są efektem załamywania i odbijania światła, w wyniku czego widzimy
      pozornie blisko przedmioty znajdujące się daleko za linią horyzontu oraz takie,
      które powstają wyłącznie w umysłach wędrujących po pustyni spragnionych ludzi.
      Zrobiliśmy kilka fotek, którym dziwią się wszyscy znajomi, jak mówimy, co na
      nich widać. Większości fatamorgana kojarzyła się z tym drugim przypadkiem. Nam
      w zasadzie do tej pory też. To chyba siła mediów. Mieliśmy też okazję zobaczyć
      parę pracujących kiwaków.

      Po godzinnej jeździe w pyle i kurzu dotarliśmy do naszego pierwszego celu. Był
      to postój na siku i jednocześnie miejsce startowe naszych następnych przygód.
      Od tej pory przez najbliższe 2h wszystko robiliśmy strasznie szybko. Czasu na
      załatwienie swoich potrzeb nie było wiele, a raczej warto było skorzystać, bo
      kolejna możliwość miała pojawić się za 2h. Jak dotarliśmy do miejsca, do
      którego nawet król piechotą chodzi, oczom naszym ukazał się niecodzienny widok.
      Kiedyś przeczytałam w "Angorze" ciekawy i zabawny artykuł, którego tematem był
      ów przybytek - jego działanie i wygląd w różnych częściach mniej lub bardziej
      cywilizowanego świata, ale o takich tam nie pisali. Toalety w wykonaniu
      beduińskim składały się z trzech pomieszczeń, z których tylko jedno miało drzwi
      i była to chyba wersja damska. Takie samo pomieszczenie, tyle, że bez drzwi,
      znajdowało się po stronie przeciwnej (toaleta męska?), zaś środek zajmował
      pisuar. Na toaletę składała się dziura w podłodze przykryta jakimś rodzajem
      muszli, chyba ceramicznej, z miejscem na stopy po bokach. Działało to na tzw.
      Małysza. Nie było to dla mnie może wielkim zaskoczeniem, bo wcześniej czytałam
      o egipskich toaletach, ale przeczytać, a zobaczyć i ba - nawet przeżyć - to
      całkiem coś innego. I wierzcie mi panowie - kobiety też umieją na stojąco :-)
      Za spłuczkę robiły nie pierwszej świeżości butelki plastikowe po wodzie
      mineralnej napełnione (lub nie) wodą (raczej nie mineralną :-D). Później miałam
      się jeszcze przekonać o tym, jak bardzo Beduini dbają o środowisko naturalne i
      korzystają z dobrodziejstw recyklingu.
      Nasze jeepy odjechały z siną dal i zostaliśmy na środku pustyni bez środka
      transportu. Ale czy na pewno? Oto oczom naszym ukazało się kilka potężnych
      garbatych zwierząt. O tak moi mili - wielbłądy. Jazda na wielbłądzie była jedną
      z atrakcji w programie, więc nie mieliśmy wątpliwości, co nas teraz czeka. Nie
      wiedzieliśmy jedynie jak daleko, jak szybko i jak długo będziemy jechać. Bartek
      poinstruował nas, jak należy wsiadać na i zsiadać z tego zwierzęcia. Dodał też,
      że jazda na wielbłądzie jest taką atrakcją, że koniecznie trzeba zaliczyć ją
      dwa razy w życiu: pierwszy i ostatni raz :-) Później się z nim bez wahania
      zgodziłam.

      Wsiadając na wielbłąda, zaraz po przerzuceniu nogi na drugą jego stronę, należy
      się wychylić maksymalnie do tyłu i mocno trzymać tego kołka z przodu, który
      stanowi część czegoś, co nazwałam siodłem. Dlaczego? Bo wielbłąd jest
      zwierzęciem, które czasem (jak my wszyscy) robi, co chce. Potrafi
      nieoczekiwanie wstać, zanim dostanie polecenie. Kiedy wielbłąd wstaje i siada
      najlepiej jest odchylić się maksymalnie do tyłu i mocno trzymać. Wielbłąd nie
      od razu staje na nogi, najpierw klęka. Najpierw przód, potem tył, potem znów
      przód i (tu nie jestem pewna - to z wrażenia) chyba znów tył. W każdym razie
      efekt huśtawki gwarantowany. Wielbłądy nasze były prowadzone przez kobiety i
      dzieci. O pracujących Beduinów podobno trudno, bo to tacy ludzie, gdzie
      podstawowym zajęciem mężczyzny jest leżenie i palenie sziszy. Mojego wielbłąda
      prowadziło dziecko. Chłopiec chyba. Nie za dobrze pamiętam, bo jak tylko
      wsiadłam i wielbłąd się podniósł, okazało się, że ten kołek z przodu zamiast
      być na środku, znajduje się sporo po lewej. Mało tego - jestem święcie
      przekonana, że z każdym krokiem wielbłąda przesuwał się coraz bardziej w lewo.
      W efekcie darłam się, a właściwie skamlałam, że spadnę, przez całą drogę. Ale
      nikt się jakoś tym nie przejął. Wobec tego pozwoliłam sobie na odrobinę
      szaleństwa (chyba z nadmiaru słońca) i mimo wszystko postanowiłam robić
      zdjęcia. Chociaż Sławek niech ma pamiątkę, że jechał na takim potworze -
      pomyślałam i zaczęłam wyjmować aparat. Nawet jeśli skończę z nogą w gipsie, to
      i tak będzie miał fotkę. Żeby wyciągnąć aparat z etui potrzebowałam obu rąk,
      więc musiałam całkowicie puścić ten kołek, którego trzymałam się tak kurczowo.
      To był pierwszy od czasów dzieciństwa, kiedy to skakałam z najwyższych krokwi w
      stodole na leżące dużo niżej siano, sport ekstremalny jaki uprawiałam. I jak
      myślicie - jak zaczęłam się trzymać? Ano udami, marząc o sile mięśni Nadieżdy
      Nagórnej (bohaterka "Golden Eye", jednego z filmów o Jamesie Bondzie). Kiedy
      przejażdżka się skończyła, mojej radości nie było końca. Co do czasu jazdy na
      wielbłądzie - nie wiem - wieczność? Ale z godzin robionych zdjęć wynika, że
      trwało to tylko i aż dziesięć minut. Aha - i nie krzyczcie "jalla, jalla"
      siedząc na wielbłądach. Tak na wszelki wypadek ;-)
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:16

      A potem zaczęła się jazda. Dosłownie i w przenośni. Z wielbłądów przesiedliśmy
      się na dwuosobowe quady. Z pomocą kamerzysty, szczelnie zawinięci kupionymi
      wczoraj arafatkami, ruszyliśmy. Sławek mówił, że to mogłaby być niezła frajda,
      gdyby nie mały szczegół. Właśnie. Jechaliśmy jako przedostatni w kolumnie. Za
      nami niestety jechało dwóch poszukiwaczy wrażeń płci oczywiście męskiej (mały
      szowinizm), którzy bardzo skutecznie obrzydzili mi tę część wycieczki.
      Chcieli "pojeździć", jak twierdzili, a że jechali jako ostatni, mieli możliwość
      zostania w tyle, by za chwilę gwałtowanie przyspieszyć. Ich quad wydawał
      znajomy chyba wszystkim dźwięk - hałas silnika wprowadzanego na wysokie obroty
      poprzez zamiennie naciskanie i puszczanie pedału gazu. Nie obchodziłoby mnie to
      w ogóle, gdyby nie towarzyszące ich jeździe stłuczki z nami. Jakoś nie mogłam
      odnaleźć ani kawałka przyjemności w oczekiwaniu na kolejne puk i może bęc jak
      się dobrze postarają. Dobrze, że Bartek uprzedził nas o tym, gdzie należy
      trzymać ręce, żeby w razie czego nie dostać po palcach, w przeciwnym bowiem
      wypadku miałabym zmiażdżone. (Pamiętajcie - na quadach nie trzymajcie nigdy rąk
      z tyłu, wyłącznie z boku, albo na tzw. misia na osobie z przodu.) Stłuczki to
      tylko część zafundowanych nam atrakcji. Panowie zajeżdżali gwałtownie to z
      naszej lewej, to z prawej strony, jakby chcieli nas zepchnąć, wywrócić, albo
      wyprzedzić mimo braku miejsca i możliwości. Jadący na czele Egipcjanin,
      prowadzący kolumnę, zauważył co prawda ich wyczyny i opieprzył, lecz dopiero
      pod koniec, co w zasadzie było bezcelowe, bo i tak sobie nic z tego nie
      zrobili. Apeluję zatem do ludzi, którzy "chcą sobie pojeździć"- wiecie, że są
      programy quad safari, gdzie można pojeździć na tych motorkach w pojedynkę, a
      nawet quady ekstremalne po bezdrożach pustyni? Pomyślcie o tym zanim zepsujecie
      komuś wycieczkę.

      Jazda na czterokołowych motorkach to przede wszystkim masa kurzu, który wciska
      się wszędzie. Arafatki były bardzo przydatne. Posiadaczom sprzętu foto radzę na
      czas jazdy aparat szczelnie owinąć i schować.

      Po około pół godzinnej jeździe zrobiliśmy małą przerwę na odpoczynek i zamianę
      kierowców. Jak już się domyślacie, ja nie skorzystałam z tej możliwości
      (zgadnijcie dlaczego). Potem jechaliśmy jeszcze około 15 minut do naszego
      głównego celu - wioski beduińskiej (cepelia, niestety, ale i tak super).
      Pierwszą ciekawą rzeczą, jaką zauważyliśmy, była przedziwna budowla. Wyglądała
      trochę jak kopiec termitów, a trochę jak olbrzymi ul. Zastanawialiśmy się nad
      jej zastosowaniem. Okazało się, że jest to gołębnik. W pobliżu znajdowało się
      ogrodzenie, za którym biegały sobie dwa strusie. Jeden, który jakoś nie chciał
      schować głowy w piasek :-) i drugi bardzo tchórzliwy i odważny jednocześnie.
      Ten drugi atakuje wszystkie mniejsze stworzenia, a tych większych od niego -
      boi się. Fajnie to można zaobserwować kuląc się na zmianę i prostując z
      wyciągniętymi w górę rękoma. Usłyszałam później, że w "Jurassic Park"
      velociraptory "mówią" właśnie głosem tego zwierzęcia.

      Parę metrów dalej znajdował się dość długi ciąg namiotów z wielbłądziej wełny,
      pod którymi znaleźliśmy schronienie przed słońcem. Najpierw podano nam
      niemożliwie słodką herbatę i oczywiście sziszę. Przypadała jedna szisza na
      parę. Muszę przyznać, że nieźle się namęczyliśmy, żeby zrobić sobie pamiątkowe
      zdjęcie, na którym widać wypuszczany dym, zwłaszcza, że oboje nie palimy na
      codzień. Ja starałam się tak bardzo, że mimo palenia tytoniu jabłkowego,
      doznałam niemałego zawrotu głowy. Niecodziennym widokiem było boisko do
      siatkówki, a raczej kawałek siatki rozwieszonej między dwoma słupkami. Jakoś
      nie przypuszczam, żeby miało ono służyć tubylcom.

      Sama wioska znajdowała się w dolinie położonej wśród gór. Bartek zachęcił nas
      do wejścia na jedną z nich, mówiąc, że tylko wygląda przerażająco, a faktycznie
      wchodzi się na nią trzy minuty. Cóż. Miał rację. Warto było wspiąć się
      chociażby po to, żeby zobaczyć jak bardzo nieprzyjazna jest okolica. Same góry.
      Absolutnie żadnej roślinności, żadnego śladu życia. Wszędzie, jak okiem
      sięgnąć, same brązowo-żółte gołe skały. Piaskowce (chyba), po których chodzenie
      jest dość niebezpieczne, ciągle usuwały nam się spod nóg . O ile wejście na tę
      górkę było dość proste, o tyle zejście z niej już nie było takie oczywiste.
      Głównie z powodu trudności znalezienia drogi powrotnej. Wszystko, co mieliśmy
      pod stopami, zaczęło wyglądać jednakowo. Chyba z pięć razy wybieraliśmy dróżkę,
      która nagle się urywała i kończyła jakąś pionową ścianą.
      Chwilę po tym, jak w końcu zeszliśmy na dół, podano obiad. Najbardziej
      spektakularną częścią menu była przepyszna (podobno) wątróbka z wielbłąda.
      Ponieważ nie jadam podrobów, nawet tu nie poświęciłam się dla sprawy. Z chęcią
      oddałam swoją porcję. Potem nastąpiła wizyta w aptece. Beduińskiej aptece.
      Beduini w aptekach mają pięć rzeczy: zioło, z którego herbatka działa
      błyskawicznie na zemstę faraona - nie leczy, ale w 5 minut zatrzymuje,
      szczoteczki do zębów o niewiarygodnym wprost wyglądzie i jeszcze lepszym
      działaniu (fluor i wybielacz), maść będącą panaceum niemal na wszystko (miąższ
      z owocu) i różę jerychońską - jedną z najbardziej niesamowitych roślin na
      ziemi, którą chyba tylko ogień jest w stanie pokonać. Cała reszta pod numerem
      pięć, to wszelkiego rodzaju środki jeśli nie na poprawę potencji (bo w końcu
      każda beduińska żona musi mieć po równo :-) ), to co najmniej na poprawę
      samopoczucia. Z opowiadań Bartka wynika, że natura potrafi dostarczyć takich
      środków, przy których viagra to malutki pikuś. Dla zainteresowanych: wszystkie
      te specyfiki można w tejże "aptece" zakupić.

      Nadszedł czas na wizytę w beduińskiej kuchni i podziwianie procesu wypiekania
      chleba. Zajmowała się tym oczywiście kobieta, której tylko oczy spod czarczafu
      i ręce spod czarnego ubrania było widać. Beduiński chleb to taki placek w
      kształcie dużego naleśnika. Podobne piekłam kiedyś u babci na kuchence. Nosiły
      wówczas nazwę macy. Ognisko, na którym wypiek się odbywał było o tyle ciekawe,
      że nie zawierało ani kawałka drewna. Bo i skąd. Były to palone suszone bobki
      wielbłądzie. Bardzo interesującą uwagą była informacja na temat tej kobiety,
      która pokazywała nam jak wygląda wypiek chleba. Otóż Bartek nam powiedział, że
      mężczyznom nie wolno nawet dotknąć takiej pani, ponieważ może to grozić nawet
      zarobieniem noża między żebra od jej męża. Od tej pory panowie jakoś tak
      dziwnie odsunęli się od pani na bezpieczną odległość i w takim układzie
      poszliśmy oglądać beduiński sprzęt agd. Małe zawiniątko leżące na ziemi
      nieopodal, okazało się być mini-żarnami, które w wersji oryginalnej potrafią
      mieć i metr średnicy. Próba użycia żaren, nawet tych w wersji mini, na dłuższą
      metę okazała się nieco męcząca. Nie wyobrażam sobie stosowania oryginału. I to
      wyłącznie przez kobiety czy dzieci. Nie chciałabym potem dostać od kogoś
      takiego prawym sierpowym :-)

      Spacerując po wiosce mogliśmy zobaczyć też, jak wygląda przysmak wielbłąda.
      Krzaczek niepozorny. Niewątpliwie żadne inne zwierzę nie pozbawi wielbłąda
      jedzenia. Chyba, że ma język jak podeszwa albo jak wielbłąd :-). Ten niepozorny
      krzaczek był bardzo twardy i kłuł jak kaktus. Obok krzaczka znajdował się pień
      palmy, który co prawda był "poza programem" i stanowił naszą własną obserwację.
      Zadziwił nas swoim wyglądem. Do tej pory wydawało mi się, że pień palmowy, jak
      to pień, jest w środku twardym drzewem. A tu niespodzianka. Otóż wygląda na to,
      że środek pnia palmowego składa się ze swego rodzaju włókien, które po ścięciu
      drzewa usychają powodując, że ten wygląda jak wypchany słomą.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:18

      Przyszła kolej na terrarium. Była to jak najmniej oczekiwana przez mnie część
      wycieczki, bo co fascynującego może być w tego rodzaju zwierzętach? Jakoś nie
      przekonują mnie opowieści o aksamicie skóry węża. Czy to widok gadów beznogich
      i bezwłosych, czy to zwierząt zbyt wielonożnych i owłosionych - wszystko jedno.
      Oba budzą we mnie odrazę i iście mordercze instynkty, a jak się nie da, to
      biorę samozachowawczo nogi za pas. Jednakże... Mówiłam już, że Bartek to
      doskonały przewodnik? Dzięki niemu wizyta w terrarium była pouczającą i ciekawą
      lekcją. Nie zmieniło to co prawda mojego stosunku do prezentowanych tam
      zwierząt, ale uważam tę wizytę za najlepszą część całej wycieczki. Nazw
      większości zwierzaków nie pamiętam. Pamiętam za to same zwierzaki i ich
      zwyczaje.

      Był tam wąż, który ma dość silny jad, ale któremu warto (ha ha) dać się ukąsić
      z powodu właściwości tego jadu właśnie. Po ukąszeniu przez kilka dni (chyba
      trzy) człowieka głowa tak boli, że ma ochotę ją odciąć, a dodatkowo w promocji
      dostajemy niemałą opuchliznę, jednak po wszystkim jesteśmy dużo bardziej
      odporni na większość trucizn i jadów na tym świecie. Było tam też najmilsze z
      tego całego towarzystwa zwierzątko - zielono turkusowy kameleon. Pewnie
      miłośnicy zwierząt podniosą krzyk, że to niehumanitarne, wiedzcie jednak, że
      sporą część zwierzaków z terrarium można było wziąć do ręki (oczywiście flesze
      strzelały często). Ja np. na rękach miałam dwumiesięcznego krokodyla, dwa węże
      na szyi (w tym "gustowny szaliczek" z dusiciela) i kameleona na ramieniu. Ale
      nie w tym rzecz. Ilość informacji jakie Bartek podawał przy każdym z tych
      zwierzaków była tak ogromna, że nie dało się zapamiętać wszystkiego. Wybrałam
      najciekawsze, które mi utknęły gdzieś w pamięci.
      O krokodylach dowiedziałam się, że w razie czego należy je walić po głowie i po
      oczach, czym się da i najmocniej jak się da, bo to czułe miejsca tych
      zwierzaków. Jeśli do tego uda się przewrócić gościa na grzbiet, mamy problem z
      głowy, ponieważ krokodyl automatycznie zapadnie w letarg. Jedyny problem może
      stanowić sposób w jaki przewrócić takie 6-metrowe tonowe maleństwo na grzbiet -
      ten problem pozostawiam waszej wyobraźni. Zapadanie w letarg podobno dotyczy
      wszystkich gadów przewracanych na grzbiet.

      Z okazów beznogich miałam okazję zobaczyć żmiję rogatą. Nie życzę nikomu
      spotkania jej na swojej drodze. Dlaczego? Bo to najprawdopodobniej byłoby
      ostatnie spotkanie w waszym życiu. Żmija rogata zamieszkująca Saharę i Półwysep
      Arabski jest jednym z najbardziej jadowitych pełzaczy na świecie, zaraz obok
      czarnej mamby. Usłyszałam, że żmija rzuca się na wszystko, skacze na 5m wprzód
      i kąsa nawet niezaatakowana. Jej jad zabija człowieka niemal natychmiast - w
      pięć sekund. (być może zależy to od miejsca ugryzienia). Żmija zakopuje się w
      piasku, a nawet gdyby leżała na nim tak po prostu i tak byłoby niezwykle ciężko
      ją wypatrzyć, ponieważ jej ubarwienie do złudzenia przypomina piasek. Na
      szczęście jest coś na tym świecie, czego to stworzenie nie lubi. Beduini znają
      taką roślinkę, która pachnie jak rumianek pospolity, a której zapach odstrasza
      żmije rogate.
      Kolejnym milusińskim w terrarium był waran. Waran, którego osobnik dorosły ma
      niewiarygodna siłę uderzenia ogona. Lepiej nie wchodzić w jego zasięg, ponieważ
      jednym machnięciem ogona jest w stanie bez problemu połamać człowiekowi obie
      nogi. Po raz pierwszy również widziałam żółwia z miękką skorupą. Nawet nie
      miałam pojęcia o istnieniu takowych. To żółw nilowy. Wyglądał bardzo niewinnie.
      Haczykiem jest właśnie miękka skorupa tego gada. Żółw ten należy do rodzaju
      skrytoszyjnych. Pod wpływem nacisku na miękki pancerz i bólu, który jest jego
      skutkiem, żółw pokazuje, co potrafi. Jego malutka, wyglądająca na króciutką,
      główka, wyskakuje na pół metra, zawraca i gryzie napastnika. Jako, że siła
      ścisku szczęk tego okazu wynosi jakieś 700kg na cm^2, wystarczy na takiego
      nadepnąć, żeby stracić nogę, bo wgryza się w nią jak w masło.
      Atrakcją było też oglądanie żółwia - wyjątkowo prawie całkowicie dla nas
      niegroźnego, który liczył sobie grubo ponad sto lat. Ważył ponad 20kg, więc się
      nie szarpałam. Napisałam, że prawie niegroźnego, bo jedynym zagrożeniem jakie
      niósł ze sobą ów osobnik, było zabrudzenie odzieży, jeśli się go nieodpowiednio
      trzymało :-)

      Najbardziej jednak emocjonującym widowiskiem był taniec Beduina z kobrą
      egipską. Jedynym naszym zabezpieczeniem była tu linia narysowana patykiem na
      piasku i oczywiście umiejętności tancerza. Niebagatelne zresztą, jak się
      później okazało. Trochę to na granicy zdrowego rozsądku, ale co tam. Beduin nie
      spuszczał wzroku z węża. Dowiedzieliśmy się wcześniej, że z tą kobrą nie należy
      tracić kontaktu wzrokowego. Jest jeszcze inny gatunek - kobra plująca, której z
      kolei pod żadnym pozorem nie należy patrzeć w oczy, bo natychmiast zostaniemy
      opluci jadem. Nie daj Bóg się pomylić w identyfikacji węża! Ale, ale - wróćmy
      do tańca. Kobra próbowała kilka razy ukąsić Beduina, ale ten był szybszy. Kiedy
      ona kiwała się w prawo - on też, ona w lewo - on również. Wąż robił się coraz
      bardziej uległy, jakby niezainteresowany. Aż w którymś momencie kobra złożyła
      swój królewski kołnierz i wtedy tancerz pocałował swą partnerkę w głowę. Wąż
      wyglądał na martwego. Był całkowicie otępiały, a my osłupieliśmy. Czy to jakiś
      rodzaj hipnozy, czy też letarg, o którym wspomniałam wcześniej - pojęcia nie
      mam. Fakt, że Beduin mógł kobrę podnosić, obracać, uderzać nią o ziemię i nic.
      Po chwili dmuchnął jej w oczy i ta na powrót ożyła. Naprawdę bardzo, bardzo
      niecodzienny spektakl, który niewątpliwie warto zobaczyć. Miał rację ten, kto
      powiedział, że podróże kształcą.

      Czas płynął. Zmierzchało. Niecierpliwie czekałam, aż zmrok przejdzie w wieczór,
      a wieczór w noc i nastaną kompletne ciemności, bo wtedy będę mogła spojrzeć w
      niebo pełne gwiazd przez teleskop. Tymczasem podano kolację. Przy świecach.
      Byłoby nawet romantycznie, gdyby nie świadomość, że może gdzieś po okolicy
      biega jakaś żmija rogata, a my mamy tylko jedną małą świeczkę, dającą niewiele
      światła. Do tego te świeczniki. Pamiętacie jeszcze o recyklingu u Beduinów?
      Otóż świeczniki też były z plastikowych butelek i oczywiście wszechobecnego
      piasku. Nie pamiętam, co było na kolację. Zapamiętałam tylko herbatkę podaną w
      kubeczkach 100ml składającą się w doskonałej większości z cukru. Łyk tego
      specyfiku odświeżył mi pamięć w mgnieniu oka. Przypomniało mi się, że dotąd nie
      zapłaciliśmy jeszcze na wycieczkę. Znaleźliśmy Bartka. On też nie pamiętał. W
      sumie gdybyśmy się nie upomnieli, mielibyśmy rozrywkę za free. Ale nie jestem z
      gatunku tych ludzi. Nie mogłabym potem spać.

      Po kolacji nadszedł czas na disco. Gwiazdą wieczoru byli Bedouin Boys
      Unplugged. Bartek uprzedził nas, że ta część nigdy nie trwa długo, toteż należy
      pospieszyć się zarówno z zabawą, jak i zdjęciami. My jednak mieliśmy tajną
      broń. W naszej grupie była dziewczyna, o której, jak ją tylko zobaczyłam po
      wejściu do jeepa na początku dnia, pomyślałam, że urwała się z choinki.
      Dziewczyna była ubrana jak na dyskotekę, albo spacer: klapeczki-japoneczki,
      minióweczka,... Serdecznie pozdrawiam tę uczestniczkę wycieczki :-)
      Zdecydowanie nie należy oceniać ludzi po pozorach. Na moje oko, to właśnie ona
      bawiła się najlepiej podczas safari. Również dzięki niej orkiestra grała dla
      nas coś zadziwiająco długo. Ba - nawet kończyć nie bardzo chcieli. Jak tylko
      dziewczyna tańczyła koło nich, klękali. I nie wyglądało to na element
      folkloru :-) Panowie Beduini piali po prostu z zachwytu. Lista przebojów
      składała się z jednej czy dwóch zwrotek z refrenem w kółko powtarzanych. Mimo
      to repertuar uważam za wyjątkowo dobrze dobrany. Jako, że wszystko ma swój
      koniec, nastał i kres dyskoteki.
      Ugaszono płomienie. Wtedy pomyślałam, że właśnie poznaję genezę określenia
      egipskie ciemności. Podnio
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:20

      Ugaszono płomienie. Wtedy pomyślałam, że właśnie poznaję genezę określenia
      egipskie ciemności. Podniosłam głowę i spojrzałam w niebo. Oniemiałam z
      zachwytu. Tak cudownie rozgwieżdżonego nieba nie widziałam nigdy wcześniej. -"A
      więc to jest ta słynna droga mleczna. Teraz przynajmniej widać, czemu
      zawdzięcza swą nazwę"- powiedział równie zachwycony Sławek. Ani jednej chmurki.
      Niebo przecięte białą wstęgą gwiazd wprost przytłaczało swym blaskiem. Było
      przepiękne. Do wioski wdarł się czarowny nastrój. Spadające gwiazdy, wymyślane
      szybciutko skrycie życzenia. Kto wie, może faktycznie się spełnią?
      Niesamowitość tego widoku wprawiła mnie w zadumę. Nie uwierzycie jak bardzo i
      jak szybko można zapomnieć o wszystkim spoglądając w takie niebo. Wydawało mi
      się, że mogłabym tak leżeć i podziwiać przez całą wieczność. Czułam się
      absolutnie szczęśliwa i oczarowana. Kiedy fascynacja minęło, chciałam
      koniecznie pokazać znajomym jak pięknie potrafi być, jednak aparat okazał zbyt
      słaby. Przy krótkim czasie naświetlania nie widać było nic, a przy dłuższym
      pojawiały się już kilkumilimetrowe kreski na matrycy. Tak szybko wszystko się
      dzieje i nawet tego nie zauważamy.

      Podeszliśmy do teleskopów. Porządne, wielkie i skomplikowane maszyny. Przez
      jeden mogliśmy obejrzeć fragment drogi mlecznej i przekonać się dlaczego jest
      taka jasna. Szczerze? Widok był taki sam, jak gołym okiem na niebo - bardzo
      dużo gwiazd położonych bardzo gęsto i blisko siebie, tylko, że bez tej uroczej
      białej wstęgi. Drugi teleskop chyba nas nie lubił, bo nie chciał niczego
      pokazać. My nie mogliśmy zrozumieć zaś, dlaczego spośród miliardów obiektów na
      niebie nam próbują pokazać ten (galaktyka Andromedy), którego właśnie dziś nie
      widać.
      Podsumowując tę wycieczkę mogę powiedzieć, że najbardziej rozczarowana byłam
      tym, na co najbardziej liczyłam, czyli teleskopami, ale na szczęście widok
      nieba po stokroć zrekompensował mi rozczarowanie. Najbardziej zaś podobało mi
      się to, co wydawało mi się być złem koniecznym wycieczki - wizyta w terrarium.
      Bartkowi dziękuję za to, że z wycieczki, której się obawiałam, uczynił jedną z
      ciekawszych atrakcji z całego pobytu w Egipcie. Poza tym jestem mu wdzięczna za
      radę związaną z zemstą faraona. A brzmiała ona: skoro i tak i tak choruję i
      raczej nie przestanę skoro już zaczęłam, bo średnio potrzeba dwóch tygodni na
      przyzwyczajenie się organizmu do tamtejszej flory bakteryjnej, to powinnam
      przynajmniej skorzystać z dobrodziejstw tamtejszej kuchni, nie zaś odmawiać
      sobie większości smakołyków z powodu choroby i żyć o suchych bułkach, gdyż i
      tak to nie ma znaczenia. Zależy od indywidualnej reakcji organizmu.
      Dowiedziałam się też, że Bartek po dwóch latach pobytu w Egipcie choruje teraz,
      jak zje przywiezioną z kraju polską super smaczną kiełbaskę (a propos - w
      Egipcie wędliny były najpaskudniejsze z całego jedzenia).

      Po powrocie do hotelu około 20:00 musieliśmy się sprężać, bo następnego dnia
      wyjeżdżaliśmy z samego rana, a tyle jeszcze było do zrobienia. Załapaliśmy
      dodatkowe opóźnienie, bo kiedy wróciliśmy do hotelu właśnie zaczynał się występ
      tańczącego derwisza, po którym mieliśmy okazję obejrzeć też tancerkę brzucha.
      Taniec derwisza był zadziwiający. Głównie ze względu na fakt, że facet potrafił
      się bez przerwy kręcić przez ponad 40 minut w jedną stronę w obrębie koła o
      średnicy około 1m nie tracąc przy tym równowagi. A kiedy się zatrzymał, nawet
      nie drgnął. Do tego te kolorowe kiecki, jakie miał na sobie, dawały podczas
      wirowania dość fajny tęczowy efekt. O ile występ derwisza nawet nam się
      podobał, o tyle tancerki brzucha nie bardzo. Była chyba Wietnamką. Miała bardzo
      ubogi w ozdoby strój. Po prostu biały szyfon. Do tego sam taniec. Hm. Nie
      jestem ekspertem, ale kiepsko jej szło, a do tego wydaje mi się, że robiła za
      długie i zbyt częste przerwy. Następnego dnia okazało się, że nie pomyliliśmy
      się w ocenie jej tanecznego kunsztu. Jeszcze szybka wizyta w kafejce
      internetowej, nagranie zdjęć, małe zakupy (dobrze, że w Hurghadzie sklepy
      otwarte są do 24:00) i spać. Za parę godzin pobudka.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:21
      26 X - czwartek

      Nareszcie! Zabytki, piramidy, świątynie - nadchodzę!

      W naszym hotelu mieszkała jeszcze jedna para wybierająca się na Tutenchamona
      (pozdrowienia dla Eli i Wojtka). Spotkaliśmy się z nimi rano w holu czekając,
      aż ktoś po nas przyjdzie. Około 5:30 pojawił się Basem - jak się okazało nasz
      przewodnik - Egipcjanin mówiący po polsku. Kiedy wyszliśmy przed hotel
      zobaczyliśmy małego busa. Byliśmy więc przekonani, że takimi busami zwozi się
      ludzi do miejsca, w którym stoi właściwy autokar - nasz środek transportu do
      Luksoru. Jakże ogromne było nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że szóstka
      turystów w busie, włączając nas, to już cała wycieczka. Super!!! Extra!!! -
      pomyślałam. Normalnie prywatny przewodnik! Bomba po prostu. Mój entuzjazm
      jednak szybko się skończył. Pierwsza chwila, w której pożałowałam, że nasza
      wycieczka to tylko 6 osób, nadeszła dość prędko. Powodowana siłami wyższymi
      potrzebowałam skorzystać z toalety, której oczywiście w busie nie było, co przy
      przeciągającej się zemście było dość dokuczliwą dolegliwością. Na szczęście
      niebawem mieliśmy postój. Kolejny moment nastąpił zaraz potem w busie, kiedy
      Basem przedstawiał nam plan na dalszą część dnia ze wszystkimi jego
      alternatywami. Zaproponował na wieczór wycieczkę fakultatywną dorożkami po
      Luksorze, tym prawdziwym, nie zaś tej części dla turystów. My byliśmy bardzo
      zainteresowani, ale reszta uczestników niekoniecznie. A ponieważ według
      informacji Basema, potrzeba było co najmniej pięciu osób, żeby wycieczka
      fakultatywna mogła zostać zorganizowana. Zatem z braku wystarczającej ilości
      chętnych wycieczka nie odbyła się. Jako, że nie planowałam tej przejażdżki i
      miała stanowić tylko dodatkową miłą nieoczekiwaną atrakcję wieczoru, nie
      żałowałam zbytnio. Sytuacja ta jednak otworzyła mi oczy na jedną ważną,
      niebawem poruszoną kwestię - kwestię wyjazdu do AbuSimbel. Bez tego nie
      wyobrażałam sobie wycieczki. Nie mogłam do AbuSimbel nie jechać. Po prostu nie
      mogłam. Najpierw, nie znając jeszcze zdania reszty uczestników, zaczęłam się
      martwić na zapas. Następnie wściekać z bezsilności, po czym obraziłam się,
      czego w zasadzie nikt nie zdążył zauważyć, a potem pomyślałam sobie, że
      przecież nie mogę wymagać od ludzi, żeby robili coś, tylko dlatego, że ja tego
      chcę. I wtedy postanowiwszy dalej bawić się świetnie i nie mieć pretensji do
      nikogo, bo w końcu o co? - dałam spokój. Czy ja chciałabym, żeby ktoś robił mi
      wyrzuty i fochał się, bo nie mam ochoty na to co on? Absurd. Pomyślałam, że
      nawet jeśli wyjazd do AbuSimbel nie dojdzie do skutku w ramach grupy, to stanę
      na uszach, a go zorganizuję. Skoro przyjechałam do Egiptu z zamiarem i planami
      zobaczenia czegoś więcej bez przepłacania za fakultety (poza AbuSimbel), to
      jedna wycieczka do zorganizowania więcej, nie może stanowić przecież wielkiego
      problemu. Po przemyśleniu wszystkich aspektów tematu, humor mi powrócił.
      Ponieważ burza zaś odbywała się wyłącznie w mojej głowie i trwała krótko, a
      jechaliśmy wciąż do Luksoru, nikt niczego nie zauważył.

      Na miejsce dotarliśmy koło 9:30. Pierwsze kroki skierowaliśmy do świątyni
      Karnak (bilety, które mieliśmy w cenie wycieczki, kosztowały 40LE/os).
      Świątynia, choć dość mocno zniszczona, robi duże wrażenie. Może dlatego, że to
      największy kompleks świątynny w historii zbudowany przez człowieka. Przed
      pierwszym pylonem znajduje się część jednej z dwóch alei sfinksów prowadzących
      do świątyni - tu sfinksy mają głowy barana. Po wejściu do środka trafiamy na
      wielki dziedziniec, gdzie widzimy już drugi pylon prowadzący do ogromnej sali
      hypostylowej. 134 znajdujące się w sali kolumny, onieśmielają swoją wielkością,
      pięknem i trwałością. Najbardziej monumentalne są te, znajdujące się najbliżej
      głównego przejścia. Są wysokie na ponad 20 metrów. Basem mówi, że obliczono iż
      na otwartym zwieńczeniu papirusowej kolumny zmieści się spokojnie ponad sto
      osób. Reliefy i hieroglify ozdabiające kolumny i ściany świątyni są przepiękne.
      Nie potrafię się im oprzeć. Chcę dotknąć kartusza, mam olbrzymią ochotę obwieść
      go palcem, ale niestety nie sięgam. Kartusz jest olbrzymi, gdzieś mojej
      wielkości. Obok znajduje się magiczny symbol życia i wieczności - ankh. Dotykam
      więc jego. Zamyślam się. Przychodzi mi do głowy, że być może powodem, dla
      którego starożytni umieszczali tak wiele krzyży ankh na reliefach, była wiara,
      że to właśnie one uchronią świątynie przed zniszczeniem, że spowodują, iż te
      będą trwały wiecznie, a wraz z nimi pamięć o czasach, w których żyli. Nieco
      dalej odnajdujemy na jednej z kolumn tuż pod nogami sokoła
      napis "K.Wróblewski", a nad nim rok 1850. Napis znajduje się na naprawdę dużej
      wysokości. Zastanawiamy się jakim cudem napis ten wydrapano. Może świątynia w
      Karnaku była kiedyś zasypana piaskiem? Idąc dalej mijamy posągi faraona w
      pozycji ozyrysowej. Basem mówi, że sposób przedstawienia postaci w takiej
      formie świadczy o fakcie wykonania posągu po śmierci faraona. Docieramy do
      miejsca, w którym znajdują się dwa obeliski. Jeden wciąż góruje nad świątynią,
      drugi niestety leży, ale dzięki temu możemy z bliska podziwiać reliefy, których
      normalnie nie dojrzelibyśmy. A nawet ich dotknąć. Na samym szczycie obelisku
      znajduje się wizerunek postaci boga Amona błogosławiącego faraona, tuż pod
      nimi - sokół przedstawiający boga Horusa w koronie biało-czerwonej. Idziemy
      jeszcze dalej. Naszym oczom ukazuje się święte jezioro, nieopodal którego
      znajduje się coś, wokół czego krąży masa ludzi. Okazuje się, że to posąg
      przedstawiający świętego skarabeusza, podobno największego w Egipcie. Dziwny
      widok krążących ludzi, jak tłumaczy Basem, związany jest z wiarą, a raczej
      przesądem. Podobno trzykrotne okrążenie skarabeusza przynosi szczęście,
      pięciokrotne - zapewnia wymianę partnera na nowszy lepszy model, siedmiokrotne
      zaś gwarantuje potomstwo w najbliższym czasie. Sławek sam postanawia iść trzy
      razy dookoła, mi zaś karze zrobić siedem okrążeń :-) Żeby było pewniej: dzieci
      i szczęście - to się musi udać! Po pięciu rundkach udaję, że chcę skończyć, ale
      grożenie palcem i zabójcze spojrzenie powodują, że nie śmiem przerwać tej
      pielgrzymki. Wreszcie koniec. Straciliśmy trochę czasu przeznaczonego na
      zdjęcia i samodzielną część zwiedzania, ale mamy nadzieję, że warto było. Nasz
      czas dobiega końca. Zbliża się godzina zbiórki. Wracamy więc. Po drodze mijamy
      dziewczynę stojącą na dwumetrowym rusztowaniu, która przerysowuje reliefy na
      wielką przyklejoną do ściany folię. Szczęściara - pomyślałam. Ogarnia mnie
      uczucie zazdrości. Też chciałabym mieć taką pracę. Nie wiemy, czy była
      archeologiem. Pewnie tak. Teraz będzie to druga w kolejności czynność, zaraz po
      odkurzaniu pędzelkiem, z jaką będę kojarzyć pracę archeologa. Wracając,
      rozglądamy się uważnie, starając się nie ominąć żadnego szczegółu. Na kamiennej
      belce stanowiącej niegdyś część nie istniejącego dziś sufitu, położonej na
      dwóch kolumnach, dostrzegamy kolorowe hieroglify. Kolory prawdopodobnie
      zachowane od czasów starożytnych. Nie mamy pojęcia, co przedstawia napis, ale
      widzimy ankh, pszczołę, jakąś roślinę, kartusz i trójkąt. Jak bardzo przydaje
      się dwunastokrotny zoom w tym momencie. Wśród barw widzimy żółć, czerwień i
      błękit. Nasz czas się skończył. Z żalem opuszczamy świątynię. Szkoda, że to już
      koniec. Może jeszcze kiedyś tu wrócę. Na samo tylko oglądanie tej świątyni
      można stracić miesiąc. Docieramy na miejsce spotkania. Jesteśmy na czas, choć
      ostatni. Odkrywam jeszcze jedną zaletę małej grupy - jesteśmy zdyscyplinowani i
      nie musimy na nikogo czekać. Basem jest zadowolony chyba najbardziej z tego
      obrotu sprawy.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:23
      Wszystkie miejsca, za wyjątkiem tych, po których przewodnikom nie wolno
      chodzić, zwiedzaliśmy w ten sam sposób. Najpierw oprowadzał nas Basem,
      pokazując to i owo i opowiadając nieraz ciekawe historie, a potem mieliśmy czas
      wolny na połażenie po zabytkach samodzielnie i robienie zdjęć. Czasu zwykle
      wystarczało (tyle o ile), jednak odkryłam wadę tej metody. Była nią trudność
      ponownego odnalezienia kluczowego ważnego reliefu, który chcieliśmy
      sfotografować, pokazywanego przez Basem wcześniej. Czasem traciliśmy na to zbyt
      wiele czasu, czasem nam się po prostu nie udawało. Dlatego polecam, o ile to
      możliwe, robić zdjęcia od razu.

      Po wyjściu ze świątyni, udaliśmy się do wytwórni papirusu. Przyznam szczerze,
      że najbardziej spodobał mi się mini pokaz powstawania tego oryginalnego
      papieru. Super sprawa i jakie to proste! Wystarczy tylko mieć odpowiednią ilość
      roślinek i można samemu się pokusić o wykonanie kawałka papirusu. Przynajmniej
      tak to wyglądało. Polecam. Raz trzeba koniecznie zobaczyć. Papirusy, które
      można było oczywiście tam kupić, miały zaporowe ceny. Jako, że nie planowaliśmy
      takiego nabytku, a poza tym już mieliśmy dwa, rozejrzeliśmy się tylko. A było
      co oglądać. Papirusy były piękne. Najczęściej przedstawiały scenę sądu Ozyrysa,
      kalendarz z Dendery, boginię nieba Nut, Kleopatrę, maskę Tutenchamona,
      Nefretete i Ramzesa II. Oczywiście można nabyć także i takie, na których będzie
      imię kupującego przedstawione przy pomocy hieroglifów wpisanych w kartusz.
      Następnie poszliśmy na obiad do restauracji położonej blisko Nilu - przy
      samiuteńkim brzegu. Obiad był serwowany w postaci bufetu szwedzkiego. Wybór był
      ogromny i smakowało nam bardzo. Potem udaliśmy się na statek.

      Crocodilo zacumowany był na samym początku, czy jak kto woli, samym końcu
      nadbrzeża. W każdym razie najbardziej na północ przy wschodnim brzegu Nilu.
      Chcieliśmy dostać jakieś fajne kajuty. Najlepiej z drzwiami balkonowymi, a nie
      małym okienkiem i na jak najwyższym pokładzie. Basem powiedział, że takich
      kajut na statku nie ma i żebyśmy się nie martwili, bo on jest bardzo dobrym
      znajomym właściciela statku, a jako VIP załatwi nam najlepsze pokoje. Śmiałam
      powątpiewać. Obraził się. Ale kiedy przekonałam się naocznie, że Basem po
      prostu bezczelnie kłamie, bo kajuty z rozsuwanymi drzwiami jednak są na tym
      statku, zażądałam zamiany. Kajuty nie były zbyt wielkie, ale mieściło się w
      nich wszystko, co powinno, czyli nasze klamoty i my. Miały bardzo sprawną
      klimę, lodówkę, a nawet telewizor, którego ani razu ni włączyliśmy. Najbardziej
      jednak ucieszyliśmy się oboje z królewskiego łoża, które po całym tygodniu
      spania oddzielnie, było miłą odmianą. Łazieneczka tak mała, że dwie osoby w
      żaden sposób nie mogły się w niej zmieścić, chyba, że jedna wejdzie pod
      prysznic. Sam prysznic też malutki. Tak maluteńki, że schylenie się po np.
      upuszczoną gąbkę wymagało ekwilibrystycznych umiejętności. Ale daliśmy radę. W
      końcu to tylko kilka dni w większości spędzanych i tak poza kajutą. Obsługa
      statku była rewelacyjna. Przemili ludzie, dowcipni kelnerzy, fantastyczny i
      bardzo utalentowany kucharz oraz zdolni pokojowi z wyobraźnią. Jedzenie - po
      prostu rozkosz. Niezrównane omlety na śniadanie przyrządzane przez kucharza od
      ręki, wspaniała sałatka owocowa - tym raczyłam się kolejnych kilka dni.
      Kelnerzy znali kilka polskich słówek. Kucharz jednak najwięcej, czym nie
      omieszkał się chwalić każdego ranka przy śniadaniu. Codziennie coś nowego.

      Po małym rozpakowaniu i odświeżeniu nadszedł czas na wypad do miasta. Było
      około 15:00. Zrezygnowaliśmy tego dnia ze zwiedzania tej części zachodniego
      brzegu, której nie zobaczymy programowo jutro, ponieważ Basem nam powiedział,
      że z okazji ostatniego dnia święta, wszystkie zabytki są czynne tylko do
      15:00. Kluczową informacją zatem stała się jutrzejsza godzina wypłynięcia
      statku. Liczyliśmy, że uda się jutro. Jako że na pewne rzeczy niestety nie
      mogliśmy mieć wpływu, początkowo poddaliśmy się i pogodziliśmy z faktem, że nie
      uda nam się zwiedzić tego, co dodatkowo zaplanowałam. Poszliśmy zatem rozejrzeć
      się po okolicy w poszukiwaniu kafejki internetowej, żeby jutro nie tracić już
      czasu na jej znalezienie, tylko tam podskoczyć i szybciutko zrzucić na płytkę
      zdjęcia po powrocie z zachodniego brzegu a przed wypłynięciem w rejs.

      Kiedy wyszliśmy ze statku pierwszą rzeczą, na jaką zwróciłam uwagę, był
      szalenie głośny ptasi śpiew. Ptaki musiały siedzieć wśród gałęzi rosnących
      nieopodal drzew, lecz żadnego nie udało nam się dojrzeć, prawdopodobnie z
      powodu bardzo gęstego listowia. Drzewa pokryte były przepięknymi kwiatami.
      Chciałam zrobić zdjęcie. Kiedy jednak tylko sięgnęłam do plecaka po aparat,
      zostaliśmy dosłownie napadnięci przez grupę kilku chłopców w wieku lat około 10
      krzyczących "bakszysz, bakszysz". Oprócz aparatu wyjęłam zatem kolorowe
      kredki, mazaki i długopisy, które Sławek próbował sprawiedliwie podzielić
      między chłopców. Gdyby jednak jakiś dorosły Egipcjanian ich nie przegonił,
      chyba zjedliby nas żywcem. To było niesamowite przeżycie. Poszliśmy w końcu
      dalej w poszukiwaniu jakiegoś sklepu z wodą. Udało nam się znaleźć miły mały
      sklepik, w którym wodę kupiliśmy po 3LE (Nestle z zafoliowaną zakrętką), a colę
      po 5LE. W drodze powrotnej weszliśmy do kafejki, którą dojrzeliśmy w gruncie
      rzeczy zaraz po wyjściu ze statku - w ciągu sklepików przy nadbrzeżu.
      Postanowiliśmy skorzystać z internetu, żeby przejrzeć możliwości zorganizowania
      samodzielnej wycieczki do Abu Simbel. W kafejce za 5LE sprawdziliśmy, co trzeba
      i spytaliśmy siedzącego tam człowieka, czy nie wie, do której faktycznie są
      otwarte świątynie na zachodnim brzegu w dniu dzisiejszym. Ten przemiły człowiek
      oprócz tego, że jest właścicielem kafejki, okazał się być też anglojęzycznym
      przewodnikiem wycieczek. To on podsunął nam pomysł zwiedzania Medinet Habu,
      Ramesseum i świątyni Setiego I jutro z samego rana, a potem dołączenia gdzieś
      już na zachodnim brzegu do reszty grupy jak tylko tam dotrą. Wystarczyło się
      dogadać z Basemem. To mogło się udać, bo zabytki i kasy są otwarte od siódmej
      rano. Poza tym jak spytaliśmy o AbuSimbel ten przemiły człowiek obiecał, że się
      dowie o możliwościach i normalnych cenach za zorganizowanie takiej wycieczki z
      Asuanu. Dotrzymał słowa. Ponieważ nie wiedzieliśmy jeszcze, czy organizowanie
      AbuSimbel samodzielnie będzie konieczne, nie wzięliśmy od niego numeru
      telefonu. W końcu zawsze możemy wrócić po niego jutro, jak przyjdziemy nagrać
      płytkę. Z wrażenia zapomnieliśmy zapytać o cenę. Poszliśmy do Basema
      przedstawić mu nasz plan rannej wycieczki na zachodni brzeg i zapytać, co z
      AbuSimbel, czy naprawdę nie da się niczego wymyśleć? Przyznaję, że wolałam
      uczestniczyć w zorganizowanej wyprawie do tych świątyń nawet przy cenie Eximu -
      65$/os, zwłaszcza, że cena jaką usłyszeliśmy od przewodnika z kafejki
      internetowej była zbliżona (300LE/os). Basem miał pomysł. Obudził w nas
      nadzieję, niczego nie obiecując, poza dowiedzeniem się, czy nie da rady naszej
      trójki (tyle ostatecznie zgłosiło się chętnych - 50% notabene) dołączyć do
      innej grupy. Na tę informację musieliśmy jeszcze jednak poczekać. Tymczasem
      okazało się, że statek wypływa jutro dwie godziny później, niż miało się to
      odbyć pierwotnie, więc mamy dodatkowe dwie godziny czasu, co miało istotny
      wpływ na późniejsze poczynione przez nas zmiany w programie. Podpytaliśmy
      jeszcze naszego przewodnika o świątynię luksorską. Chcieliśmy iść do niej
      koniecznie po zmroku, tak, żeby była już oświetlona. I tu Basem powiedział, że
      dzisiaj z powodu święta jest na pewno zamknięta wcześniej, więc nie ma się co
      spieszyć. Nasz pierwotny plan zakładał wymknięcie się jak tylko się ściemni i
      powrót na kolację w ostatniej chwili. Pod wpływem jednak uzyskanych informacji
      zmieniliśmy je i najpierw poszliśmy na kolację, a potem dopiero na spacer, żeby
      zo
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:24
      Pod wpływem jednak uzyskanych informacji zmieniliśmy je i najpierw poszliśmy na
      kolację, a potem dopiero na spacer, żeby zobaczyć świątynię chociaż z daleka
      zza ogrodzenia.

      Kiedy dotarliśmy do świątyni w Luksorze, okazało się, że Basem znów nie
      powiedział prawdy. Albo po prostu nie wiedział i w wyniku poczynionych założeń
      wprowadził nas w błąd, albo najzwyczajniej skłamał. Nie wiem. Faktem jest, że o
      20:30 byliśmy przy kasie przed wejściem do świątyni, która była otwarta jeszcze
      pół godziny. Nas jednak nie wpuszczono już do środka. Czy to z powodu sprzedaży
      biletów tylko do 20:00, czy z jakiegoś innego - nie wiem, jakoś nie mogliśmy
      dogadać się ze strażnikiem. Nie pomogły nawet sugestywne środki wyrazu, jak
      portfel w ręku i wyciągnięcie pieniędzy oraz zapewnienia, że tylko parę fotek,
      mały kwadransik. Nic z tego. Odeszliśmy z kwitkiem, a ja wściekła na Basema,
      myślałam, że go uduszę po powrocie. Postanowiliśmy zatem delektować się
      widokiem świątyni z zewnątrz, zza płotu. Rzeczywiście przepięknie wygląda
      wieczorem, jest cudownie podświetlona. Koniecznie trzeba to zobaczyć. Widok
      jest niecodzienny. Wracając, zapytaliśmy jeszcze strażnika, o której jutro
      otwierają świątynię. O 6:00 rano? Na pewno? Tym samym pojawiła się szansa. Może
      się jednak uda zobaczyć i ten cud. Świątynia luksorska była pierwszym miejscem,
      przy którym narzekaliśmy ogromnie na brak statywu. Robienie fajnych zdjęć
      cyfrakiem w nocy bez porządnego stabilnego podparcia jest awykonalne.
      Korzystaliśmy z filarów ogrodzenia, z samego ogrodzenia, ale wówczas nie
      mieliśmy prawie żadnej kontroli nad kadrem i do tego szalenie ograniczone
      możliwości. Ponadto nasz aparat po tym, jak go przez tydzień dociskaliśmy do
      przeróżnych najczęściej kamiennych powierzchni, dość znacznie się porysował.
      Nie wiem jak jest faktycznie z noszeniem i wykorzystywaniem statywu. Koło
      świątyni luksorskiej widzieliśmy człowieka, który miał naprawdę solidny statyw
      i montował na nim jeszcze solidniejszy aparat z obiektywem wyglądającym
      bardziej na teleskop i nikt się do niego nie przyczepiał. Fakt. Człowiek ten
      stał jak my - za ogrodzeniem. Poza tym przypadkiem właściwie nie widziałam,
      żeby ktoś używał statywu, a jedyną informację, która nadmieniała coś o
      profesjonalnych zdjęciach, czy filmowaniu, widzieliśmy przed wejściem do portu,
      kiedy wybieraliśmy się zwiedzać świątynię Izydy na Philae. Informacja ta
      podawała wysokość kwot za posługiwanie się profesjonalnym sprzętem.
      Profesjonalizm sprzętu definiowany był jego wielkością. Liczyli sobie 1000LE
      za kamerę i 300LE za aparat. Od strażnika w świątyni luksorskiej dowiedzieliśmy
      się jeszcze, że jej oświetlenie jest wyłączane niebawem po zamknięciu. Najpierw
      myśleliśmy, że chodzi o jakieś 10 minut po 21, ale potem ktoś nam powiedział,
      że o 22:00. W gruncie rzeczy nie wiem, jak jest naprawdę. Pamiętajcie tylko, że
      zbyt późny spacer, też może was pozbawić możliwości podziwiania tego widoku,
      jakim jest oświetlona świątynia.

      Wróciliśmy na statek zachwyceni. Basemowi zdążyłam wybaczyć. Grupę znaleźliśmy
      w barze czekającą na atrakcję wieczoru - taniec derwisza i tancerkę brzucha.
      Tym razem siedzieliśmy bardzo blisko, tak, że czuć było powiew wiatru
      powstałego przez obracającego się derwisza. Malutka scena w środku baru była
      miejscem występu obojga. Nad sceną na suficie znajdowało się lustro, co
      potęgowało efekt i obracający się w tańcu derwisz tworzył dwie tęcze. Treść i
      elementy tańca były dokładnie takie same, jak w przypadku derwisza z hotelu. To
      chyba rodzaj jakiejś opowieści lub modlitwy prezentowanej przy pomocy tańca.
      Występ był bardzo fajny. Po nim na scenę wkroczyła tancerka brzucha. Jej strój
      był dużo bardziej odpowiedni niż tej oglądanej przez nas wczoraj w hotelu, za
      to makijaż miała straszny. Tym razem obstawialiśmy, że tancerka była Rosjanką.
      Tańczyła o niebo lepiej. Naprawdę warto zobaczyć taki spektakl. Chociaż ja nie
      rozumiem jednego - skąd nazwa "taniec brzucha"? Jak dla mnie to jest to
      bardziej taniec ukazujący piękno kobiecego ciała (wiecie: biust, pupa). I tu
      uwaga drogie panie: zauważyliśmy, że większość tancerek ma trochę seksownego
      ciałka. Jest to dziedzina, w której panie o figurze Kate Moss nie powinny
      raczej startować, bo będzie to nieco dziwnie wyglądać, gdyż trzeba mieć czym
      potrząsać. Po występie tancerki myśleliśmy, że to już koniec, ale przyszła
      kolej na iluzjonistę. Pan pokazał kilka fajnych sztuczek. Od całkiem prostych,
      przez skomplikowane do niewykonalnych. Rozmnażanie piłeczek, "teleportacja" i
      transformacja przedmiotów, rozłączanie nieprzerwanych obręczy - to tylko część
      repertuaru. Oczywiście do zabawy byli wciągani widzowie. Nam się trafiła próba
      rozłączenia sznurowanych kajdanek. Śmiechu było co nie miara. Po udanym
      wieczorze poszliśmy za zasłużony odpoczynek.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:25
      27 X - piątek

      Pobudka przed szóstą. Ponieważ chcieliśmy zobaczyć świątynię luksorską z
      bliska. Zdecydowaliśmy, że skoro jest otwarta od tak wczesnej godziny,
      pójdziemy tam rano, a potem wrócimy na śniadanie. Po śniadaniu czeka na nas
      zachodni brzeg w tym Seti I, Ramzes II i III.

      Luksor jeszcze spał. Było cicho, spokojnie, żadnych naganiaczy, żadnych pytań o
      taxi, dorożkę czy felukę. Jak miło. Czy to dzięki braku tłumów, czy też
      dlatego, że słonce jeszcze nie oślepiało, zauważyliśmy znak drogowy,
      przedstawiający zakaz używania klaksonu (?!). I to gdzie - w Egipcie.
      Zachwyceni zarówno samym faktem znalezienia znaku drogowego i paradoksem jego
      treści, nie oparliśmy się i zrobiliśmy zdjęcie. Idąc dalej mieliśmy okazję
      podziwiać balony unoszące się majestatycznie nad zachodnią częścią Luksoru.
      Zazdrościłam ludziom w nich siedzącym. Doliczyliśmy się ośmiu balonów. Cóż -
      następnym razem - pocieszyłam się i poszliśmy dalej. Po 15 minutach spaceru
      dotarliśmy do świątyni.

      Ku naszemu zdziwieniu przed bramą siedział ten sam strażnik, co wczoraj.
      Rozpoznał nas i przywitał szerokim białym uśmiechem. Byliśmy pierwszymi
      turystami tego dnia. Podczas gdy Sławek kupował bilety (płaciliśmy po 35LE/os),
      ja dokumentowałam na zdjęciach tak prozaiczną rzecz, jak owocowanie palmy
      daktylowej oraz okaz fikusa. Taki sam, jaki miała niegdyś moja mama, tylko że u
      niej rósł w doniczce, a tu miał postać wielkiego drzewa z pniem o średnicy
      około 60cm. Kiedy tylko przekroczyliśmy bramy świątyni ruszyło do nas biegiem
      kilku tubylców. To były normalnie wyścigi. Nie wiedziałam, że w galabijach da
      się tak szybko biegać :-) Szorstkie "La, Szukran" na szczęście jednak
      poskutkowało. A propos: "No, thx" faktycznie nie działa. Matko, oni chyba śpią
      w tych świątyniach - pomyślałam.

      Przed pierwszym pylonem siedzą dwa wielkie posągi Ramzesa II i patrzą w stronę
      alei sfinksów, które tutaj mają już ludzką twarz. Po lewej stronie stoi jeden
      obelisk, po prawej po drugim została tylko podstawa, zaś sam obelisk znajduje
      się na placu Concorde w Paryżu. Wchodzimy na olbrzymi dziedziniec, na którym
      odnajdujemy kolumny, a pomiędzy nimi posągi faraona. Wszystkie posągi mają
      wysuniętą lewą nogę do przodu, co oznacza, że zrobiono je za życia faraona.
      Kolumny jak zwykle z daleka niepozorne, z każdym krokiem potężnieją, aż
      osiągają rozmiary iście królewskie. Każdy nasz krok śledzony jest przez
      samozwańczych przewodników. Jestem przekonana, że zatrzymanie na którymkolwiek
      z nich wzroku przez chociaż sekundę spowoduje, że ten znajdzie się natychmiast
      koło nas proponując swe usługi (będzie pokazywał to, co i tak widzimy żądając
      bakszyszu). Ucieszyliśmy się, bo Egipcjanin pospiesznie oddalił się w kierunku
      wejścia, gdzie dostrzegł kolejne potencjalne ofiary - następną parę turystów.
      Świątynia luksorska nie jest rozległą budowlą. Na szczęście, bo czas jaki
      mogliśmy przeznaczyć na zwiedzanie właśnie się kończył. Trzeba było wracać na
      statek na śniadanie i przygotować się do dalszego zwiedzania. Świątynię w
      Luksorze widziałam o wschodzie i po zachodzie słońca. I powiem wam, że jeśli w
      świetle dziennym jest ładna, to żółte światło lamp dodaje tej świątyni tak
      wiele uroku, że wieczorem, kiedy jest oświetlona, jest po stokroć ładniejsza.
      Jeśli macie wybór i możliwość, zachęcam was do odwiedzenia tego miejsca właśnie
      po zachodzie słońca.

      Na zachodni brzeg popłynęliśmy łódką motorową. Wyruszyliśmy o 8 rano. Pierwsze
      kroki skierowaliśmy do Doliny Królów. Był to bardzo dobry wybór, ponieważ nawet
      o tej porze roku, który Basem nazywał zimą, w dolinie jest po prostu patelnia.
      Było z 35 stopni. Nie wyobrażam sobie, jak ludzie mogą zwiedzać to miejsce
      latem w środku sezonu. Wtedy jest chyba z 50. Dojechaliśmy na parking, gdzie
      przesiedliśmy się na taf-taf-y. Taf-taf to taki mini pojazd stylizowany na
      pociąg z dwiema przyczepkami, tyle, że na kółkach. Bilet na taf-taf tam i z
      powrotem kosztuje 1LE (oczywiście bilet ten był w cenie wycieczki). Można też
      iść piechotą, pamiętajcie jednak, że to spacer pod górkę i w upale. Ponieważ
      wewnątrz grobowców nie można robić zdjęć, bo grozi to kłopotami i zabraniem
      aparatu, a na zewnątrz nie ma niczego ciekawego poza naturalną piramidą, poza
      wspomnieniami nie mamy wielu pamiątek z tego miejsca. Bilet do Doliny Królów
      uprawniający jednocześnie do wejścia do 3 grobowców kosztował 55LE/os (w
      cenie).

      Najsłynniejszy oczywiście w Dolinie Królów jest grobowiec Tutenchamona
      znaleziony jako ostatni. Słynne KV62. Basem odradził nam zwiedzanie tegoż, bo
      jest to najmniejszy grobowiec w Dolinie Królów, a wszystko, co było w nim
      interesującego i tak jest w muzeum w Kairze. Nie byłam przygotowana, przyznaję,
      które grobowce wybrać. Posłuchaliśmy więc sugestii naszego przewodnika. Basem
      polecał nam grobowce. Niestety nie pamiętam dokładnie które. Na pewno był to
      grobowiec Ramzesa IX. Pozostałe dwa, które widzieliśmy chyba należały do
      Setiego I i Ramzesa VI lub IV. Zwiedzając Dolinę Królów, warto zaopatrzyć się w
      sporą ilość wody, ponieważ w grobowcach jest okropnie gorąco i duszno.
      Podziwiając kolorowe sceny na ścianach grobowców zastanawiałam się, jak
      archeolodzy badający te miejsca są w stanie wytrzymywać tak wysokie
      temperatury. Po prostu sauna. Grobowce rzeczywiście były przepięknie
      dekorowane, jednak ze względu na warunki panujące w środku, nie dało się tam
      wytrzymać dłużej niż kilkanaście minut. Wizyta w grobowcu bez tłumaczącego
      wszystko na bieżąco przewodnika, a niestety tylko takie wchodzą w rachubę,
      powoduje, że laik oglądając przecudne kolorowe malowidła, nie widzi właściwych
      rzeczy, powiązań, historii i nie zna znaczenia przedstawionych scen. Właściwie
      nie wie na co patrzeć. Tak też było i z nami. Chociaż Basem przeprowadził małe
      wprowadzenie, to powiedział o wiele za mało. Czy to zmęczenie, temperatura czy
      niestety ograniczony zasób słownictwa bądź wiedzy, czy może zwykła niechęć -
      nie wiem. A może po prostu takie opowiadania "na sucho" bez odpowiedniej ilości
      obrazujących ilustracji nie ma sensu i Basem o tym wiedział. To jak z czasem
      wolnym na zdjęcia. I tak potem nie wiadomo, gdzie co było, chyba, że informacja
      trafi na osobę o pamięci doskonałej, fotograficznej i nieograniczonej. Nie
      zmienia to jednak faktu, że grobowcami byliśmy urzeczeni. Zastanawialiśmy się
      jak starożytni robili farby, skoro te przetrwały w tak doskonałej postaci do
      naszych czasów. Po wyjściu z grobowców zauważyliśmy, że do jednego z nich stoi
      strasznie długa kolejka - stania na co najmniej godzinę, żeby wejść do środka.
      Był to grobowiec w którym nie byliśmy i o którym Basem nic nie wspomniał.
      Należał chyba do Ramzesa IV lub VI - na pewno stanowił uzupełnienie do tego,
      który zwiedzaliśmy. Będąc przy grobowcu Tutenchamona mieliśmy okazję zobaczyć
      prowadzone prace archeologiczne. Właściwie to nie było widać niczego, jednak
      Basem zwrócił naszą uwagę na dziurę w ziemi znajdująca się jakieś 15m od KV62
      twierdząc, że jest to właśnie niedawno odkryty grobowiec i jeszcze nie wiadomo
      do kogo należy i co się rzeczywiście w nim znajduje. Szalenie interesujące.
      Intrygujące tym bardziej, że faraonów było grubo ponad odkrytą sześćdziesiątkę
      grobowców. Gdzie więc jest reszta?
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:26
      W drodze do świątyni Hatszepsut zahaczyliśmy o manufakturę alabastru.
      Pooglądaliśmy tam tysiące eksponatów lokalnej sztuki hurtowej na eksport, czyli
      kiczusiów. Termin ten ukuł Sławek w czasie jednej z wizyt w jakimś sklepie z
      pamiątkami, gdzie było pełno "bazaltowych" kotków i tak z kiciusiów powstały
      kiczusie. Nie był to ostatni słowotwór mojego męża. Nam oczywiście najbardziej
      spodobała się rzeźba starożytnego bóstwa płodności - facet z jedną ręką, jedną
      nogą i zdecydowanie nieproporcjonalnym przyrodzeniem (w którą stronę sami się
      domyślcie :-) ). Basem nas "oświecił", że to dlatego, bo to Egipcjanin i
      proporcje są OK (rotfl). Ale niech mu będzie, bo jeszcze znów się obrazi.

      Świątynia Hatszepsut położona u podnóża góry wygląda wspaniale. Basem mówił, że
      jest wykuta w skale. Świątynia swym wyglądem nie przypomina żadnej innej w
      Egipcie. W końcu Hatszepsut była kobietą, a my lubimy być w pewnych kwestiach
      niepowtarzalne ;-). Trzy podobne poziomy świątyni z kolumnadami na pierwszym
      planie tworzą zgraną całość. W czasach Hatszepsut ta budowla musiała być
      niezwykle kontrowersyjna - jak każdy nowatorski pomysł. Na ostatnim, najwyższym
      poziomie, niegdyś przed każdą kolumną stał posąg królowej. Do dzisiaj zostało
      ich tylko osiem z wszystkich 26. To "zasługa" Tutmozisa III, którego Hatszepsut
      odsunęła od władzy, bo to on był prawowitym dziedzicem tronu. Po jej śmierci
      Tutmozis III nakazał usunąć ze świątyni wszystkie posągi swej poprzedniczki.
      oraz wymazać wszystkie miejsca w których widnieje jej imię. Tutmozis III lata
      panowania Hatszepsut przypisał sobie. Chciał zmienić, a raczej oszukać
      historię. Na szczęście nie udało mu się. Kolumny na najniższym tarasie wieńczy
      wizerunek boga Horusa pod postacią sokoła. I w tej świątyni znajdziemy wiele
      kolorowych jeszcze reliefów. Zadziwiające, jak farby dotrwały do naszych
      czasów. Przecież minęło 3,5tys. lat. Odnajdziemy w świątyni wiele wizerunków
      bogini Hathor, a nawet poświęconą jej kaplicę, w której jej wizerunek wieńczy
      kolumny. Dowiedzieliśmy się, że ten rodzaj kolumn nosi nazwę hathoryckich. Z
      górnego tarasu rozciąga się wspaniały widok na panoramę Nilu. Przy jednej z
      bram odkrywamy, że renowacją świątyni zajmowali się polscy archeologowie. Ich
      dom stoi nieopodal.

      Jedziemy dalej. To już prawie koniec. Jeszcze tylko kolosy Memnona. Basem
      ograniczył się do 5 minut na zdjęcia i w zasadzie nie powiedział niczego
      ciekawego. Jednak o tej dwójce przeczytałam w polecanej na forum
      książce "Podróż po Egipcie faraonów" (którą szczerze polecam wszystkim laikom
      fanatykom) wiele ciekawych rzeczy. Dowiedziałam się, że oba kolosy
      przedstawiają Amenhotepa III, a ich nazwa kolosy Memnona pochodzi od Greków,
      którzy z powodu skojarzeń tak je właśnie nazwali. Przeczytałam też, że to
      jedyna pozostałość po świątyni, która niegdyś tu stała. Po świątyni, która
      przebijała swą wielkością i wspaniałością zarówno Ramesseum jak i Medinet Habu
      nie zostało nic poza tymi dwiema siedzącymi postaciami. Co ją zmiotło z
      powierzchni? Otóż w 27r. pne miało miejsce trzęsienie ziemi, które
      niebagatelnie wpłynęło na wygląd samych kolosów, a świątynię zniszczyło niemal
      całkowicie. Jednak od tamtej pory kolosy przemówiły. Każdego ranka o wschodzie
      słońca, kiedy od strony Nilu wiał lekki wietrzyk, jeden z gigantów śpiewał swą
      mroczną pieśń (wiatr przeciskał się przez szczeliny powstałe po uszkodzeniu).
      Tak było do roku 199, kiedy to jakiś cesarz kazał odrestaurować posągi. Jak to
      mówią - dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. Kolosy zamilkły na zawsze.

      Jako, że wizyta pod posągami Amenhotepa III była ostatnim programowym punktem
      wycieczki, rozstaliśmy się z resztą grupy. Tu muszę powiedzieć, że Basem
      zachowywał się tak, jakby nie chciał nas puścić. Ale byliśmy uparci. Nie wiem,
      czego się obawiał. Przecież w Egipcie jest podobno bezpiecznie. Dla Basema
      wszystko było albo trudne, albo niemożliwe. Turysta nie znający arabskiego,
      podróżujący po Egipcie samodzielnie, bez przewodnika, zdawał się wykraczać poza
      jego zdolności percepcyjne. Basem chyba się po prostu martwił. Faktem jest, że
      czymkolwiek była spowodowana reakcja, zaskutkowała nienajgorzej. Basem załatwił
      nam taksówkę z nie mówiącym co prawda po angielsku ani słowa kierowcą, podając
      mu trasę naszego przejazdu i obliczając przybliżony czas ustalił cenę. Ja
      nauczyłam się już, że Basemowi nie ma co wierzyć do końca. Kiedy prawie
      ruszaliśmy upewniłam się, że kierowca zawiezie nas i pod kasy i do MedinetHabu
      i do Ramesseum, a także do świątyni Setiego I. I wiecie co - miałam rację
      wątpiąc. O ile Basem przełknął jakoś Medinet Habu, choć twierdził, że nie
      warto, bo zobaczymy jeszcze dużo większych i ładniejszych świątyń, o tyle w
      głowie mu się nie mieściło, że ktoś może chcieć oglądać z bliska takie ruiny
      jak Ramesseum czy świątynię Setiego. Był przekonany, że chcemy tylko porobić
      zdjęcia zza płotu. Dobre, nie? Kiedy jednak dodał, że w porcie będzie czekała
      na nas łódka - wymiękłam. Nie wiedziałam, że zabrałam mamę na wakacje :-) Basem
      naprawdę mnie rozczulił. Teraz myślę, że wszystkie nieporozumienia wynikały z
      naszych przekonań o jego doskonałej znajomości języka i faktycznych braków
      jakie posiadał w tym zakresie. Być może czasami mówiliśmy za szybko. Dopiero
      później zauważyliśmy, że zdarza się Basemowi (rzadko, ale jednak) gadać od
      rzeczy. Np. na pytanie, o której będzie kolacja, odpowiadał: "Tak jutro
      zwiedzamy Edfu". W każdym razie za taksówkę na 3h (choć zwiedzanie zajęło nam w
      sumie 2,5h) zapłaciliśmy 40LE, a za łódź motorową na drugi brzeg 20LE. O ile
      cena za taxi wydaje mi się bardzo przyzwoita, o tyle za łódkę chyba
      przepłaciliśmy. Po powrocie mieliśmy natychmiast zameldować się u Basema.
      Przysporzyliśmy mu stresów, nie ma co. Przyznaję, że cała ta sytuacja ubawiła
      mnie bardzo, co było chyba przejawem okrucieństwa z mojej strony, z czego
      zdałam sobie sprawę spoglądając na zatroskaną twarz naszego oddalającego się
      przewodnika.

      Nie tracąc cennego czasu wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy do kas kupić
      potrzebne bilety. Już wiecie dokąd, nie wiecie po ile. Za każdy bilet
      zapłaciliśmy 20LE, więc w kasie w sumie zostawiliśmy 120LE. Pod kasami
      spotkaliśmy miłą parę Brytyjczyków, którzy podjechali tam na motorze. To jest
      myśl. Szybciej niż rowerem, nie trzeba się kisić jak w taksówce i daje
      całkowitą niezależność. Motor chyba był wypożyczany.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:27
      Medinet Habu oglądaliśmy jako pierwszą. Wiedząc to, co wiem teraz, nigdy bym
      sobie nie wybaczyła pominięcia tej świątyni. Będąc całkowicie przekonaną o
      słuszności swojego poglądu, z całą stanowczością apeluję do biur podróży -
      wprowadźcie tę świątynię koniecznie do planów wycieczek objazdowych. Nie jako
      dodatkowy fakultet, lecz jako punkt programu. Świątynia tak mnie urzekła, że
      Sławek musiał na mnie (troszeczkę) nakrzyczeć, żeby mnie stamtąd wyciągnąć.
      Śmiem twierdzić, że to najwspanialsza i najładniejsza (zaraz po AbuSimbel) z
      oglądanych przeze mnie świątyń. Jest olśniewająca. Czy to ze względu na stan -
      jedna z lepiej zachowanych świątyń, czy też z powodu unikalnych hieroglifów -
      nie wiem. Ramzes III był przebiegłym i zapobiegliwym władcą. Sam w wielu
      miejscach wymazał imię swego ojca z kartuszy i nie chciał dopuścić, by to
      spotkało i jego z rąk następcy. Jakie kroki przedsięwziął w tym celu? Nakazał
      swoje imię w kartuszach wyryć tak głęboko, żeby nie dało się ich tak po prostu
      wymazać. Hieroglify w Medinet Habu są bardzo głębokie i jest to pierwsza rzecz
      jaka rzuca się w oczy. Ja w niektóre hieroglify z łatwością chowałam książkę
      (przewodnik z wyborczej - nie najlepszy wybór - dziś z tej półki cenowej
      wybrałabym Pascala). W świątyni Ramzesa III, w środku jednego z pylonów,
      znajduje się bardzo urzekający portal, po bokach którego stoją niczym strażnicy
      dwie doskonale zachowane piękne kolumny. Tuż nad przejściem można zobaczyć dysk
      słoneczny z dwiema kobrami po bokach na tle sępich skrzydeł - symbol mający
      chronić świątynie od wrogów. Całość przyciąga uwagę ze względu na wyrazistość i
      kolory. Podobnie jak sufity, kolumny i ściany - także jeszcze ubarwione. Na
      ścianach przedstawione są między innymi sceny batalistyczne, w tym przepiękny
      rydwan zaprzężony w konie, powożony przez samego faraona. Świątynia jest
      absolutnie cudowna. Czas jednak płynął nieubłaganie, więc trzeba było iść dalej.

      Następnym przystankiem na trasie naszych spotkań ze starożytnością było
      Ramesseum. Kiedy wyszliśmy z Medinet Habu Sławek spytał:
      -To gdzie teraz jedziemy? Do tego Ramzesorium, tak?
      -Tak Kochanie, do Ramzesorium - roześmiałam się głośno.

      Kiedy dotarliśmy do ruin świątyni Ramzesa II, zaraz za wejściem dopadł nas
      oczywiście lokalny przewodnik, którego usług wcale nie potrzebowaliśmy. Udało
      nam się go pozbyć. Ćwiczyliśmy asertywność i byliśmy w tym coraz lepsi.
      Stanęliśmy jak wryci, kiedy z bliska zobaczyliśmy, jak gigantyczny jest leżący
      na ziemi kawałek granitowego posągu Ramzesa. W całości miał ponad 20 metrów
      wysokości i ważył około 1000ton. Ramzes zdaje się przesadził, bo posag podobno
      rozpadł się, gdyż nie wytrzymał własnego ciężaru. Stojąc koło leżącej części
      posągu zorientowałam się, że jestem gdzieś wielkości ucha (mierzę sobie 160cm)
      Ramzesa. Ślady ciężkiej pracy, jaką wykonali starożytni kamieniarze i
      rzeźbiarze widoczne są do dzisiaj. Przedstawiony faraon nosił pasiastą koronę,
      tę którą często się spotyka na wizerunkach starożytnych władców. Biorąc pod
      uwagę fakt, że granit jest raczej twardym, a więc trudnym w obróbce kamieniem,
      i że posąg zbudowany był z jednego jego kawałka, to co zobaczyliśmy to
      absolutne mistrzostwo. W drodze ze świątyni Hatszepsut, jeszcze z całą grupą,
      mijaliśmy Ramesseum i zaliczyliśmy wówczas programowy "rzut oka na świątynię
      Ramzesa II". Jednak z odległości, w jakiej się wówczas znajdowaliśmy, Ramesseum
      wydawało się być jedynie kupą kamieni. Jakież to mylące wrażenie. W ogóle nie
      było widać potęgi faraona, w końcu jednego z ważniejszych i słynniejszych
      władców, nie bez powodu zwanego Wielkim. Wystarczyło tylko zbliżyć się do ruin
      świątyni, żeby ten stan rzeczy uległ natychmiastowej zmianie. Leżące popiersie
      Ramzesa jest wielkości stojących nieopodal jego ozyriackich posągów, które
      niestety na przestrzeni tylu wieków straciły głowy. Dalej mamy część świątyni z
      salą kolumnową, która jeszcze wciąż, choć tylko częściowo, jest przykryta
      dachem. Zwieńczenia kolumn jeszcze ubarwione. Podobnie jak belki sufitowe.
      Dominuje kolor niebieski. Przepiękne odcienie błękitu, które doskonale
      komponują się z jasnobeżową barwą kamienia. Całości dopełniają niezwykłe
      reliefy znajdujące się na kolumnach i pozostałych ścianach świątyni. Widzimy
      sporą ilość rusztowań. Ale nikogo nie ma przy pracy. Czy to oznacza, że w
      świątyni właśnie trwa renowacja, tylko jest zbyt gorąco na pracę o tej porze?
      Jest koło południa. Około 13:00. Słońce grzeje jak oszalałe. Czas iść dalej.
      Statek wypływa za 2 godziny. Przed wyjściem podziwiamy jeszcze niezwykłe o
      nieznanym nam przeznaczeniu korytarze, czy raczej tunele, ze sklepieniami w
      kształcie łuków.

      Nasz kierowca czeka na nas na zewnątrz. Dzięki Bogu zaparkował w cieniu, ale
      niewiele to daje. Każdorazowe wejście do taksówki jest równoznaczne ze wzmożoną
      gwałtowną utratą wody z organizmu, którą niezwłocznie uzupełniamy. Mimo
      pootwieranych okien, tudzież ich całkowitego braku, przewiew powietrza jest
      praktycznie niezauważalny. Przy świątyni Setiego I rośnie palma daktylowa,
      która właśnie owocuje. Na samym czubku drzewa wiszą daktyle, których skupiska
      wyglądają jak ciężkie okrągłe kosze czekające tylko na możliwość upadku na
      przechodzącego pod nimi człowieka. Na nasz widok, niezawodni jak dotąd
      Egipcjanie podejmują wyścig. Jeden jest sprytniejszy. Wyłania się nagle, nie
      wiadomo skąd. Podnosi z trawy kilka daktyli i częstuje nas. Wygląda na miłego
      człowieka. Ale i tak wiemy, co się za tym kryje i o co naprawdę chodzi. Równie
      serdeczni jak on, dziękujemy i idziemy dalej. Przy świątyni Setiego odnajdujemy
      elementy, których dotąd jeszcze nie spotkaliśmy. Dwie stele. Na jednej widać
      faraona i boga Amona, a na drugiej scenę składanego przez faraona hołdu bogowi
      Horusowi. Najlepiej zachowaną częścią świątyni jest sala hypostylowa jeszcze
      posiadająca dach, przed wejściem do której odnajdziemy także rząd kolumn.
      Świątynia jest bardzo zniszczona. Niewiele się zachowało. Jednak w czasach
      świetności musiała być wspaniała.

      Trzeba wracać na statek. Przed opuszczeniem Luksoru chcemy przecież jeszcze
      odwiedzić znajomą już kafejkę i przerzucić zdjęcia na płytkę. Przed nami
      jeszcze tyle miejsc godnych upamiętnienia. W drodze do portu byliśmy ciekawi,
      czy łódź faktycznie będzie na nas czekała. Łodzi, którą tu przypłynęliśmy, nie
      było, ale byliśmy za wcześnie. Postanawiamy poczekać chwilę, a jeśli się
      transport nie pojawi, skorzystamy z oferty miłych czekających tam ludzi, z
      których każdy chciał nas zawieźć na drugi brzeg. Po krótkim czasie oczekiwania
      pojawia się zupełnie inny facet w zupełnie innej łodzi, ale ewidentnie po nas.
      Jakoś się dogadujemy i płyniemy za umówioną wcześniej stawkę. Jesteśmy jedynymi
      pasażerami na łodzi. Płyniemy szybko, bo to łódź motorowa. I dobrze. Może nawet
      zdążymy na obiad. Na statku obiad podawany był w określonych godzinach, po
      upłynięciu których jadalnia była zamykana. Dopłynęliśmy do wschodniego brzegu.
      Bardzo blisko naszego statku. Jakiś przemiły młodzieniec, chłopiec właściwie
      jeszcze, pomaga mi wysiąść ze statku. Chwila nieuwagi i ...bakszysz.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:28
      Jest prawie 14:00. Jeszcze mamy sporo czasu do wypłynięcia, a my już jesteśmy
      na statku. Idziemy prosto na obiad, żeby zdążyć. Potem okazało się, że Basem
      poprosił obsługę i mieli czekać na nas z obiadem nawet jeśli wrócimy za późno.
      I jak tu narzekać na takiego? Kierujemy się do kabiny. Po wejściu widzimy
      niespodziankę na łóżku - dwa legendarne już łabędzie ułożone z ręczników,
      których szyje tworzą kształt serca. Matko, jakie to słodkie. Wieczorem
      zastaliśmy ręcznikowy kwiat, a do końca rejsu mieliśmy jeszcze krokodyla,
      ludzika, węża zjadającego wielbłąda (wielbłąd był maskotką, którą dostaliśmy w
      prezencie!) i skorpiona. Pokojowemu zostawialiśmy dolara dziennie.

      Po obiedzie i pokręceniu się po pokoju czas nagle jakoś się skurczył.
      Odświeżanie zostawiliśmy na potem i szybko zebraliśmy się do wyjścia do kafejki
      i po wodę. W kafejce nie było już dzisiaj przewodnika, z którym wczoraj tak
      fajnie nam się rozmawiało. Był inny Egipcjanin niewiele mówiący po angielsku.
      Ale zrozumiał o co chodzi. I tu się zdziwiliśmy. Chciał od nas nie aparat, ale
      kartę pamięci. O mamo, mają czytnik! Super! Będzie trzy razy szybciej. Nasze
      zdjęcia zostały nagrane na płytkę CD, która była w cenie usługi (płytka Sony).
      Koszt tej przyjemności jednak wydał się nam nieco zbyt wysoki - 30LE, ale nie
      mieliśmy czasu się targować. A zresztą jakoś oboje byliśmy przekonani, że
      niczego nie wskóramy, więc nawet nie próbowaliśmy. Jeszcze tylko zapasy wody
      i ... relaks.

      Naszą grupę znaleźliśmy na górnym pokładzie przy basenie. Marysia i Ela z
      Wojtkiem się smażyli, a Justa chłodziła w wodzie. Basen na statku był malutki.
      Jednak ponieważ na rejsie oprócz naszej siódemki, była wycieczka dziesięciu
      Holendrów i grupka złożona z piątki samodzielnie podróżujących po Egipcie
      Polaków, a także jedna trzyosobowa hinduska rodzina, basen okazał się
      wystarczający. Popływać się w nim nie dało, ale schłodzić skutecznie już tak.
      Było śmiesznie, jak Justyna uczyła Basema pływać. Zabawa była naprawdę
      przednia, kiedy niewysoki w końcu Basem, próbował podtopić słusznego wzrostu
      Justynę :-) Ja zabawiałam się w fotoreporterkę tego wydarzenia.

      Statek ostatecznie wypłynął o 16:00. Dodatkową godzinę później. Przed nami
      rozciągała się panorama Luksoru. Świątynia Luksorska, w której dzisiejszą
      poranną wizytę ledwo pamiętałam, mając wrażenie, że to było wczoraj, wyspa
      bananowa, najdroższy hotel w Luksorze z własnym wybudowanym na Nilu tarasem, z
      którego podobno najpiękniej widać zachody słońca. Płynąc dalej mieliśmy okazję
      zobaczyć najstarszy statek na Nilu - Anni, liczący sobie ponad sto lat.

      Po miło spędzonym popołudniu dzień dobiegał końca. Sławek, nawet nie wiem
      kiedy, zrobił przecudne zdjęcia zachodzącego słońca. W drodze na kolację
      uwieczniliśmy jeszcze niecodzienny plan jutrzejszego dnia wywieszony przy
      recepcji przez Basema napisany w całości po arabsku po czym skonani poszliśmy
      do kajuty odpocząć. Kiedy jednak mijaliśmy jedyne znajdujące się na statku
      sklepy, zostaliśmy zaproszeni do obejrzenia ich od środka. Jeden to sklep z
      biżuterią, a drugi z galabijami, koszulkami, obuwiem, itp. Ponieważ jutro
      czekała nas impreza pod nazwą "galabija party", to choć nie zamierzaliśmy
      kupować jednorazowych ubrań na tę okazję, weszliśmy z ciekawości. Czy to był
      błąd? Z punktu widzenia poniesionych nieoczekiwanych wydatków pewnie tak, ale
      warto było chociażby po to, żeby przeżyć to, co mnie tam spotkało. Facet, który
      sprzedawał w tym sklepie, jest mistrzem w nawijaniu makaronu na uszy, jeśli
      wiecie, co mam na myśli. Takiej ilości pochlebstw i komplementów nie usłyszałam
      chyba przez całe moje życie. I mimo, że miałam całkowitą świadomość, że mówi to
      każdej turystce, bo w końcu to sprzedawca, zawstydziłam się. Dacie wiarę?
      Najfajniejsze jednak było, jak facet podrywał mnie nic sobie nie robiąc ze
      stojącego obok mnie męża. Miał świadomość, jaki rodzaj stosunków łączy mnie ze
      stojącym obok Sławkiem, bo go czym prędzej oświeciłam. Myślałam, że da spokój,
      a ten nic. Brnął gość w zaparte. Muszę przyznać, że warto było. Chociażby dla
      reakcji mojego mężczyzny, którą to pozwolę sobie pozostawić moją słodką
      tajemnicą. (Panowie nie zostali wrogami ani nie doszło do rękoczynów.) Paniom
      zaś polecam wizytę w tym sklepie. Ego rośnie w postępie geometrycznym (ach, ta
      próżność). Kupiliśmy galabije. Właściwie Sławek kupił sobie galabiję, a ja
      wybrałam najładniejszą w całym sklepie pidżamkę. Za obie zapłaciliśmy 150LE.
      Kiedy wyszliśmy zahaczył nas jeszcze właściciel sklepu z biżuterią, ale
      mieliśmy dość wrażeń jak na jeden dzień, podziękowaliśmy i poszliśmy na
      zasłużony odpoczynek.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:30
      28 X - sobota

      Dzień ślubu naszych znajomych. Najlepsze życzenia dla nowożeńców!

      Około czwartej nad ranem obudziła mnie nieobecność Sławka w łóżku. Był w
      łazience. Maszyny jakby nie pracowały. Statek nie płynął. Chyba nadszedł czas
      na przeprawę przez śluzę. Poszliśmy na górę opatuleni w polary. Faktycznie. To
      Esna. Niedługo nasza kolej, ale jeszcze trochę. Zeszliśmy więc na dół, bo co
      będziemy tak bezproduktywnie marznąć. Po jakimś czasie wróciliśmy ponownie na
      najwyższy pokład, by móc popatrzeć na niecodzienne widowisko. Byliśmy jedynymi
      pasażerami, którzy nie spali. Przemiły Nubijczyk z obsługi wytłumaczył nam, że
      do śluzy wpływa się po dwa statki, po czym poprzez podniesienie poziomu wody
      statek podnosi się o 7 - 8 metrów i płynie dalej. Jako, że nigdy wcześniej nie
      mieliśmy okazji przepływać przez śluzę, a i tak nie spaliśmy, postanowiliśmy
      zobaczyć całą tę operację od początku do końca.

      Nasz statek do śluzy wpłynął jako drugi. Przed nami znajdował się kolos, który
      nie mamy pojęcia jak się tam zmieścił, bo po wpłynięciu do śluzy zostało mu po
      kilka centymetrów wolnej przestrzeni po bokach. Kiedy my wpływaliśmy, rozległ
      się dźwięk jakby uderzenia, ale niczego nie poczuliśmy. Gdzieś na wysokości
      dzioba statku znajdowała się dość wysoka wieża strażnicza, której po
      zakończeniu operacji mogliśmy niemal zajrzeć w okna. Podnoszenie się statku
      jako takie właściwie nie było odczuwalne. Jedynie my widzieliśmy, po punktach
      odniesienia, że statek unosi się do góry. Śluza w całości napełniła się wodą
      dość szybko. Najciekawszą częścią operacji było wypłynięcie statku ze śluzy.
      Statek miał dziób skierowany lekko w lewo, co wydawało się być zamierzone.
      Ażeby nie uderzyć w lewą część śluzy, statek był przez jednego (sic!) marynarza
      na brzegu i jednego znajdującego się na statku ściągany na prawą stronę przy
      pomocy liny. Lina była kolejno mocowana do pachołków wmurowanych w prawy brzeg
      śluzy. I tak od pachołka do pachołka aż wypłynęliśmy. Co ciekawe, zauważyliśmy,
      że człowiekiem który powinien kierować statkiem na prawym brzegu, nie powinien
      być marynarz lecz tamtejszy pracownik. Wniosek ten wyciągnęliśmy obserwując
      statek przed nami. Jednak zaraz po wpłynięciu do śluzy nasz kapitan strasznie
      się pokłócił z kimś na brzegu. W zasadzie towarzyszący nam Nubijczyk z obsługi
      (facet potężny bardzo) zszedł na dół do kapitana, bo choć nie rozumieliśmy
      niczego z toczącej się ostrej wymiany zdań, mieliśmy pewność, że to kłótnia i
      może nawet dojść do bójki. Przy okazji: kapitan Crocodilo wyglądem niewiele się
      różnił od dopadających nas w świątyniach tubylców - galabija i turban na
      głowie. Marynarz, który wyciągał statek ze śluzy nie mógł wsiąść na pokład, bo
      nie było skąd. Widzieliśmy jak idzie, potem biegnie, potem zaś pędzi brzegiem.
      Byliśmy ciekawi kiedy, gdzie i jak dołączy do załogi, ale chwilowo wrażeń
      mieliśmy aż nadto i nie wiedząc jak długo jeszcze to potrwa oraz z myślą, że to
      nie nasz w końcu problem, poszliśmy jeszcze się zdrzemnąć zanim na dobre
      wstanie słońce.

      Edfu powitało nas dorożkami i straganami. Czy oni wiedzą, że właśnie dzisiaj
      jest galabija party na statku? Jako, że było nas niewiele, nie dość, że
      handlarze niczego nie zarobili, to jeszcze Basem wynajął tylko dwie dorożki. My
      jechaliśmy w trójkę - z Marysią. Egipcjanin wiozący nas po ulicach miasta
      zachęcił Sławka do powożenia końmi. Cóż, niby żadna filozofia. W końcu
      większość z nas miała babcie na wsiach, gdzie jako dzieciaki mogliśmy nabierać
      tego typu doświadczeń. Sławek się nieco opierał, bo nie miał na to najmniejszej
      ochoty. I co? Znów wpadka. Bo mąż zgodził się tylko z grzeczności. Nie potrafię
      wam opisać, jak woźnica to rozegrał, ale koniec końców tak wyszło, że Sławek
      powoził tą dorożką jakiś czas. Skończyło się to oczywiście bakszyszem i
      kolejnym za to, że facet zrobił nam wspólne zdjęcie podczas jazdy. Ulice Edfu w
      niczym nie przypominały pełnych blichtru ulic Hurghady. Były prawdziwe. Kobiety
      całe w czarnych sukniach noszące na głowach olbrzymie pełne kosze bez
      podtrzymywania ich rękami, pomykające miedzy samochodami i dorożkami osiołki
      obładowane zielskiem, Egipcjanie jeżdżący wśród tego wszystkiego na chyba
      powszechnie posiadanych osiołkach, osiołki ciągnące wózki wyładowane po brzegi,
      ludzie noszący ciężkie worki, nieotynkowane kompletnie budynki, czasem bez
      dachów z wystającymi z nich prętami i oczywiście stragany. Kiedy dotarliśmy do
      świątyni zobaczyłam całe mnóstwo koni zaprzężonych do bryczek podobnych do
      naszej. Podstawową różnicą między tymi pojazdami były konie. O ile jedne
      jeszcze jakoś wyglądały i były w stanie ciągnąć te dorożki, o tyle inne cudem
      stały na własnych nogach. Serce się po prostu kroiło na ten widok. Większości
      tych szkapin można by gołym okiem policzyć wszystkie żebra. Jakoś od tamtej
      pory jak słyszę pojęcie "koń czystej krwi arabskiej", moje myśli biegną tylko w
      tym jednym kierunku, biednych zagłodzonych koni, które muszą każdego dnia parę
      razy pokonać drogę pomiędzy świątynią a nadbrzeżem, ciągnąc w obie strony
      nielekki ładunek - turystów.

      W drodze od parkingu do świątyni miałam okazję zobaczyć legitymację Basema,
      uprawniająca go do bycia przewodnikiem. Oczywiście cała wypisana była po
      arabsku. Kiedy tylko spotkaliśmy Basema, pierwszym psikusem jaki nam zrobił
      było zwykłe przedstawienie się: -"Basem Michałowski, nie mylić z basenem." Hm.
      Po matce, czy ojcu? Chyba jednak po ojcu, bo nazwisko ma polskie, ale jako że
      nikt z nas nie znał egipskich zwyczajów na tyle, żeby to stwierdzić na pewno,
      pozostaliśmy w niepewności. Zaczęły się spekulacje. Jeszcze tego samego dnia
      pod koniec Basem powiedział nam, a właściwie wyciągnęliśmy to z niego, że to
      jego ulubiony dowcip robiony polskim turystom. W całej tej sytuacji Basema
      najbardziej zdawał się bawić fakt, że nikt nie skojarzył podawanego nazwiska z
      jednym z najsłynniejszych polskich archeologów. Basem jest czystej krwi
      arabskiej :-) ale wygląda dużo lepiej niż opisywane przez mnie konie :-) Nigdy
      nie był za granicą, a polskiego uczył się rzekomo 4 tylko miesiące w ambasadzie
      w Kairze, skąd pochodzi. Podobno nauka chińskiego zabrała mu "aż" 9 miesięcy.
      Albo ten naród ma niezwykłe zdolności językowe, albo Basem ma bujną wyobraźnię.
      Potem dodał, że jest najlepszym przewodnikiem na jakiego można trafić
      (skromnością to on nie grzeszył) i nigdy nikt na niego nie narzekał. I choć w
      tym miejscu powinniśmy się domyśleć, że na pewno nie ma rodziców z Polski
      (totalny brak skromności powinien chyba wydać się podejrzany), jakoś to uszło
      naszej uwadze. W każdym razie w jednym Basem miał rację. Jest niewątpliwa
      zaleta posiadania egipskiego przewodnika, ponieważ kiedy ma się polskiego
      opiekuna, do zwiedzania potrzebny jest jeszcze Egipcjanin. Czasem, jak ma się
      odbyć fakultet, a Egipcjaninowi się nie chce jechać i nic go nie przekona do
      zmiany zdania, fakultet odbyć się nie może, bo wycieczki nie mogą jeździć bez
      egipskiego opiekuna. My dostaliśmy dwa w jednym - Egipcjanina i przewodnika w
      jednej osobie i mieliśmy dziękować losowi za ten obrót sprawy.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:31
      Przed świątynią w Edfu znajduje się w połowie zniszczona kolumnowa fasada,
      wewnątrz której widać jeszcze kolorowe reliefy. Po przekroczeniu pozostałości
      okalającego świątynię muru, w całej swej okazałości jawi nam się pierwszy
      pylon, który jest prawie nietknięty. Basem mówi, że świątynia ta oparła się
      czasowi, przetrwała jego próby. Być może dlatego, że jest dużo młodsza, bo
      ptolemejska. Po lewej i prawej stronie pylonu widzimy dwie identyczne
      symetryczne sceny - jak stojący przed obliczem Horusa faraon trzyma swoich
      wrogów za włosy waląc ich maczugą po głowie. Nad portalem widać uskrzydlony
      dysk słoneczny, na który pierwszy raz zwróciliśmy uwagę w Medinet Habu, a który
      był w zasadzie umieszczany we wszystkich świątyniach jako symbol mający chronić
      przed nieprzyjaciółmi. Po dwóch stronach wejścia stoją dwa wielkie posągi boga
      Horusa pod postacią sokoła. Wchodzimy do środka. Na ścianach dziedzińca widzimy
      przepiękne reliefy będące w doskonałym stanie. Basem tłumaczy nam jaką historię
      opowiadają. Dalej podziwiamy przepiękną scenę koronacji faraona dokonywanej
      przez dwie boginie. Bogini po prawej stronie nosi koronę białą - koronę
      Górnego Egiptu, zaś ta po lewej - koronę czerwoną będącą symbolem Dolnego
      Egiptu. Stojący pomiędzy nimi faraon zaś ma na głowie koronę i białą i
      czerwoną, co oznacza, że panował nad całym Egiptem. Podziwiamy reliefy na
      kolumnach dziedzińca. Zdaje się, że każda poświęcona jest innemu bóstwu. Na
      każdej widnieje wizerunek innego boga. Widzimy Amona, Horusa, Maat, Ozyrysa.
      Przed wejściem do sali kolumnowej stoi największy w całym Egipcie posąg Horusa-
      Sokoła z koronami białą i czerwoną na głowie. Obok utworzyła się kolejka ludzi,
      którzy chcą mieć zdjęcie przy tym wspaniałym posągu. Kiedy jesteśmy w wielkiej
      sali hypostylowej Basem mówi, że każda kolumna ma inne zwieńczenie. Nie
      zgadzamy się z nim. Według nas są owszem różne rodzaje, jest ich wiele, ale są
      powtarzalne, chyba, że różnią się jakimiś niewidocznymi na pierwszy rzut oka
      szczegółami. Basem się znów obraża. Przechodzimy w głąb świątyni do małej sali
      hypostylowej. Jest okazja zarobić cukierka. Basem tak nagradza dobrą odpowiedź
      na zadane przez niego trudne pytanie. W sali tej zarówno sufit jak i
      zwieńczenia kolumn są całe czarne. Pozostała część świątyni ma natomiast
      normalny piaskowy kolor. Pada pytanie dlaczego i moja nieśmiała odpowiedź: - Bo
      była zasypana? -Tak świątynia Horusa w doskonałej większości była zasypana.
      Wówczas mieszkali w niej Koptowie i palili wewnątrz ogniska, z których sadza
      osiadała na widocznej części murów. Stąd te zabrudzenia. Idziemy jeszcze dalej.
      Jest coraz ciemniej. Już dawno zmieniliśmy okulary. Docieramy do najświętszego
      miejsca - sanktuarium, gdzie stoi replika świętej barki Horusa. Basem mówi, że
      oryginał był cały zrobiony ze złota. Na ścianach świątyni możemy podziwiać
      historię opowiedzianą przez reliefy. Historię radosnych małżeńskich corocznych
      wizyt Hathor, która przypływała tu na swojej świętej barce aż z Dendery, aby
      odwiedzić swojego małżonka. Wychodzimy ze świątyni. Po pobycie w takich
      ciemnościach słońce po prostu oślepia. Wielki dziedziniec robi ogromne wrażenie
      oglądany razem z pierwszym pylonem od drugiej strony. Robię parę ujęć - może
      uda mi się zrobić później z nich panoramę. Rozglądam się. Wypatruję sokoła,
      lecz jedynymi ptakami jakie udaje mi się zobaczyć są gołębie. Jest ich mnóstwo.
      Śpią schowane w cieniu gzymsów. Okazało się, że to, co wzięłam początkowo za
      kolumnową fasadę przed pierwszym pylonem, to mammisi - dom narodzin. Jest
      zamknięte. Nie można wejść do środka, ale można obejść je wokoło. Tubylec
      wciąga Elę, żeby zarobić na bakszysz pokazaniem scen umieszczonych na ścianach
      mammisi - sceny karmienia i sceny porodu. Idziemy za nimi. Scena narodzin
      pokazuje nam, że kobiety rodziły w pozycji klęczącej. Udaje nam się
      sfotografować jednak tylko scenę karmienia. Nie wiem do dziś jak to zrobiłam,
      że nie mam tej drugiej. Myślę przez chwilę, że może jednak czasami warto dać
      się oprowadzić samozwańczemu przewodnikowi po zabytkach. Przy wyjściu
      zastanawiam się, gdzie były wejścia na dach, którymi chadzali kapłani i gdzie
      są tajemne skrytki świątyni. Myślę też o upływającym czasie. Szkoda by było,
      żeby taki zabytek zniszczał bez odpowiedniego wcześniejszego udokumentowania,
      zanim czas zrobi swoje. Ciekawi mnie, czy ktoś to wszystko spisał,
      przetłumaczył inskrypcje i skatalogował reliefy. Po powrocie na statek
      doczytuję, że owszem, ktoś wykonał te gigantyczną pracę. Choć nie wszystkie
      inskrypcje zostały przetłumaczone, powstała 15-tomowa dokumentacja tego
      miejsca. Robimy jeszcze kilka zdjęć z cyklu "byłem tu" i już musimy wracać.
      Niebawem ruszamy w dalszy rejs - do KomOmbo.

      Po obiedzie idziemy na górę trochę się poopalać. Przy reszcie grupy wyglądamy
      jakbyśmy dopiero co przyjechali. Zwłaszcza ja. Nie udaje mi się wyleżeć
      spokojnie na leżaku. Podziwiam więc krajobraz. Jakże jest on inny od tego w
      Hurghadzie. Tam wszystko jest sztuczne, stworzone dla turystów. Tu widać
      prawdziwe życie. Ludzie pracujący na polach, naturalna bujna zieleń, pasące się
      bydło, białe i szare czaple. Widoki są przepiękne. Zoom aparatu daje mi
      niejakie możliwości zaobserwowania trochę dokładniej niektórych elementów tego
      sielankowego krajobrazu. Oto młody chłopiec wdrapuje się na jakiś rodzaj
      bawołu. Po co - nie wiem. Ale mam okazję zobaczyć fragment egipskiego rodeo w
      wersji hiszpańsko (bo byk) amerykańskiej (bo jazda bez siodła na nieokiełznanym
      zwierzęciu). Robię całkiem niezłą fotkę. Dopiero w domu dostrzegam, że chłopiec
      ma w ręku jakąś rózgę, którą okłada to zwierzę i że zwierzę to jest
      prawdopodobnie płci żeńskiej. Kiedy patrzę na to zdjęcie, wciąż się dziwię, jak
      ten chłopiec wdrapał się na zwierzaka.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:32
      Nadchodzi wieczór. Koło 17:00 wybieramy się zwiedzać świątynię w KomOmbo. Czy
      będziemy coś widzieć? Jeszcze nie wiem, że świątynia jest podświetlona.
      Świątynia boga Sobka jest, podobnie jak świątynia w Edfu, świątynią
      ptolemejską. Na ścianach oglądamy reliefy przedstawiające boga Sobka w
      przedziwnej koronie na głowie. Ale, ale. Zaraz, zaraz. Ta korona to nic innego
      jak dwa pióra, dwie kobry i dysk słoneczny. Czyżby więc Sobek był bogiem zła? W
      końcu taki właśnie symbol miał chronić świątynie przed złem i wrogami właśnie.
      Postanawiam wyjaśnić to później i idziemy dalej podziwiać reliefy. Widzimy
      scenę, w której faraonowi przekazywana jest władza i boska moc (moja
      interpretacja). Z rąk bogini Sachmet faraon dostaje krzyż ankh. Za nią stoją
      dwa Horusy, z których jeden błogosławi faraona, a drugi stoi i trzyma w ręku
      jakąś laskę. Po lewej stronie widać zaś Hathor i Thota. Wiem za mało, żeby móc
      zinterpretować tę scenę. Ściany wciąż przemawiają do mnie reliefami, opowiadają
      swoją historię, ale ja niestety nie potrafię jej ani usłyszeć, ani zrozumieć.
      Postanawiam po powrocie poszukać informacji na ten temat. Idziemy dalej. Przy
      jakiejś ścianie na zewnątrz tłoczy się masa ludzi. Basem mówi, że to ważne
      miejsce, ponieważ na tej ścianie znajduje się egipski kalendarz. Dopchaliśmy
      się tam i udało mi się nawet zrobić zdjęcie, ale nie jestem z niego zbyt
      zadowolona. Dalej przy kolejnym kawałku ściany tłoczy się jeszcze więcej ludzi.
      Na niej znajdują się reliefy z narzędziami chirurgicznymi. Oglądamy je tylko na
      zdjęciach Basema, ponieważ dojście do tej ściany jest w tej chwili niemożliwe.
      Myślę - nie szkodzi. Może potem, jak będzie czas na zdjęcia, uda mi się jakoś
      tam dopchać. (Niestety przejście było zbyt wąskie, zbyt zatłoczone i poległam.)
      Podchodzimy do jakiejś dziury w ziemi ze schodami wokół. Basem mówi, że to jest
      miejsce, do którego, jak tylko Francuzi zwiedzają świątynię w KomOmbo, biegną,
      robią zdjęcie i wychodzą, nie oglądając nawet reszty. Dlaczego? Bo to jest
      łaźnia królowej Kleopatry. Mi ta informacja co prawda nie wyjaśnia rzekomego
      zachowania Francuzów, jednak później oczywiście robię sobie zdjęcie w łaźni.
      Wyobrażam sobie, jak to było w czasach świetności, kiedy Kleopatra jeszcze
      żyła. Tędy spływało legendarne już kozie mleko, a tu służące dolewały olejków
      zapachowych do kąpieli z przepięknych waz. Obok zaś wylegiwał się ulubieniec
      królowej - puma, albo inny większy kotek, leniwie przeciągając się po obfitym
      posiłku. Być może rytualnej kąpieli przyglądał się Juliusz Cezar siedzący
      gdzieś obok. Ach ta wyobraźnia! Niedaleko łaźni znajdują się tajemne przejścia
      w świątyni, które odkrył czas. Przejścia mają formę niskich podziemnych
      korytarzy. To tu kapłani oszukiwali faraonów udając bogów i przemawiając w ich
      imieniu. Ich głos przenikający ledwie przez grube ściany faraonowie brali za
      głos boga. Tędy przechodzili, a z tego tunelu korzystali, kiedy chcieli
      podglądać króla. O, a w tym miejscu dokonywali niecnych oszustw, podszywając
      się pod boga. Swoją drogą próżność faraonów musiała być olbrzymia skoro
      uważali, że słyszą boskie głosy. Zresztą to pewnie kwestia wierzeń. Jeszcze
      dalej jest studnia. Duża i głęboka. Widać coś na kształt schodów. Podchodzimy
      do niej. W tym miejscu hodowano krokodyle ku czci boga Sobka. Może czasem jakiś
      sługa padł ich ofiarą i właśnie tutaj zakończył swe życie? Cała świątynia jest
      dość zniszczona. Podziwiamy jeszcze kolumny, do których mam słabość. Chcemy
      wracać, bo w zasadzie obejrzeliśmy wszystko. Wtem widzimy następną kolejkę
      ludzi. Czekają na wejście do jakiegoś pomieszczenia. Dołączmy do kolejki. W
      środku za szkłem znajdują się mumie krokodyli. Chcielibyśmy zrobić zdjęcie. Ale
      jak? Bez flesza nie da razy (brak statywu). Z fleszem lampa się odbije w szybie
      i nic nie będzie widać. Mimo to próbujemy. W tym czasie jakiś inny turysta robi
      zdjęcie i tym samym pięknie nam oświetla całość. Dzięki nieznajomy. Wychodzimy,
      bo panuje tam nieprzyjemny zaduch i poza mumiami nie ma co oglądać. Gdzieś po
      drodze znajdujemy jeszcze rzeźbę. Rzymianin jak nic, ale bez głowy i rąk. Zatem
      Sławek chce użyczyć posągowi swoich członków i gdyby nie wysokość rzeźby,
      byłaby naprawdę fajna fotka. Tym razem wychodzimy na dobre.

      Okazuje się, że wyjście zrobione jest strasznie. Trzeba iść niemały kawałek,
      dookoła, jakby nie można było zejść prosto po schodach. Kroki kierujemy do
      położonej u stóp świątyni kafejki, w której mamy się zebrać. Basem siedzi i
      pali sziszę. Zamawiamy sok. Ja ryzykuję. Już wiemy, ze Sławkowi absolutnie nic
      nie jest i pewnie nie będzie - z jego żelaznym żołądkiem. W zasadzie rano
      wzięłam kolejny Intetrix i jakoś dotąd na tym ujechałam, to i chyba to
      przetrzymam. W razie czego na statek daleko nie jest. Sławek dostaje sok
      bananowy zgodnie z zamówieniem, ja - limetkowy. Powiem wam jedno. Jak tam
      będziecie, koniecznie skoczcie do tej kafejki. Lepszych soków w życiu nie
      piliśmy. Rewelacja! Sławek zamówił jeszcze kawę z kardamonem. Kawa podana w
      małej filiżance przypominającej mini musztardówkę wyglądała jak espresso z
      espresso. Trzy ćwiartki szklaneczki kawy, a na tym trochę wody. Na pytanie czy
      mu smakuje, odpowiedział tylko przeciągłym aaa, jakby właśnie wypił czysty
      spirytus. Jedno o kawie powiedzieć można na pewno - spać to mu się potem, mimo
      wyczerpującego dnia, nie chciało :-D Za dwa soki i kawę razem z dodatkowym
      dobrowolnym napiwkiem zapłaciliśmy 20LE. Kawiarenka była urocza. Plecione
      parasole z zawieszoną całą masą jakichś ususzonych owoców wokół, muzyka na
      żywo - Egipcjanie chodzili między stołami i grali na bębnach i innych
      instrumentach, których nazwać nie potrafię. Sławek nawet dostał turban na głowę
      i instrument do ręki. Pobrzdękolił trochę i oddał właścicielowi. Potem popis
      swojego talentu muzycznego dał Wojtek robiąc przy tym komiczne miny (mam
      dowód :-D) i tak w pogodnych nastrojach wróciliśmy na statek. Jako że nadbrzeże
      nie jest chyba zbyt długie w KomOmbo, statki cumują koło siebie. Zanim
      trafiliśmy na nasz, przechodziliśmy przez cztery inne. Niektóre to po prostu
      małe Titaniki. Piękne posadzki, cudne dywany, obrazy malowane na ścianach,
      drewniane rzeźbione schody. Szok. Jak dla mnie - nadmiar luksusu.

      Jak wróciliśmy na kolację, pozostałych grup jeszcze nie było. Zrobiliśmy sobie
      parę pamiątkowych zdjęć z obsługą. Kucharz pochwalił się upieczonym krokodylem
      z ciasta chlebowego, którego zrobienie zajmuje mu jakieś 5 minut. Cudo.
      Krokodyl ten miał bardzo ostre wypustki na grzbiecie. Facet po uformowaniu
      kształtu krokodyla, tnie ciacho na grzbiecie nożyczkami - stąd taki efekt.
      Obsługa na Crocodilo jest świetna. Zwłaszcza robiący kawały kelnerzy. Jeden był
      wybitny w tej dziedzinie. Np. nakładał pół ziemniaczka Wojtkowi, który
      wyróżniał się spośród nas największym apetytem i szedł dalej jakby nigdy nic.
      Albo jak się rozpędził i zaczął nakładać, to siłą trzeba mu było przerywać.
      Albo dla jaj omijał kogoś i nie nakładał mu w ogóle niczego. Bo o ile śniadania
      były w formie bufetu szwedzkiego, o tyle obiady i kolacje na statku były
      serwowane przez kelnerów. Zawsze z tych sytuacji mieliśmy kupę śmiechu.
      Przykładowa kolacja, której jako jedynej nie zapomniałam sfotografować,
      składała się z ziemniaków podsmażanych a la frytki, ale w dużo większych
      kawałkach, sałatki, nadziewanego pora, nadziewanej papryki, gołąbka, kofty,
      wątróbki i kurczaka. Wszystko szalenie smaczne. Często pikantne.

      Wieczorem, zanim nadszedł czas na galabija party, poszliśmy do bufetu, gdzie
      spotkaliśmy się z Basemem. Basem powyciągał albumy i zdjęcia i zaczął nam
      opowiadać o AbuSimbel, bo następnego dnia rano jechaliśmy dołączeni do
      holenderskiej wycieczki (udało się, hura!) z ich przewodnikiem. Udało mu się to
      zorganizować. Niewiarygodne. Ten chłopak naprawdę się stara. Za Abu Simbel
      płaciliśmy dodatkowo 65$ od osoby.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:34
      Galabija party. Basem wyskoczył z swojej galabiji. Myślałam, że skonam, bo...w
      różowej. Najpierw była konkurencja tańca brzucha. Cóż. Wszystkie wyglądałyśmy
      komicznie. Chociaż muszę przyznać, że Justyna, młoda hinduska i pani archeolog,
      całkiem fajnie sobie radziły. Hinduska była jedną z pasażerek statku, których
      spotykaliśmy właściwie tylko w jadalni. Na górze nigdy jej nie widziałam.
      Podróżowała z rodzicami, którzy chyba byli emigrantami i jakiś czas temu
      wybrali Londyn za swój dom. Dziewczyna tańczyła, jakby te ruchy miała we krwi.
      Do tego była bardzo ładna. Pani archeolog zaś była jedną z pięcioosobowej ekipy
      Polaków podróżujących po Egipcie na własną rękę. Justyna natomiast to członkini
      naszego zespołu. Dla jednej z Holenderek konkurencja zakończyła się dość
      tragicznie. Kobieta chyba zwichnęła sobie biodro. W każdym razie nie mogła się
      ruszać, a następnego dnia widzieliśmy ją chodzącą o lasce. Po powrocie z
      AbuSimbel, widziałam jak rozmawiała z masażystą. Kiedy widzieliśmy ją jeszcze
      później, już nie miała laski i chodziła całkiem dobrze. Masażysta miał swój
      gabinet koło jacuzzi. Jak korzystaliśmy z bąbelków któregoś pięknego dnia,
      pogawędziliśmy z nim trochę. Bardzo miły młody człowiek. Ma na imię Amr.
      Wyprowadzaliśmy go z błędu, że Poland i Holland, co dla nich brzmi podobnie, to
      nie to samo, a nasze języki nawet nie są do siebie zbliżone. Był ogromnie
      zdziwiony. Po naprawdę ciekawej rozmowie, zaprosił nas na masaż i powiedział,
      że jak się zdecydujemy, dostaniemy od niego po kwadransie gratis. Usługi
      masażysty kosztowały 60LE za 30 minut masażu ogólnego. Niestety z braku czasu
      jakoś nie udało nam się z tego skorzystać. Ale wróćmy do tematu party. Po
      konkurencji brzucha nadszedł czas na rozrywkę z udziałem panów. Z naszej grupy
      Wojtek został przysłowiową "marysią". Panom zadarto galabije do góry i do pasa
      przywiązano wiszącą na sznurku rzecz o kształcie małej piłki. Zadanie polegało
      na przeturlaniu tam i z powrotem po parkiecie, drugiego takiego przedmiotu
      leżącego na ziemi, oczywiście bez pomocy rąk, a wyłącznie za pomocą ruchu
      bioder i na czas. Muszę przyznać, że w tym komicznym zadaniu Podbipięta miałby
      szansę udowodnić, że "siła w lędzwiach jest":-D Po konkurencjach potańczyliśmy
      jeszcze trochę i po setnej zabawie, jako że następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać
      o 4 rano, poszliśmy spać.
    • edithz7 Re: Tutenchamon - wspomnienia 30.11.06, 17:34
      29 X - niedziela

      Pobudka o tak nieludzkiej porze (parę minut po trzeciej) nie była wyzwaniem nie
      do pokonania, zwłaszcza mając na uwadze jej powód. Prosto ze statku
      powędrowaliśmy do autokaru, w którym siedziało już sporo ludzi. Była to grupa
      Niemców, z którymi jechała nasza trójka (ja, Sławek i Marysia) oraz Holendrzy z
      naszego statku. Autokar był na tyle mały, że nie miał toalety. Matko! Znowu!
      Dobrze, że zrobiłam na zapas. Pojechaliśmy na miejsce zbierania się konwoju,
      który wyjeżdżał o 4:30. Konwój jest tutaj tylko symboliczny i bardzo
      prowizoryczny, jak większość spotkanych przez nas przeprowadzanych tzw.
      kontroli, podczas których np. sprawdzają czy nie wnosisz aparatu lub kamery do
      miejsc, w których ich mieć nie wolno. Wróćmy jednak do konwoju. Ja rozglądając
      się na trasie, zarówno przed nami jak i za nami nie widziałam innego autokaru.
      Każdy jechał swoim tempem. Nie wiem, po co oni wprowadzili te konwoje, chyba
      tylko po to żeby utrudniać. Skądinąd słyszeliśmy opinię, że większość tych
      pożal się boże policjantów, nie ma nawet amunicji i w wypadku zamachu
      uciekaliby jako pierwsi:-) Tak czy inaczej Egipcjanie zasad starają się
      trzymać. Np. tej, że jadąc w konwoju nie wolno się zatrzymywać. Czyli o
      awaryjnym siku mowy być nie może, a mi się właśnie zachciało. Postanowiłam to
      przespać. W większości mi się udało, ale po dotarciu na miejsce poleciałam jak
      torpeda we właściwe miejsce i na szczęście nic mi nie stanęło na drodze, bo
      staranowałabym. W drodze powrotnej z Abu Simbel okazało się, że moje
      poświęcenie było daremne, bo jak kierowcy zachciało się siku, postój wszakże
      okazał się możliwy.

      Abu Simbel. Najbardziej chyba kojarzona z Egiptem, zaraz po piramidach z Gizy,
      świątynia. Robi wrażenie takie, jak wygląda - kolosalne. Cztery gigantyczne
      ponad 20 metrowe posągi Ramzesa II siedzące na potężnych monstrualnych tronach
      przed wejściem do świątyni, zapierają dech w piersi. Wrażenie to ulega
      spotęgowaniu po zbliżeniu się do posągów. Są tak wielkie, że kiedy stoi się
      blisko, niemożliwą rzeczą jest objąć wzrokiem choć jeden w całości. Niestety
      wewnątrz tej świątyni nie można robić zdjęć. Jak w wielu innych w Egipcie.
      Podejrzewam, że chodzi o ochronę farb. Zgadzam się z tym całkowicie. Jeden
      tylko fakt nie daje mi spokoju. Po cholerę taka ochrona, skoro całymi dniami
      świecą się tam lampy? Chyba, że rodzaj emitowanego przez nie światła nie ma
      wpływu na kolory reliefów. Wtedy zgoda.

      Światynia AbuSimbel z powodu budowy wielkiej tamy asuańskiej została
      przeniesiona w całości 60m wyżej i 180m na zachód od oryginalnego położenia.
      Przeniesienie było konieczne, gdyż w przeciwnym wypadku świątynia zostałaby
      zalana. Pierwotne położenie AbuSimbel nie było przypadkowe - jest ona świątynią
      najdalej wysuniętą na południe. Została zbudowana niedaleko granicy z dawną
      Nubią. Ramzes II chciał pokazać światu, że nie bez powodu nazywają go Wielkim.
      I pokazał. Z całej świątyni aż kapie moc i potęga. Ściany zewnętrzne ozdobione
      są reliefami przedstawiającymi Nubijczyków i Azjatów w niewoli, jak smagani
      biczami i w kajdanach na szyi idą na klęczkach. Faraon chciał przerazić i
      odstraszyć potencjalnych wrogów Egiptu. Na śmiałków, których posępne cztery
      oblicza Ramzesa II nie odstraszyły i którzy mimo wszystko odważyli się
      przekroczyć granice Egiptu, a nawet wejść do świątyni, czekały jeszcze reliefy
      przedstawiające zwycięstwa faraona nad Syryjczykami, Nubijczykami, Libijczykami
      i Hetytami w bitwie pod Kadesz. Przy wejściu do środka moją uwagę przykuł klucz
      do współczesnych bram świątyni - olbrzymi ankh. Wielu ludzi robiło sobie z tym
      kluczem zdjęcia pamiątkowe. Oczywiście nic za darmo. My sobie podarowaliśmy.

      Abu Simbel była jedyną świątynią, którą zwiedzaliśmy z właściwą książką w ręku.
      Mowa o "Podróży po Egipcie faraonów". Przydał się też kurs szybkiego czytania.
      Skanowanie tekstu umożliwiło mi błyskawiczne znalezienie odpowiednich
      fragmentów opisu. Dzięki temu wiedzieliśmy dokładnie na co właśnie patrzymy.
      Super sprawa. Polecam. Kiedy skończyliśmy oglądać świątynię Ramzesa, udaliśmy
      się do stojącej nieopodal mniejszej świątyni wybudowanej dla jego ukochanej
      żony - Nefertari. Fasadę świątyni zdobi sześć wielkich posągów, z których dwa
      przedstawiają królową, zaś pozostałe 4 króla. Ponieważ wszystkie posągi
      znajdują się w pozycji stojącej z lewą nogą wysuniętą do przodu, zdają się
      jakby w szyku wychodzić z góry. Świątynia Nefertari poświęcona jest bogini
      Hathor, dlatego na ścianach znajdziemy przede wszystkim jej wizerunki w różnych
      scenach. Kolumny będące filarami świątyni są kolumnami hathoryckimi.

      Więcej nie napiszę o Abu Simbel, ponieważ świątynie te są tak piękne, że trudno
      mi dobrać słowa, aby nie zniekształcić obrazu. Są jak najbardziej warte
      zobaczenia. Nie żałowaliśmy ani przez momencik pieniędzy wydanej na tę
      wycieczkę. Było bardzo bardzo warto. Przed wejściem do świątyni, obok budynku,
      w którym pokazany jest na zdjęciach, wraz z opisem, cały proces przenoszenia
      AbuSimbel, można kupić wszelkiej maści albumy o egipskich zabytkach w różnych
      wersjach językowych (widziałam nawet polską). Mają tego cały przekrój. Jednak
      najpopularniejsze są te, na które składa się kilkanaście kolorowych zdjęć
      formatu A4 z reliefami z obu świątyń. Jako, że w środku świątyni obowiązuje
      zakaz fotografowania, warto tam się zaopatrzyć w takie pamiątki. Ja założyłam,
      że znajdę sobie później te zdjęcia w necie, a że nie udało mi się zebrać
      kompletnej pracy na ten temat, żałuję że nie kupiłam tych reprodukcji. Basem
      wspominał, że większe zdjęcia A4 kosztować powinny 35LE, a formatu A5 - 15LE za
      album. Wskazówka, jaka mi się jeszcze przypomina, to ta, że cieszyłam się z
      zabrania poduszek ze statku. W drodze spało mi się super wygodnie, a jechaliśmy
      270km i zajęło nam to około 2,5-3h. Na miejscu byliśmy po 7 rano. Na zwiedzanie
      świątyń mieliśmy 2h, co w zupełności wystarczyło. Toaleta koło Abu Simbel
      kosztowała 1LE. Trzeba uważać, żeby nie spóźnić się na odjazd konwoju (godz.
      10:00), bo można zafundować sobie nocleg.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka