Dodaj do ulubionych

REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcinkach

24.09.03, 22:23
WSTĘP - Wyruszamy do Luksoru

Hurgada, trzeci dzień pobytu. Jesteśmy całkowicie spakowani. Wszystkie bagaże
zniesione i ustawione obok recepcji. Poza mną i żoną na wycieczkę wybiera się
z naszego hotelu jeszcze 5-cio osobowa rodzina.
Wyjazd zaplanowany jest na godzinę 4:00. Niestety autokar spóźnił
się "jedynie" godzinę. Ale to i tak drobiazg. Po objechaniu Hurgady i hoteli
od miasta oddalonych, by zebrać resztę towarzystwa na rejs, okazuje się, że
trzy osoby z grupy nie zostały wcale odebrane z ich hotelu, bo recepcja nie
mogła ich znaleźć. Wątpliwa wymówka :o/
Podobno pracownicy hotelu we własnym zakresie spróbują ich wyekspediować
własnym środkiem tansportu i dogonić autokar.

Autokar klimatyzowany, ale swoją świetność ma już za sobą. Dość zimno, ale
przewodnik prosi nas byśmy nie przykręcali wentylatorów, bo kiedy upał
sięgnie zenitu, to klimatyzacja nie zdąży już wychłodzić autokaru. Byliśmy o
tym uprzedzeni jeszcze przed wyjazdem z Polski, więc zaopatrzyliśmy się każdy
po jednym ciepłym swetrze. Żona wzięła ze sobą nawet jasiek i teraz smacznie
spała obok mnie. Ja zaś aparatem fotograficznym utrwalałem widoki. Jedziemy
do Safagi, wygodną trzypasmową drogą zbudowaną swego czasu przez DROMEX.
Ciekawe czemu Polacy nie potrafią takich dróg budować u siebie w kraju?
W Safadze dołączamy do konwonwoju. Autobusów chyba ze 40, dodatkowo
mikrobusy. Policja turystyczna na półciężarówkach ustawia się z przodu i na
tyle konwoju. Ich półciężarówni odróżniają się od pozostałych pojazdów w
Egipcie swoim idealnym stanem, wielką anteną i czarnym kolorem. Ruch
samochodów tubylców w miejscu formowania konwoju całkowicie zablokowany.
Kiedy ruszamy, każdy pojazd konwoju musi przejechać szykanę ustawioną z
beczek i tarcz kuloodpornych. Wsztskie boczne drogi zablokowane przez
policję. Zaczynamy się dość szybko rozpędzać i okazuje się, że pomimo
całkowitego lekceważenia przepisów drogowych przez Egipcjan, jednak są u nich
pewne niepisane zasady. Jedną z nich jest przepuszczanie pojazdów o
mocniejszym silniku. Jeden klakson - pozdrowienie, dwa klaksony uważaj.
Często samochód z przodu uprzedza tych z tyłu za pomocą kierunkowskazu, że
można lub nie wyprzedzać. Taką zasadę posługiwania się kierunkowskazami
spotykałem na każdym kroku w Niemczech. W Polsce to żadkość. Wszyscy spieszą
się na czoło konwoju.
Trasa wiedzie pomiędzy skalistym niedostępnym wąwozem. Dobrze, że islamscy
ekstremiści sami zrozumieli, że ich działania z lat dziewięćdziesiątych
przyniosły jedynie im samym klęskę i sami zadeklarowali rezygnację z
drastycznych metod działania. Gdyby mieli ochotę nadal napadać na turystów,
to ta droga nadawałaby się do tego idalnie. Jeden duży głaz i cały konwój
byłby unieruchomiony. Konwój na prostych odcinkach rozciąga się na długości
kilkunastu kilometrów, a prędkość... (oczy wychodzą mi z orbit) 120-130 km/h.
Gdzieś w połowie drogi do Luksoru stoją 2 przydrożne bary, nędzne dość, a
warunki sanitarne żenujące. Ale co robić, pewnie właścicielem tego przybytku
jest wujek pilota konwoju ;o) Tam też mamy pierwszy postój na papieroska, czy
odcedzenie kartofelków. Można kupić napoje czy coś na ząb, chociaż hotele
wyposażyły nas w suchy prowiant. Po ok. 40 minutach policja nawołuje do
zajęcia miejsc i powoli egipski wyścig LeMans rusza do walki o najlepsze
miejsce w konwoju.
Zdumiewającą dla nas sprawą był fakt, że kiedy przejeżdżaliśmy przez miasto
Kena, wszystkie boczne drogi i ulice były blokowane przez policję i nasz
konwój jechał na złamanie karku nawet przez miasto. Mało tego zatrzymywali
nawet egipskie samochody zdąrzające w tym samym kierunku co my. Widać pilot
zawiadamiał o zbliżaniu się konwoju każdy posterunek policji. Oni zaś stwiali
zapory i wstrzymywali ruch, nawet osiołków. Droga od keny biegnie obok kanału
nawadniającego. Wokół trasy zielone pola uprawne. Dowiadujemy się, że takie
główne kanały nawadniające budowane są równolegle do Nilu. Opłata za
wykorzystywanie z nich wody do nawadniania pól jest bardzo symboliczna, lecz
co roku każdy właściciel pola musi odpracować pewien czas nprzy konserwacji
kanału. Gdzie niegdzie widać wiejskie domki, a raczej lepianki zbudowane z
mułu wydobywanego z kanału. Widok żałosny. Pola od wielu lat (a konkretnie od
prezydenta Nassera, który znacjonalizował większość latyfundiów i rozdał
ziemię rolnikom)stale są dzielone pomiędzy kolejnych potomków rolników. Więc
wielkość tych poletek nasuwa przypuszczenie, że ledwie mogą wyżywić ich
właścicieli, nie mówiąc już o jakichkolwiek zyskach. Co kilkadziesiąt metrów
zbudowane są studzienki obok których stoją spalinowe pompy przepompowujące
wodę z kanału do studzienki, z której rozchodzą się po polu kanaliki. Gdzie
niegdzie widać małe pożary spowodowane prawdopodobnie iskrą z pracującej
pompy. Niestety nie wszystkich fellachów stać na taką pompę spalinową. przy
takich poletkach znajdują się pompy ręczne, napędzane za pomocą koła
zamachowego kręconego siłą mięśni rąk.
W kanałach Egipcjanki piorą, zmywają naczynia, gdzie niegdzie dzieci
baraszkują w wodzie. Mężczyźni zaś myją się lub poją osiołki lub kozy.
Co mnie zastanowiło, to fakt, że przez całą drogę nie zauważyłem ani jednej
kury. Czyżby mieszkały z właścicielami w domach i nie były wypuszczane by nie
wyjadły ziarna?
Co rośnie na tych polach. Głównie kukurydza, trzcina cukrowa, jakieś zboże
(nie znam się na zobżu), a wszędzie rosną palmy daktylowe, obwieszone
dojrzewającymi owocami. czzasem można zauważyć palmy bananowe, jest ich
jednak niewiele.
Skręcamy pod kątem prostym do kanału wzdłuż którego jechaliśmy od długiego
czasu. Dojeżdamy do przedmieść Luksoru, które jednak zostawiamy za sobą
kierując się na drugą stronę Nilu.Przejeżdzamy przez most nad Nilem na
Zachodni Brzeg, którego strzegą dwa kamienne lwy. Są to posągi z poprzedniego
stulecia.

(w następnym odcinku zwiedzamy Zachodni Brzeg i Luksor)
Obserwuj wątek
    • pc_maniac cz.1 Kolosy Memnona i Świątynia Hatszepsut 24.09.03, 23:19
      cz.1 Kolosy Memnona i Świątynia Hatszepsut

      Nasz autokar miał niezłą ilość koni mechanicznych więc gdy przejeżdżaliśmy
      przez most, byliśmy w pobliżu czoła konwoju.Niecały kilometr od mostu autokar
      zjeżdża z drogi na parking zorganizowany na gołej ziemi. Po prawej stronie
      widać dwa tzw. Kolosy Memnona. Tutaj oczywiście łyk historii z ust przewodnika.
      Są to posłągi Amenhotepa III z okresu Nowego Państwa. Każdy z kolosów wykuty
      jest z jednego kamiennego bloku i ma ok. 18 m wysokości. W starożytności
      słynęły one z przypominającego uderzenie w dzwon dźwięku, jaki o wschodzie
      wydawał posąg wysunięty bardziej na północ. Grecy wierzyli, że kolosy
      przedstawiają słynnego wojownika Memnona, który w drodze powrotnej spod Troi
      zawędrował tutaj zabłądziwszy dożył swych sotatnich dni życia. A dźwięk jaki
      wydobywał się z kolosa to zawodzenie z powodu tęsknoty za roziną i ojczyzną.
      Archeolodzy podejrzewają, że dźwięk powodowało powietrze wydobywające się z
      porów kamienia, ogrzanego promieniami słońca. Niestety już od wieków, kolos nie
      zawodzi. Pomnik został odnowiony na polecenie Septimusa Sewera w 170 r.n.e. i
      od tego czasu zamilkł. Mniejsze postacie, które można zauważyć u stóp posągów
      przedstawiają żonę Amenhotepa III Teję i matkę Mutemuję. Należy zwrócić uwagę,
      że sztuka starożytnego Egiptu kierowała się zasadą, że wszelkie postaci
      przedstawiane obok wizerunków faraonów sięgały władcy najwyżej do kolan.
      Odstępstwem od tej reguły były postaci bogów, które wzrostem miały prawo
      dorównywać faraonowi, który również uważany był za boga. Ale to nie jedyne
      odstępstwo. Ewenementem w skali całego Egiptu są postacie żony Ramzesa II,
      Nefertari, która w swojej świątyni w Abu Simbel wzrostem równa jest swemu
      mężowi. Wielka musiała być miłość ramzesa do swojej żony, że dla niej jednej
      złamał kanony sztuki egipskiej.
      Kolosy Amenhotepa III stały dawniej przed pylonami świątyni pogrzebowej,
      świątynia zaś była olbrzymia i swoimi rozmiarami przewyższała nawet świątynię w
      Karnaku. Niestety trzęsienia ziemi nie było dla niej łaskawe, a kolejni
      faraonowie wykorzystali jej elementy jako tanie źródło materiału budowlanego
      dla swoich przedsięwzięć. Resztę załatwiły częste w tamtych czasach wylewy Nilu.
      Obecnie w tym miejscu pozostały jedynie mocno zniszczone Kolosy. Kamienna
      stella i kilka baz kolumn wywiezione zostały do Muzeum Egipskiego.
      oczywiście pamiątkowe zdjęcia (biegaliśmy jak szaleni by znaleźć najlepsze
      miejsce na zrobienie fotek, tak by ująć obydwa posągi).
      Temperatura całkiem znośna, choć odczuwamy już wzmagający się upał. Po około 2-
      30 minutach wracamy do autokaru. Kiedy myśmy podziwiali Kolosy, jeden z naszych
      przewodników (było ich dwóch, jeden Polak, drugi Egipcjanin), udał się
      nieopodal do kasy biletowej, gdzie należy nabyć bilety upoważniające do
      zwiedzania wszelkich zabytków na Zachodnim Brzegu jak rówież w Luksorze.

      Kierunek - Świątynia Hatszepsut.
      Jedziemy autokarem około 20 min. Po dojechaniu do parkingu wysiadka i "droga
      krzyżowa" pomiędzy handlarzami pamiątek do świątyni (ok. 400 m) Oczywiście
      wszyscy rzucają się do aparatów i kamer, bo świątynia robi niesamowite
      wrażenie. W zboczach skał wydrążone jaskinie koptyjskich pustelników, a po
      lewej mijamy dawne zabudowania misji archeologicznej. Już na schodach świątyni
      czuje się lejący z nieba żar. Ponad godzinę zwiedzania i słuchania przewodnika
      (oraz biegania z kamerą lub aparatem) okazuje się dla niektórych zbyt
      wyczerpujące. Z całej wycieczki do końca zwiedzania dotrwało ok. 30%. Reszta
      osób udała się na własną rękę do autokaru, albo poukrywała się w zacienionych
      miejscach.
      Hatszepsut była córką Totmesa I. Została wydana za mąż za przyrodniego brata.
      Mąż jej panował w Egipcie jako Totmes II. Niestety zmarło się biedakowi w wieku
      trzydziestu lat, a tron powinien przypaść jego synowi Totmesowi III. Niestety
      jego macocha (właśnie Hatszepsut) miała inne planyi ogłosiła się faraonem.
      Można w świątyni obejrzeć podobizny tej kobiety faraona, ubraną w podwójną
      koronę Górnego i Dolnego Egiptu, ze sztuczną bródką symbolizującą faraona, jak
      i w nietypowym dla kobiet ciemnym (czerwonawym) kolorze skóry. Kolejną
      ciekawoostką dla Polaków jest fakt odbudowy świątyni w latach 1961-2000 przez
      polskich archeologów. Niestety nie cała świątynia została odbudowana. W
      starożytnościprzed schodami znajdowało się sztuczne jezioro, za nim pylony
      frontowe, a dalej aleja sfinksów. Obecnie można jedynie podziwiać centralną
      część trzypiętrowej świątyni, której jedynie dwa pierwsze piętra są
      udostępnione zwiedzającym. Na trzeciej kondygnacji nadal prowadzone są prace
      restauracyjne, niestety już nie przez polskich specjalistów.

      Dopiero po powrocie do Polski okazało się, że zrobiłem tutaj zdjęcie świątyni,
      które mogę spokojnie uważać za ewenement w skali światowej - pomimo, że cały
      czas przez obiekt przewija się niesamowita ilość turystów, udało mi się
      uchwycić ujęcie całej świątyni na którym NIE MA ANI JEDNEJ ŻYWEJ DUSZY. I nie
      jest to żaden retusz :D

      W drodze powrotnej znów "droga krzyżowa" pomiędzy handlarzami, ale bardziej
      owocna, bo kiedy widzą, że turyści będą odjeżdżać, to w targowaniu się są dużo
      bardziej elastyczni. Niektórzy robią nawet zakupy w otwartych drzwiach autokaru.

      (w następnym odcinku Dolina Królów, Wytwórnia pamiątek z alabastru i Luksor)
      • pc_maniac cz.2 Dolina Królów Wytwórnia Alabastru 25.09.03, 00:47
        cz.2 Dolina Królów Wytwórnia Alabastru

        Po niespełna 30 min wjeżdżamy w przesmyk pomiędzy bardzo stromymi i skalistymi
        górami, którym wiedzie asfaltowa droga. Teren wydaje się być tak nieprzyjazny
        dla człowieka jak to nawet w snach nam się nie śniło. Przewodnik żartuje, że
        wjeżdżamy do "piekła". Cóż, po wyjściu z autokaru okazuje się, że nie
        przesadzał. Z nieba leje się żar ponad 50 stopni w cieniu (hehe, o jakim cieniu
        ja piszę, tam nie ma nawet metra cienia!).
        W okreśie największej świetności Egiptu pochowano tutaj niemal wszystkich
        faraonów. Dolinę wybrano świadomie. Ukształtowanie terenu pozwalało strażnikom
        obserwować cały teren ze szczytów okalających ją wzgórz. Miało to uchronić
        grobowce przed grabieżami. Niestety nie uchroniło. Już w czasach starożynych
        nagminne stały się włamania do grobowców. Archeolodzy sądzą, że dokonywali je
        często robotnicy, którzy pracowali przy drążeniu grobowców. Bardzo częstym
        sposobem dostawania się do pomieszczeń było wydrążanie pionowych szybów powyżej
        wejścia. Dzięlki temu złodzieje nie musieli niszczyć plomb chroniących wejścia
        wskazywać strażnikom, że obiekt został naruszony.
        Kolejnych zniszczeń także w starożytności dokonały częste w tamtych czasach
        wylewy Nilu. Praktycznie jedynym prawie nienaruszonym grobowcem był odkryty
        przypadkowo przez Howarda Cartera w 1922 roku grobowiec Tutanhamona.
        Przypuszczalnie było to spowodowane usilnym doążeniem następców tego faraona by
        nazwisko Tutanhamona zostało wymazane na wieki z historii Egiptu. Wszelkie
        znaki i opisy jego bardzo krótkich rządów były z wielką pieczołowitością
        niszczone. A sam faraon, tak jak jego ojciec Echnaton wyklęty jako hehrtyk.
        Niestety wszelkie znaleziska jakie odkrył Carter zostały wywiezione z grobowca
        do różnych muzeów, więc sens zwiedzania jego grobowca jest kontrowersyjny. Tym
        bardziej, że cena biletu dziesięciokrotnie przekracza cenę biletu zezwalającego
        na zwiedzenie trzech innych grobowców. A znajduje się ich tutaj zatrzęsienie.
        Więkoszość odrestaurowana, z przepięknymi kolorowymi reliefami na wszystkich
        ścianach.
        Przechodzimy przez bramkę, gdzie okazujemy bilety wstępu. Musimy również
        przejść przez pobieżną kontrolę toreb i plecaków. Panuje tutaj całkowity zakaz
        wnoszenia kamer i aparatów cyfrowych, dzięki którym możnaby wykonywać filmy.
        Znajduje się tutaj przechowalnia tego rodzaju sprzętu. Po drugiej stronie
        tłoczymy się w kilka wycieczek pod malutkim zadaszeniem czekając aż nasz
        egipski przewodnik załatwi transport śmieszną kolejką spalinową przypominającą
        wagoniki z Disneylandu. Upał zaczyna tak doskwierać, że co niektórzy wyjmują
        napoje z plecaków i polewają twarz, szyję lub całą głowę. My wzieliśmy na
        wyprawę spryskiwacz do bielizny i całą drogę trzymaliśmy go w termoplecaku,
        więc teraz zimna mgiełka na twarz daje cudowne wytchnienie.

        Po około 250 metrowej jeździe tą śmieszną kolejką, w której nie można było się
        czegokolwiek dotknąć by nie poparzyć dłoni, dojeżdżamy na miejsce.
        Przewodnik pokazuje nam wejścia do grobowców i proponuje które trzy grobowce
        wartoby odwiedzić. Trochę szkoda, że jedynie 3. Czwarty będziemy mogli zwiedzić
        już bez przewodnika. Kierujemy się do pierwszego zejścia pod ziemię,
        wydrążonego w skale. Ok. 100 m w głąb, korytarzem przepięknie przyozdobionym
        malowidłami i reliefami i jesteśmy w głównej sali. Po drodze mijamy egipskich
        pracowników w galabijach, których jedynym zajęciem jest pilnowanie aby żaden z
        turystów nie robił zdjęć z lampą błyskową (podobno można za to stracić aparat
        lub kamerę). Próbuję robić fotki bez lampy ale jest tak ciemno, że po
        obejrzeniu zdjęcia na monitorku apartu nadają się jedynie do kasacji. Żałuję,
        że nie przywiozłem do Egiptu statywu, ale pewnie by zabrali do przechowalni.

        Po wysłuchaniu kolejnej porcji historii w wydaniu p. Radka Krobskiego
        (polskiego przewodnika wychodzimy na powierzchnię. Rety, przed wejściem
        myślałem, że na dworze jest gorąco, teraz łykam świeże powietrze jak ryba
        wyrzucona na brzeg. Idziemy do drugiego grobowca, tam oczywiście kolejna porcja
        historii, pokaz zdobień sarkofagu, podobno jedynego jaki pozostał w Dolinie
        Królów (reszta została przetransportowana do muzeum w Luksorze lub w Kairze).
        Po 5 osób wchodzimy pod sarkofag (więcej się nie zmieści) i tam przy świetle
        latarki elektrycznej podziwiamy jego zdobienia. Pozostałem nieco w tyle i
        dzięki bakszyszowi wręczonemu pilnującemu Egipcjaninowi robię kilka fotek
        fresków naściennych. Gościu strasznie się bał, więc nie przesadzałem - 3 fotki
        wystarczą.
        W drodze powrotnej dość długim korytarzem nogi odmawiają mi posłuszeństwa i
        zostaję nieco z tyłu grupy, która liczy już i tak dużo mniej osób niż po
        wyjściu z autokaru. Żona bierze ode mnie termoplecak, a ja po krótkiej przerwie
        i skropieniu się zraszaczem zaczynam to na czworakach, to w pozycji zgiętej
        wypełzać z grobowca. Na zewnątrz dowiadujemy się od przewodnika, że w środku
        temperatura przekraczała 70 st. Odpoczynek 10 min na kamiennym murku, parę
        fotek jakby krajobrazu przeniesionego z marsa i ruszam na podbój trzeciego
        grobowca.
        Prawdopodobnie jego wlot jest we wschodnim zboczu i światło słoneczne nie
        zdążyło nagrzać powietrza wewnątrz, bo jego zwiedzanie idzie mi nieco lepiej
        niż poprzedniego. Przepiękne freski, niestety zniszczone gdzie niegdzie przez
        powodzie, jakie dotknęły w czasach starożytnych tę dolinę. Po zwiedzeniu
        grobowca powrót na powierzchnię.

        Przewodnik wskazuje kolejny grobowiec, który możemy już zwiedzić sami na własną
        rękę. Szczerze mówiąc nie pamiętam czy ktoś ruszył "zaliczyć" ten obiekt, ja
        osobiście nie miałem już siły (żona również). Po ok. trzydziestu minutach
        zbieramy całą grupę i udajemy się w kierunku kolejki spalinowej, która ma nas
        zawieźć w kierunku parkingu. Przewodnik doradza nam byśmy kupili od tamtejszych
        handlarzy pamiątek, karty pocztowe w formie harmonijek. Faktycznie są piękne i
        całkiem niedrogie kiedy się ostro potarguje. Niestety nie zauważyłem, że mają
        tych harmonijek-kartek kilkadziesiąt zestawów, bo kupiłbym więcej. Cóż, przy
        takim upale nawet szare komóry zaczynają się topić.

        Ładujemy się do autokaru, który pomimo klimatyzacji jest już ciepły, choć 26-27
        stopni wewnątrz to przy 50 na zewnątrz jest i tak rajem :o)

        Znów jazda pomiędzy stromym niedostępnym kanionem, która wiedzie nas do małej
        wytwórni alabastru. Tak naprawdę, to wytwórnia znajduje się gdzie indziej,
        tutaj zaś właściciel zorganizował coś w rodzaju małej manufaktury, gdzie
        rzemieślnicy na oczach turystów prezentują ręczne sposoby obróbki materiałów z
        których powstają tak poszukiwane przez turystów pamiątki. Pracownicy sa w
        wyśmienitych humorach, cały czas roześmiani, dowcipkujący i śpiewający
        zabawiają naszą rupę. Każdy z nas zostaje uraczony zimnym napojem i oprowadzony
        po salach pełnych figurek, atbliczek, wazonów, dzbanów, skarabeuszy i
        wszelkiego dobra, które z takim pietyzmem turyści taszczą spowrotem do domu by
        obdarowywać nimi rodziny, przyjaciół, czy też ustawiać na półeczkach jako
        kolejne eksponaty z podróży po świecie. Oczywiście targowanie się o cenę każdej
        z pamiątek jest tu obowiązkowe. Po obkupieniu się w "najbardziej niezbędne
        turyście towary" wracamy do autokaru i jazda w kierunku przystani motorówek.

        Tutaj czeka nas przeprawa przez Nil na Wschodni Brzeg, gdzie udamy się do
        restauracji. Podróż rozklekotaną i śmierdzącą benzyną motorówką daje pewne
        wytchnienie, a świeża bryza przywraca nam siły i poprawia humory.
        Zbliżamy się do gęsto zabudowanego nabrzeża Luksoru, przy którym cumują setki
        statków pasażerskich. Po zejści z pokładu jeszcze kilka metrów i wchodzimy do
        sali baru szybkiej obsługi, bo na restaurację toto nie wyglądało. Nieco tu
        brudno, klimatyzacja się nie wyrabia. Dobrze chociaż, że jedzenia w bród, choć
        niezbyt wykwintnego.
        My siadamy do stołów na których poustawialiśmy talerze pełne
        • pc_maniac cz.2 Dolina Królów Wytwórnia Alabastru(c.d.) 25.09.03, 00:49
          My siadamy do stołów na których poustawialiśmy talerze pełne jadła, a nasz
          biedny przewodnik musi niestety zrezygnować z posiłku.
          Okazało się, że turyści, którzy nie wyjechali z nami z Hurgady dotarli wreszcie
          do Luksoru i p. Radek postanowił obwieźć ich trasą, którą niedawno myśmy
          zwiedzili. Dzięki temu pomimo problemów jakie ich dotknęły nie będą pozbawieni
          możliwości obejrzenia tych atrakcji, a przy okazji niech się trochę pomęczą tak
          jak niedawno my.

          (w następnym odcinku: Zwiedzamy Karnak i zakwaterowujemy się na statku. Koniec
          pierwszego dnia wyprawy)
          • pc_maniac cz.3 Zwiedzamy Karnak i zakwaterowanie na statek 25.09.03, 16:44
            Zwiedzamy Karnak i zakwaterowanie na statek

            Karnak - jedna z najpiękniejszych i największych świątyń w Egipcie. W
            starożytności jej nazwa to IPET-ISUT co znaczy Najdoskonalsze z Miejsc.
            Jej blask przyćmiewa jedynie świątynia Ramzesa II w Abu Simbel. Za to jej
            wielkość nie ma sobie równych. Archeolodzy podejrzewają, że większa od niej
            mogła być Świątynia pogrzebowa Amenhotepa III, niestety zostały z niej jedynie
            Kolosy Memnona i kilka fragmentów, które przewiezione zostały do muzeów.
            Karnak był centrum największego miasta starożytnego Egiptu - Teb. Była ona
            również rezydencją większości faraonów, ośrodkiem administracyjnym oraz
            skarbcem. Jedynie podczas rządów "rewolucyjnego" faraona Echnatona, oraz jego
            syna Tutanhamona, Karnak stracił swoje znaczenie. Choć nie do końca. Po
            pierwsze był w tym czasie ośrodkiem zbuntowanych kapłanów, a Echnaton, by
            zatrzeć symbolikę innych bogów sam również wybudował w Karnaku świątynię Atona,
            uważanego przez niego za jedynego (oczywiście poza nim samym ;o) )boga.
            Bardzo wielu turystów mylnie uważa, że Karnak to świątynia Luksorska.
            Teoretycznie znajduje się ona w obecnych granicach administracyjnych miasta.
            Ale świątynią Luksorską nie jest, ta zaś od Karnaku oddalona jest o ok. 2 km w
            linii prostej, z którą połączona jest ulicą Al-Karnak.
            Archelodzy do dzisiaj nie wiedzą kiedy powstały pierwsze budowle w tym
            kompleksie ponieważ wielu kolejnych faraonów rozbudowywało ją, poświęcając
            kolejne obiekty różnym bogom. Pierwotnie świątynię łączył z Nilem kanał, a w
            miejscu gdzie rozpoczynają zwiedzanie wszystkie wycieczki znajdowało się
            sztuczna zatoka z której wypływał faraon w podróże po swoim królestwie. Już
            droga wejściowa do świątyni, która zaczynała się w miejscu tej zatoki,
            ozdobiona po obu stronach sfinksami baraniogłowymi zapowiada niesamowite
            przeżycia.

            Przechodzimy prze pierwszą parę pylonów (staroegipskich bram, służyły one
            kapłanom rownież jako komora nagłaśniająca, by donośnym głosem mamić plebs
            udając głos bogów) i wkraczamy do wnętrza Wielkiej Świątyni Amona. Religia
            chrześcijańska ma prawdopodobnie pewne zapożyczenia również z religii
            starożytnego Egiptu, ponieważ wszystkie świątynie były tutaj poświęcane trójcy.
            Taką trójcą w Świątyni Amona są poza oczywiście Amonem rownież Mut i Chonsu.
            Większa część zbudowana została za panowania władców Nowego Państwa, a
            szczególnie Hatszepsut, Totmesa III, Setiego I i oczywiście Ramzesa II, który
            stworzył najwięcej świątyń w starożytnym Egipcie.
            Niektóre obiekty sięgają również czasów panowania Ptolemeuszy. Po przejściu
            przez Wielki Dziedziniec naszym oczom ukazuje się cudowna, niepowtarzalna i
            powodująca zawrót głowy Wielka Sala Hypostylowa. Stoją tam 122 kolumny o
            wysokości 15 m oraz 12 centralnych o wysokości !!! 21 m. Aby objąć którąkolwiek
            z tych kolumn musiałoby się chwycić za ręce aż 6 dorosłych osób!
            Wszystko tutaj jest olbrzymie, wprawie idealnym stanie, a człowiek czuje się
            malutki i mało znaczący. Moja szczęka sama zjechała do samej ziemi i żona
            musiała mnie przywoływać do porządku, inaczej stałbym tak z rozdziawioną gębą i
            pewnie zgubiłbym naszą wycieczkę.
            Warto pozostawić sobie na nieco taśmy w kamerze na sfilmowanie Wielkiej Sali
            Hypostylowej, ponieważ gęste ustawienie kolumn nie daje możliwości zrobienia
            atrakcyjnych zdjęć, które oddałyby jej ogrom. Mnie jak na złość skończył się
            prąd w kamerze i byłem niewymownie wściekły.
            Odbiję to sobie przy następnej wizycie.
            Panuje tu straszny tłok, wokół słychać setki języków, a tysiące ludzi biega z
            kamerami, aparatami lub grzecznie przysłuchuje się kilkudziesięciu przewodnikom
            opowiadającym historię tego miejsca.
            Pierwszy raz (choć nie ostatni) stykam się w Egipcie z turystami z Japonii. Oni
            również mogliby służyć za atrakcję, ubrani w zabawne czapeczki z wiatraczkami i
            w różne supernowoczesne gadżety czasów procesora i plastiku.

            Biegam jak w amoku z aparatem, a wszędzie jest coś co pragnę utrwalić. Są tu
            przecież kolosy faraonów, obeliski, kolejna świątynia na tyłach, gdzie
            znajdowała się największa relikwia starożytnego Egiptu - tzw. Słoneczna Barka.
            Obok niej do dzisiaj przetrwało Święte Jezioro. Na terenie świątyni mieli prawo
            przebywać jedynie faraon, wyżsi urzędnicy, oraz kapłani wyższych kręgów
            wtajemniczenia i w jeziorze tym dokonywali rytualnych ablucji.

            Koptowie, którzy zadomowili się w Egipcie już po upadku władzy fatraonów mieli
            dość ambiwalentny stosunek do sztukie egipskiej (podobnie jak dawni muzułmanie)
            i starali się niszczyć wszelkie obrazoburcze symbole na jakie natrafili. Widać
            nie byli zbyt skrupulatni w poszukiwaniach takich symboli, bo na jednej ze
            ścian świątyni Amona można zobaczyć relief przedstawiający faraona z dłuuugim
            przyrodzeniem. Jest to jedyny taki obraz w Egipcie, którego nie wyśledzili i
            nie zniszczyli Chrześcijanie.
            Na turystach robią również wrażenie obeliski wykonane z jednego bloku granitu.
            Niestety kilka z nich zostało zagrabionych już w XIX wieku i można je obejrzeć
            w USA, Francji i Włoszech.

            Słońce zaczyna się chylić ku zachodowi, a my nadal zwiedzamy, za to teraz mamy
            wspaniałe światło do robienia bardziej artystycznych zdjęć. Tłum kłębiący się
            dotąd zaczyna rzednąć, więc i na nas pora by udać się do autokaru. Szkoda :o(

            Kierowca ma nieco problemów ze znalezieniem naszego statku na który mamy być
            zaokrętowani, ale po zrobieniu kolejnej rundki wokół świątyni zatrzymuje się, a
            my ze wszystkimi bagażami udajemy się na pokład.
            Statek pięciogwiazdkowy. Super czysto, obsługa posługuje się w nareszcie
            zrozumiałym angielskim (o co w hotelach było trudno), boy ubrany w tureckie
            szarawary wnosi nasze bagaże i zanosi do kajut, a my zaczynamy się czuć
            jak "dostojnicy państwowi" ;o).
            W kajutach (choć nie ma tu tyle miejsca co w pokojach hotelowych) jest tak
            czysto i schludnie, że aż nie po egipsku ;o)
            W każdej kajucie wanna, telewizor, sejf, gniazdka 220V dla tych którzy
            chcieliby doładować akumulatorki do aparatów. Niestety wody z kranu nie wolno
            używać do picia nawet po przegotowaniu.

            (W kolejnej części leniuchujemy na statku, obżeramy się do nieprzytomności i
            płyniemy do Esny).

            ---
            Fotoreportaż z Egiptu:
            community.webshots.com/user/pc_maniac100
            • pc_maniac cz.4 Pierwsza doba na statku, płyniemy do Esny. 26.09.03, 20:40
              cz.4 Pierwsza doba na statku, płyniemy do Esny.

              Po szybkim rozpakowaniu się i odśweżeniu udajemy się na górny pokład, skąd,
              stojąc przy basenie podziwiamy widok Luksoru. Statek zacumowany jest na przeciw
              Świątyni Luksorskiej (nie mylić ze świątynią Karnak). Ja jednak wtedy tego nie
              wiedziałem i odpuściłem sobie tą świątynię. Podejrzewam, że ta pomyłka była
              spowodowana zmęczeniem i zbyt dużą ilością wrażeń jakie spotkały nas w
              pierwszym dniu wyprawy do Asuanu. Szkoda. Ale i tak tam wrócę :oP

              Po godzinie dźwięk ręcznego dzwonka wzywa nas na posiłek. Ach co to za
              posiłek!!! Jeśli w hotelu mieliśmy do wyboru 3 rodzaje ciepłych dań, to tutaj
              mamy dwa razy tyle, zaś egipskich wypieków nawet trzykrotnie więcej!!! Że też
              człowiek, tak jak Alf nie ma siedmiu żołądków :o(
              W trakcie kolacji pada propozycja by powrócić wieczorem do Karnaku i zrobić
              nieco fotek po zmroku, niestety byłem tak zmęczony i zauroczony wygodami na
              statku, że nie za bardzo miałem ochotę go opuścić. Więc poszliśmy z żoną spać.

              Rano przewodnik proponuje nam wycieczkę fakultatywną na Wyspę Bananową. Ponoć
              można się na niej najeść różnych owoców ile dusza zapragnie, szczególnie
              bananów, którymi niektóre wycieczki robiły sobie nawet "bitwy bananowe". Do
              odpłynięcia statku o 12:30 pozostały jeszcze 3 godziny. Nie wybraliśmy się na
              Wyspę Bananową bo postanawiamy wrócić pod Karnak gdzie chcemy rzucić ostatnie
              spojrzenie na tą przepiękną świątynię i zrobić jeszcze parę fotek. Niestety,
              kiedy gotowi do wymarszu zbliżyliśmy się do recepcji nasze plany pokrzyżowała
              informacja, że statek za pół godziny ma odpłynąć na nowe miejsce postoju o ok.
              6 km od obecnego. Obawiając się, że możemy po powrocie z Karnaku nie odnaleźć
              naszego "Titanica" (wśród kilkudziesięciu podobnych jemu, cumujących przy
              nabrzeżu w Luksorze) lub po prostu nie zdążyć z powrotem na pokład przed jego
              odpłynięciem do Esny zdecydowaliśmy się na nim pozostać.
              Niektórzy turyści wybrali się na zwiedzanie Luksoru zanim zapadła decyzja o
              zmianie miejsca postoju, więc wśród pozostałych na pokładzie trwały zażarte
              dyskusje ilu turystów nie zdąży powrócić na pokład przed rozpoczęciem rejsu.

              Wycieczka na Wyspę Bananową z p. Radkiem powróciła na stare miejsce postoju,
              zebrali resztę indywidualnych globe trotterów, a p. Radek zorganizował
              wszystkim transport motorówkami w aktualne miejsce cumowania statku. I w ten
              właśnie sposób zdążyła przed odpłynięciem. Teraz żałuję, że nie zdecydowaliśmy
              się jednak na ten indywidualny wypad.

              Ulokowaliśmy się na górnym pokładzie, gdzie na przedzie znajdował się niewielki
              basen (pomimo rozmiarów wystarczał nam w zupełności). Przed samym wypłynięciem
              dotarła na pokład jeszcze jedna wycieczka - Hiszpanów. Więc razem z nami na
              statku znalazło się ok 70 turystów, co przy prawie stuosobowym personelu
              robiło wrażenie, że mamy tu obsługę jak w bajce.

              Ruszamy w górę Nilu, mijamy most (chyba Nassera) z pięknymi kamiennymi lwami,
              którym przekraczaliśmy Nil w drodze do Kolosów Memnona. Ja biegam po pokładzie
              i filmuję brzeg, od czasu do czasu robiąc pamiątkowe fotki. Po minięciu rogatek
              Luksoru naszym oczom ukazują się pola uprawne, gdzie niegdzie nędzne lepianki,
              oraz pijące wodę z Nilu kozy i osiołki.
              Krajobraz robi niesamowite wrażenie, bo dopiero z pokładu można zauważyć, że
              dolina Nilu jest bardzo wąska. Już kilkaset metrów, najwyżej kilometr po obu
              stronach rzeki wyrastają niedostępne skaliste góry, więc kiedy czyta się we
              wszystkich przewodnikach, że życie w Egipcie toczy się głównie nad Nilem, to
              człowiek zaczyna się zastanawiać, jak te prawie sto milionów Egipcjan może się
              pomieścić na tak małym pasie żyznej ziemi.
              Druga kwestia, to prawie całkowity brak jakichkolwiek małych miasteczek na tej
              trasie. Na długości kilkuset kilometrów widzimy jedynie Esnę, Edfu, Kom Ombo i
              Asuan. Reszta trasy to zaledwie malutkie wioski składające się z kilku,
              kilkunastu lepianek.

              Ok. 13:00 "Woźny zaczyna biegać ze swoim dzwonkiem, wzywając na obiadek. Łał,
              kolejna wyżerka. Szybki spacerek do kabiny, przebieramy się do obiadku
              (przecież nie wypada żebym do tak eleganckiej sali wszedł w krótkich spodenkach
              jak skaut (piwny).Tym razem główne dania kosztuję jak wróbelek, zostawiając
              sobie miejsce na ciasta i torty. No co?! Nie ukrywam, że jestem strasznym
              łakomczuchem?! Stoły uginają się od wyżerki, chyba nawet w
              hotelachpięciogwiazdkowych nie ma tyle jedzonka co na statku. Nie wspomnę już o
              15 rodzajach ciast, ciastek i tortów, jest również budyń, galaretki z owocami,
              masa sałatek warzywnych lub owocowych. Wszyscy w wyśmienitych humorach. Słychać
              żarty, śmiechy i stukot talerzy przy stolikach pałaszujących specjały turystów.

              Po posiłku i buteleczce Stelli (bardzo smaczne egipskie piwo) idziemy do kajuty
              przebrać się w stroje plażowe, ładujemy akumulatory do kamery i aparatów.
              Termoplecaczek na plecy i hajda na górny pokłąd popływać w basenie. Brrr, jaka
              zimna woda, tylko 30 st.C ;o). Trzeba wyjść i ogrzać się w egipskim słoneczku.
              Niech znajomi w Polsce nie myślą, że ukrywałem się przed słońcem.
              Jakaś popieprzona mamusia chwali się swoim ośmioletnim synkiem, jakie ma piękne
              bąble od poparzenia słonecznego. Ja chętnie bym ją skierował do psychiatry, tym
              bardziej, że pokazuje nam, że jeszcze nie wygoiły się mu rany, które "nabył" w
              Hurgadzie, a już ma "śliczne" nowe oparzenia. Cóż idiotów nie brakuje nawet w
              Egipcie.
              Statek sunie cichutko po wodzie, brzegi przesuwają się leniwie, my zaś z żoną
              utrwalamy opaleniznę na leżakach obok basenu Od czasu do czasu, gdy zaczyna nam
              doskwierać upał wskakujemy do basenu. Coś tak cudownego zdarza się raz w życiu -
              nad nami piekące słońce, wokół szumi Nil, zielone, pełne palm i pól uprawnych
              brzegi, a w oddali skaliste góry odgradzające dorzecze Nilu od morderczej
              pustyni. Od czasu do czasu statek mija małe wysepki lub łachy wodorostów i
              morskiej trawy. Podobno Nil w tym miejscu nie przekracza 2 m głębokości?!

              Dokładnie o 16:30 wyrywa nas z błogiego lenistwa dzwonek "woźnego". Kurczę, a
              to co znowu? Po chwili okazuje się, że pozostał w Egipcie po czasach
              kolonizatorów Angielskich jeden zwyczaj - przerwa na herbatkę - tzw. Tea Time,
              choć z tego co czytałem Anglicy tea time robią o 17:00, ale co mi tam.
              Schodzimy po schodkach na niższy pokład rufowy (częściowo otwarty), gdzie
              kelnerzy roznoszą pomiędzy stolikami herbatkę lub kawę (wliczoną w cenę rejsu).
              Poprosiłem kawę, żona zgodnie z "tradycją kolonialną" ;o) zamówiła herbatkę.
              Siedząc w trójkę przy stoliku (z koleżanką poznaną na rejsie), ukrytym pzed
              słońcem parasolem (wymieniamy się wrażeniami z pobytu w Egipcie, a szczególnie
              z Hurgady.

              Po "tea time" powrót na górny pokład. Zbliżamy się do śluzy w Esnie (Isnie),
              wybudowanej w czasach "świetności" socjalizmu przez Rumunów. Musimy stanąć na
              redzie przed śluzą, ponieważ za jednym razem do urządzenia mogą wejść max. 3
              statki, a płynie ich w tym samym kierunku co my chyba setka.

              (W następnym odcinku: Zostajemy "najechani" przez "piratów"!? Szisza w Esnie i
              jak należy się targować o galabiję ;o)
              • pc_maniac Cz.5 Co to piraci? Zwiedzamy Esnę 26.09.03, 21:28
                Cz.5 Co to piraci? Zwiedzamy Esnę

                Wokół statku zaczyna rozbrzmiewać jakiś zgiełk. Zaniepokojeni podchodzimy do
                relingu. Wokół naszego "Titanica" kłębią się małe łódki z Egipcjanami (po 2 na
                każdej), od strony brzegu napływają kolejne. Jeszcze w Polsce naczytałem się
                relacji z lat 90-tych o napadach na turystów i jestem nieco zaniepokojony. Idę
                do przewodnika i dzielę się z nim swoimi obawami. On zaś śmieje się i tłumaczy
                mi, że to normalka. Kurcze, jaka normalka?!

                Trochę uspokojony jego roześmianą gębą (no przecież płynie tędy już nie
                pierwszy raz, wię jeśli żyje, to i my jakoś przeżyjemy?!
                Wokół statku kłębi się już ze sto łódek z których wydzierają się Egipcjanie i
                bombardują pokład pakunkami. Co jest do diaska, boby jakieś wrzucają czy co?
                Łup, obok nas ląduje torba foliowa, a w niej.... pięknie wyszywana "koszula
                nocna". Acha, to te ich słynne galabije, w których większość z nich paraduje
                całe życie. No może nie identyczne, te są bardziej delikatne i zdecydowanie
                bardziej ozdobne. Patrząc na ich wykonanie ma się wrażenie, że przy pierwszym
                praniu nie dość, że ozdoby się zeprą lub odpadną, to również szwy nie powinny
                wytrzymać próby prania. Są one bardziej pamiątką niż użytecznym ciuchem. Z
                pokładu łodzi wydziera się tubylec namawiając nas byśmy kupili od niego ten
                pakuneczek. Acha, teraz już skumałem o co chodzi.
                Jak się to odbywa?
                Tubylcy pakują swoje towary (galabije, chusty, szale) w foliowe torebki i
                starają się wrzucać je na pokłady, zachwalając je przy tym. Jeśli dany turysta
                okaże zainteresowanie to zaczyna się przekrzykiwanie o cenę lub turysta schodzi
                na niższy pokład do otwartych drzwi trapowych i tam próbuje sfinalizować targ.
                Często towar jest od razu odrzucany spowrotem do łódki, czasm w jej pobliżu i
                biedacy muszą je szybko wyłowić zanim pakunek nie pójdzie na dno.

                Pytam się mojego bombardiera ile chce za ten towar, który mało nie trafił mnie
                w głowę, a ten wydziera się, że 280 LE. Ech, chyba coś za drogo, ale upewnię
                się i biegnę do przewodnika żeby oświecił mnie co do wartości tego śmiesznego
                ciucha. Dowiaduję się, że za zwykłą galabiję bez ozdóbek warto dać najwyżej 20-
                25 LE i że pasowałoby kupić sobie taką "koszulę nocną", bo w czasie rejsu ma
                się odbyć tzw. "Galabija Party" - strój orientalny obowiązkowy ;oD

                Wracam do targów, niestety gościu nie za bardzo chce zejść do bardziej
                rozsądnego poziomu. Po dojściu do pułapu 65 LE nie da się zbić ceny niżej.
                Kiedy okazuje się, że Polacy nie są naiwniakami, Egipcjanie szybko zmieniają
                obiekt zainteresowań i płyną do kolejnych statków (pewnie licząc na grube
                portfele Niemców i ich zdecydowaną niechęć do targowania się), a mają tych
                statków na redzie już ponad 30, a ciągle przypływają nowe.

                Po (chyba) godzinie oczekiwania na swoją kolej statek rusza do śluzy. Wwszyscy
                pasażerowie zaczynają tłoczyć się na dziobie obserwując obiekt. Na brzegu
                znajduje się bardzo zadbana baza wojskowa (chyba w celu ochrony śluzy),
                brzegiem zaś spacerują nieco brudni i rozchełstani żołnierze z kałasznikowami.
                Niektórzy mają na sobie gumowce, co przy takim skwarze wydaje się idiotyczne.

                Po przejściu śluzy statek dopływa do nabrzeża Esny (Isny). Cumują tutaj poza
                naszym środkiem transportu chyba zaledwie 2 statki, reszta rusza w dalszą drogę.

                Dzwonek zaprasza nas na sutą kolację. Napoje nie są wliczone w cenę rejsu
                (jedynie na śniadanie, i tea time), więc zamawiamy tonic, który przy panujących
                tutaj upałach jest najlepszym sposobem na ugaszenie pragnienia.
                W takcie kolacji p. Radek proponuje wypad po posiłku do Esny na sziszę, czyli
                egipską fajkę wodną.

                Po kolacji zaczynają nas dobiegać jakieś perkusyjne wprawki. Czyżby Pink Floyd
                przyjechał na gościnne występy z utworem Kashmir? Nie, to zbliża się czas na
                tzw. Nubian Party. Towarzystwo zaczyna się schodzić w sali dyskotekowej, gdzie
                obsługa statku przebrana w stroje ludowe młóci już we wszystkie rodzaje ich
                ludowych bębnów. Jednego z nich chyba zęby bolą bo zawodzi niemiłosiernie ;o)
                Żeby wzmóc efekt jego rozpaczy ktoś podstawił mu mikrofon. Biedaczek, chciałem
                mu przynieść coś przeciwbólowego, ale żona wytłumaczyła mi, że życie w Egipcie
                jest tak ciężkie, że muszą sobie od czasu do czasu pozawodzić z tęsknoty za
                śniegiem i bardziej rozsądnymi temperaturami. A może to ich pieśń pochwalna
                życia pod rządami o.ż.w. Hosniego Mubaraka?? Nie było pod ręką przewodnika więc
                nie miałem się kogo zapytać.

                Jak będziecie w Egipcie zapytajcie się któregoś, czemu w ich "piosenkach" tak
                zawodzą?

                Wszyscy pasażerowie biegają z kamerami lub aparatami aby utrwalić te chwile,
                potem zaś przyłączają się do zawodzenia, klaszcząc, tańcząc i wyśmienicie się
                bawiąc. Po godzinie organizatorzy próbują namówić nas na dyskotekę przy
                bardziej znośnych utworach puszczanych z płyty. Niestety turyści z Hiszpanii sa
                zbyt zmęczeni, a większość Polaków postanowiło wybrać się z p. Radkiem na
                sziszę do miasta, więc pomysł upada.
                Sporo po zapadnięciu zmroku (ok.22:00) prawie 20-sto osobowa grupa schodzi na
                ląd. Nasz drugi (egipski) przewodnik Zidan szybko załatwia dla nas stoliki i
                krzesła prawie naprzeciw statku, które właściciel lokalu z pomocnikami ustawia
                przy nabrzeżu, przynoszą 5 fajek wodnych, oraz sporą ilość jednorazowych
                ustników (zapakowanych hermetycznie w torebki), zamawiamy również Colę i
                raczymy się jabłkowym dymkiem (z owocowego tytoniu) przy wtórze śmiechów,
                żartów, i przekomarzań.
                My z żoną, po wypaleniu fajek, postanowiamy zwiedzić nieco miasto.
                Jak ono wygląda? Nieco zaniedbane, brak jakichkolwiek hoteli czy bardziej
                europejskich atrakcji, od razu zauważa się, że jest one omijane przez turystów.
                Praktycznie w całym miasteczku nasza grupa tu jedyni turyści (reszta
                prawdopodobnie obawiała się zejść ze statków).
                Egipcjanie siedzą w kafeteriach przy fajkach wodnych, gra w jakąś tam odmianę
                egipskich warcabów lub ogląda w knajpkach TV. Sielska atmosfera. Po kilkuset
                metrach światła uliczne raptownie się urywają, a atmosfera mrocznego miasta
                robi się nieco nieprzyjemna. Postanawiamy więc wracać. Po drodze zaglądamy do
                sklepiku i tam po długich i ostrych sporach nabywamy ozdobną, czarną galabiję
                za 25 LE + napoczętą paczkę papierosów. Sklepikarz marudzi coś, że jest very
                angry z utargowanej przez nas ceny i mało nie ma łez w oczach, ale kiedy liczy
                już pieniądze, jego nastawienie zmienia się diametralnie i jest już very happy,
                próbując nas naciągnąć na inne towary. Upatrzył sobie moje Zippo (zapalniczkę)
                i usilnie chce zrobić z nami handel wymienny. Zapalniczka jest przezentem od
                żony, więc jego propozycja spełza na niczym.

                Z galabiją i w świetnych wakacyjnych humorach wracamy na statek, mijając po
                drodze budki strażnicze wzdłuż całej ulicy miasta. Stoją mniej więcej co
                kilkadziesiąt metrów, co przypomina bardziej obóz koncentracyjny, a nie miasto.

                Po powrocie do kajuty zwalamy się jak kłody i zasypiamy głębokim snem.

                (W nasrtępnym odcinku: Docieramy do Edfu oraz Kom Ombo)
                • pc_maniac Cz.6 Docieramy do Edfu 28.09.03, 19:43
                  Cz.6 Docieramy do Edfu

                  Rano obudził nas budzik w komórce nastawiony na pół godziny przed śniadaniem.
                  Cholerka, "faraon" jednak mnie dopadł. Szybki sprint do toalety, potem kąpiel
                  pod prysznicem (była oczywiście pełnowymiarowa wanna, ale przecież nie będę się
                  w niej taplał kiedy na górze mam cały basen?!). Po zakończeniu ablucji okazało
                  się, że zaczyna mnie nieco telepać. Pewnie gorączka. Zabraliśmy ze sobą
                  aspirynę i sulfoguanidynę, więc zaraz łyknąłem i położyłem się na trochę żeby
                  zaczęły działać. Po pół godzinie zwlekłem się z łóżka i podreptałem na
                  śniadanie. Przy naszym stoliku siedział również p. Radek (przewodnik), a że już
                  na początku informował nas, że w razie "faraona" dysponuje egipskim lekiem o
                  nazwie Antinal(jak się okazało bardzo skutecznym), więc od razu wyłuszczyłem mu
                  swój problem, dostałem płatek tabletek i od razu walnąłem dwie według zaleceń.
                  Skromne śniadanie (jak w żołądku na się Niagarę, to jeść się za bardzo nie ma
                  ochoty) i powrót do kajuty.

                  Czas na przygotowania do zejścia na ląd w Edfu. Jak co dzień, pakowanie
                  akumulatorów do futerału aparatu, zamontowanie naładowanego akumulatora do
                  kamery, wkłady lodówkowe i napoje do termoplecaka, krótkie spodnie na tyłek,
                  luźna koszula na grzbiet. Jeszcze tylko kapelusz na głowę i ruszamy do
                  recepcji, gdzie mamy zbiórkę. Żona również na wszelki wypadek łyknęła jedną
                  tabletkę tego egipskiego specyfiku na "faraona", a ja modlę się po cichu by to
                  choróbsko nie spieprzyło mi urlopu. Podejrzewam, że "faraona" spowodowała nieco
                  brudna z wierzchu butelka Coli, wypita w kafejce w Esnie, przy sziszy.
                  Prawdopodobnie gdybym pił tą Colę ze szklanki, a nie z "gwinta"...
                  W pierwszym dniu na statku rozchorowała się jedna z turystek i praktycznie
                  przez 2 dni nie wychodziła z łóżka Poza biegunką dopadła ją również gorączka.
                  Ja sobie na taki "luksus" ;o) pozwolić nie mogę. Przecież nie wiem czy jeszcze
                  kiedykolwiek tu zawitam?!

                  Po zebraniu się całej grupy wycieczka schodzi ze statku. Trochę pociesznie to
                  schodzenie wygląda, bo statków płynących do Asuanu jest taka masa, że tylko dla
                  części z nich znajduje się miejsce przy nabrzeżu. Reszta cumuje jedną z burt do
                  tych już zacumowanych i w ten sposób obok siebie potrafi ich stać nawet pięć.
                  Na nasze nieszczęście (a może szczęście ;o) ), nasz stoi właśnie jako piąty od
                  nabrzeża i aby dostać się na suchy ląd musimy przechodzić przez recepcje
                  wszystkich po kolei. Dzięki temu mogliśmy co nieco zerknąć na ich wnętrza. Są
                  różne różniste, choć niewiele odbiegają od wyglądu naszego. Jeden był na tyle
                  oryginalny, że zapadł nam w pamięci. Cały hall wystrój (całkiem ładny) w stylu
                  starogreckim lub rzymskim, cóż znawcą sztuki nie jestem więc nie wiem który to
                  styl, ale wystrój był piękny, kolumnada, żyrandol i poręcze również stwarzały
                  wrażenie przepychu. Niestety w jednej z restauracji na jego pokładzie
                  jakiś "nawiedzony" egipski plastyk postanowił zbudować z tektury i "złotka"
                  sfinksa i to już niestety mniej mi się podobało. Trąciło prostacką amerykańską
                  sztuką prosto z Las Vegas. Choć nie był to pierwszy raz kiedy zetknąłem się z
                  takim kiczem na egipskiej ziemi. Drugi raz przeżyłem szok nieco później,
                  podczas wyprawy na wyspę Giftun, gdzie ustawiono dwómetrowej wysokości
                  plastikowe palmy w kolorze żółtym i pomarańczowym, a obok nich straszyła
                  wykonana z metalowych kątowników piramida niewiele wyższa niż te (tfu) "palmy".
                  Totalny brak smaku.

                  Ale wróćmy na statek. Długi wężyk turystów przebił się nareszcie przez wnętrza
                  wszystkie tych statków i wyszedł na świerze powietrze. Przystanie na Nilu w
                  miastach praktycznie niczym się nie różnią. Ot kilka pachołków do
                  przywiązywania cum, obłożony kamieniem dość stromy nasyp wysokości ok 2 m. i 3-
                  5 wejść po schodach na poziom ulicy, która biegnie równolegle do rzeki. Jedyne
                  co wyróżnia takie przystanie od naszych krajowych, to bramy u samej góry
                  schodów, gdzie całą dobę sprawują wartę uzbrojeni w kałasznikowy (ale tym razem
                  bez bagnetów) policjanci turystyczni, ubrani w białe mundury. Oczywiście jak w
                  całym Egipcie z bielą tych mundurów bywa różnie, ale w Edfu nie zauważyłem
                  chociaż na ich nogach gumowców.

                  Na poziomie ulicy czekali już na nas panowie przewodnicy (p. Radek i p.Zidan).
                  Dojazd do świątyni w Edfu mieliśmy odbyć dorożkami, które załatwił obrotny Zidan
                  (podróż nimi była już wliczona w cenę wycieczki). Kiedy już wsiadałem do
                  dorożki to serce mi się krajało na widok tych wszystkich zaprzężonych koni.
                  Każdy z nich wyglądał jak opisywana w książce tytułowa "Nasza Szkapa", albo i
                  gorzej. Były tak niemiłosiernie chude, że to je bardziej pasowałoby wsadzić do
                  dorożki, a nie nas. Cóż, widać klimat Egiptu im nie służy, bo z tego co
                  słyszałem i czytałem, to są one dość dobrze traktowane przez swych panów. Bądź
                  co bądź właściciel nie może sobie pozwolić by przez złą opiekę stracił źródło
                  utrzymania.

                  W wielkim harmidrze, wywoływanym przez woźniców, którzy starali się na całe
                  gardło zachwalić swoje usługi i dzięki temu złapać "łebka" na przejażdżkę", jak
                  i tych, którzy już takiego złapali, a teraz dokonując cudów zręczności w
                  powożeniu próbowali się wydostać z tłumu ruszamy do centrum.

                  Dopiero w Edfu odczułem jak wielki i skomplikowany może być proces przejechania
                  choćby pół kilometra ulicą na której nie ma żadnych przepisów drogowych.
                  Choć nie do końca to prawda. Jeden był ;o) i miał on wygląd zmaltretowanego
                  policjanta, stojącego na skrzyżowaniu i wymachującego biało czarną pałą
                  (wskaźnikiem) by jakoś wprowadzić ład na skrzyżowaniu. Nie zazdroszczę mu tej
                  pracy. Stać w spalinach, w spiekocie obok pędzących na złamanie karku dorożek i
                  samochodów, które o centymetry od niego przemykają we wszystkie strony...

                  bliżając się do świątyni zaczęło przybywać straganów z pamiątkami. Wyglądały
                  one dość nietypowo, bo wszystkie były ustawione w cienkim szeregu po obu
                  stronach ulicy, a ich konstrukcją były metalowe ramy z którychjak kiście
                  winogron wisiały towary. Widać było, że policja turystyczna stara się hamować
                  zapędy natrętnych handlarzy i rzadko dochodziło by któryś z turystów był zbyt
                  nachalnie ciągnięty do starganu. Choć i tak zgiełk był okropny.
                  Po pokonaniu ostatniego zakrętu naszym oczom ukazała się tylna ściana świątyni.
                  Wrażenie niesamowite. Jest ona zachowana w o niebo lepszym stanie niż Karnak w
                  Luksorze, czy Świątynia w Kom Ombo, o której napiszę później.

                  Zidan rozdaje nam bilety i szybciutko próbujemy przedostać się przez budkę
                  strażniczą. Pewnie zastanawiacie się czemu tak szybciutko? Ponieważ za tą budką
                  (a zarazem kasą biletową), już na terenie świątynnym znajdują się zadaszenia,
                  oraz kawiarenka, gdzie można się pokrzepić zimnymi napojami. A zbliża się
                  niedługo południe i temperatura bardziej przypomina "cudowne chwile" spędzane w
                  polskich autobusach miejskich w upalne lato, niż coś co europejczyk mógłby
                  nazwać "piękną pogodą". Innymi słowy 50 stopni w cieniu i zero wiaterku.
                  Eeeee, nie wszyscy mogą narzekać na brak wiaterku!!! Właśnie minąłem
                  wycieczkę "Made in Japan" (oni naprawdę są jak z innej bajki) gdzie część
                  turystów miała daszki z zamontowanymi wiatraczkami, a na czapce baterie
                  słoneczne :o/. Dobrze, że nie mieli mocniejszych baterii, bo pewnie by się
                  unosili w powietrzu ;o)
                  Łyk zimnej wody z termoplecaczka, biała bawełniana ściereczka nasączona wodą
                  pod rondo kapelusza (a'la Legia Cudzoziemska), przeczyszczenie szczoteczką
                  obiektywów (warto wziąć coś takiego) i ruszam na bezkrwawe łowy Najlepszych
                  ekspozycji do zdjęć. Przecież trzeba przywieźć jakieś fotki czy film z wyprawy.

                  (W kolejnej części zwiedzamy świątynię w Edfu i Kom Ombo)
                  • pc_maniac Cz.7 zwiedzamy świątynię w Edfu i Kom Ombo 28.09.03, 20:43
                    Cz.7 zwiedzamy świątynię w Edfu i Kom Ombo

                    Jak już wspomniałem, Świątynia w Edfu jest najlepiej zachowanym zabytkiem nad
                    Nilem. Jej budowa została rozpoczęta w okresie grecko-rzymskim, lecz z
                    zachowaniem zasad architektury staroegipskiej, przez Ptolemeusza III w 260 r.
                    p.n.e.
                    Edfu, nazywane przez Greków Apollinopolis Magna, była praktycznie do połowy XIX
                    wieku całkowicie zasypana przez piasek. Prawdopodobnie to uchroniło ją od
                    zniszczenia i rozgrabienia kamiennych elementów w celu użycia do budowy innych
                    obiektów.
                    Obecnie świątynia stoi tyłem do drogi dojazdowej i zanim zacznie się ją
                    zwiedzać należy udać się wzdłuż pięknie zdobionej freskami bocznej ściany. Na
                    frontowych pylonach, wzniesionych przez Ptolemeusza XII (80-51 p.n.e.) możemy
                    podziwiać sceny przedstawiające faraona trzymającego pokonanych wrogów za
                    włosy, z berłem wzniesionym do uderzenia. Obok Faraona znajdują się postaci
                    Horusa i Hathor.
                    Wejścia do świątyni strzegą ok. 3 metrowe posągi Horusa w postaci sokoła.
                    Po przekroczeniu pylonów wydostajemy się na perystylowy dziedziniec, otoczony
                    kolumnami z pięknie rzeźbionymi kapitelami, na których po dziś dzień zachowały
                    się oryginalne barwy jakimi zostały pomalowane. Stoi tam również wielki posąg
                    Horusa w podwójnej koronie Górnego i Dolnego Egiptu, wykonany z czarnego
                    granitu.
                    Podziwiamy dwie sale hypostylowe z 12 kolumnami w każdej.
                    W jednej z sal znajduje się odtworzona przez archeologów Słoneczna Barka,
                    której pomimo półmroku próbuję zrobić zdjęcie. Niestety po powrocie do kraju
                    okazuje się, że jej zdjęcie wyszło poruszone.

                    Znów biegi sprinterskie po obiekcie i dookoła niego. Nieeee, turyści wcale nie
                    musieli aż tak biegać, to tylko ja tak zasuwałem. Często trzeba odbiec nieco od
                    fotografowanego obiektu by zmieści się cały w obiektywie, czasem ustawić żonkę
                    w kadrze do kolejnego zdjęcia, a już słyszę, że w oddali zaczyna "produkować"
                    się naszprzewodnik, a warto by było nagrać to co mówi, a przy okazji sfilmować
                    to o czym mówi. Bo jaka frajda mieć na filmie freski, czy rzeźby, gdy nie
                    utrwali się o nich żadnej informacji?!

                    Dobrze chociaż, że p. Radek "równy gość" i kiedy spóźniałem się z nagrywaniem,
                    potrafił powtórzyć te informacje, a że głos ma donośny (no i olbrzymią wiedzę).
                    Kiedy sobie przeglądaliśmy te fragmenty na statku (a co?! w kajutach są
                    telewizory i to całkiem porządne!) to nagrania wypadły w większości
                    rewelacyjnie. Gdybyśmy mieli przewodnika anemika, to chyba bym się zachlastał,
                    albo bym mu mikrofon przyczepił do koszulki ;o)

                    Na terenie światyni spędziliśmy chyba ponad 2 godziny, a może 3? Nie pamiętam,
                    pamiętam zaś, że jak zwykle grupa nam się nieco wykruszyła.. Można było ich
                    spotkać w różnych ocienionych miejscach, gdzie zmaltretowani ukrywali się przed
                    palącym słońcem.

                    Zwiedzając świątynię zdarzyło mi się popełnić małą gafę (cóż nie jestem
                    światowcem ;o) ). Podszedł do mnie policjant turystyczny i wskazał mi wspaniałe
                    miejsce z którego można było zrobić zdjęcie głównej nawy świątynnej. Nawet
                    pozwolił wejść na murek. Rewela. A ja jak głupi, zamiast dać mu choćby paczkę
                    papierosów, wyciągam kilka funtów egipskich i pakuję mu w łapę jak odźwiernemu.
                    Zanim się skapnąłem jaki ze mnie idiota, to gość wziął ten bakszysz i z pewną
                    konsternacją pokazywał egipskim pracownikom. Im niestety nie było do śmiechu,
                    bo oni chętnie by wzięli i zżerała ich zazdrość. Sądzę, że policjanci zarabiają
                    w Egipcie tyle, że ten mój bakszysz był niestosowny.

                    Niektórzy poszli skorzystać z najważniejszej świątyni w Egipcie(jak to
                    powiedział przewodnik) czyli świątyni "Coca-Cola", na zimne napoje. My nie
                    musieliśmy się kłopotać o stanie w kolejkach - termoplecaczek zdjąć - i zimne
                    napoje już się sączą do gardła.

                    Powrót na statek. Zbieramy się na parkingu. W tym czasie Zidan załatwia dorożki
                    na powrót. Jeden z turystów (pewnie Warszawiak i wnuk Grzegorza
                    Brzęczyszczykiewicza ;o) ) dogadał się z handlarzem, że kupi sporą ilość wody
                    mineralnej, ale jak ten opóści cenę do 1,5 LE (na początku chciał cwaniak 6
                    LE), no i teraz zwoływał resztę naszej wycieczki żeby zrobić ten obiecany hurt.
                    Zaopatrzeni nieźle w wodę (na statku jest ona dużo drożej) ładujemy się do
                    dorożek.
                    Znów w strasznym ścisku ciągnięci przez szkapę, która bardziej przypomina
                    mumię, jedziemy w kierunku nabrzeża. Tutaj już tylko szybki sprincik poprzez
                    statki i jesteśmy na naszym "Orchid" (to nazwa nazej łajby). Już w hallu
                    obsługa wita nas zimnymi napojami i gorącymi ręcznikami nasączonymi wonnymi
                    olejkami. Pewnie zastanawiacie się czemu te ręczniki dali gorące? Też się
                    zdziwiłem, ale recepcjonista wytłumaczył mi, że dzięki temu organizm się mniej
                    poci. I miał rację. Pachnący i ożeźwieni udajemy się do kabin. Tutaj
                    standardowe czynności. Prysznic, (kibelek już nie był standardowy
                    (cholerny "faraon"), a już mi się wydawało, że o mnie zapomniał), zmiana
                    ciuchów, akumulatorki do ładowarek i biegiem na obiadek.

                    Tutaj już to co zawsze - obżarstwo, sprite, obżarstwo, o czymś zapomniałem?
                    Acha o ciastach i tortach ;o), czyli obżarstwa ciąg dalszy :oP

                    A statek sobie odcumował i płynie cichutko do Kom Ombo...


                    (W kolejnej części zwiedzamy Kom Ombo i płyniemy do Asuanu.)
                    • pc_maniac Cz.8 Zwiedzamy Kom Ombo i płyniemy do Asuanu 30.09.03, 17:32
                      Cz.8 Zwiedzamy Kom Ombo i płyniemy do Asuanu

                      Po obiadku udajemy się do kajuty. Zzuwam długie spodnie, i przebieram się w
                      kąpielówki. Na to krótkie spodenki, nieodłączny termopecaczek i ruszam
                      utrwalać opaleniznę obok basenu.

                      Co nieco popływać także wypada, bez tego pod koniec rejsu musiałbym ubrać się
                      w galabiję żony, bo moje ciuchy już by na mnie nie weszły ;o)

                      Statek leniwie sunie poprzez toń, ja tenuję wymachy ramion - raz - jestem na
                      końcu basenu, obrót i wymach - jestem z powrotem. Szkoda, że basen jest taki
                      krótki :oP

                      16:30 "woźny" z dzwonkiem biega po statku i zaprasza na tea time. Schodzimy na
                      pokład niżej. Zamawiam kawkę - trzeba się jakoś pobudzić, bo ten upał
                      niemiłosiernie rozleniwia. A przez "faraona" tym bardziej czuję się jak
                      przeżuty i wypluty przez wielbłąda. Ok. 19:00 zbliżamy się do Kom Ombo. Już ze
                      statku widać ruiny świątyni, która została zbudowana na wzniesieniu.

                      Szybki powrót do kajuty, standardowe czynności przygotowawcze przed wyprawą,
                      zbiórka przy recepcji i ruszamy za przewodnikiem poprzez statki, oddzielające
                      nas od lądu. Tam już spacerkiem kierujemy się w stronę świątyni. Odległość nie
                      przekracza kilkuset metrów, a i upał wieczorem zelżał, więc spacer jest
                      przyjemny.
                      Zidan rozdaje nam bilety i wchodzimy na teren świątyni.
                      Jej budowę rozpoczął Ptolemeusz VI, a dokończona została za panowania Rzymian.
                      Jest ona poświęcona bogowi Nilu Sobkowi (z głową krokodyla) i Horusowi (ten z
                      głową sokoła). Świątynię wybudowano dość nietypowo, ponieważ pylony wejściowe
                      nie znajdują się na osi budowli, lecz z boku i obecnie służą jako kasa
                      biletowa.
                      Udajemy się najpierw w kierunku tzw. "wanny Kleopatry". Prawdę mówiąc
                      przewodnik nie wie skąd wzięła się ta historyjka, ale legenda głosi, że
                      znajdował się tutaj kamienny basen w którym kąpała się Kleopatra. Tyle
                      legenda. Prawda była bardziej prozaiczna. W basenie tym kapłani, na chwałę
                      boga Sobka, hodowali krokodyle nilowe. Tutaj też przewodnik informuje nas, że
                      praktycznie poza jedną świątynią (wybudowaną przez Echnatona) wszystkie
                      pozostałe poświęcone były według zasad starożytnych Egipcjan trzem bóstwom.
                      Trzecim w świątyni w Kom Ombo była bogini Hathor, żona Horusa, dla której obok
                      głównego obiektu wybudowano skromną kaplicę. W niszy zaś stała najważniejsza
                      relikwia starożytnego Egiptu tzw. "barka słoneczna".

                      Kolejna atrakcja to jedyny czynny nilomierz. Faktycznie w Egipcie zachował się
                      w idealnym stanie jeszcze jeden - w Kairze, ale tamten już niestety po
                      wybudowaniu Tamy Asuańskiej jest nieczynny. Ma głębokość tak na oko 15-20 m.
                      Aby sprawdzać dokładne odczyty stanu Nilu kapłani schodzili na sam dół po
                      krętych schodach pozbawionych poręczy.

                      W środku świątyni znajduje się bardzo dobrze zachowana sala hypostylowa, oraz
                      freski, z których jeden przedstawia procesję niosącą "słoneczną barkę". Jest
                      ona dźwigana z przodu przez trzech kapłanów wyższego kręgu wtajemniczenia,
                      trzech z tyłu, a pośrodku kroczy sam Faraon, jako najwyższy kapłan w państwie,
                      dotykając "barki" udaje, że również bierze udział w jej dźwiganiu.

                      Świątynia ta jest słynna jeszcze z jednej przyczyny. Poza zajmowaniem się
                      sprawami duchowymi, była ona również miejscem w którym znajdowała się w
                      czasach starożytnych uczelnia medyczna.

                      Tutaj propozycja do profesorów polskich uczelni medycznych. Starożytni
                      Egipcjanie mieli idealnie rozwiązaną kwestię egzaminów końcowych. Otóż, adept,
                      który miał zostać medykiem musiał z własnej nieprzymuszonej woli podczas
                      egzaminu wypić napój z trucizną nieznanego pochodzenia. Aby zaliczyć egzamin
                      musiał sam zanalizować jej skład i opracować antidotum. Jeśli nie zdążył...
                      oblewał egzamin (i umierał). O dziwo chętnych nie brakowało, a tych co nie
                      zdawali egzaminu było bardzo niewielu.
                      Teraz właśnie czas na moją propozycję: Czy nie dałoby się również w Polsce
                      wprowadzić takich egzaminów? Napewno nasza służba zdrowia dużo by zyskała ;o),
                      a starciła niewiele.

                      Świątynia otoczona była wysokim murem ozdobionym oczywiście jak wszystkie
                      budowle freskami (komiksami jak je nazwałem). W pewnym miejscu zobaczyć możemy
                      wiernie odtworzony wygląd narzędzi medycznych z okresu panowania Faraonów z
                      dynastii Ptolemeuszy. Co najdziwniejsze, pomimo tak ogromnego upływu czasu
                      takie same narzędzia, jak te na freskach stosowane są po dziś dzień (co
                      potwierdzili lekarze, którzy byli wśród nas w grupie).

                      W kaplicy bogini Hathor znajduje się wypchany (to się tam nazywa
                      zmumifikowany - łatwiej napisać niż wymówić :o/ ) krokodyl. Niestety jakoś się
                      zamotałem od nadmiaru wrażeń i nie zaliczyem tego "cudu" starożytnych
                      specjalistów od patroszenia nieboszczyków. Pewnie zanim pozwolili im zabrać
                      się za ludzi ostro trenowali na zwierzakach.

                      Czas na zwiedzaniu tak szybko zleciał, że nie zauważyliśmy jak zaczęło
                      zachodzić słońce. Hee, he, kto nie zauważył? Ja?
                      Zauważyłem, zauważyłem i nawet utrwaliłem ten zachód na zdjęciu razem z
                      fragmentem świątyni.

                      Wracamy na statek. Niestety już na przystani okazuje się, że panuje straszny
                      tłok, bo wszystkie wycieczki postanowiły zakończyć zwiedzanie w tym samym
                      czasie i teraz nabrzeże wygląda jak by odbywała się tutaj jakaś ogromna
                      pikieta.
                      Ponieważ nasz statek od nabrzeża znajduje się jako piąty, więc musimy czekać
                      do czasu kiedy wejdą po trapie turyści z pozostałych czterech.
                      Siedząc na murku w pewnym momencie zauważam na drodze jakiegoś sporego
                      chrabąszcza. Okazuje się, że to nie żaden chrabąszcz lecz skarabeusz. Kurczę,
                      że też się ten gatunek uchował w nie zmienionej formie od kilku tysięcy lat.
                      Oczywiście łapię za aparat i próbuję zrobić mu fotkę. Niestety to model
                      wyścigowy i kiedy już mam ustawioną ostrość ten skubaniec nie przejawia chęci
                      do współpracy i drałuje ile pary w odnóżach w innym kierunku niż ja na to
                      liczyłem. Mordowałem się z nim chyba z 15 minut. Moje starania zostały
                      docenione nawet przez tubylców, bo zaczeli jak na prawdziwym rodeo zapędzać
                      skubańca w moją stronę. Zrobiłem kilka zdjęć temu dzikiemu przedstawicielowi
                      fauny egipskiej. Niestety na statku, po podłączeniu aparatu do laptopa p.
                      Radka okazało się, że fotki ze względu na kiepską ostrość pozostawiają wiele
                      do życzenia.
                      No może jedno po pomniejszeniu nadaje się do publikacji, reszta to porażka.
                      Gdy dzięki Nasserowi i jego tamie Asuańskiej nie mam co liczyć na seksowną
                      fotkę z krokodylem nilowym, to chociaż na pocieszenie mam zdjęcie egipskiego
                      robala ;o) i to żywego, a nie jakiegoś tam wypchanego.
                      Zawsze to jakieś osiągnięcie :o/

                      OK. Przychodzi nasza kolej na ostatni etap powrotu na "łajbę". Ruszamy w
                      kierunku trapu... i kicha, jakaś hiszpańska wycieczka pomyliła statki i zanim
                      zorientowali się, że znajdują się nie na tym co potrzeba, już wszyscy tam
                      wleźli. Teraz zaś próbują się z niego wydostać zasuwając ślamazarnie pod prąd.
                      Rzuciłem hasło, że jeśli nie ma w Nilu krokodyli, to może by ich zrzucić z
                      trapu, a oni orzeźwiwszy się nieco w Nilu wpław dopłyną sobie do swojego
                      stateczku?! Niestety nie osiągneliśmy konsensusu wśród naszej grupy co do
                      rozwiązania tego problemu i musieliśmy przyglądać się na ich dość nieporadne
                      próby wydostania się na nabrzeże.
                      Ufff, ciamajdy już odblokowały trap i ruszyliśmy nieco zmęczeni skwarem i
                      prawie godzinnym oczekiwaniem na pokład.

                      Tu oczywiście obsługa wita nas zimnymi napojami i gorącymi, fajnie pachnącymi
                      ręcznikami. Wleczemy się do kabin, tam szybki prysznic i na kolację.

                      My się zajadamy, a statek rusza w kierunku Asuanu...
                      Nie będę opowiadał o kolacji, po co mam Wam psuć humor (może właśnie czytacie
                      to przy posiłku i zaczęło by Was skręcać z zazdrości?!).

                      Już w trakcie kolacji zaczynają nas dobiegać dzikie harce na bębnach. To
                      zbliża się czas na Galabija Party!
                      Czas się przebrać w te ich "nocne koszule". Kto nie kupił owija się w
                      prześcieradło lub wypożycza z pok
                      • pc_maniac c.d. Cz.8 Zwiedzamy Kom Ombo i płyniemy do Asuanu 30.09.03, 17:34
                        c.d.
                        ... Czas się przebrać w te ich "nocne koszule". Kto nie kupił owija się w
                        prześcieradło lub wypożycza z pokłądowego sklepiku. Ciekawe czy Egipcjanie pod
                        tymi galabijami noszą slipy? Nie sprawdzaliśmy, jeszcze by nam kazali płynąć
                        do Asuanu wpław!! A i parę rekinów by z jakiegoś zoo wynajeli!

                        Goście zaczynają się powoli schodzić, a przewodnicy (z naszej strony Radek z
                        Hiszpańskiej jakiś Egipcjanin władający językiem Servantesa) organizują
                        konkursy. Toczenie ziemniaka, mumifikacja sąsiada za pomocą papieru
                        toaletowego, chwytanie na komendę w czasie tańców łyżeczek wyzwala sportowego
                        ducha. Galabija party zaczyna się rozkręcać, polscy turyści bratają się z
                        naszymi hiszpańskimi towarzyszami "niedoli", muzykanci (wyjce) robią
                        atmosferę, ja biegam z aparatem i pstrykam (niech rodzina w Polsce wie jak się
                        ich pociechy bawią w Egipcie).

                        Po wyśmienitej zabawie (nie uwierzycie ale bez kropli alkoholu!!!) zmęczeni
                        ale w szampańskich (ciekawe jak przetłumaczyć na egipski słowo szampański?!)
                        humorach idziemy załapać nieco snu. Może nigdy tutaj więcej nie dotrzemy, więc
                        nie skorzystać z okazji i nie pojechać na wycieczkę fakultatywną do Abu Simbel
                        byłoby nonsensem.

                        A wyjazd już za cztery godziny!!!

                        (W kolejnej części: Jedziemy do Abu Simbel)
                        • pc_maniac Cz.9 Jedziemy do Abu Simbel 02.10.03, 00:01
                          Godzina 3:00 dzwoni telefon, to recepcjonista budzi nas na wycieczkę do Abu
                          Simbel.
                          Pakujemy przydatne graty, czyli nieodłączny termoplecak, napoje, kamerę, aparat
                          i szybko udajemy się na łyk gorącej herbaty. Zaraz potem grupa ok. 30 osób
                          zbiera się w hallu statku i trapem schodzimy na brzeg. Jest jeszcze noc.
                          Autokar stoi naprzeciwko, więc załadunek przebiega bardzo sprawnie, nawet nie
                          ma czasu na papieroska. Ruszamy w kierunku miasta, gdzie nieopodal cmentarza
                          muzułmańskiego i koptyjskiego zaczyna się formować konwój. Nieopodal stoi
                          koptyjska katedra, którą władze Egiptu wybudowały w ramach rekompensaty za
                          zalane podczas budowy tamy Asuańskiej kościoły koptyjskie. Jest ona bardzo
                          ładna i okazała.

                          Po zajęciu miejsca w konwoju musimy poczekać na resztę autokarów. Okazuje się,
                          że część z nich przyjedzie dopiero za 45 minut. W Egipcie konwoje są bardzo
                          punktualne, ale z biurem, z którego pochodzą te spóźnione pojazdy bardzo się
                          tutaj liczą i niestety odjazd zostaje wstrzymany do 4,30. Jeden z kierowców
                          rozkłada na chodniku dywanik i zaczyna się modlić. Muzułmanie modlą się 5 razy
                          dziennie, z tego pierwsza modlitwa przypada o świcie, kierowca prawdopodobnie
                          zdawał sobie sprawę, że o świcie będzie siedział za kierownicą jadąc w konwoju,
                          więc wykorzystuje na modlitwę wolną chwilę przed wyruszeniem. Oczywiście nikt z
                          turystów nie wykorzystuje tej sytuacji i taktownie nie robi zdjęć. Wokół krążą
                          uzbrojeni w kałasze i uzi policjanci turystyczni, którzy mają ochraniać konwój.
                          Wydaje mi się, że jest ich zdecydowanie więcej niż przy pozostałych naszych
                          wypadach w krainie piramid. Ale jest to zrozumiałe. Zbliżymy się niebezpiecznie
                          blisko do granicy z Sudanem, a kraj ten był w stanie wojny z Egiptem, a obecnie
                          od wielu lat trwa zawieszenie broni. Jak nam opowiada przewodnik, w pewnym
                          sensie zawieszenie to jest przestrzegane ze względów gospodarczych. Otóż tama w
                          Asuanie wytwarza prąd odsprzedawany również Sudanowi i gdyby tenże wpadł na
                          pomysł rozpoczęcia działań wojennych wystarczyłoby przekręcić wyłącznik… No ale
                          jest i drugi powód. Na terenie Sudanu mają swoje przytulisko ekstremistyczne
                          organizacje islamskie (z Al. Każdą włącznie), więc taka obstawa konwoju jest
                          zrozumiała.

                          Nareszcie ruszamy. Oczywiście, tak jak wszędzie w Egipcie jedziemy z prędkością
                          sporo ponad 100 km na godzinę. Mniej więcej 20 kilometrów od Asuanu mijamy
                          biedaków, którym w drodze do miasta samochód osobowy odmówił posłuszeństwa,
                          praktycznie w sercu pustyni. A pustynia Nubijska naprawdę wygląda na
                          nieprzyjazną i przypomina tą często oglądaną na filmach o Afryce. Wszędzie
                          morze piasku, tylko gdzie niegdzie widać niewielkie kamienne pagórki. Zero
                          roślinności. I tak jedziemy w tym okrutnym krajobrazie już ze dwie godziny.
                          Powoli robi się coraz jaśniej. Od czasu do czasu mijamy jakieś opuszczone,
                          rozpadające się lepianki.
                          W pewnym momencie po prawej stronie ukazuje nam się widok jak z bajki.
                          Przepiękna rezydencja otoczona niewielkim murem, a za nim tenisowa trawka
                          idealnie przystrzyżona, żywopłoty posadzone w fantazyjne wzory, basen. A
                          wszystko to na środku pustyni!
                          Dopiero przewodnik wytłumaczył nam, że ta przepiękna rezydencja należy do Hosni
                          Mubaraka – prezydenta Egiptu.

                          Powoli nad pustynią zaczyna wschodzić słońce. Robię kilka zdjęć Przez kolejne
                          pół godziny nasze oczy mogą się napawać widokiem wydm, piasku, kamieni …
                          piasku, wydm. W pewnej chwili krajobraz zaczyna się zmieniać. W oddali widzimy
                          metalowe budki, w których wnętrzu zamontowane są pompy do nawadniania terenu.
                          Na razie są one nieczynne. Widać tutaj coraz częściej ludzką rękę. W kwadraty
                          posadzone są jakieś krzaki, które mają za zadanie zatrzymywać wydmy przed
                          przemieszczaniem. Po prawej i po lewej stronie drogi wykopane są olbrzymie
                          hektarowe baseny, które mają służyć do nawodnienia tego terenu. Pan Radek
                          tłumaczy nam, że jest to największe egipskie przedsięwzięcie, którego celem
                          jest nawodnienie tego terenu na niespotykaną na świecie skalę i przepuszczenie
                          tędy nowej odnogi Nilu, by mogła ona tak jak przed wybudowaniem tam w Asuanie
                          bez przeszkód przenosić żyzne iły z terenu Etiopii i Sudanu na niżej położone
                          tereny Egiptu. Po wybudowaniu zapór w Asuanie Nil, który dotąd użyźniał Górny
                          Egipt, między innymi poprzez wylewy, obecnie jest zbyt leniwą rzeką, oraz
                          pozbawioną osadów ze swego górnego biegu, by spełniał swoją rolę.
                          Zbliżamy się do zamieszkałych terenów. Domki biedne, parterowe, ale już na
                          pierwszy rzut oka widać, że wokół nich jest dużo schludniej niż w pozostałych
                          rejonach, które widziałem.
                          Wokół jak okiem sięgnąć wyłaniają się groble i zbiorniki, jeszcze nie
                          napełnione wodą, ale na ich dnach już zaczyna kiełkować zieleń. I to zwykła
                          dzika przyroda, a nie jak w dolinie Nilu rośliny uprawne.
                          Skręcamy w lewo z głównej drogi i wjeżdżamy do miasteczka Abu Simbel. Kiedy
                          rozpoczęto budowę Wielkiej Tamy Asuańskiej wybudowano tu małe miasteczko na
                          potrzeby ekip, których zadaniem było przeniesienie Świątyni Ramzesa II i jego
                          żony Nefertari na wyższe tereny. Budowa tamy zagrażała ich całkowitym zalaniem
                          i władze Egiptu wystąpiły do UNESCO z prośbą o pomoc w ratowaniu tych zabytków.
                          Obecnie archeologowie już tu nie mieszkają, miasteczko zostało oddane w ręce
                          miejscowej ludności nubijskiej, która po podniesieniu się lustra wody Jeziora
                          Nassera straciła swoje domy.

                          Obecnie władze Egiptu starają się rozbudować to miasto, również bazę hotelową.
                          Nubijczycy, Nubijczycy kolorze skóry bliższym rdzennym mieszkańcom środkowej
                          Afryki, niż Egipcjanom od wieków najeżdżani byli przez Egipcjan z północy, a
                          Sudańczyków z południa.
                          Ich kultura jest odmienna niż rdzennych Egipcjan. Swoje domy często malują na
                          żywe pastelowe barwy, kobiety również lubią pastelowe kolory sukien i co
                          najbardziej rzuca się w oczy – dużo większą wagę przywiązują do czystości wokół
                          niż ich sąsiedzi z północy.

                          Samo Abu Simbel jest zdecydowanie ładniejsze i czystsze niż jakakolwiek inna
                          miejscowość egipska jaką widziałem, włączając w to również miejscowości
                          wypoczynkowe. Handlarze pamiątek nie są nachalni, a co najbardziej mnie
                          zdziwiło to targ pamiątek. Warto byście zobaczyli go na zdjęciu jakie zrobiłem.
                          Nawet Górale z Zakopanego mogliby im pozazdrościć i brać przykład!

                          Nasz autokar zatrzymuje się nieopodal ślicznych straganów z pamiątkami, a my
                          musimy przejść jeszcze kilkaset metrów do kasy biletowej. Oczywiście bilety
                          kupuje nasz nieodłączny "dobry duszek" Zidan. My jedynie mamy je podać do
                          skasowania. Wokół robi się cudownie zielono i jest to zasługa ogrodników,
                          którzy z tego miasteczka wyczarowali raj. Nigdzie w Egipcie poza terenami
                          należącymi do hoteli nie widziałem tak pięknie utrzymanej zieleni. A tutaj
                          śliczne róże rosną sobie w miejscach publicznych. A jesteśmy przecież już poza
                          Zwrotnikiem Raka! To naprawdę trzeba zobaczyć.
                          Przechodzimy przez budkę, gdzie sprawdzane są bilety...

                          (W dalszej części: zwiedzamy Świątynie w Abu Simbel)
                          • pc_maniac Cz.10 Świątynia Ramzesa II w Abu Simbel 06.10.03, 23:29
                            Cz.10 Świątynia Ramzesa II w Abu Simbel

                            Po wielu dniach wędrówki przez pustynię nubijską Ibrahim Ibn Abd Allach dotarł
                            22 marca 1813 r. do Abu Simbel. Wszyscy podróżnicy, którzy przed nim kierowali
                            się wzdłuż górnego biegu Nilu nie przeczuwali nawet, że przechodzą obok
                            najpiękniejszej w Egipcie świątyni wybudowanej w XIII w. p.n.e. Wielu z nich z
                            pewnością spoglądało na skalistą górę, która w swym wnętrzu kryła arcydzieło
                            starożytnej sztuki budowlanej. Przyczyna tego była dość prozaiczna - świątynia
                            swoją nawą zwrócona była w kierunku Nilu, który w tym miejscu nie nadawał się
                            do żeglugi ze względu na katarakty. Dodatkową przyczyną tak późnego odkrycia
                            był fakt zasypania przez lotne piaski aż 90% jej wysokości.
                            Oczywiście koczownicze plemiona Nubijczyków wiedziały o ich istnieniu (obok
                            świątyni Ramzesa II znajduje się nieco mniejsza i skromniejsza świątynia,
                            którą wybudował na cześć swojej żony Nefertari), często skrywały się całymi
                            grupami w ich wnętrzach przed burzą pustynną lub ukrywając się miesiącami
                            przed grasującymi w tych stronach wojowniczymi plemionami. Nie utożsamiając
                            się w żaden sposób z zabytkami starożytności nie przywiązywali wagi do
                            zachowania porządku, czy czystości w tych miejscach, więc wszędzie walały się
                            góry śmieci.
                            Kim był tajemniczy Ibrahim Ibn Abd Allach? Człowiek uczony, zawsze w
                            nienagannie czystej galabiji, władający biegle językiem niemieckim,
                            angielskim, francuskim, arabskim. W czasie pobytu w Syrii z nudów przełożył on
                            na arabski Robinsona Cruzoe. Uważany za znawcę prawa islamu naprawdę był
                            Szwajcarem podróżującym po dolnym Egipcie w poszukiwaniu przygód. Jego
                            prawdziwe nazwisko Joann Ludwig Burchardt, niestety w wielu opracowaniach jest
                            pomijane milczeniem. A to właśnie on jako pierwszy Europejczyk nie tylko
                            odkrył te budowle, ale pomimo zasypania większej części świątyni Ramzesa II
                            potrafił na podstawie proporcji widocznej głowy i ramion posągu dokładnie
                            obliczyć jej wysokość. To właśnie dzięki notatkom, które sukcesywnie wysyłał
                            do Towarzystwa Afrykańskiego w Anglii świat pierwszy raz dowiedział się o
                            istnieniu Abu Simbel.

                            Podobnie jak Burchardt, również my pierwsze co zobaczyliśmy to kilkusetmetrową
                            górę.
                            No dobrze, a gdzie ta piękna świątynia? Góra jest, Przed nią cicho szumią fale
                            Jeziora Nassera i nic więcej. Może się przewodnikowi góry pomyliły?! :o/
                            Gościu zasuwa raźnym krokiem w kierunku wody. Czyżby miał ochotę na kąpiel? Za
                            tyle dolców, które wydaliśmy na tą wyprawę mam sobie popatrzeć na jeziorko?!
                            Idziemy za nim jak te gęsi. Mijamy górę. Nad naszymi głowami ukazuje się
                            wmurowana tablica. To podwójna stela małżeńska, na której Ramzes II kazał
                            wykuć datę swojego ślubu. Idziemy dalej. Nad nami wznosi się skalisty szczyt
                            góry. Słońce praży, ale dzięki bliskości jeziora upał jest do zniesienia. Przy
                            brzegu stoi zacumowany statek pasażerski napędzany bocznym kołem zamachowym,
                            przypominający nieco stare statki na Missisipi.
                            Idziemy jeszcze kilkadziesiąt kroków w kierunku jeziora i…

                            Jej! Przed nami wyłania się coś tak pięknego, że żadne zdjęcie, żaden film ani
                            opis nie potrafią oddać tych chwil uniesienia. Z wysokości ponad dwudziestu
                            metrów patrzą na nas pełne ogromnej charyzmy oczy młodzieńca, który rządził
                            Egiptem w czasach jego największej świetności, kiedy na naszych ziemiach, nasi
                            pradziadowie pochrząkując biegali z maczugami, próbując dorwać jakieś jadło
                            lub wykopując korzonki. Jego twarz wyraża pogodę ducha i prawość. Trzy z
                            czterech posągów siedzących na tronach zachowały się praktycznie w
                            nienaruszonym stanie. Na ziemi przed czwartym leży część torsu i głowa, która
                            odłamała się jeszcze w czasach starożytnych podczas trzęsienia ziemi.
                            U stóp każdego z nich wykute zostały postaci przedstawiające matkę, żony i
                            synów faraona sięgające do połowy łydki. Kanony sztuki starożytnego Egiptu
                            wymagały, aby przy wizerunkach faraonów pozostałe postaci sięgały mu najwyżej
                            do kolan. Pomiędzy drugim a trzecim posągiem znajduje się wejście do świątyni.
                            Całe jej wnętrze wykute było w środku góry. Obecnie jest to sztuczna góra,
                            którą stworzono według planów opracowanych na zamówienie UNESCO. Świątynię
                            przeniesiono kamień po kamieniu o kilkaset metrów od jej pierwotnej
                            lokalizacji w celu uchronienia przed zalaniem wezbranymi wodami Jeziora
                            Nassera po wybudowaniu Wielkiej Tamy Asuańskiej.
                            Wchodzimy do wnętrza sięgającego 60 m w głąb góry.
                            Strop utrzymuje osiem kolumn, o które opierają się plecami posągi Ramzesa w
                            pozycji Ozyrysa, trzymającego w dłoniach insygnia władzy, a głowy
                            przyozdobione są podwójną koroną Górnego i Dolnego Egiptu. Zdawać by się
                            mogło, że Ramzes był potężnie zbudowanym mężczyzną. Nic bardziej mylnego. Tak
                            naprawdę ten facet miał za życia (jak to się mówi) „półtora metra w
                            kapeluszu”. No ale przecież jeśli miał rozsiewać nimb władzy i wielkości jego
                            królestwa, to przecież jego wizerunki nie mogły być zbyt realistyczne.
                            Na ścianach reliefy przedstawiają zwycięskie bitwy toczone przez wojska
                            egipskie. Jeden z nich przedstawia samego Ramzesa biorącego osobiście w
                            niewolę armię Hetytów, kolejny słynną bitwę o Kadesz. Po lewej i prawej
                            stronie sali hypostylowej znajdują się wejścia do magazynów, gdzie w idealnym
                            stanie zachowały się na ścianach reliefy przedstawiające faraona obcującego z
                            bogami Egiptu (m.in. boga Totha, Horusa i innych).
                            Na końcu sali hypostylowej wykuto kolejną, tym razem małą salę hypostylową, za
                            którą znajduje się sanktuarium. W jego końcu naszym oczom ukazują się cztery
                            posągi bogów, którym poświęcono świątynię: Amona Ra (boga słońca), Re Horahte
                            (boga zachodzącego słońca), Ptaha (boga nocy) oraz Ramzesa II. 2 razy w roku,
                            w dniu narodzin faraona (22 lutego) oraz w dniu jego koronacji (22
                            października) promienie słońca wpadające do budowli oświetlały trzy z tych
                            postaci. (patrz zdjęcie:
                            community.webshots.com/photo/89018123/89035694Mgmkds ) Czwarta postać –
                            bóg mroku zawsze znajdowała się w cieniu. Po przeniesieniu świątyni w nowe
                            miejsce czas tego „cudu światła” przesunęła się o jeden dzień później.
                            Z rozdziawioną gębą i zadartą głową udaję się na zewnątrz ponownie chłonąć
                            zewnętrzną nawę świątyni. Tutaj przewodnik prowadzi nas w kierunku drugiej
                            góry znajdującej się nieopodal po prawej stronie.

                            (W następnym odcinku: zwiedzamy świątynię Nefertari i powrót do Asuanu.)

                            --
                            Fotoreportaż z Egiptu:
                            community.webshots.com/user/pc_maniac100
      • Gość: normalna do Maniaca IP: *.luszowice.sdi.tpnet.pl 30.09.03, 21:37
        Dzieki , jesteś REWELACYJNY , byłam w sierpniu w Hurghadzie , byłam w Luksorze
        i w Kairze , ale czytając Ciebie jestem tam drugi i to mocniejszy raz i już
        wiem , że muszę pojechać na rejs po Nilu
        pozdrawiam
    • Gość: Kasia Re: REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcin IP: 217.11.133.* 25.09.03, 09:01
      Super !! Kawał dobrej roboty. Foty rewelacyjne ! Mogę oglądać w każdej
      ilośći :)
      Czy możesz podać jakiś mail do siebie ?

      pzdr
      Kasia
      corrina@op.pl
      • imonate Re: REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcin 25.09.03, 10:40
        Adres mailowy do pc_maniaca jest podany :), musisz ominąć tylko słowo NOSPAM.
    • Gość: m Re: REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcin IP: *.zeb.com.pl / 212.33.64.* 25.09.03, 10:37
      Rewelacja. Czuje sie, jakbym czytala jakas basn..:) Super, uwielbiam czytac
      relacje z podrozy tego typu. Czekam na kolejne odcinki.
    • Gość: Tomstar I o to chodzi IP: 192.11.224.* 25.09.03, 13:34
      Gratuluję opisu. Sam też wrzucam na forum podobne po swoich podróżach. Żałuję,
      że tak mało jest tego typu rzeczy na forum. Proponuję autorowi wrzucenie
      kompletnej wersji na portal www.wakacje.pl/wspomnienia2.phtml
    • Gość: Bunia No właśnie - i jak tam byłam... IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 26.09.03, 13:30
      Cudne zdjecia - ciesze sie bardzo, ze ktos tak udokumentowal rejs, bo ja
      genialnie zostawilam aparat ze zdjeciami z Asuanu w autobusie...
      Pozdrawiam!
    • rrychu pytanie 26.09.03, 13:44
      z jakiego biura była to wycieczka?
      jaka kat. statku?
      • pc_maniac Re: pytanie 26.09.03, 17:14
        Wycieczka była z ALFA STARU.
        • pc_maniac Re: Rejs po Nilu... 30.09.03, 17:48

          Gość portalu: Kasia napisał(a):

          > Super !! Kawał dobrej roboty. Foty rewelacyjne ! Mogę oglądać w każdej
          > ilośći :)
          > Czy możesz podać jakiś mail do siebie ?
          >
          > pzdr
          > Kasia
          > corrina@op.pl

          Mój adres mailowy: pc_maniac@gazeta.pl
          GG:1061245
    • rrychu ?? rachunki na statku ?? 02.10.03, 13:30
      proszę o info jak wygląda płacenie w barach na statku (napoje do posiłków i
      nietylko :) ) , ponoc do cen jest doliczany podatek i obsługa, a płaci sie po
      zakończeniu rejsu, a rachunek idzie na nr kajuty/pokoju ? czy to prawda ? jeśli
      tak to jak wyglada rozliczenie? czy doliczaja do rachunku? a moze jast barek w
      pokoju?
      • Gość: agios Re: ?? rachunki na statku ?? IP: 217.153.7.* 02.10.03, 14:26
        Najpierw warto zapytać o cenę. Potem podsuwają Ci do podpisania kwitek gdzie
        jest numer pokoju i cena i podpisujesz. Przy wykwaterowywaniu recepcjonista
        wyciąga wszystklie kwitki podpisane na Twoją kabine i sumuje, Ty płacisz i
        wszystko. O żadnych dodatkowych opłatach za podatek i obsługe nie słyszałem. W
        kabinie miałem lodówkę, ale bez zaopatrzenia
    • mcbeal_ally Re: REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcin 02.10.03, 16:58
      Maniac! Rewelacyjna wciągająca lektura. Od dawna sposobiłam się wziąć kurs na
      Egipt (zwiedzanie, nie plaża w Harghadzie;), ale Twoja relacja (i super
      zdjęcia) chyba przyspieszą przedsięwzięcie.

      Rrychu, przeczytałam na forum , że wybierasz się na podobny rejs..., życzę
      miłych wrażeń ...i chętnie przeczytam relację. Mnie chyba się nie uda
      wcześniej wyrwać niż zimą :(
    • Gość: Gosia Re: REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcin IP: 2.3.STABLE* / 213.17.236.* 02.10.03, 18:26
      JESTEŚ GWIAZDĄ TEGO FORUM - GRATULUJĘ.
      czytam posty od połowy sierpnia, teraz jestem już po wrześniowej wyprawie do
      Egiptu ale ciągle mnie ciągnie i tu na forum jak i powtórnie do Egiptu. Super
      pomysł z osobnymi informacjami o hotelach - byłam w Aidzie - obiecuję się
      dopisać.
      • pc_maniac Re: REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcin 16.10.03, 15:40
        Sorry, że na razie nie dodaję kolejnych odcinków.
        Mam w domu "mały" remoncik. Po zakończeniu postaram się to nadrobić.
        • Gość: Tomstar Re: remoncik IP: 192.11.224.* 14.01.04, 17:19
          Remoncik pewnie juz sie skonczyl skoro wybierasz sie ponownie do Egiptu. Moze
          by skonczyc relacje (o dziwo na forum jest wiecej odcinkow niz na twojej
          stronie www.egipt.republika.pl/reportaz.html)
    • Gość: mona Re: REJS NILEM (Luksor-Asuan) wspomnienia w odcin IP: 62.12.118.* 16.01.04, 04:32
      up

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka