Dodaj do ulubionych

Tajemnice naszej ziomecki

20.09.05, 21:14
Poniewaz poprzedni watek robi się przydługawy , a nowe tematy nam z Tralalalą
się otwierają zakladamy nastepny i rozmawiamy całą gemba jak mawiali nasi
Warmiacy ;)
Oto dla przypomnienia:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=64&w=26972910
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=64&w=27068189
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=64&w=28299478
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=64&w=27528410
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Pruskie ołtarze ofiarne 20.09.05, 21:16
      Pruskie ołtarze ofiarne
      Autor: Gość: tralala IP:
      www.poganin.most.org.pl/zdjecia/sjuchy.jpg

      Prusowie byli poganami. Nie budowali świątyń a swoich bogów czcili w świętych
      gajach. Składali im ofiary z płodów ziemi, zwierząt, ale też i jeńców wojennych
      (według Aleksander Brücknera). Na Warmii i Mazurach można znaleźć wiele dużych
      głazów narzutowych. Niektóre z nich służyły za ołtarze ofiarne plemionom
      pruskim. ‘Wśród wielu miejsc niewątpliwie na uwagę zasługuje głaz leżący nie
      opodal Starych Juch. Lokalne władze poleciły nawet wyryć na nim specjalny napis
      nawiązujący do przekazywanej od pokoleń legendy. Dzisiejszy pomnik przyrody
      miał być kamieniem, na którym składano ofiary dawnym bogom. W czasie wiosennych
      wycieczek warto odwiedzić to miejsce. Za kościołem w Starych Juchach należy
      pójść wzdłuż torowiska na wschód (ok. 1000 m). Głaz znajduje się po lewej
      stronie torów, na zalesionym wzgórzu przed polami uprawnymi.’ (Sławomir
      Kędzierski)


      • rita100 Re: Pochówki 21.09.05, 20:37
        Tralala, więc badania archeologiczne prowadzono już dawno. Dzięki literaturze
        niemieckiej z 1935 r nasi arcgeolodzy dowiedzieli się dużo. W Szczęsnem i
        Rybakach natrafiono na narzezia i broń dawnych ludów. Dzięki odkrywaniu
        pradziejowych pochówków mozna było prześledzić wierzenia ówczesnego czlowieka.
        Bardzo ciekawe były daniej takie pochówki.
        W okolicy Warmii znaleziono neolistyczne pochówki.
        W miejscowości Ząbie odkryto w 2000r ciekawy pochówek , gdzie przy szkielecie
        pochowanego znaleziono 50 płytek bursztynowych - nazwano ten
        szkielet "bursztynowym wojownikiem". Ciekawe , nie ?

        W epoce brązu miała zmianę obrządku pogrzebowego - czyli kremacja ciał. Powstał
        kult solarny. Odkrycia takiego dokonano na prawym brzegu Łyny, przy ul.
        Grabowskiego , przed wojną zwane przedmieściem Hermenau - odkryto zarys
        domostwa, paleniska. Cmentarzysko odkryto też w Lesie Miejskim z tej epoki,
        rónież w rejonie Likus.

        W epoce żelaza - też był ciałopalny obrządek pogrzebowy. Oprócz cmentarzy
        płaskich istniały pochówki w kurhanach czyli nasypane kopce kamieniami.
        Kurhany odkryli w 1932r w Redykajnach przez badacza niemieckiego Leonharda
        Fromma. Podczas prac wykopaliskowych natrafiono na 30 popielnic, a w Łęgajnach
        Fromm znalazł 4 urny.

        Jak widać takie prace prowadzone były wcześniej przez Niemców, dzięki temu
        możemy kontynuować tajemnice naszej ziemi.
        • Gość: tralala Re: Pochówki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.09.05, 21:16
          O kurhanie w Redykajnach słyszałam, ale nie wiedziałam, że został odkryty
          jeszcze przed wojną. O tym wykopalisku we wsi Ząbie (hi, hi - jeśli zdarza mi
          się przez tę wieś jechać i widzę tabliczkę, to zawsze odczytuję 'zombie') nic
          nie wiedziałam. Ciekawe, gdzie trafiły te bursztyny? Może do muzeum
          olsztyńskiego, może jednak niedługo pojawi się tam stała wystawa o jeszcze
          dawniejszych mieszkańcach naszej ziomecki?
          • rita100 Re: Pochówki 21.09.05, 21:31
            Gość portalu: tralala napisał(a):

            > O kurhanie w Redykajnach słyszałam, ale nie wiedziałam, że został odkryty
            > jeszcze przed wojną. O tym wykopalisku we wsi Ząbie (hi, hi - jeśli zdarza mi
            > się przez tę wieś jechać i widzę tabliczkę, to zawsze odczytuję 'zombie') nic
            > nie wiedziałam. Ciekawe, gdzie trafiły te bursztyny? Może do muzeum
            > olsztyńskiego, może jednak niedługo pojawi się tam stała wystawa o jeszcze
            > dawniejszych mieszkańcach naszej ziomecki?

            Właśnie miałam się Ciebie o to zapytać - gdzie jest ten "bursztynowy wojownik" ?
            • Gość: tralala Re: Pochówki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.05, 22:04
              Może 'bursztynowy wojownik' znajdzie godne miejsce w muzeum zamkowym? Taka
              stała wystawa o bałtyckich Prusach byłaby czymś wyjątkowym, wyróżniającym
              muzeum w Olsztynie, prawda? Teraz, myślę, te wszystkie przedmioty wydobyte z
              kurhanów kurzą się gdzieś w muzealnych magazynach. A tu kolejny przykład
              ciekawego odkrycia archeologów:
              Wspaniałej kolekcji przedmiotów wkładanych do grobów pruskich w średniowieczu
              (XIII – XV w.) dostarczyło cmentarzysko szkieletowe w Równinie Dolnej koło
              Kętrzyna. Pochówki złożone były według rytuału chrześcijańskiego, ale
              wyposażone w różnego rodzaju dary: amulety, monety, drobne narzędzia,
              miniaturki broni czy wreszcie ostrogi i naszyjniki. Zwyczaj wyposażania
              zmarłych w przedmioty towarzyszące im za życia i najlepsze ubrania jakie
              posiadali przetrwał podboje Krzyżaków i zmianę wiary.
              • Gość: tralala Re: Pochówki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.05, 21:13
                Szczególnymi przedmiotami w jakie wyposażano groby zmarłych były amulety. Są to
                niewielkie przedmioty o długości około 5 cm i szerokości około 2,5 cm. Składały
                się z pazura (dzika) okutego brązową blachą. Po obu stronach do uchwytów
                przechodzących pod okuciem przymocowane są na haftkowatych zawieszkach
                trapezowate wisiorki. Drugi człon amuletu składa się z analogicznych dwóch par
                wisiorów zaczepionych na znitowanych brązowych zawieszkach, które łączą paskami
                skóry zawieszkę zaczepioną o uchwyt okucia pazura. Niezwykłym okazem wśród
                omawianych amuletów jest pazur okuty brązową blachą zawieszony na brązowym
                skręconym drucie. Po bokach zwisają brązowe trapezowate wisiorki umieszczone na
                końcach skręconych drutów.( Izabela Mirkowska)
                www.muzeum.olsztyn.pl/arch/wieczory/cyme/cym.htm
                • Gość: tralala Re: Pochówki IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.11.05, 20:47
                  Bałtyckich Prusów - bo Prusowie byli Bałtami, tak jak Jadźwingowie, Litwini i
                  Łotysze. Co Olsztyn ma wspólnego z Bałtykiem? No właśnie między innymi to -
                  został założony na ziemi, którą przed wiekami zamieszkiwały plemiona pruskie
                  (na granicy obszaru Galindii). Był też jednym z 12 miast założonych na terenie
                  Warmii, a Warmia rozciągała się od Braniewa i Fromborka nad Zalewem Wiślanym po
                  Reszel na wschodzie i Olsztyn na południu. No to teraz wracam do Reszla, czyli
                  na koniec tego wątku.
      • Gość: tralala Re: Pruskie ołtarze ofiarne IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.09.05, 21:06
        Z kolejnym głazem związana jest legenda: - Diabeł grając ze swoimi kompanami w
        karty, poirytowany przegraną, chciał zagarnąć pieniądze i tak silnie uderzył w
        kamień służący za stół, że do dziś widnieje na nim ślad wgłębienia po czarciej
        łapie - opowiada Piotr Lichacz, dawny mieszkaniec Jakunówki. W miejscowości
        tej, na wzniesieniu nieopodal Diablej Góry, znajduje się bowiem tajemniczy,
        wielki narzutowy głaz. Według naukowców jest to kamień sakralny
        wczesnośredniowiecznych mieszkańców tych ziem, Galindów. Można go zobaczyć na
        tym zdjęciu www.poganin.most.org.pl/zdjecia/dybowo.jpg
        (takich 'czarcich' legend o głazach na przykład rzucanych lub przenoszonych
        przez diabły jest dużo, nie tylko na Warmii i Mazurach. Czy i w Krakowie lub
        okolicach jest taki diabelski kamień? A może w warmińskich legendach znajdziesz
        Rito podobną historyjkę?)
        • rita100 Re: Pruskie ołtarze ofiarne 21.09.05, 21:29
          Ślicznie piszesz , naprawdę mozna przy Tobie poznać tajemne wiedze. Już nie
          bedę tak szukać , bardziej słuchać i czytać. O diabłach to wszedzie było glośno.
          Wiele legend znam ale śląskich tam czasmi duzo opowiadają. Najbardziej poznałam
          Utopka, czyli takiego diabełka ktory kusi do wody - podobnego do naszego
          Toplica.
          Ale nie wiem czy wiesz - w kamieniach coś jest, ja to z każdej wycieczki
          przywożę własnie jakis znaleziony kamień i tak się z niego cieszę, układam w
          ogródku i patrzę na niego. Kamień ma coś w sobie , może magię , może coś co
          jest wieczne .
          O, rany , jeszcze Ci muszę powiedzieć o najważniejszym kamieniu forumowiczów -
          mamy kamień z muru zamkowego w Olsztynie . Redakcja dała nam cegłówkę za
          zdobycie chyba 2000 wpisu. Postanowiliśmy wspolnie z forumowiczami umieścic go
          w pubie eNki na ul.Dabrowszczaków i tam do dziś stoi. Poprosze o zdjecie do
          galerii, żebyś zobaczyła. Ten kamień nazwaliśmy "Lady" - to też historia.
          I wiesz do tego kamienia zjeżdzamy się co roku na spotkanie. Czyż nie wspaniała
          historia i jak tu nie kochać Olsztyn ? hehe
          • Gość: tralala Re: Pruskie ołtarze ofiarne IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.09.05, 21:41
            A może jednak uda mi się zachęcić Cię do poszukania (o choćby tutaj
            www.kamienie.most.org.pl/regiony/prusy.htm ) dalszych ciekawostek o
            kurhanach? Może coś z tego wybierzesz i dorzucisz do naszego wątku w
            najblizszych dniach. No i mam dobrą nowinę z dzisiejszego dodatku olsztynskiego
            do GW - nie jesteśmy same, zobacz: 'Wczorajsza sesja rady powiatu zaczęła się
            nietypowo: dwie ubrane w powłóczyste szaty dziewczynki rozdawały
            samorządowcom "pruskie ciastka" zlepione z kasz i ziół. Ich ubrany w kamizelę z
            łaciatej skóry kolega rozlewał z dzbana napój z miodu. Byli to uczniowie Szkoły
            Podstawowej nr 3 z Dobrego Miasta, którzy oprócz zwykłych, szkolnych wiadomości
            poznają przeszłość najbliższej okolicy'.
              • rita100 Re: Pruskie ołtarze ofiarne 21.09.05, 22:20
                Gość portalu: tralala napisał(a):

                > Na dobranoc coś do śmiechu - rysunek na górze 'Dlaczego nie warto palić
                > czarownic na stosie', rysunek na dole 'Smok wawelski zawsze przyjacielski'
                > www.poganin.most.org.pl/humor/humor2.htm
                > Miłych snów, Rito

                Milych snów
                Takie same rysunki rysuje moja córka , własnie w tym stylu - mam ich mnóstwo,
                taka postać fantazji, ale są piekne mimo , że wyglądają groźnie, może nie
                groźnie a bardziej tajemniczo :)
                • Gość: tralala Re: Pruskie ołtarze ofiarne IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.05, 21:07
                  Jeszcze parę akapitów z książki Aleksandra Brucknera o wierzeniach Prusów:
                  Gaje, pola i wody poświęcane są bóstwom powietrza i wody, ziemi i ognia, ciałom
                  niebieskim, gromowi, ptactwu, zwierzętom czworonożnym i gadom. Bóstwo obierało
                  gaj, pole lub wodę; rękojmią jego obecności było jakieś drzewo lub wyróżniająca
                  się grupa drzew. W znamienitszych miejscach utrzymywał ofiarnik święty ogień,
                  niegasnący, żywy; dla większych gminnych ofiar zwoływał on tam wiernych krywą
                  (laską); tu ofiarowano część (trzecią) zdobyczy wojennych, mianowicie zaś
                  palono żywcem najznakomitszych jeńców, w pełnej zbroi, na koniu, uwiązawszy do
                  palów lub drzew. Czasem też końmi gonią jeńców tak długo, aż się ledwie na
                  nogach utrzymać mogą, po czym ich wiążą i palą bogom.
                  • Gość: tralala Re: Pruskie ołtarze ofiarne IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.05, 21:09
                    I częściej od ludzkich składane ofiary ze zwierząt - na wróżbę, na zapewnienie
                    przychylności bóstw, lub ich przebłaganie:
                    Zwierzętami ofiarnymi bywały: byk, kozieł, świnia, kury – wszystko barwy
                    czarnej, wyjątkowo w innej. W ofiarach biorą udział wszyscy obecni, każdy
                    dorzuca do stosu drzewa lub chrustu; najlepsza cząstka, tłuszcz od bydląt,
                    płonie bogom w naczyniach uświęconych, wyłącznie do tego przeznaczonych
                    (kronikarz opowiada, jak raz Krzyżacy zdobyli taki kociołek ofiarny,
                    przenoszony z wieży do wieży przez Prusów); obecni spożywają z ofiar bydlęcych
                    resztki, skropiwszy się poprzednio lub pomazawszy się krwią ofiarną. dalej
                    należały do ofiar napoje, z których cząstkę najpierw bogom odlewano.
                    Ofiary składano na przykład na takich głazach:
                    Zwierzętami ofiarnymi bywały: byk, kozieł, świnia, kury – wszystko barwy
                    czarnej, wyjątkowo w innej. W ofiarach biorą udział wszyscy obecni, każdy
                    dorzuca do stosu drzewa lub chrustu; najlepsza cząstka, tłuszcz od bydląt,
                    płonie bogom w naczyniach uświęconych, wyłącznie do tego przeznaczonych
                    (kronikarz opowiada, jak raz Krzyżacy zdobyli taki kociołek ofiarny,
                    przenoszony z wieży do wieży przez Prusów); obecni spożywają z ofiar bydlęcych
                    resztki, skropiwszy się poprzednio lub pomazawszy się krwią ofiarną. dalej
                    należały do ofiar napoje, z których cząstkę najpierw bogom odlewano.
            • rita100 Re: Pruskie ołtarze ofiarne 21.09.05, 22:15
              Stronka faktycznie do przestudiowania - a jednak jest duzo wiadomości na
              internecie, trzeba tylko trafić .
              Dobre wieści z tym utrwalaniem tradycji od dziecka - to naprawdę dobry pomysł i
              dzieci lubią takie rzeczy, a nie tak jak teraz studiuje.
              Przeciez nie tylko Walentynki powinniśmy propagować , ale i nawet propagować
              twórczośc reginalną i zrobić z tego wielki biznnes jak z amerykańskich
              walentynek. Takie powinniśmy mieć swieto w całej Polsce - dzień regionalny i
              wszyscy powinniśmy chodzić w regionalnych strojach, jeść regionalne potrawy i
              śpiewać tańczyć regionalnie. Przeciez mamy tak piękną tradycję , że naprawdę
              szkoda to marnować i zamykać sie tylko w samej specjalizacji i wykladach.
              Dla dzieci to napewno byloby wielką frajdą - wspaniałą. Wylicznki regionalne.
              To sa ich korzenie , a nie tylko szczepić popkulturą i inne nowoczesności.
              Jak myślisz ?
              Szkoda , że w samym Olsztynie tego nie było, pewnie sie wstydzą ;)))))
              • rita100 Re: Tralala 23.09.05, 19:45
                bądź teraz cierpliwa , coś Ci zamieszczę co wywoła dreszcze - musze tylko
                spokojnie do wpisu podejść po kolacji.
                Coś cudownego z Rymkiewicza - tu najbardziej pasuje :)
                • rita100 Re: Archeologia 23.09.05, 19:51
                  W 1934 roku zaczęto badać teren Starego Miasta w Olsztynie. Podczas prac
                  ziemnych prowadzonych na zapleczu budynku obecnych "Delikatesów" -
                  prawdopodobnie ta własnie parcela była parcelą naszego słynnego Jana z Łajs. Z
                  badań tak wynikało.
                  Niestety II wojna przerwała prace, a po wojnie nikt już nie myślał o wznowieniu
                  badań, trzeba było szybko odbudowywać Olsztyn z gruzów. Nikt nie pomyślał, ze
                  przy takim odbudowywaniu powinien pracować archeolog. Znaleziono wtenczas dużo
                  okazów krzyżackich. Pierwsze prawdziwe prace archeologiczne były dopiero w 1951
                  roku i zaczęto od ul. Prostej, a tak naprawdę to zaczęto szczegółowo dociekać w
                  latach siedemdziesiątych, a już największe zainteresowanie zaczeło się po raz
                  pierwszy publicznie na forum GW, gdzie Tralala zaraża nas tym bakcylem. ;))))))
                  • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 23.09.05, 19:54
                    "Rozmowy polskie latem 1983" - Jarosław Marek Rymkiewicz

                    - Przed stu, przed dwustu, przed tysiącem lat ktoś, jak ja dziesiaj - myśli pan
                    Mareczek, wiedząc , że może sobie spokojnie pozwolić na takie rozmyślania, jako
                    że borowika z pewnością i tak nie znajdzie - przed dwoma tysiącami lat ktoś mi
                    nie znany, mówiący mi nieznanym mi językiem, szedł przez ten las, o tędy
                    przechodził, o tu przystanął, tutaj spojrzał w niebo i rozgarniał zaostrzonym
                    kijem gałęzie, rozdzierał końcem kija wilgotne pajączyny zwisające ze sosen.
                    Kim był ten człowiek ?
                    Patrzyły na niego z głebi lasu oczy przerażonej sarny, tej samej, ktora patrzy
                    dzisiaj na mnie. Kim oni byli, ci bracia Prusów i Litwinów, Jadźwingowie ?
                    Tutaj w tym lesie, pod warstwą mchu, pod warstwą pruchnicy lezy jeszcze grot
                    ich strzały, lezy ich przerdzewiały miecz. Gdyby go teraz ktoś znalazł i
                    odgrzebał, ten miecz rozsypałby sie w czerwony pył pod dotknięciem światła albo
                    dłoni. Nic , zupełnie nic nie pozostało po Jadźwingach. Można pogratulować tym,
                    którzy ich eksterminowali. Odnieśli niebywały sukces, taki, jaki w dziejach
                    mało komu przypadł w udziale.
                    Nie został ani jeden dom, ani jeden człowiek. Jadźwingowie znikneli z
                    powierzchni ziemi razem ze swoimi bóstwami, grzebieniami, pierścieniami,
                    garnkami i językiem.
                    Zostały po nich tylko kurhany przy sosie numer 11, tam gdzie za Suwałkami, za
                    Szwajcarią skręca sie na Szypliszki. I zostały jeszcze te strzępy jezyka,
                    strzępy jego fonetyki zachowane w nazwach miejscowych, te wszystkie sa, szy,
                    szut, a także wiż, ejsz, szesz, i jeszcze żaj, lisz, ysz, które szeleszczą,
                    gwiżdżą, poświstują w Kadaryszkach, Maszutkinach, Wiżajnach, Bondziszkach.
                    jutro będzie dalej - fajne nie ?
                    • Gość: tralala Re: "Rozmowy polskie latem 1983" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.05, 21:13
                      Trzeba mieć wrażliwość poety, żeby zobaczyć tych, którzy mieszkali w Puszczy
                      Jańsborskiej, czy też Galindzkiej przed tysiącem lat. To prawda, że
                      Jadźwingowie w największym stopniu zostali poddani eksterminacji. taka była
                      strategia Zakonu - żeby między podbitymi Prusami a pogańską Litwą zostawić
                      gęstą, niezamieszkałą puszczę. Ale ja Rito ze zdumieniem dowiedziałam się, że
                      jeszcze do połowy XX wieku na Podlasiu nie używano nazwy Suwalszczyzna, tylko
                      Jaćwież (Jadźwież) - może nekroskop to potwiedzi, albo raczej jego dziadkowie?
                      • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 23.09.05, 21:38
                        Nie martw się , przed Toba jutro - będzie bardzo wrażliwy tekst - jak
                        cierpienia Raskolnika - ten Rymkiewicz strasznie musi kochać swoją ziemie , ze
                        takich słów używał w ksiązce.
                        Tralala , wejdź do galerii do watku Kocham Olsztyn - czy dobrze zauważyłam Babe
                        pruską na dziedzińscu zamku i napisz tam czy to tam studnia kamienna ?
                        Może bedziesz wiedzieć ;)
                        Jeszcze Cię dzisiaj zaskocze - ta przerwa to bylo tylko nabranie podwójnej
                        energi - tak mi glowa pękała wczoraj;))))
                        • Gość: tralala Re: "Rozmowy polskie latem 1983" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.05, 21:44
                          'Kocham Olsztyn' - dobrze, poszukam. a w wątku nekroskopa pojawiły się
                          Planty :)) - zobacz, czy podobne do krakowskich, na moje oko, niekoniecznie.
                          Oj, jutro pracuję, w niedzielę pracuję, i jeszcze dziś musze popracować, żeby
                          wiedzieć jak jutro i pojutrze pracować. Muszę więc znikać, ale nawet jeśli
                          jutro nic nie dopiszę, to na pewno zajrzę, bo zapowiada się coś
                          horrorystycznego?
                          • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 23.09.05, 22:37
                            "Przyśnij mi się miasto, chcę dotknąć twoich kamieni, chcę usłyszeć bicie
                            twoich dzwonów. Wysłuchajcie mnie, potęzni ksiązeta, wysłuchaj mnie mocno
                            Gedyminie i ty Olgierdzie, i ty też Kiejstusie, i ześlij mi choć ułamek, małą
                            cząstkę waszego odwiecznego snu."

                            milych snow
                            • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 24.09.05, 20:31
                              Ale czy Jadźwingowie mieli jakąś historie ? Czy istnieje jakaś zapisana, komuś
                              znana historia Jadźwingów ? I kto ich właściwie wyeksterminował ? Polacy ? Czy
                              ich pobratymcy, Litwini i Prusowie ? A może Polacy w sojuszu z krzyżackimi
                              komturami ? Albo krzyżacy komturowie w sojuszu z litewskimi książętami ? I kto
                              własciwie leży pod tymi kurhanami przy sosie numer 11 ? Jeśli w ogole ktoś tam
                              lezy. I czy te kurhany ktoś już kiedyś rozkopał, czy dobrali sie do nich
                              etnografowie polscy lub niemieccy ? Czy leżą tam królowie Jadźwingów, , ich
                              potęzni książęta, groźni kapłani ich nieznanej wiary ? Czy lezy tam księżniczki
                              o wąskich dłoniach, małych stopach ? Ale może te ich księżniczki były
                              przysadziste, brzuchate, cycate, wypukłookie, krowiookie ? Jesli nawet takie
                              były, to i tak pochylali się nad nimi z pożądaniem woloocy jaćwiescy książęta.
                              I poczynali w tych księżniczkach dzieci, które miały zostać potem
                              wyeksterminowane, rozstrzaskane przez krzyżackich jeźdźców o belki kurnej
                              chaty, rzucone przez litewskich jeźdzców w żar dopalającego sie zamczyska. Kość
                              czołowa z kosmykiem włosów, który rozpadnie się pod wpływem zetknięcia ze
                              światłem - oto co można by wykopać spod takiego kurhanu. Jeśli w ogole coś tam
                              jest pod tymi kurhanami. Pewnie nic.
                              Ale nie.....
                              • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 24.09.05, 21:30
                                Zostanie po nim przecież to, co właśnie pisze: ten opis grzybobrania, te
                                rozważania o Jadżwingach, te rozmowy.
                                A także zostaną po nich wszystkie jego wiersze opisujące rozkład, gnicie,
                                próchnienie kości czołowych, piszczeli, nerek, wątroby, płuc , gardeł i łokci.
                                - Nie bądź taki pyszny, Mareczku. Bo może po tobie zostać akurat to, co zostało
                                po Jadźwingach : czyli nic, nic, nic. Albo co najwyżej krowiookie, wolookie
                                strzępy fonetyki, która bedzie dla niego niezrozumiała, nikomu niepotrzebna :
                                szcz, brzdż, grzdż. Jakiś niezrozumiały głuch bełkot, jakiś bełkocik, ktory z
                                obrzydzeniem wspomni w przypisie zamieszczonym na stronie 796 historyk
                                literatury wieku dwudziestego pracujący w wieku dwudziestym trzecim. Tyle co
                                po Jaćwieży.
                                Wolookie nic.
                                • Gość: tralala Sudajczu, Sudajczuteli! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.09.05, 21:52
                                  Miałam dziś i jutro popracowac, ale znalazłam taką starą, piekną pieśń litweską
                                  o zagładzie Jadźwingów. Na chwilę oderwę się od codzienności (bo czasem
                                  skrzeczy) i się tą pieśnią podzielę:

                                  Co ty, książątko, Sudajczu!
                                  Sudajczu, Sudajczuteli!
                                  Długoś spał?
                                  Gdyś spał snem,
                                  Wycięli wojowników twoich
                                  Rozsypali twoje nasypy (zamek).
                                  Czegoż ci, książątko,
                                  Więcej żal?
                                  Czy zamku, czy wojowników?

                                  Nie tak mi żal zamku,
                                  Jak mi żal wojowników.
                                  Ja zamek (nasypy) zasypię,
                                  We dwa, we trzy lata;
                                  Lecz wojowników nie wywiodę
                                  Ani w dziesięć lat.

                                  Jutro-pojutrze znajdę więcej czasu i dopiszę, kiedy ta pieśń powstała, kim był
                                  nieszczęsny książę jaćwieski, i kiedy zginęli jego wojownicy. Dziś już powiem
                                  dobranoc - i księciu, i Tobie, Rito, i naszemu cicerone nekroskopowi, i nawet
                                  pysznemu Mareczkowi (a kto to?)
                                  • rita100 Re: Sudajczu, Sudajczuteli! 24.09.05, 22:00
                                    >pysznemu Mareczkowi (a kto to?)

                                    autor tej wspaniałej ksiązki i słów
                                    "Rozmowy polskie latem 1983" - Jarosław Marek Rymkiewicz

                                    >Co ty, książątko, Sudajczu!
                                    > Sudajczu, Sudajczuteli!
                                    A kto to Sudajczek ?
                                    Nie znam tej nazwy :)
                                    dobranoc
                                    Śliczna pieśń
                                    • rita100 Re: Sudajczu, Sudajczuteli! 25.09.05, 21:50
                                      Tralala, nie bedę przytaczać fragmentów tej książki, ale jedno trzeba
                                      powiedziec , napisał tą książkę z sercem, czuć jego miłość, wielką miłość do
                                      tej krainy, jej podziw , a przede wszystkim wielką pokorę do tego co ta ziemia
                                      przeszła, nie oszczędzając nikogo a opis wojsk radziecki przez teren , kiedy to
                                      zabawiali sie nad jeziorami i granatami , tylko dla zabawy niszczyli naturalne
                                      środowisko jezior zamieniając je z zgniłe strzępy brzuchastych śniętych ryb ...
                                      jest straszny.
                                      Dobrze mieć teraz taką galerię zdjęć i widzieć jak spokojnie i pewnie pływają
                                      sobie łabedzie i kaczki.
                                      • Gość: tralala Re: Sudajczu, Sudajczuteli! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.05, 20:43
                                        A długa to książka? Cała o Jaćwieży? Czy tylko jej część?
                                        'Sudajczu, Sudajczuteli' - dodałam tę pieśń, bo tak niespodziewanie ją
                                        znalazłam i tak akurat do rozmyślań Rymkiewicza. I chociaż napisana kilkaset
                                        lat temu, wydaje się zupełnie współczesna (może to kwestia tłumaczniea, ale i
                                        to jest stare). Poza tym, ktoś w wycieczce po Białymstoku przyczepił się nazwy
                                        Jaćwingów, że niby nie tak się pisze. A prawda jest taka, że nikt nie wie, jak
                                        ten naród sam siebie nazywał. Znamy tylko różne nazwy nadane przez
                                        sąsiadów: 'Jaćwingowie (Jadźwingowie) – być może odłam pruskich plemion, byc
                                        może odrębny naród Bałtów, najmniej liczny, i wytępiony najrychlej, nie tknięty
                                        chrześcijańsywem. Jadźwingowie żyli od Niemna po Narew, Biebrzę i Łek , a zwani
                                        byli różnie: Podlaszanami, i Jaćwingami, Jatwjagami (Jaćwieżą) wedle głosowni i
                                        słoworodu ruskiego, Sudowai w Prusiech i na Litwie'(Bruckner). I od Sudowai
                                        pochodzi tytuł tej litweskiej pieśni i jaćwieskiego księcia.
                                        • rita100 Re: Sudajczu, Sudajczuteli! 26.09.05, 20:53
                                          Tak , ksiazka jest długa i powiem Ci szczerze, że wiele fragmentów już
                                          zamieściłam w wojennym watku, zaraz je znajdę. Są wspaniale opisy przyrody i
                                          jej dziedzictwo. A ksiązkę kupilam rok temu, wchodząc do księgarni wśród tylu
                                          książek oko spoczeło na na niej i ku zaskoczeniu w domu - niesamowicie byłam
                                          swoim wyborem zaskoczona, bo i autora nie znałam , a i tytuł nic nie mówił, a
                                          jednak bez zmrógnięcia okiem - na pewniaka kupiłam. Teraz ją czytam drugi raz i
                                          po naszych rozmowach wyciągam z niej głebie , której wczesnie nie zauważyłam.
                                          Nie mogę się jednak oprzeć dalszego zamieszczania jej urywków - chocby to
                                          popatrz:
                                          Wiersz dla plemienia Jadźwingów
                                          napisany nad ich jeziorem

                                          O jaćwiescy książęta co po was zostało
                                          Te dwie zapinki z brązu to jest bardzo mało

                                          A ten rozbity garnek to jest świadek lichy
                                          I cóż po waszym męstwie i co z waszej pychy

                                          Wasz król w lasanku zgubił drewnianą koronę
                                          Berło z gałęzi dębu było wyrzeźbione

                                          Waszą królową uwiódł święty wąż z zatoki
                                          Wchodząc w wodę liczyła odbite obłoki

                                          Królewski syn na brzegu zamyślony siedział
                                          Porwali go Litwini lub siostry niedźwiedzia

                                          Wasze dzieje spisan na brązowej korze
                                          Sa jak dziej tych muszel ktore śpią w jeziorze

                                          Albo jak dzieje raków pod korzeniem w wodzie
                                          Jak łatwo jest zapomnieć o całym narodzie

                                          O jaćwiejscy książęta co teraz poczniecie
                                          Po polsku mówi naród w sejneńskim powiecie

                                          A po litewsku mówi tam gdzie Kalwarija
                                          Warczy traktor na szosie i kurhany mija

                                          Ja jednak myślę o was więc pewnie jesteście
                                          Ale gdzie mam was szukać w jakim Bożym mieście

                                          Może tu nad jeziorem kiedy śnieh już pada
                                          Nocą stukacie w okno polskiego sąsiada

                                          A może za Islandią gdzieś na oceanie
                                          Macie podwodne porty sekretne przystanie

                                          Jaka wasza historia jakie przeznaczenie
                                          Pod mchem w głab ziemi idą splątane korzenie

                                          Stoi mgła na jeziorze nad niż ksieżyc biały
                                          Usnęliśmy w olsztynie a dzieje mijały

                                          J.M.Rymkiewicz
                                          Sejny , to jego ulubione miasteczko
                              • Gość: tralala Re: "Rozmowy polskie latem 1983" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.05, 20:49
                                Troszkę pomieszam, ale może tu dodam historię Sudaiczu, bo to niezwykły dowód,
                                jak wyobraźnia może pomóc poecie dojrzeć (domyślić się, wyczuć?), co
                                rzeczywiście miało miejsce na tej ziemi: W marcu 1362 ruszył sam wielki mistrz
                                Winryk z Kniprode, na czele licznych hufców przeciw Kownu; w Wielką Sobotę
                                zdobyłi zamek, gdzie poległo trzy tysiące Litwniów (większość z nich spłonęła w
                                drewnianej twierdzy - 'żar dopalającego się zamczyska'). Woiddat, syn
                                Kiejstutów, został pojman z 36 panów przedniejszych. O nim jest ta pieśń
                                litewska, w oryginale zaczynajaca się: ‘Kuninge Sudaiczu, Sudaiczu raicziu’.
                                A może jednak, Rito, wybierzesz jeszcze kilka fragmentów z książki Rymkiewicza?
                                • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 26.09.05, 21:51
                                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=64&w=18479350&v=2&s=0
                                  Tralala, teraz dopiero rozumie co czytam, zamieszcze jeszcze dużo fragmentów,
                                  tymczasem przeczytaj jak broniłam w tym watku naszej ziemiczki i to dzięki
                                  Rymkiewiczowi, którego kupiłam własnie w tym okresie. Ta wiedza była moją
                                  bronią. Zobacz jakie fragmenty obszerne zamieściłam, chociaż bardziej
                                  historyczne, a teraz skupiam się na fragmentach korzennych.
                                  • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 26.09.05, 22:30
                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=708&w=27569342&a=29406838
                                    Tralala, czy przypadkowo nie wiesz co to za ten maly biały budyneczek w
                                    kształcie chatki tak slicznie wyrózniający się pod oswietlonym zamkiem ?
                                    • Gość: tralala Re: "Rozmowy polskie latem 1983" IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.05, 22:46
                                      ??? Może jest to jedna z kamieniczek, które zapobiegliwi, a niezbyt zamożni
                                      mieszkańcy Olsztyna budowali w XIXw wydłubując cegły z murów obronnych miasta?
                                      Stoi tuż nad dawną fosą. A może to kolejny zabytek, który czeka na odkrycie?
                                      Spróbuję to sprawdzić. A tu zobacz, co w dzisiejszej gazecie powiedział
                                      dyrektor muzeum: Zamierzam stworzyć możliwość podziwiania zamku jako eksponatu.
                                      Udostępnić poddasza i piwnice zapowiada Janusz Cygański.
                                      miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,2937002.html
                                      I jeszcze jedna ciekawa wiadomość: Nowe Ramuki to pierwsze nadleśnictwo w
                                      regionie, które kompleksowo zadba o ślady kultury Prusów: kurhany, wały,
                                      grodziska. Chce też nauczyć leśników, którzy często w lesie znajdują cenne
                                      archeologicznie przedmioty, jak rozpoznać, że akurat ten kawałek metalu to
                                      kilkusetletnia siekierka, a gliniana skorupa była kiedyś kawałkiem naczynia.
                                      miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,2936928.html
                                      Dobre wiadomości na dobranoc!
                                      • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 26.09.05, 23:04
                                        Same dobre wieści z tym , że w innych regionach Europejskich Dni Dziedzictwa ,
                                        to te dni przebiegały na imprezach nie tylko na Sesji. Na Śląsku byly wszystki
                                        Muzea udostępnione, odbywały sie imprezy i specjalne zwiedzanie zabytków ,
                                        tras, odczyty i wykłady i koncerty dla wszystkich, a tu tak cicho one przeszły.
                                        Ogromnie się cieszę z mozliwości odkrycia piwnic i poddasza do zwiedzania,
                                        wiele można tam eksponować , nawet antrape czy jak to sie nazywa Starego miasta
                                        w pomniejszeniu, żeby przedstawić to bardziej obrazowo, no i oczywiście o
                                        jakiegoś stracha trzeba się postarać . Czy w tym zamku straszy ?
                                        Kiedyś mi córka powiedziała, że mogląby się nająć do pracy nocnej i straszyć
                                        turystów jako czarna dama , bo lubi na czerno chodzić ubrana :)

                                        dobranoc
                                        dziękuję za odpowiedź
                                        • rita100 Re: "Rozmowy polskie latem 1983" 27.09.05, 21:24
                                          "- Kocham was - mowi pan Mareczek Rymkiewicz - Wiem , że niezdarnie, że
                                          ułomnie, ale tak jak umiem. Przecież wiecie o tym, litwewscy książęta. Wiesz o
                                          tym mocny Erdwile. I ty Mendogu. I ty też, wymyslony przez kronikarzy
                                          Ryngoldzie. Ty wiesz, Litwo.
                                          I tu pan Mareczek przypomina sobie, że Mendog nie był przecież wielkim
                                          księciem, lecz królem Litwinów i koronował się w Nowogródku w roku 1252 - a
                                          może 1253 ? - o czym wspomina Misckiewicz w przypisach do "Grażyny".
                                          Pan Mareczek wyjmuje blik z szuflady i pisze wiersz:

                                          Królowie Litwy

                                          Królowie Litwy pod dębami leżą
                                          Robak w ich czaszkach mech jest ich odzieżą

                                          Królowie Litwy Mendog lub Mindowe
                                          Wygnani z dziejów jak zwierzęta płowe

                                          Czarne ich kości czarne mają twarze
                                          Erdwił czy Witold nocne gospodarze

                                          Czarny ich zamek na bobrów jeziorze
                                          I w łódce z kory podróż aż za morze

                                          Królowie Litwy potomstwo Montwiła
                                          Dynastia która w puszczy sie ukryła

                                          Potężni władcy nocnej okolicy
                                          Królowie żuków mrówek i brusznicy

                                          Mocni książęta na każdej malinie
                                          O świcie pamięć o ich dziejach ginie

                                          Mrówcze ich miasta krecie ich komnaty
                                          W każdym żołędziu mroczne kazamaty

                                          Borsuk ogląda święte ich oblicza
                                          Ja tak cię kocham Litwo tajemnicza

                                          I świeci próchno nocna ich stolica
                                          Jak kiedyś w Wilnie nie zgaszona świeca

                                          I świeci próchno w czarnych oczodołach
                                          Posłuchaj w lesie może on cię woła

                                          Erdwił czy Mendog albo Wotold młody
                                          Może cię prosić na stuletnie gody

                                          Chodźmi za nimi wijmy wieńce z lisci
                                          Niech się nam Litwa jaką była ziści

                                          Chodźmy gdzie paproć w międzyborzu świeci
                                          I stuka dzięcioł ten sam od stuleci

                                          Chodźmi za nimi dokąd nas powiodą
                                          Niech nam pokażą Litwę wiecznie młodą."

                                          - Nie mieliby państwo ochoty pojechać do Sejn ? A z Sejn moglibyśmy, bo to już
                                          bardzo niedaleko, pojechać nad jezioro Gaładuś. To piękne jezioro, a poza tym
                                          obejrzelibyśmy sobie, jak tam wygląda granica, bo ona właśnie przechodzi przez
                                          Gaładuś i połowa jeziora jest po naszej stronie, a połowa po rosyjskiej.

                                          • rita100 Re: Śladem grodzisk 28.09.05, 20:21
                                            Wracając do odkryć, to dzieki takim odkryciom wiemy, że przedkowie Prusów zw.
                                            Bałty, w w rejonie Olsztyna - Galinami. Odkryto grodziska pruskie w okolicach
                                            Olsztyna. Jednym takim grodziskiem był "Przeklęty zamek" ktory znajdował sie w
                                            olsztyńskim Lesie Miejskim w zakolu Łyny i pobliżu Diabelskiego Młynu. Znane
                                            już w kartotece J.M.Cuise jako zamek Sundythem.
                                            Gród w Bartązku nad jeziorem Bartąg - gdzie wiosną 1348roku w tym własnie
                                            miejscu spotkały się trzy osobistości kapituły Harmut - proboszcz Katedry, Jan -
                                            dziekan, oraz Jan -Kustosz i podjeli decyzję o budowie zamku i miasta Olsztyn.
                                            Posiadamy wielowiekową tradycję osadniczą.
                                            • Gość: tralala Re: Śladem grodzisk IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.05, 20:51
                                              Czasem trudno odróżnić takie grodzisko od wzgórza morenowego, czasem trudno je
                                              wypatrzeć, jeśli jest porośnięte lasem. Ale na tym zdjęciu można zobaczyć, że
                                              niektóre z tych grodzisk były imponuaco wielkie
                                              www.poganin.most.org.pl/zdjecia/banie.jpg
                                              I jeszcze kilka słów z tej strony: Siedziby Galindów, średniowiecznych
                                              mieszkańców regionu Wielkich Jezior zniknęły w pomroce dziejów. Jednak
                                              nierzadko spotykamy charakterystyczne pagórki o kształtach noszących ślady
                                              działalności dawnych wojowników - spadki czy wręcz linie obwałowań, które były
                                              ich warowniami. Historycy obliczają liczbę takich miejsc na prawie 600. W
                                              okolicach Giżycka źródła odnotowują ok. 20, np. Jeziorko, Trosy czy Bogaczewo.
                                              Warto wspomnieć jeszcze o przepięknie położonym grodzisku w Ostrowie nie opodal
                                              Skomacka Wielkiego i Grodzisku na północ od Kruklanek. (Sławomir Kędzierski)
                                              Prawie 600 grodzisk - jest czego szukać!
                                              • rita100 Re: Edmund Friszke 28.09.05, 21:28
                                                Czyli trzeba zwracać uwagę na kopce. Te kopce maja pewnie swoje nazwy
                                                regionalne. Czytałam legende o chodzacej górze i bezboznych tam mieszkających
                                                ludziach, dopiero ją zamieszcze - być może to mowa o tych kopcach górzystych.

                                                Tralala, teraz będe przedstawiać wielkich ludzi Warmii i Mazur i ciekawe ich
                                                dzieje, najczęściej smutne ich losy.
                                                www.luteranie.pl/diec.mazurska/pl/biuletyn/Friszke.htm
                                                Zaczytałam sie tak ciekawa historia i Mazurów i Olsztyna

                                                W 1966 roku, po kilkakrotnym zdewastowaniu grobu przez nieznanych sprawców,
                                                rodzina dokonała ekshumacji i przeniesienia ciał na miejscowy cmentarz
                                                komunalny. Parę lat później cmentarz ewangelicki w Olsztynie został w ogóle
                                                zlikwidowany, pomniki zburzone, groby zrównane z ziemią. Dzisiaj ten spory
                                                teren porasta trawa i stare drzewa. Mazurskich imion nie ma już nawet na
                                                pomnikach cmentarnych.


                                                • Gość: tralala Re: Edmund Friszke IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.05, 21:42
                                                  Jedno z takich wzgórz jest koło Kortowa, w samym Olsztynie. Nosiło nazwę Trupi
                                                  Czerep. Nie było to ani grodzisko, ani nawet kurhan. Napiszę o nim więcej
                                                  jutro, ale to dość makabryczna historia.
                                                  A z cmentarza ewangelickiego, na którym pochowano pastora Friszke poza drzewami
                                                  pozostała też kaplica cmentarna, dziś cerkiew prawosławna, od niedawna
                                                  ozdobiona 'cebulkami' na szczycie dachu. Dziwne połączenie - neogotycka kaplica
                                                  i 'cebulki'?
                                                  Muszę uciekać teraz w google i trochę popracować. Dobranoc.
                                                  • Gość: tralala Re: Edmund Friszke IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.09.05, 20:54
                                                    Z linkami różnie bywa - mogą zniknąć albo się zawiesić, więc wybrałam z tego
                                                    bardzo długiego i ciekawego artykułu garść informacji o księdzu Friszke - dziś
                                                    o jego losach do czasu przyjazdu do Olsztyna.

                                                    Edmund Friszke urodził się 4 czerwca 1902 roku w Zduńskiej Woli. Ordynowany był
                                                    w 1927 r, i z dniem 15 marca objął stanowisko wikariusza parafii ewangelicko-
                                                    augsburskiej św. Trójcy w Łodzi. Z dniem 15 marca 1929 r. został powołany na
                                                    stanowisko administratora parafii radomskiej.

                                                    Na początku września 1939 r. wyjechał wraz rodziną z Radomia do Lublina, co
                                                    było naturalne ze względu na zajmowane stanowisko p.o. seniora lubelskiego. Do
                                                    Radomia powrócił wraz z rodziną 20 września. Nazajutrz został aresztowany przez
                                                    Gestapo. Aresztujący go obersturmfuhrer German powiedział - gdy zabierany z
                                                    domu próbował oczyścić swój płaszcz - "nie trzeba czyścić, tam dokąd pan
                                                    pójdzie, zabrudzi pan sobie nie tylko płaszcz" .

                                                    W radomskim więzieniu przy pomocy obelg, bicia, głodu oraz gróźb rozstrzelania,
                                                    próbowano go zmusić do podpisywania się nazwiskiem z niemiecka, przez "sch" i
                                                    do zadeklarowania się jako Niemiec. Nacisk, jaki w tej sprawie wywierało
                                                    Gestapo wówczas, a także później, miał charakter symboliczny. Chodziło o
                                                    złamanie moralne człowieka, a także o wypełnienie nazistowskiego dogmatu, w
                                                    myśl którego ewangelik o niemiecko brzmiącym nazwisku musiał być Niemcem.

                                                    Dnia 18 grudnia 1939 r. ks. Friszke został wywieziony z Radomia i osadzony w
                                                    obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, a 13 grudnia 1940 r. - wraz z innymi
                                                    duchownymi przewieziony do obozu w Dachau. Jako więzień numer 22 500 przebywał
                                                    tam do chwili oswobodzenia przez wojska amerykańskie 29 kwietnia 1945 r. W
                                                    nazistowskich więzieniach i obozach spędził zatem 5 lat i 7 miesięcy.

                                                    Po wyzwoleniu obozu i odbyciu obowiązkowej kwarantanny - wprowadzonej z powodu
                                                    panującego wśród niektórych więźniów tyfusu - został zwolniony przez władze
                                                    amerykańskie 31 maja 1945 r.

                                                    Oficjalna nominacja ks. Bp. Szerudy dla ks. Friszke na administratora polskiej
                                                    parafii ewangelickiej w Olsztynie nosi datę 9 stycznia 1946 r. Decyzją
                                                    Konsystorza z 25 marca 1946 r. ks. Friszke został również administratorem
                                                    parafii w Olsztynku, Mańkach i Biesalu w pow. ostródzkim. Otrzymał przydział na
                                                    prowadzenie nauki religii w szkołach powszechnych w Olsztynie, Łęgutach,
                                                    Olsztynku i Mańkach. Do Olsztyna przybył jeszcze w styczniu 1946 r., rodzinę
                                                    sprowadził w marcu.
                                                  • rita100 Re: Edmund Friszke 30.09.05, 22:08
                                                    Tralala, tak , juz niejeden link się nie otwiera, faktycznie one albo się
                                                    strzeją i stają sie niedostepne. Wiele razy tak mialam, dlatego jeszcze coś
                                                    bardzo ciekawego wkleje z tej stronki Friszke - dotyczy historii.

                                                    "Prusy Wschodnie były pierwszą prowincją III Rzeszy, do której wkroczyła Armia
                                                    Czerwona. Zemsta za zbrodnie hitlerowskie w ZSRR była okrutna i skierowana
                                                    przede wszytskim przeciw ludności cywilnej. Strach przed bolszewikami,
                                                    wzmocniony przez wieści o ich brutalności, spowodował masową ucieczkę ludności,
                                                    która na przełomie 1944 i 1945 objęła około pół miliona ludzi. Po wejściu
                                                    Rosjan w południowej części Prus Wschodnich (które zostaną przyznane Polsce)
                                                    znajdowało się około pół miliona ludzi. Ogromna część spośród nich została
                                                    zamknięta w prowizorycznych obozach i następnie deportowana do ZSRR. Liczbę
                                                    deportowanych badacze szacują na 100, a nawet do 300 tys. Oczywiście, władze
                                                    sowieckie nie dokonywały rozróżnień między Niemcami, Mazurami, Warmiakami. Nie
                                                    dokonywali tego również szabrownicy, którzy zwłaszcza w 1945 r. grasowali w
                                                    południowej części Mazur, grabiąc mienie opuszczone przez uciekinierów, ale
                                                    także znajdujące się w posiadaniu bezbronnej ludności miejscowej."

                                                    " Tak ogromne wymieszanie ludności o różnej tożsamości kulturowej oraz
                                                    odmiennych doświadczeniach społecznych, historycznych, nawet wzorach
                                                    gospodarowania i zachowań, musiało rodzić liczne i dramatyczne konflikty.
                                                    Nieufność, niechęci i spory szły często w parze z rywalizacją, nieraz bardzo
                                                    brutalną, o dostęp do dóbr - mieszkań, gospodarstw, dobytku ruchomego itd.
                                                    Stroną najsłabszą w tej rywalizacji byli autochtoni, uważani z reguły przez
                                                    przybyszów za obcych, za Niemców."
                                                  • Gość: tralala Re: Edmund Friszke IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.09.05, 22:37
                                                    Tak, w tym artykule jest bardzo dużo ciekawych historii, nie tylko o pastorze
                                                    Friszke, ale przede wszystkim o powojennych losach mazurów. A to historia do
                                                    tej pory mało znana, przez wiele lat zakazana. Ja skupiłam się bardziej na
                                                    życiu ks Friszke, ale choć skracałam, jak mogłam, to wyszła potężna biografia.
                                                    Więc może poczekam z nią do jutra. Dzisiejszy dzień,jednak bardzo smutny,
                                                    zakończę zapowiadaną historią grobu pruskiego w Kortowie. Jednak nie radzę
                                                    czytać przed snem - będzie w następnym poście. Dobrej nocy nam wszystkim i
                                                    lepszego dnia jutro.
                                                  • Gość: tralala Trupi Czerep IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 30.09.05, 22:39
                                                    W latach 1898-1899 podczas prac mierniczych przed rozpoczęciem budowy Zakładu
                                                    dla Obłąkanych w Kortowie, robotnicy odkryli grób kryjący mnóstwo ludzkich
                                                    kości. Miejsce odnalezienia tego grobu nosiło legendarną nazwę Trupi Czerep,
                                                    choć nikt nie potrafił wyjaśnić pochodzenia tej nazwy.
                                                    Dopiero po pewnym czasie grób zbadali archeolodzy, którzy stwierdzili, że
                                                    znalezione kości pochodzą sprzed kilku wieków. Możliwe jest więc, że grób
                                                    pochodził z czasów, kiedy to nastąpił kres staropruskiej osady Korto. O tym, że
                                                    mieszkańcy Korto zostali wymordowani, być może przez Krzyżaków, świadczy to, że
                                                    nie zostali pochowani zgodnie ze staropruskim rytuałem, lecz wrzuceni w
                                                    nieładzie do dołu i zasypani. Niestety, skromna dokumentacja tego znaleziska,
                                                    przechowywana na Uniwersytecie Alberta w Królewcu spłonęła w 1945r.
                                                    Możliwe jest też inne pochodzenie tego grobu: może spoczęły w nim ofiary wojny
                                                    polsko-krzyżackiej w 1414r., a może nawet dużo późniejszej kampanii
                                                    napoleońskiej na początku XIXw. Jednym z dowodów na to, że w Kortowie istniała
                                                    osada pruska jest grot oszczepu, znaleziony w 1960r. nad jeziorem Kortowskim.
                                                    (na podstawie książki St. Piechockiego, Czyściec zwany Kortau)
                                                  • rita100 Re: Trupi Czerep 30.09.05, 22:59
                                                    Oj, Kortowo, Kortowo, to osobny rozdział dla mnie - już dawno, dawno slyszałam
                                                    o tej nazwie i kojarzyłam sobie to z wieką ilościa kortów tenisowych, takie
                                                    bylo moje pierwsze skojarzenie - dopiero pózniej sie dowiedziałam dużo innych
                                                    rzeczy, a teraz ten Trupi Czerep. Te tereny kryją wiele tajemnic , burzliwą
                                                    historię. Nikt jeszcze o tym nie napisał, ale ten szpital dla obłakanych w
                                                    czasie II wojny światowej spełniał rózne funkcje, może doczytam jeszcze
                                                    dokładniej. Nie wiem czy ten Zakład dla Obłakanych jeszcze jest ?
                                                    Ciężko powiedzieć w tym wątku dobranoc, nawet milych snów ciężko sobie
                                                    wyobrazić, więc - do jutra :)
                                                  • rita100 Re: odkrywca kurhanu 01.10.05, 21:10
                                                    Szczątki ofiary rytualnego mordu sprzed 4,5 tysiąca lat odkopali olsztyńscy
                                                    archeolodzy w Babiętach Małych koło Susza. Tkwiąca w ziemi obok kurhanu z
                                                    pochówkiem dobrze zachowana czaszka będzie dzisiaj poddana szczegółowym
                                                    oględzinom, po czym po wysuszeniu przejdzie badania archeologiczne.
                                                    Kurhan w Babiętach Małych, leżący na dawnych ziemiach plemienia Pomezanów,
                                                    pochodzi z epoki kamienia, okresu kultury ceramiki sznurowej. Został odkryty w
                                                    1903 roku przez niemieckiego właściciela majątku P. Wendke i częściowo
                                                    obrabowany. Odkrywca, który szukał tu skarbów, zrobił głęboki wkop do
                                                    mierzącego około 10 metrów wysokości kurhanu. Znalazł między innymi toporek,
                                                    naczynia ceramiczne, zapinki. W takim stanie zbudowany z piasku kurhan
                                                    przetrwał do naszych czasów. Dwa lata temu zainteresowali się budowlą
                                                    archeolodzy z Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Stwierdzono, że jest jedynym
                                                    tego rodzaju obiektem pomiędzy Dolną Odrą a Półwyspem Sambijskim i może być
                                                    znacznie starszy, niż sądzili archeolodzy niemieccy. W czasie ponownych
                                                    wykopalisk odkryto między innymi fragmenty kości ręki, naczyń ceramicznych,
                                                    trochę drobiazgów osobistych. W tym roku archeolodzy (ekipą kieruje mgr
                                                    Jarosław Sobieraj) zainteresowali się rowem dookolnym wokół kurhanu i przy
                                                    okazji odkryli czaszkę. Jest niemal kompletna, z żuchwą i zębami. Głowa została
                                                    odcięta - jak przypuszczają naukowcy - podczas rytualnego mordu towarzyszącego
                                                    pochówkowi jakiegoś znacznego członka plemienia. Należy prawdopodobnie do
                                                    pojmanego w czasie walk jeńca. Przypadki składania ofiar z ludzi (dochodziło
                                                    nawet do kanibalizmu) na terenach zamieszkałych przez plemiona pruskie miały
                                                    miejsce pod koniec epoki kamienia. Czaszka będzie poddana badaniom
                                                    antropologicznym.
                                                    "Gazeta Olsztyńska - Magazyn", 23-25 lipca 1999 r., str. 3.
                                                    Też ciekawa historia
                                                    www.poganin.most.org.pl/pg3/11.htm
                                                  • Gość: tralala Re: Trupi Czerep IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.05, 21:36
                                                    Zakład dla Obłąkanych w Kortowie zakończył działalność w tragicznych
                                                    okolicznościach w nocy z 21 na 22 stycznia 1945, kiedy pozostali w szpitalu
                                                    lekarze, pielęgniarki i pacjenci zostali wymordowani przez żołnierzy Armii
                                                    Czerwonej. Później spalili oni także budynki szpitala. Są też dokumenty
                                                    niemieckie wskazujące na to, że w czasie wojny w szpitalu dokonywano negatywnej
                                                    selekcji pacjentów i część z nich wysłano (prawdopodobnie do Saksonii), gdzie
                                                    zostali poddani eutanazji. Pamięci wszystkich pacjentów i personelu medycznego
                                                    Kortowa poświęcono ten pomnik, odsłonięty kilka lat temu:
                                                    www.moje-fotografie.olsztyn.pl/index.php?idd=4&ido=119&idz=1862
                                                    Te mniejsze białe kamienie po bokach, to kilka ocalałych fragmentów nagrobków z
                                                    cmentarza kortowskiego, a na dużym głazie po środku przymocowano żeliwny krzyż,
                                                    pochodzący z tego samego cmentarza (dziś zabudowanego akademikami i sklepem
                                                    spożywczym).
                                                    Na początku lat 50-tych na terenie Kortowa powstała Wyższa Szkoła Rolnicza
                                                    (dziś Uniwersytet Warmińsko-Mazurski). Wśród studentów (i pracowników) krążył
                                                    wówczas taki żart:
                                                    -Czym różni się przedwojenne Kortowo od powojennego?
                                                    -Tym, że przed wojną przynajmniej personel był normalny!
                                                    Wiesz, Rito, to zabawne, ale w Kortowie jest dużo kortów, choć nazwa tej
                                                    dzielnicy Olsztyna pochodzi od pruskiego 'korto' czyli zagajnik. Ale może
                                                    jednak przyciąga chętnych do gry w tenisa.
                                                  • rita100 Re: Trupi Czerep 01.10.05, 21:49
                                                    Wiem, byłam tam, właściwie to objeżdzaliśmy go z bpkw , cudowne tereny, dużo
                                                    zieleni, a Akademia ma tam chyba najlepsze na świecie warunki do nauki. Nawet
                                                    rozmawialiśmy, że urokiem przewyższa nawet Krakowskie Akademie , włacznie z UJ.
                                                    Kortów jest tam dużo, jedne nad samym jeziorem Kortowskim, inne sa w dole w
                                                    parku i jest jeszcze balon sportowy z kortem. Budynki Akademi Rolniczej są też
                                                    zabytkowe i ceglane co dodaje im urok i zabytkowość.

                                                    Tak , szpital ten w bestialski sposób był potraktowany, rzeź, palenie żywcem z
                                                    miotaczy okna. Olsztyn był bowiem pierwszym zdobytym miastem niemieckim.
                                                    A pomniczek jest dobrze zrobiony z elementami dawnej tragedi. Kamień to chyba
                                                    najbardziej mocny atrybut wspomnień. Kamień , to sama widzisz jak trwały -
                                                    dobrze, że Baby Pruskie były z kamienia inaczej chyba nigdy bysmy się o niech
                                                    nie dowiedziały.
                                                  • Gość: tralala Re: Edmund Friszke IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.10.05, 21:49
                                                    Czy Mazurzy będą mogli zostać?
                                                    Misję na ziemi mazurskiej ks. Friszke rozpoczął 22 stycznia 1946 r. od wizyty w
                                                    Olsztynku, a zastany tam stan rzeczy przedstawił w sprawozdaniu złożonym
                                                    władzom wojewódzkim. "Z rozmów przeprowadzonych na miejscu z mazurami-
                                                    ewangelikami wywnioskowałem, że wielu już zadeklarowało się na rzecz pozostania
                                                    w Polsce. Ostatnio jednak zaistniały fakty przykre: oto burmistrz w Olsztynku
                                                    kilku petentów, chcących się zadeklarować, odprawił w ostrej formie. Inni
                                                    mazurzy-ewangelicy boją się więc pójść do burmistrza. Byłoby rzeczą pożądaną,
                                                    aby Urząd Wojew. wystosował pismo do burmistrzów i wójtów Okręgu Mazurskiego
                                                    nawołując tychże do niestawiania przeszkód mazurom ewangelikom przy
                                                    deklarowaniu się. Nie może leżeć w interesie Państwa Polskiego, by chętnych
                                                    odpychano i ci w konsekwencji opuszczali kraj nasz."

                                                    ... niech rzuci kamieniem
                                                    Podczas odwiedzin w mieszkaniach, ksiądz Friszke szczególną uwagę zwracał na
                                                    dzieci szkolne, objęte już obowiązkiem nauki. Uczniów zachęcał do udziału w
                                                    życiu kościelnym i do lekcji przedkonfirmacyjnych. Trzy razy w miesiącu
                                                    odbywały się w Olsztynie niedzielne nabożeństwa. Z czasem doszły do nich,
                                                    odbywane w tygodniu, nabożeństwa biblijne i pasyjne w środy. Niektórzy z
                                                    wiernych, nie znający języka polskiego, niewiele rozumieli z liturgii i kazań.
                                                    Z początku co bardziej znane pieśni kościelne śpiewali po niemiecku, dopóki pod
                                                    naciskiem władz tej formy manifestowania swej religijności zakazano." Zimą
                                                    nabożeństwa w kościele nie mogły się odbywać wobec dotkliwego zimna, co było
                                                    skutkiem zarówno niedostatku opału, jak szyb wybijanych nagminnie przez
                                                    wyrostków (w połowie lat pięćdziesiątych szyby, w tym witraże, zostaną
                                                    osłonięte siatkami).

                                                    Zakazane piosenki
                                                    Ks. Friszke zamierzał uszanować tradycje i przyzwyczajenia miejscowej ludności.
                                                    Jednym z najważniejszych narzędzi przywracania tradycji i polskiej świadomości
                                                    narodowej miał być śpiewnik zawierający dawne pieśni mazurskie, a obok nich
                                                    nowsze, używane w całym Kościele. Komitet śpiewnikowy prace ukończył we
                                                    wrześniu 1947 r W nowym śpiewniku znalazły miejsce "znane i ulubione pieśni
                                                    ewangelików mazurskich, jak też ewangelików śląskich i warszawskich,
                                                    stanowiących jedną wielką polską rodzinę ewangelicką."
                                                    Śpiewnik, zatwierdzony przez władze Kościoła, miał być wydrukowany w Lund na
                                                    koszt szwedzkiego Komitetu Niesienia Pomocy Mazurom w nakładzie 35 tys. egz.
                                                    Mimo zatwierdzenia przez władze Kościoła w Polsce już w 1948 r. zaczęły się w
                                                    tej sprawie mnożyć trudności. Ostatecznie, śpiewnik wydrukowano w Lund w 1951
                                                    r., lecz nie został on rozpowszechniony w Polsce. W piśmie Urzędu do Spraw
                                                    Wyznań ze stycznia 1954 r. stwierdzano, że w 1953 r. "Szwecja przysłała 30 000
                                                    egz. polskiego śpiewnika dla Mazur, z czego 10 000 oprawionych w płótno, na
                                                    pięknym papierze, jako dar Szwedzkiego Komitetu Pomocy Mazurom. Śpiewnik ten
                                                    został przez władze opieczętowany i nie puszczony do rozprowadzania ze względu
                                                    na swą treść."

                                                    ‘Szpiedzy’ z Czerwonego Krzyża
                                                    Zaangażowanie Szwedzkiego Kościoła Ewangelickiego w akcję pomocy dla
                                                    poszkodowanej przez wojnę ludności mazurskiej zaczęło się wkrótce po
                                                    zakończeniu wojny. Przerwanie pomocy szwedzkiej jesienią 1948 r. nastąpiło w
                                                    wyniku narastającej stalinizacji i izolowania Polski od kontaktów z Zachodem. W
                                                    tej atmosferze patrzono oczywiście również podejrzliwie na pomoc szwedzką. Na
                                                    podstawie kłamliwych donosów wzywano ks. Friszke do Urzędu Bezpieczeństwa.
                                                    Szwedów podejrzewano o działalność szpiegowską, co ostatecznie zakończyło się
                                                    zażądaniem wyjazdu z Polski szwedzkich sióstr Czerwonego Krzyża i diakonis
                                                    ewangelickich. prowadzących sierocińce. Domy te upaństwowiono i przekształcono
                                                    w państwowe domy dziecka.
                                                  • rita100 Re: grodzisko jaćwieskie 01.10.05, 22:29
                                                    To Edmunda Friszke mamy przerobionego - Ciekawe czy jest choć jakiś pomniczek
                                                    mały ku jego czci i czy wreszcie wydany zostały w Polsce ten śpiewnik mazurski,
                                                    przetłumaczony na język polski.
                                                    A popatrz co znalazłam :)

                                                    Między Zat. Jodel (Jez. Szurpiły), Jez. Tchliczysko (Kluczysko) i Jegłówek jest
                                                    podobno grodzisko jaćwieskie ("piłokalnia") na Zamkowej Górze, z potrójnym
                                                    pierścieniem wałów wzmocnionych głazami, znane jako Szurpiły, czyli - z
                                                    litewska - "straszny gród", także jako Jegłówek, a krzyżakom jako Surpel, oraz
                                                    związane z nim Góry Kościelna i Cmentarna.

                                                    Na Górze Cmentarnej nie zachowały się co prawda widoczne ślady kurhanów, ale
                                                    jest ona miejscem niezwykłym. Z dala wygląda jak jeden z wielu okolicznych
                                                    pagórków, ale zbliżając się można dostrzec na szczycie grupę kamieni, która
                                                    przyciąga wzrok. Warto jednak oprzeć się ciekawości przez chwilę i pójść dalej
                                                    polną dróżką, aby odnaleźć dawne ceremonialne wejście na Górę. Zdaje się ono
                                                    prowadzić między leżącymi, omszałymi głazami, wydłużonym grzbietem w kształcie
                                                    grobli, której lewy stok opada ostro do Zat. Jodel. Po chwili dochodzimy na
                                                    szczyt, zaznaczony kupą otoczaków i drewnianym słupem, a za nim placyk na
                                                    którym ułożono (chyba niedawno) krąg z głazów i kamiennych słupków. To miejsce
                                                    (i widok Jez. Szurpiły) przyprawiło mnie o zawrót głowy.

                                                    Góra Kościelna ma inny wygląd i atmosferę. Jej wyższe partie są zadrzewione i
                                                    wyraziściej zarysowane, a spowija je aura łagodnej dobroci, pomyślności i
                                                    pokoju. Emanuje ona z rozrzuconych na zboczach głazów o szlachetnych
                                                    kształtach, a skupiona jest na szczycie, gdzie - sądząc z nazwy - odprawiać
                                                    musiano święte obrzędy.

                                                    Z Jez. Szurpilskimi (a szczególnie z 2 głazami narzutowymi na G. Kościelnej)
                                                    związane jest podanie o bogu jezior Żaltisie, zamordowanym przez podstępnych
                                                    szwagrów i pomszczonym przez Perkuna - pamietasz tą legendę, Rymkiewicz
                                                    opowiadał i jest we folklorze.
                                                    www.spk.org.pl/obiekty/glazowisko_bachanowo.htm
                                                  • rita100 Re: jeszcze pytanie :) 03.10.05, 21:20
                                                    Tralala - mam jeszcze jedno pytanie - czy w Olsztynie jest przewodnik
                                                    turystyczny , człowiek , który zna wszystkie ciekawostki olsztyńskie, historie
                                                    kamieniczek i potrafi ciekawie opowiadać o wszystkim turystom ?
                                                    Słyszałaś zapewnie o Towarzystwie Miłośników Olsztyna, czy oni nie powinni
                                                    prowadzić taką działalność ?
                                                  • Gość: tralala Re: jeszcze pytanie :) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.10.05, 13:23
                                                    Są, oczywiście, że są przewodnicy - język polski, niemiecki, angielski,
                                                    rosyjski, włoski i (chyba?) francuski. Ale to nie Towarzystwo Miłośników
                                                    Olsztyna, prędzej olsztyński oddział PTTK (obok Wysokiej Bramy; tel. 523 53 20)
                                                    albo Biuro Przewodników Warmia w Olsztynie (tel. 533 38 94). Telefony spisałam
                                                    z książki telefonicznej - bo myślę, że Berlinianka niekoniecznie musi mieć do
                                                    niej dostęp. A wieczorem dopiszę jeszcze coś ciekawego o przewodnikach.
                                                  • rita100 Re: jeszcze pytanie :) 04.10.05, 20:09
                                                    berlinianka napisała:

                                                    > Tralala,
                                                    > Ty jestse niezawodna! Bardzo Ci dziekuje!

                                                    Tak , Berlinka, podpisuje się pod tym wpisem :)

                                                    A co do przewodników, to wybór ich jest strasznie ważne - tu trzeba umieć
                                                    ciekawie opowiadać, a to jest ogromna sztuka.
                                                    To czekamy Tralala na dalszy przewodnik.
                                                  • Gość: tralala Re: jeszcze pytanie :) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.10.05, 20:37
                                                    Niestety, nie uda mi się dotrzymac słowa. Chciałam napisać o tym, że od trzech
                                                    tygodni olsztyński przewodnik nad przewodniki w Naszym Olsztyniaku (bezpłatnej,
                                                    niedzielnej gazetce olsztyńskiej) publikuje krótkie artykuły o rozmaitych
                                                    ciekawostkach olsztyńskich. Pierwszy opowiadał o wiadukcie łączącym Plac Bema z
                                                    Zatorzem, drugi przeoczyłam, a w ostatnim nasz przewodnik tłumaczy, dlaczego
                                                    Plac Konsulatu Polskiego (dawniej Plac Nowotki) w powszechnej świadomości
                                                    olsztyniaków istniał jako Kapselplac. Jednak link do wydania elektronicznego
                                                    okazał się zawodny - będę musiała odszukać papierowe wydanie, lub cierpliwie
                                                    poczekać do następnej niedzieli i co nieco streścic. Linku nie wklejam, bo się
                                                    od niego komupter zawiesza! (przynajmniej mój tak zrobił).
                                                  • rita100 Re: jeszcze pytanie :) 04.10.05, 20:44
                                                    A szkoda, takie fajne opowiadania musza być i bardzo ciekawe. Przepisywanie to
                                                    takie pracochłonne.
                                                    A dzisiaj a archeologii - zobacz :)
                                                    miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,2949855.html
                                                    Olsztyńskie baszty

                                                    W systemie fortyfikacyjnym dawnego Olsztyna znajdowało się 11 lub 12 baszt.
                                                    Powstały przy murach miejskich i były ich najważniejszym elementem. Stawiano je
                                                    w miejscach, gdzie nie było dodatkowej naturalnej ochrony. np. rzeki. Pięć
                                                    baszt istniało w pobliżu Bramy Górnej, tzw. Wysokiej. Oprócz funkcji obronnej
                                                    pełniły też inną rolę. W XV w. w jednej z nich mieszkał kat miejski, a do 1507
                                                    r. w podobnej baszcie mieszkał Krzysztof von Delen, burgrabia olsztyński.
                                                    Fortyfikacje - a z nimi baszty - zaczęły chylić się ku upadkowi już w pierwszej
                                                    połowie XVIII w. Od 1901 r. rozpoczęły się prawdziwe boje konserwatorów
                                                    zabytków o przywrócenie ich dawnej świetności. Jeden z nich, Richard
                                                    Dethlefsen, aby ratować olsztyńskie baszty, odwoływał się nawet do ówczesnych
                                                    władz w Berlinie. Starania konserwatorów nie na wiele się zdały. Baszty sypały
                                                    się, a ich właściciele stopniowo je rozbierali.

                                                    Czyli przybędzie nam nowa Baszta :)
                                                  • Gość: tralala Re: jeszcze pytanie :) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.10.05, 21:31
                                                    A zauważyłaś Rito ten fragment: 'Archeologia polega na niszczeniu. Zrobimy
                                                    dokładną dokumentację, a cegły trafią na gruzowisko, bo gdy dostaną trochę
                                                    powietrza i słońca, zaczną się rozsypywać - wyjaśnia Mackiewicz.' :(((
                                                    A to nie do końca prawda, to tylko jedna ze szkół w archeologii - wszystko
                                                    przekopać, wykopać, opisać, wyrysowac - a potem do magazynu albo na śmietnik.
                                                    Można inaczej - próbne wykopy, kilka przedmiotów opisać i wyrysowac, określić
                                                    całość terenu, a potem ponownie zasypać, bo skoro tyle stuleci przetrwało pod
                                                    ziemią, to niech dalej tam trwa! I chociaż jestem laikiem, to ta druga szkoła
                                                    bardziej do mnie przemawia. Niech i przyszłe pokolenia mają szansę coś w tej
                                                    ziemi znaleźć.
                                                  • rita100 Re: jeszcze pytanie :) 04.10.05, 21:44
                                                    A wiesz , że masz rację, po co niszczyć pod pretekstem , że powietrze i słońce
                                                    zniszczy , kiedy mozna to z powrotem zakopać włąsnie jak dobrze powiedziałaś,
                                                    że ktoś może za 1000 lat będzie też kopał. To jest bardzo dobry pomysł - to co
                                                    znalezione oddać ziemi dla przyszlych pokoleń.

                                                    Ale popatrz Baby pruskie przetrwały 1000 lat , czyli kamień jest najtrwalszy i
                                                    chyba nie do zdarcia.
                                                • rita100 Re: Język pruski - zagadka 04.10.05, 21:47
                                                  dwa zwierzęta: weloblundis i asilis, nie wiem, nie mam pojęcia
                                                  rodzaj budynku: zomukis, - ziemianka
                                                  dwa dni tygodnia: nadele i ponadele; - niedziela i poniedziałek
                                                  czasownik: peisat; - pisać
                                                  człowiek (w liczbie mnogiej) ludis i człowiek po smierci: trupis. - ludzie i
                                                  trup

                                                  Te zwierzęta są za trudne w określeniu :)
                                                  • Gość: tralala Re: Język pruski - zagadka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.10.05, 22:00
                                                    Bingo! No to teraz czuję się jak asilis (osioł), bo myślałam, że zagadka będzie
                                                    trudniejsza. A tu w mig rozwiązana. Tyle że zomukis to zamek, coś czego
                                                    Prusowie nie znali i nie budowali, więc słowo musieli 'pożyczyć'. Nie wiem
                                                    tylko, po co był im ten wielbłąd potrzebny do szczęścia? Zdobywcom pierwszego i
                                                    drugiego miejsca (co do czasu na odpowiedź) gratuluję i życzę dobrej nocy!
                                                  • rita100 Re: Pierwsze Apteki Olsztyna 05.10.05, 19:32
                                                    1) Nazwana "Pod Orłem" założył w 1751r Jan Zimmermann i mieściła się na Rynku
                                                    Starego Miasta 2 (Market-Platz)
                                                    2) "Pod Koroną" powstała w 1885r mieści się przy dzisiejszej ul.11 listopada
                                                    (Górne Przedmieście, Obervorstadt)
                                                    3) Pod godłem Hohenzollerów w 1893r przy obecnej starej ulicy Warszawskiej
                                                    (Hohensteinerstrasse) obok mostu św. Jana.
                                                    4) "Pod Lwem" 1908r przy Al.Wojska Polskiego otworzył Max Rohfleisch.
                                                    5) Przy ul.Dąbrowszczaków (Kaiserstrasse) powstała w 1924r.

                                                    Ciekawe ile z tych starych aptek prosperuje do dziś ?
                                                  • Gość: tralala Re: Język pruski - zagadka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.10.05, 20:17
                                                    Odpowiedzi już podaliście - poprawne :) , ale dla porządku powtórzę:
                                                    dwa zwierzęta: weloblundis i asilis - wielbład i osioł
                                                    rodzaj budynku: zomukis - zamek
                                                    dwa dni tygodnia: nadele i ponadele - niedziela i poniedziałek
                                                    czasownik: peisat - pisać
                                                    człowiek (w liczbie mnogiej) ludis i człowiek po śmierci: trupis - ludzie i
                                                    trup.
                                                    Zostałam dziś zbombardowana mailami z ponagleniem o dokończenie pracy, więc
                                                    posiedzę dziś przy komputerze bardziej roboczo niż rozrywkowo, ale zanim się
                                                    odłączę od forum przykleję do wątku jedną ciekawostkę o Prusach na Mazowszu! (z
                                                    imionami pruskimi)
                                                  • Gość: tralala Re: Prusowie na Mazowszu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.10.05, 20:19
                                                    W opracowaniu prof. Jerzego Wiśniewskiego "Dzieje osadnictwa. Rozwój osadnictwa
                                                    na pograniczu Polsko - Rusko - Litewskim od końca XIV w. do połowy XVII w."
                                                    napisano:"... Również tutaj znaleźli się uciekinierzy pruscy, których znaczna
                                                    część jako drobna szlachta osiedliła się na wschodnim Mazowszu (około 25 wsi),
                                                    ale przybyła ona poprzez zachodnie Mazowsze, na którym przez parę pokoleń
                                                    mieszkała. Jeszcze w XV w. używali oni pruskich imion i przezwisk (Cadmyl,
                                                    Tatmyl, Santor, Waga itp.), od których poszły rodowe nazwy wsi pochodzenia
                                                    pruskiego (Wragi, Nienałty itp.). Rody te, używające herbu Prus, z czasem
                                                    przyjęły nazwiska przymiotnikowe od wsi, w których zamieszkiwały (Nienałtowscy,
                                                    Jarnutowscy, Górscy, Sulewscy itd.)...".
                                                  • rita100 Re: Prusowie 06.10.05, 21:57
                                                    Oj , tak ludnośc ciagle była narażona jak nie na wojny to na zarazy, to
                                                    pożary , to zasiedlali teren , to wysiedlali - ciagle w ruchu byli nasi.
                                                    Rozumię , ze pracujesz.
                                                    Najważniejsze , żeby watek nasz był bardziej relaksowym niż obowiązkowym
                                                    dlatego spokojniutko pracuj :)

                                                  • rita100 Re: Prusowie 12.10.05, 20:54
                                                    Zbliża sie Święto Zmarłych i Zaduszki - ogrom tragicznej histori tej ziemi
                                                    nastawia mnie melancholijnie. Jeszcze coś postaram się znaleź, więc podnosze
                                                    wątek , by się nie zagubił.
                                                  • rita100 Re: Zaduszki 13.10.05, 20:02
                                                    Zaduszki
                                                    Kiedy prace gospodarskie dobiegały końca, obchodzono Zaduszki. Ewngieliccy
                                                    Mazurzy obchodzili je w ostatnią niedzielę listopada, a katolicy - tak jak
                                                    dzisiaj - 1 listopada.
                                                    Na Warmii dzień 1 listopada nazywany był, tak jak w całej Polsce. Zaduszkami
                                                    albo Świętem Zmarłych. W tym czasie czyszczono i ubierano groby, zapalano
                                                    świeczki. Istniało przekonanie, że w noc poprzedzającą święto po świecie chodzą
                                                    dusze zmarłych. Zostawiano na ta noc światło w izbie i jedzenie. Istniał zakaz
                                                    wylewania wody, aby nie oblać ducha.
                                                    Do końca listopada, wątek ten będzie hołdem dla tych wszystkich , których kości
                                                    są pogrzebane na tej ziemi.
                                                    Chwilą milczenia i zadumą nad cierpieniem i tragicznej histori ludzi tej ziemi.
                                                  • rita100 Re: Prusowie 14.10.05, 19:44
                                                    "Spotkania, jak dzisiejsze, tylko wtedy mogą przynieść owoce, gdy rozmowa toczy
                                                    się bez żadnego tabu. Dla ułatwienia takiej rozmowy najpierw trzeba ocenić
                                                    swoistość ziemi Warmińsko-Mazurskiej w jej przeszłości i w czasie
                                                    teraźniejszym, jak tylko możemy, z pozycji nie zainteresowanej, jak gdybyśmy
                                                    byli nie Polakami, Niemcami, Litwinami czy Rosjanami, a np. Chińczykami.
                                                    Myślę, że wtedy musielibyśmy uznać, że rozmawiamy teraz w mieście, którego
                                                    właśćciwą nazwą jest Lec/ Lötzen i ktora nie jest nazwą ani Polską, ani
                                                    Niemiecką.
                                                    Dalej musielibyśmy uznać, że jesteśmy teraz w tej części Europy, która nazywa
                                                    się Balticum, i że Balticum są tylko nie Warmia-Mozury, obwód Kaliningradzki,
                                                    Litwa, Łotwa, Estonia, ale też Pomorze Polskie i Niemieckie, Ingria czy obwód
                                                    Leningradzki w Rosji, Finlandia i Szwecja. Teraz musimy odpowiedzić, dlaczego
                                                    dla wszystkich tych krajów używamy termin obszaru Morza Bałtyckiego, Mare
                                                    Balticum, ale mówiąc o krajach Bałtyckich, wspominamy tylko Litwę, Łotwę i
                                                    Estonię? Czyż nie dlatego, że nigdy nie chcemy pamiętać naprzykład, o Ingrii?
                                                    Jeśli dlatego, wtedy musimy uznać, że też Litwę, Łotwę i Estonię wspominamy,
                                                    ponieważ uniknęły one losu, którego nie uniknęła ani Ingria, ani Prusy
                                                    Bałtyckie. Jednym słowem, cały ten region od 13. stulecia był areną walki o
                                                    zdobycze pomiędzy silniejszymi sąsiadami. Nie możemy teraz mówić, żeby w wyniku
                                                    tej walki udało się Szwecji lub Rosji stworzyć w Ingrii taką oryginalną nową
                                                    gałąź kultury Europejskiej, którą stworzyły w Prusach Bałtyckich Zakon
                                                    Krzyżacki i Królestwo Polskie. I co na koniec mówiliby teraz zamiast nas
                                                    Chińczycy na tej konferencji? – Że od skończenia kultury staropruskiej nigdy
                                                    nie było na tej ziemi ani naturalnych Niemiec, ani pewnej Polski. [Co dotyczy
                                                    Małej Litwy, niech Chiny dyskutują z historykami litewskimi, czy Litwini byli
                                                    tam autochtonami, czy imigrantami. Ja jako lingwista myślę, że byli oni
                                                    imigrantami w dwóch etapach: w okrese przedkrzyżackim i w okresie krzyżackim.]
                                                    Po takich wnioskach “chińskich” możemy już i my sami uznać, że
                                                    Wszyscy potomkowie autochtonów na terenie obwodu Kalinigradzkiego i większość
                                                    na terenie Warmii-Mazur oraz w kraju Kłajpedzkim byli lub fizycznie wytępioni,
                                                    lub deportowani do Niemiec po zakończeniu drugiej Wojny Światowej"

                                                    Bardzo ciekawy tekst, prawda Tralala ?
                                                  • Gość: tralala Re: Prusowie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.10.05, 21:33
                                                    'Że od skończenia kultury staropruskiej nigdy nie było na tej ziemi ani
                                                    naturalnych Niemiec, ani pewnej Polski.' - a co będzie dalej?
                                                    Ciekawe, smutne i prawdziwe - a kto to powiedział? Że lingwista to doczytałam,
                                                    ze w Giżycku, chyba się nie mylę. A z jakiej okazji?
                                                  • Gość: tralala Re: Baśń o Gustebaldzie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 16.10.05, 21:34
                                                    Był słoneczny majowy dzień. Piękna królewna Gustebalda wraz z dziewczętami
                                                    wyszła nad Łynę. Siadła nad brzegiem a dziewczęta koło niej. Wiły wianki, a
                                                    potem rzucały je do wody i śpiewały piosenki. W pewnej chwili Gustebalda
                                                    spojrzała na wodę i zauważyła jak ku brzegowi płynie złota rybka, a za nią z
                                                    rozwartą paszczą duży szczupak. Zaledwie dwie fale dzieliły go od tej małej
                                                    rybki. Królewna widząc to rzuciła swój wianek pomiędzy obydwie ryby. Spłoszony
                                                    szczupak uciekł w bok, a złota rybka przepłynęła do stóp pięknej królewny. Ta
                                                    schyliła się i wzięła rybkę w dłoń. – Rybko moja złota, powiedz, co się
                                                    stało? – zapytała. – Jestem córką króla ryb i wracam do domu. Dziękuję za
                                                    ocalenie mnie od szczupaka – usłyszała w odpowiedzi. Gustebalda schyliła się i
                                                    wpuściła rybkę do wody, a ta wesoło odpłynęła do swojego pałacu.
                                                    Król ryb surowym wzrokiem zmierzył swą córkę, gdyż długa jej nieobecność
                                                    zniecierpliwiła go trochę. - Mój ojcze – zaczęła mała rybka – Nie gniewaj się!
                                                    Kiedy wracałam do domu gonił mnie straszny szczupak. W obawie przed nim
                                                    skręciłam na brzeg, gdzie stała piękna królewna Gustebalda. Ona właśnie
                                                    odstraszyła szczupaka ratując mnie od śmierci. Tatusiu, mój drogi! Nie
                                                    wyobrażasz sobie jaka ona piękna, jaka dobra i mądra. Rybi król zadumał się. Po
                                                    chwili odezwał się. - Za ocalenie życia mojej córki należy się nagroda. Żabo,
                                                    idź więc i powiedz tej pani, żeby stawiła się nad brzegiem, gdzie uratowała
                                                    moją córkę – rozkazał żabie król.
                                                    Nie trwało długo, a nad Łyną zjawiła się piękna Gustebalda. – Proś mnie o co
                                                    chcesz! Wszystko ci dam za uratowanie mojej córki! – powiedział król. Królewna
                                                    po chwili odparła: - Słyszę śpiew ptaków w naszych pięknych lasach, ale o czym
                                                    one śpiewają - nie wiem. Słyszę szum wszystkich naszych rzek i jezior, ale o
                                                    czym one mówią – tego również nie wiem. Królu, słyszałam, że ty rozumiesz
                                                    tajemniczy język wszystkiego, co jest na świecie. Proszę cię, naucz mnie tego
                                                    języka. - Żądasz bardzo wiele, Gustebaldo – odrzekł król. – Zbyt wielkie to
                                                    brzemię - taka mądrość. Obawiam się, że nie zdołasz jej unieść i załamiesz się.
                                                    Zastanów się nad tym jeszcze raz. Ja mej obietnicy nie cofnę. Dam ci to, o co
                                                    prosisz. Po chwili Gustebalda rzekła stanowczo: - Wielki władco ryb nie lękam
                                                    się niczego. Król ryb podpłynął do Gustebaldy, otworzył paszczę, potrząsnął
                                                    głową, aż wyrzucił mały czarny kamyk. – Ten kamień, który ci daję – to wielka
                                                    część mojej siły i wiedzy. To, co dostałaś ode mnie, niech nie przejdzie od
                                                    ciebie do nikogo. Pamiętaj byś dochowała tajemnicy, jeśli ją zdradzisz,
                                                    zamienisz się w kamień – powiedział król.
                                                    Nazajutrz o wschodzie słońca piękna Gustebalda pobiegła do lasu, by posłuchać,
                                                    co mówią zwierzęta o kraju swoim. – Jedzcie, moje dzieci, odżywiajcie się
                                                    dobrze i używajcie świata, bo nadejdzie czas, że na tej ziemi nie będzie
                                                    żadnych niedźwiedzi. I tak jak nasz ród wyginie – tak wyginą Prusowie. Przyjdą
                                                    tu bowiem ludzie z zachodu, zabiorą wszystko i wszystkich. Za tysiąc lat ludzie
                                                    ogniem i mieczem zniszczą naszą ziemię – powiedziała stara niedźwiedzica, która
                                                    karmiła swoje dzieci plastrami miodu.
                                                    Gustebalda słysząc to wszystko pobiegła do ojca i opowiedziała mu przestrogę,
                                                    jednak ten zbył ją uśmiechem. Postanowiła więc, że zwoła okoliczny lud i
                                                    obwieści im swoje proroctwa. – Zwołałam was po to, by odkryć tajemniczą
                                                    przyszłość – zaczęła Gustebalda. – Starajcie się zachować wszystko co
                                                    usłyszycie, by ujść zagładzie. - A czemu mamy wierzyć w te prorocze słowa? –
                                                    zapytał ktoś z tłumu. – Lepiej byłoby, gdybyś mnie oto nie pytał. Przysięgam,
                                                    że nie złamię tajemnicy, od tego zależy moje życie. Jeśli ją złamię, stanę się
                                                    kamieniem – odpowiedziała Gustebalda. Lud jednak w dalszym ciągu nie chciał
                                                    wierzyć. Gustebalda otworzyła więc usta i wyjęła kamyk spod języka. – Ten
                                                    kamień dał mi król ryb – powiedziała pokazując go wszystkim zebranym. – Ma on
                                                    niezwykłą siłę. Dzięki niemu słyszę o czym rozmawiają zwierzęta. I właśnie od
                                                    nich dowiedziałam się o tym, przed czym was ostrzegłam. Gdy tylko to wyrzekła
                                                    jej nogi zaczęły drętwieć, zamieniając się w szkarłatno- czerwony granit. –
                                                    Żegnaj ludu mój umiłowany. Żegnaj. Ja kamienieję... – to były ostatnie słowa
                                                    pięknej Gustebaldy.


                                                    perkuns.fm.interia.pl/Galerie/bk08.html
                                                  • rita100 Re: Baśń o Gustebaldzie 17.10.05, 20:23
                                                    Tralala , co za cudowna legenda o Prusach i zamienionej pięknej kobiecie w
                                                    kamienną Babę. A opis tej natury jest slicznie ujęty. Ściska serce czytając
                                                    taki tekst. Tak jak ściska serce zniknięcie całkowite plemienia Pruskiego.
                                                    Powiem Ci, że ostatnio mam komputer zajęty, młodsza pisze referaty , jest na
                                                    polonistyce na V roku.
                                                    Trzy lata temu , może cztery szukalismy gwary, nigdzie jej nie znaleźliśmy i
                                                    zawędrowałam do Gliwic, a tam aż tryskało gwarą śląską, trochę pomagali
                                                    Gliwicznie, tłumaczyli słowa , zdania i tak jakoś przebrneliśmy pół roku, a
                                                    również z koleżanką pojechała w teren lubelski zbierać na magnetofon jakieś
                                                    stare opowieści. I kiedy przyjechała odczytywalismy z magnetofonu gadkę
                                                    starszej pani - fajne to było. Pewnie , ze marzyłam o wyjeżdzie na Warmię, ale
                                                    to wszystko za trudne było do realizacji. Nie wiem czy teraz bym to tak
                                                    przpuściła, teraz mając tak ogromną wiedzę.

                                                    Gustebalda - co to za imie ? śliczne
                                                    Wiesz , że ostatnio też miałam ksiązkę w ręku - Mity, wierzenia i podania
                                                    dawnych Slowian. Tylko wspominaja tam o Kamiennych naszych Babach.
                                                    Czy Prusy to Słowianie ?
                                                  • Gość: tralala Re: Baśń o Gustebaldzie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.10.05, 20:39
                                                    Prusowie nie byli Słowianami, ale Bałtami - tak jak współcześni nam Liwtini.
                                                    Zresztą wydaje się, że właśnie na Litwie jest teraz spore zainteresowanie
                                                    historią plemion bałtyjskich, także Prusów. Trafiłam nawet na stronę opisującą
                                                    próby odtworzenia języka staropruskiego, ale wątpię, czy to możliwe. Ostatni
                                                    człowiek mówiący jeszcze w tym języku zmarł podobno w XVIIw. Sami Prusowie nie
                                                    znali pisma. Zachowały się tylko modlitewniki wydane w języku pruskim już w
                                                    czasach krzyżackich i mały słowniczek prusko-niemiecki, dla księży
                                                    przyjeżdżajacych na Prusy.
                                                    Do pary z Gustebaldą pasuje jeszcze druga legenda - o Bartku. Jest jeszcze
                                                    dłuższa, więc może dziś tylko początek i potem po kawałeczku.
                                                    A co tam w Mitach dawnych Słowian piszą o Babach?
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.10.05, 20:40
                                                    Legenda autorstwa Teresy Bratek:
                                                    Syn Miodu
                                                    Po obu stronach Łyny rozciągały się wieczyste lasy - puszcza niedostępna i
                                                    straszna dla tych, którzy jej nie znali, ale dla zamieszkującego ją ludu matka-
                                                    żywicielka. Po prawej stronie Łyny - Barcja, po lewej - Natangia, obie
                                                    zamieszkane przez pruskie pokrewne plemiona. Lud byt to dorodny, chłopy na
                                                    schował, a dziewczęta urodziwe. Te plemiona żyły z puszczy; kobiety
                                                    zbierały ..jagody i grzyby, a uzbrojeni mężczyźni organizowali wyprawy
                                                    łupieskie. Powszechnym zajęciem było też bartnictwo czyli podbieranie. miodu
                                                    pszczołom, których w puszczy nie brakowało, miały tu bowiem świetne warunki.
                                                    Wszędzie wokół kwitły drzewa, wszędzie wokół rosło mnóstwo miododajnych roślin
                                                    na ukwieconych polanach. Być bartnikiem - nie lada to była sztuka, trzeba się
                                                    było długo uczyć jej od ojca. Miodu nie podebrał byle kto. To znaczy podebrać
                                                    mógł, ale tylko raz, bo gniazdo pszczół łatwo zniszczyć, ale co potem? Cierpią
                                                    na tym rośliny i ludzie. Ktoś, kto tak robił był rabusiem, a nie bartnikiem;
                                                    był powszechnie potępiany i mógł spodziewać się kary bogów.
                                                    Barcja była najżyźniejszą pod słońcem krainą i dobrych bartników było wielu,
                                                    ale chyba najlepszym był stary Runo, ojciec kilku synów i jednej urodziwej
                                                    córki.
                                                    Wśród synów ulubieńcom ojca był najmłodszy. On najchętniej, jak tylko trochę
                                                    podrósł, pomagał ojcu przy barciach w borze, a miał do tego dar od bogów dany.
                                                    Nie zdarzyło się, aby pszczoła go użądliła. Nie wiadomo po czym poznawał, kiedy
                                                    w jakiej barci jest najwięcej miodu i kiedy go brać tak, aby pszczołom nie
                                                    przeszkadzać i nie zaszkodzić, wiedział tez jak barcie chronić przed
                                                    niedźwiedziem i jak najlepiej zabezpieczyć je na zimę. Nazywano go człowiekiem -
                                                    pszczołą i niepostrzeżenie przylgnęło do niego imię Miligedo - Syn Miodu. l
                                                    tak już zostało.
                                                    Już wtedy Barcja, niestety, nie była krainą wolną. Życie takie jak opisane
                                                    wyżej trwało jeszcze we wspomnieniach ojców. Teraz coraz częściej dochodziły
                                                    słuchy, ze nawet tu w głąb puszczy wdzierają się oddziały zakutych w żelazo
                                                    zbrojnych z czarnymi krzyżami na białych płaszczach. Ludzie ci niszczyli
                                                    pruskie leśne osady, zabijali ich mieszkańców, a wziętych w niewolę żywych
                                                    zmuszali do ciężkiej ponad ludzkie siły pracy, od której marli - źle żywieni i
                                                    źle traktowani. Straszna to była rzecz dostać się do niewoli krzyżackiej. Już
                                                    chyba stokroć lepsza była śmierć w walce z okrutnym, a przemożnym wrogiem.
                                                    Takiego przynajmniej zdania byt jeden z braci Miligedo - zwinny Argo, któremu
                                                    jakimś cudem udało się zbiec z krzyżackiej półtorarocznej niewoli w
                                                    Bartoszycach.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.10.05, 20:39
                                                    Kiedy Miligedo byt młodzieńcem dziewiętnastoletnim, osadę, w której żył,
                                                    spotkał los podobny, jak wiele innych w pobliżu Bartoszyc, gdzie od lat istniał
                                                    zamek krzyżacki. Wśród ludu przetrwały legendy o wielkim powstaniu pruskim,
                                                    kiedy to zamek zdobyty przez Prusów aż 9 lat byt pod ich panowaniem, ale były
                                                    to już tylko legendy, bo jak można oprzeć się Krzyżakom o tyle lepiej
                                                    uzbrojonym? Wielu Bartów zanosząc modły do Gromowładnego i składając mu ofiary
                                                    z miodu i chleba, prosiło, by wszystkie jego pioruny spadły na bartoszycki
                                                    Zamek to siedlisko krzyżackiej siły, by bogowie ocalili swój lud i wyzwolili od
                                                    grożących mu rycerzy krzyżowych, ale zarówno modły, jak i ofiary były
                                                    bezskuteczne Bogowie nie dawali się przebłagać.
                                                    Ludność osady ostrzeżona na Czas zdołała ujść w głąb puszczy, niewiele można
                                                    było wziąć dobytku, nie było na to czasu i wszystko czego Krzyżacy nie
                                                    zrabowali poszło z dymem. Zima jaka nastąpiła po tej katastrofie była bardzo
                                                    ciężka. Na nowym miejscu trzeba było zaczynać wszystko od początku, trochę
                                                    pomogły im zapasy schowane przemyślnie w jamach ziemnych, trochę ludzie z
                                                    sąsiednich lauksów czyli osad, ale i oni w ciężkiej byli sytuacji. Pogorzelcy
                                                    trzymali się razem i ratowali wzajemnie, ale i tak przyplątała się jakaś
                                                    zaraza, na którą nawet wędrowni kapłani - zigo nie umieli nic poradzić i
                                                    kilkoro dzieci umarło z głodu, a wśród nich i ukochany trzyletni bratanek
                                                    Miligedo.
                                                    Wtedy Syn Miodu, podobnie jak i jego rówieśnicy, postanowił rzucić swoje
                                                    uwielbiane pszczoły i walczyć z Krzyżakami. Zbyt słabo jeszcze władał bronią.
                                                    Wprawdzie jak każdy chłopiec pruski był tego uczony od dzieciństwa, ale nie
                                                    przywiązywał dotąd do tej sprawy należytej wagi. Teraz zrozumiał, że musi
                                                    bronić swej osady i swej ziemi przed krzywdzicielami, bo i tu na nowym miejscu,
                                                    mimo że o wiele dalej od Bartoszyc, nie czuli się bezpieczni. Podobnie myśleli
                                                    sąsiedzi z innych lauksów i złączeni wspólnym celem oddali się pod dowództwo
                                                    Argo, który jako syn starego Runo, a równocześnie człowiek znający zwyczaje
                                                    Krzyżaków, mógł wiele zdziałać, bo zajęty dotąd czym innym pilnie uczył się od
                                                    brata i z zapartym tchem słuchał jego opowiadań o grubych murach i wspaniałości
                                                    bartoszyckiego Zamku, a także wielkości i bogactwie nienawistnego miasta
                                                    (A jednak w tej legendzie pojawia się Gromowładny - czyli Perkun!!!)
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.10.05, 21:00
                                                    Już dwa lata chronili osiedla i święte miejsca pruskie, gdy Argo zginął w
                                                    czasie jednej z potyczek. Wtedy na wodza wybrano Miligedo.
                                                    Bartowie wiedzieli, że na miejscu ich lauksów Krzyżacy zakładają nowe wsie. Nie
                                                    zapuszczali się tam, było to zbyt niebezpieczne, ale teraz Miligedem zawładnęła
                                                    tęsknota za znajomymi stronami i wielka równocześnie ciekawość, że postanowił w
                                                    pojedynkę podkraść się do swej dawnej wsi i zobaczyć na własne oczy, co się tam
                                                    dzieje. Był czas żniwny. Znanymi sobie ścieżkami leśnymi młodzieniec podszedł
                                                    blisko terenów, gdzie dawniej był ich lauks. Prawie nie poznał okolicy. Ze
                                                    ściśniętym sercem zauważył, że nie ma już Świętego Gaju! Biedne Duchy Ojców,
                                                    gdzie one coraz mieszkają? Za to łan zboża jaki objął wzrokiem był o wiele
                                                    rozleglejszy niż niewielkie poletka, do jakich jego oko przywykło. Była to
                                                    dorodna pszenica. Domostwo, jakie zobaczył, też nie przypominało zagród
                                                    pruskich - nie było obronne! Niedaleko od tego domu było jeszcze kilka innych.
                                                    Czemu one stoją tak blisko siebie. Nie mógł zrozumieć Miligedo.
                                                    Nadeszła straszna zima. Przyniosła ona zagładę świeżo założonej osadzie, w
                                                    której żyła rodzina Miligedo. Zginęli wszyscy: ojciec, bracia i siostra. On sam
                                                    ciężko ranny w walce i uznany przez Krzyżaków widać za zabitego, cudem tylko
                                                    ocalał. Organizm miał żelazny i jakoś dowlókł się lasami do miejsca, z którego
                                                    podglądał żniwującą mazurską dziewczynę. Ona też znalazła go na skraju lasu. Po
                                                    stroju poznała, że to Prus. Wyglądał strasznie, należało udzielić mu pomocy,
                                                    chociaż byt dzikim poganinem. Zdawała sobie sprawę, że naraża rodzinę. Krzyżacy
                                                    nie lubili, aby ktokolwiek pomagał Prusom. Mazurzy jednak też nie uwielbiali
                                                    Krzyżaków. Minęły już lata wolne i musieli dawać zakonowi coraz większe daniny.
                                                    Ciągle walczący o zdobycie nowych ziem Zakon potrzebował żywności dla coraz
                                                    liczniej przybywającej z zachodu rycerzy pomagających walczyć z poganami, więc
                                                    mazurskim chłopom powodziło się coraz gorzej. Rodzice Kasi zgodzili się ukryć
                                                    rannego przed Krzyżakami, bo choć grozili oni karą bożą za pomaganie poganom,
                                                    rozumieli, że pomóc rannemu w tej sytuacji to uczynek chrześcijański, mieli też
                                                    nadzieję, że poganina nawrócą i będą mieli nie lada zasługę w niebie.
                                                    Sprowadzili nawet starego znachora, który opatrywał rany. Rannego ukryto w
                                                    ziemiance, gdzie przynosiła mu jeść Kasia lub jej matka.
                                                    (Po stroju poznała, że to Prus - ciekawe jak się ubierali Prusowie? Chyba
                                                    jednak inaczej, niż ten Prus z herbu Nidzicy :) Baśń niemiłosiernie długa -
                                                    jutro dalszy ciąg, a do końca jeszcze daleko. Dziś muszę już dobranockować).
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.05, 20:12
                                                    (dziś 'przykleję' się do innego ekranu, więc tylko dodam kolejny fragment baśni
                                                    o pruskim wojowniku Miligedo - fragment romantyczny, nasz bohater zakochuje się
                                                    w pieknej Kasi)
                                                    Całą prawie resztę zimy Miligedo był nieprzytomny, lecz gdy oprzytomniał,
                                                    pierwszą osobą jaką ujrzał była Kasia. Słabymi wargami zdołał wyszeptać jej
                                                    imię. Niepomiernie zdziwiona nie rozumiała, skąd chory je zna, ale wytłumaczyła
                                                    sobie, że musiał słyszeć, jak zwracała się do niej matka lub znachor i choć
                                                    robił wrażenie nieprzytomnego, jednak już obserwował, co się dzieje wokół.
                                                    Dopiero dużo, dużo później dowiedziała się jak było naprawdę. Miligedo wracał
                                                    do zdrowia i równocześnie uczył się języka. Gdy już mógł mówić i powiedział, że
                                                    nazywa się Miligedo, w oczach dziewczyny błysnęło niedowierzanie. Słyszano tu
                                                    to imię wodza Bartów, ale Kasia nie wyobrażała sobie, że może on być taki
                                                    młody. Widziała niemal chłopca, w dodatku wycieńczonego chorobą, miałby to być
                                                    ów sławny wódz pruski, przed którym nawet Krzyżacy drżeli??? Nie mieściło się
                                                    to jej w głowie i pomyślała że Milegedo to może częste wśród Prusów imię.
                                                    Znachor znał nie tylko tajniki pruskiego zielarstwa, znał również język pruski,
                                                    więc gdy rodzice Kasi zorientowali się z kim mają do czynienia-przestraszeni
                                                    postanowili przetrzymać Milegedo jakiś czas i jak najprędzej wyprawić go za
                                                    Łynę do Natangii, gdyż słyszeli, że tam Prusowie jeszcze wśród bagien i
                                                    mokradeł trzymają. Tak też się stało. Lecz nim Miligedo opuścił kryjówkę,
                                                    młodzi przywiązali się do siebie. Przed odejściem wódz Prusów, odwdzięczając
                                                    się za opiekę, przyniósł z lasu miód i zboże, które Bartowie mieli ukryte w
                                                    dzbanach glinianych w jamach ziemnych. Nie mogło się już przydać jego
                                                    nieżyjącym bliskim, więc niech posłuży tym, którzy ratowali mu życie.
                                                    Przy pożegnaniu Kasia łykała łzy. Nie wypadało płakać, rozstając się z obcym
                                                    przecież człowiekiem, w dodatku poganinem i Prusem, ale serce się jej ściskało
                                                    i gdyby to było możliwe, zalałaby się łzami. Miligedo zauważył jej rozterkę i
                                                    zdołał szepnąć: "Nie płacz, jeszcze się zobaczymy, postaram się o to!" Te słowa
                                                    dodały Kasi otuchy, choć doprawdy nie wiedziała na co mogłaby liczyć. Czyż
                                                    mogła myśleć o wspólnej z nim przyszłości? Miligedo był jej tak bliski! W
                                                    myślach nie nazywała go inaczej jak tylko Milikiem, a jednaki on nie odważył
                                                    się rozmawiać z nią na ten temat. Widocznie zdawał sobie sprawę, że ich wspólne
                                                    życie w małżeństwie jest tak trudne, że aż prawie niemożliwe. Dziewczyna tak
                                                    piękna i pracowita, jak Kasia, na pewno znajdzie chłopca do żeniaczki w swojej
                                                    wsi. Brak ziemi nie wchodzi w rachubę, dosyć było ziemi, którą można było
                                                    wydrzeć puszczy. Krzyżacy przecież chętnie osadzali na prawie niemieckim
                                                    każdego, licząc na przyszłe daniny, Miligedo jest Prusem, jako poganin nie może
                                                    zostać osadnikiem, a coś ciągle odstręczało go od nowej wiary. Czyż niemiecki
                                                    Bóg mógł być Bogiem Prusów? Przyszli wyrywać im ziemię i wszystko co rodziła,
                                                    zagarniali ich mienie, nie oszczędzali nikogo. Nie, Miligedo nie umiałby
                                                    uwierzyć, że bóstwo Niemców jest sprawiedliwe, choć łatwo było wierzyć, że jest
                                                    to bóstwo potężne. Słyszał wprawdzie o osadzonych, ochrzczonych Prusach, byli
                                                    już tacy, ale chyba nie umiałby tak żyć, wyrzec się swoich, choćby i zmarłych?
                                                    Nie, tego nie mógł uczynić! Wiedział jednak, że nie umie wyrzec się też myśli o
                                                    Kasi. Jak troskliwie go pielęgnowała w chorobie, nie może tak być, aby więcej
                                                    jej nie zobaczył. Gnębiła go tez myśl, że swoim bliskim nie mógł urządzić
                                                    uroczystego pogrzebu, jaki nakazują pruskie zwyczaje. Jeszcze jego brał miał
                                                    laki pogrzeb, płomień oczyścił jego duszę, miał ze sobą i swego konia i broń,
                                                    co gwarantowało, że szczęśliwy wśród zmarłych przodków, lecz co będzie z
                                                    ukochanymi: ojcem, braćmi, siostrą? Nowa wiara, której próbowano go uczyć,
                                                    wszystko przedstawiała całkiem inaczej, zmarłych należało grzebać! Jego bliscy
                                                    też pewnie zostali pogrzebani, bo Krzyżacy obawialiby się wiosną jakiejś
                                                    zarazy, a przecież na pewno zamierzali w spalonym pruskim lauksie osadzić wieś
                                                    na prawie niemieckim. To była stała ich praktyka.
                                                    (nie zanosi się na happy end w historri Miligedo i Kasi- ale do końca jeszcze
                                                    bardzo daleko, więc kto wie)
                                                  • rita100 Re: Syn Miodu 19.10.05, 20:56
                                                    Ale śliczna legenda, zauważ , że przy okazji opisane jest życie dawnych Prusów,
                                                    ich problemy i praca. Natura i praca na roli jest ich podstawową czynnością. A
                                                    przy tym walka o przetrwanie. Tak jak myslałam , ostatni Jadźwing mieszkał
                                                    ukryty w lesie i do tej pory można sobie to wyobrazić, jak nocami wychodzi by
                                                    zobaczyć inny świat. Ale to już zostawiam dla fantazji pisarzy mazurskich,
                                                    jeśli poznają bliżej dzieje plemion napewno będą mogli tworzyć tak jak
                                                    Rymkiewicz piękne opowieści i snuć je nad brzegami jezior i wśród lasów.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.10.05, 19:43
                                                    Dziś wieczorem - proroczy sen Miligedo:
                                                    Miligedo nie mógł uwolnić się od wspomnień . Przypominał sobie dziwny sen,
                                                    który miał kiedyś, gdy zmęczony niespodziewanie położył się na chwilę na leśnej
                                                    polanie po zabezpieczeniu barci przed niedźwiedziem. Śniło mu się, że nagle
                                                    znalazł się w królestwie pszczół. Był mały jak pszczoła i jak równy z równym
                                                    rozmawiał z królową. Królowa dziękowała mu za opiekę nad swymi podwładnymi i
                                                    przyrzekła mu pomagać we wszelkich okolicznościach życiowych.
                                                    Władczyni pszczół przepowiedziała, że na ród pszczeli przyszły ciężkie czasy
                                                    walk z Krzyżakami, że on Miligedo odegra w tych walkach ważną rolę. Powinien
                                                    bronić swego ludu. Pszczoły mu pomogą, jednak musi uważać aby nie narazić się
                                                    na zmagania z potęgą krzyżacką zimą. Pszczoły wtedy śpią i nie będą mogły mu
                                                    pomóc.
                                                    Wtedy Miligedo nie wiedział, co ten sen mógłby oznaczać lecz teraz, gdy część
                                                    przepowiedni królowej już się spełniła, przeczuwał jak trudna czeka go rola.
                                                    Kochał pszczoły, ale cóż te pracowite jego ulubienice znaczyły wobec
                                                    krzyżackiej potęgi? Czy w ogóle należy przejmować się przepowiedniami królowej
                                                    pszczół. Przecież pszczoły są od ludzi zależne i nie wtrącają się do ich życia.
                                                    Miligedo wątpił zresztą, czy on byłby zdolny stanąć do walki z całą z całą
                                                    potęgą Zakonu.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.10.05, 19:58
                                                    Tak rozmyślając zdążał do Natangii. Przeprawa nie była trudna, znał miejsce,
                                                    gdzie był bród i kilka takich, gdzie nie było wirów i można było pokonać rzekę
                                                    wpław. Czul się źle bez konia. On, wódz Bartów nie miał teraz najnędzniejszego
                                                    bodaj wierzchowca. Brak broni mniej go smucił, w końcu kręciło się trochę
                                                    butnych Krzyżaków po puszczy i można było broń zdobyć, a konie krzyżackie rosłe
                                                    i silne, ale nie przywykłe do trudnych warunków bytowania w puszczy nie na
                                                    wiele mogły się przydać. Pruskie koniki, jakkolwiek mniejsze i nie takie
                                                    urodziwe, były jednak niezastąpione w warunkach leśnego oddziału, jaki należało
                                                    stworzyć, jeśli nie chciało się zaniechać obrony swej ziemi i wiary. Ziemi...
                                                    Gdzież jego ziemia? Oto deptał leśne ścieżki Natangii. W całej już Barcji
                                                    panowali Krzyżacy, a w tej jej części, która była najbliższa jego sercu, nie
                                                    było już bezpiecznej od Zakonu ziemi. Jak jest w Natangii? Zmierzał do Głomna.
                                                    Ten pruski lauks położony wśród bagien był, o ile wiedział, bezpieczną jeszcze
                                                    od Krzyżaków przystanią. Broniły go nieprzebyte mokradła, gdzie tylko Prus
                                                    wiedział, jak się prześlizgnąć, a Krzyżaków wciągały zdradzieckie dla nich
                                                    moczary i bajora. Tu jeszcze istniały święte gaje i sławne romowe, gdzie nawet
                                                    teraz bezpiecznie palono zwłoki zmarłych wraz z całym niemal dobytkiem, jaki
                                                    zgromadzili za życia. Tu jeszcze Prus mógł czuć się w miarę swobodnie.

                                                    Pruskie koniki, mniejsze i nie tak urodziwe, ale wytrwałe i niezastąpione w
                                                    puszczy - być może wyglądały tak, jak koniki polskie z Popielna. Tu na pieknych
                                                    zdjęciach Paolo Volponi :) ng.onet.pl/68,19799,2,galeria.html
                                                  • rita100 Re: Syn Miodu 20.10.05, 21:34
                                                    Tak, kraj pszczół leśnych i zwierząt, zycie ich toczylo sie tak jak
                                                    opisywaliśmy, z pracy własnych rąk, a schronieniem ich lasy i bagna, gdzie
                                                    mogli się pochowac przed agresorami. Te legendy Pruskie sa najcześciej smutne,
                                                    mowiące o ich zanikaniu.
                                                    Dzięki Tralala
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.10.05, 21:00
                                                    Acha, pewnie myślałaś Rito, ze to już koniec baśni, ale nic z tego. Sama
                                                    jeszcze nie doczytałam jej do końca - poczytuję sobie po kawałeczku i dziś
                                                    wkleję dwa 'odcinki'. Pierwszy - Miligedo w gościnie u Natangów.
                                                    Natangowie przyjęli go serdecznie, nie próbował ukrywać swego imienia, zbyt
                                                    wielu go tu znało, aby co miało jakiś sens. Nastrój jednak, jaki tu został, nie
                                                    podnosił na duchu. Natangowie byli tak zgnębieni, że nie myśleli już o obronie.
                                                    Prawie wszyscy uznali ją za bezskuteczną wobec widocznej potęgi Zakonu. Nie
                                                    znaczy to, że zamierzali się wszyscy ochrzcić, ale na wiecu zapadły uchwały, że
                                                    należy uczynić to dla pozoru w okolicach bliższych Bartoszycom i nie
                                                    chronionych tak skutecznie przez bagna jak Głomno. Głomno pozostanie siedzibą
                                                    kapłanów i miejscem dla Krzyżaków niedostępnym, świętym. Biada temu Prusowi, co
                                                    zdradziłby tajne ścieżki Krzyżakom.
                                                    W sprawie Miligedo wiec postanowił, że będzie on gościem w Głomnie mile
                                                    widzianym, niech wraca tu do zdrowia i przebywa dokąd chce. Pamiętano jego
                                                    zasługi w walce z Krzyżakami, a jednak nie było teraz mowy, aby przygotować się
                                                    do jakiegoś oporu zbrojnego. Zmartwiło to bardzo Miligedo, ale nie był w stanie
                                                    wpłynąć na przebieg wiecu. Był tylko gościem, bardzo zresztą szanowanym, lecz
                                                    nie miał prawa decydować o przyszłych losach okolicznych lauksów i ich
                                                    mieszkańców. Wobec takiej sytuacji postanowił skorzystać z gościnności Natangów
                                                    i być tam do końca lata. Mógł zajmować się pszczelarstwem, szczególnie zaś
                                                    barciami stanowiącymi własność lauksu. Jego sława dobrego bartnika była nie
                                                    mniej głośna niż sława dobrego wodza. Nie mogąc ćwiczyć wojowników, Miligedo
                                                    miał tę pociechę, że ćwiczy chociaż młodych bartników i czuł, że ich trud służy
                                                    tej samej sprawie. jakiej służyła walka.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 21.10.05, 21:04
                                                    A drugi dzisiejszy 'odcinek' - w końcu nieco szczęśliwszy - ślub Kasi i
                                                    Miligedo.
                                                    W ciągu reszty lata Miligedo dwa razy przekradał się na drugi brzeg Łyny i
                                                    spotykał się z Kasią w znanym im obojgu miejscu, na którym kiedyś znalazła go
                                                    na wpół żywego. Rodzice i rodzeństwo Kasi nie byli w to wtajemniczeni. Oboje
                                                    młodzi tęsknili za sobą, wiedzieli już, że chcą być razem, ale Miligedo miał
                                                    ciągle jeszcze opory przed przyjęciem nowej wiary, choć coraz jaśniej widział,
                                                    że jest to jedyny sposób, aby zaślubić Kasię. Potrzebował czasu, aby to
                                                    przemyśleć i dlatego jeszcze do mrozów przebywał wśród Natangów. Potem
                                                    oświadczył Kasi, że gotów jest przyjąć chrzest i zostać osadnikiem. Rodzice
                                                    Kasi początkowo nawet nie chcieli słyszeć o tym małżeństwie. Nawrócić poganina
                                                    to zasługa u Boga ale dać Prusowi własną córkę za żonę, podczas gdy było tylu
                                                    chętnych do żeniaczki z nią chłopców - swojaków, to zupełnie co innego.
                                                    Niespodziewanie Kasia okazała wiele sprytu. Poszła do księdza, zwierzyła mu się
                                                    z czego mogła, nie zdradzając kim jest właściwie Miligedo, zyskała w starym
                                                    kapłanie sojusznika, który pomógł jej przekonać rodziców.
                                                    Miligedo - nie rozpoznany -ochrzczony został z grupą Natangów po
                                                    kilkumiesięcznym przygotowaniu. Na chrzcie dano mu imię Michał. Imię to wybrała
                                                    Kasia jako trochę podobne w brzmieniu. Dzięki temu mogła nadal nazywać Miligedo
                                                    Milikiem. Ślub młodych odbył się w miesiąc po Bożym Narodzeniu zgodnie z wiarą
                                                    i obyczajami mazurskimi.
                                                    (Weselne zwyczaje mazurskie już znamy, więc na pewno było wesoło, a i miodu
                                                    pitnego pewnie nie zbrakło. Szkoda, że nie można skończyć 'i zyli długo i
                                                    szczęśliwie', ale o tym później)
                                                  • rita100 Re: Syn Miodu 21.10.05, 21:13
                                                    domyslam się , że jeszcze przed nimi mase kłopotów, bo Miligedo urodzony
                                                    wojownikiem chyba był, nie bedzie spokojnie siedział.
                                                    Poczekam spokojnie na następny odcinek.
                                                  • rita100 Re: Syn Miodu 21.10.05, 21:09
                                                    Miligedo - ciagle ma nadzieję na zwycięską walke, ciekawe , ciekawe jak to się
                                                    skończy ? Choć z góry wiemy. Popatrz sie , mieli w lasach swoje kryjówki, ktore
                                                    nie mogli zdradzić - to chyba ciągle żyli w strachu ?
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.10.05, 20:31
                                                    Dziś - o szczęśliwym życiu w rodzinie Miligedo i Kasi
                                                    Minęło kilka lat, wśród nich te, które były dla gospodarstwa Kasi i Miligedo
                                                    latami wolnymi. Miligedo ubierał się teraz i mówił po mazursku i nie każdy
                                                    wiedział, że jest Prusem. Kasia była młodą, szczęśliwą, choć bardzo zapracowaną
                                                    kobietą, bo w domu była już dwójka dzieci: córka i mały, dopiero półtoraroczny
                                                    chłopiec. Praca w gospodarstwie obciążonym daninami była nielekka, lecz dzięki
                                                    darom pola i puszczy oraz pracowitości i talentom obojga małżonków chleba,
                                                    miodu, mięsa i ryb nigdy im nie brakowało.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.10.05, 20:33
                                                    Szczęście nie trwało długo gdyż:
                                                    Do Bartoszyc przybył nowy namiestnik komtura z wieloma nowymi, oddanymi mu
                                                    rycerzami. Był to wróg tak Prusów, jak i Mazurów, wielki gwałtownik, ponadto
                                                    człowiek chciwy ponad miarę. Powinności na rzecz Zakonu stawały się coraz
                                                    większe i wkrótce zaczęły przerastać możliwości przeciętnych gospodarstw. Coraz
                                                    częściej te zabierano mężczyzn do świadczenia różnych prac i usług dla
                                                    Krzyżaków. Nowy namiestnik budził postrach i wkrótce nie pamiętano już nawet
                                                    jego imienia, a powszechny stał się jego przydomek Okrutny - Grausam.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.05, 20:00
                                                    No i stało się - Miligedo musi chronić się u Natangów:
                                                    W czasie jednej z wypraw karnych, jakie Grausam wysyłał do zalegających z
                                                    daniną, jego ludzie pobili wielu Mazurów, jak mówili "opornych", wśród nich i
                                                    ojca Kasi, który w kilka tygodni później zmarł. Gospodarstwo ojca i kilka
                                                    innych znajdujących się w podobnej sytuacji Krzyżacy zabrali i oddali osadnikom
                                                    niemieckim. Na Mazurów padł blady strach, ale Miligedo poczuł się
                                                    zagrożony.Pewnego dnia doszło do najgorszego: w obronie żony Miligedo rzucił
                                                    się na Krzyżaka z siekierą, zabił również dwóch jego towarzyszy zaatakowany
                                                    przez nich. Nie było innego wyjścia, pozostały znane tylko Miligedo ścieżki w
                                                    głąb puszczy.
                                                    W pośpiechu zabrali dzieci i trochę rzeczy najniezbędniejszych. Syn Miodu pałał
                                                    żądzą zemsty. Oto Krzyżacy zniszczyli cały dorobek jego życia. Odebrali mu dom.
                                                    Żyje żona, żyją dzieci, ale on jest bezradny, puszcza jest już znacznie
                                                    przetrzebiona, nie taka bezpieczna jak za czasów jego dzieciństwa. Jemu może
                                                    dałaby jeszcze schronienie i utrzymanie, ale nie ukryje w niej rodziny.
                                                    Pozostawało jedno bezpieczne miejsce - Głomno w Natangii i tam też skierowali
                                                    się uchodźcy.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.10.05, 20:59
                                                    Zaczyna się spełniać przeznaczenie Miligedo, który staje się przywódcą
                                                    zbuntowanych Prusów:
                                                    I znów minęły lata. O Miligedo, obrońcy biednych i krzywdzonych, który był tak
                                                    dzielny, jak jego patron Michał Archanioł, śpiewał pieśni lud pruski i
                                                    mazurski, a dla Krzyżaków imię to stało się straszne. Grausam nie był już taki
                                                    swobodny w swoim postępowaniu, musiał się liczyć z możliwością zemst Miligedo.
                                                    Wydawało się wręcz niewiarygodne, aby siły całej komturii nie dały rady
                                                    kilkunastu ludziom pruskiego mściciela. Nikt dokładnie nie wiedział, ile on ma
                                                    ludzi pod swoją komendę, ale był wszędzie tam, gdzie go najmniej się
                                                    spodziewano. Żaden Krzyżak nie czuł się teraz bezpieczny ni w Barcji, ni w
                                                    Natangii. Mówiono, że oprócz Prusów Miligedo ma pod swymi rozkazami także
                                                    Mazurów, lecz nikt niczego nie wiedział dokładnie. Grausam, którego podobno Syn
                                                    Miodu poprzysiągł ukarać, sypiał coraz gorzej, zrobił się też przesądny. Jakiś
                                                    wróżbita, którego potajemnie wezwał, wywróżył mu, że zginie od żądła, a
                                                    ponieważ imię Miligedo - Syna Miodu -było głośne, każdy rozumiał, iż tym żądłem
                                                    będzie jego miecz. Rozwścieczony namiestnik kazał służalcom wróżbitę powiesić,
                                                    ale od tego czasu miał sny coraz koszmarniejsze, wychudł i zrobił się tak
                                                    straszny, że jego dawni kompani i zausznicy drżeli przed nim chyba nie mniej
                                                    niż Prusowie i Mazurzy.
                                                    Dziewięć lat już trwały utarczki Syna Miodu z Zakonem. W tym okresie z Kasią i
                                                    podrastającymi dziećmi przebywającymi ciągle w Głomnie widywał się rzadko.
                                                    Przebywając raz w Barcji, raz w Natangii, Miligedo nigdy nie miał czasu na
                                                    cieszenie się rozkoszami domowego ogniska. Rozumiał, że te radości ma już za
                                                    sobą, teraz zaś jest tylko karzącym mieczem cierpiącego pruskiego ludu. Żaden
                                                    rycerz czy oddział zbrojny nie mógł teraz czuć się dobrze w komturii. Miligedo
                                                    czuwał bezustannie i zawsze wypatrzył jakiś błąd w postępowaniu Krzyżaków, za
                                                    który najczęściej płacili śmiercią.
                                                    (Koniec już bliski, i dla nikogo nie będzie to happy end)
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.10.05, 20:48
                                                    Dziś smutny fragment baśni - śmierć naszego bohatera!
                                                    Prawdą jest jednak, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Namiestnik
                                                    ściągnął od komtura nowe posiłki z Bałgi i przyszedł czas, że Syn Miodu nie
                                                    zdołał się wyślizgnąć. Bohaterską postawą doprowadził do tego, że część jego
                                                    oddziału przebiła się przez krzyżackie szeregi, ale koń jego padł, ugodzony
                                                    przez zakonnych. Mimo że pozbawiony wierzchowca, Miligedo bronił się
                                                    skutecznie, zdając sobie sprawę, że nic mu już nie pozostało oprócz chwalebnej
                                                    śmierci. Ofiarował ludowi pruskiemu swoje życie, teraz musi mu ofiarować taką
                                                    śmierć, która mimo wszystko da jego ziomkom powód do dumy i pozwoli im
                                                    przetrwać gorycz upokorzeń, jakie ich czekają. Stos ciał wokół Miligeda rósł.
                                                    Krzyżacy, atakujący początkowo z wielkim impetem, musieli się cofnąć niepomni
                                                    nawet na hańbę padającą na sławę zakonu. Syn Miodu był jeden, a ich było tylu
                                                    świetnie uzbrojonych, lecz wobec siły i bohaterstwa Prusa zdawało się
                                                    bezradnych. Była to jednak chwilowa tylko przewaga wodza Prusów, bo oto znowu
                                                    napierały nadciągające szeregi wrogów. Miligedo osaczony, pozbawiony wsparcia
                                                    swoich ludzi, musiał paść w końcu z wyczerpania i licznych ran, których broniąc
                                                    się doznał. I oto Krzyżacy stali teraz zdumieni nad powaloną postacią wcale nie
                                                    nadludzkiego, jasnowłosego wodza Bartów i nie mogli uwierzyć w jego śmierć.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.10.05, 20:50
                                                    A skoro śmierć, to i pogrzeb, bardzo pruski i bardzo przypominający tradycje, o
                                                    których tu pisałyśmy:
                                                    Syn Miodu musi mieć pogrzeb co najmniej tak piękny, jak Argo, według pruskich
                                                    starych zwyczajów. Nie bacząc na to, że był od wielu lat ochrzczony, na miejscu
                                                    do tego przeznaczonym - miejscu świętym, jakim było przenoszone z konieczności
                                                    wielokrotnie- ramowe Bartów- ułożono stos z odpowiedniego, dającego niewiele
                                                    dymu drewna, bo trzeba się było liczyć z krzyżackim niebezpieczeństwem i wbrew
                                                    zwyczajom, niestety, trzeba było się spieszyć. Pięknie ubrane zwłoki bohatera
                                                    zostały położone twarzą na wschód, a kapłani - ligasze i tulisze wychwalali
                                                    jego czyny, a było przecież o czym śpiewać! Wraz z zabitym palono jego broń,
                                                    grzebano też, jak każe zwyczaj, jego konia. Piękne stare dęby otaczające polanę
                                                    stanowiły tło uroczystości. Gdy stos zapłonął, najstarszy z tuliszów zaczął
                                                    mówić o swoich wizjach. Słuchano go nadzwyczaj uważnie, lecz nikt go nie
                                                    rozumiał.
                                                    Co niezwykłego mówił tulisz - już jutro.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.10.05, 18:59
                                                    Oto zamiast mówić jak zwykle, że bohater na swym wspaniałym rumaku wzlatuje
                                                    poprzez nieboskłon do szczęśliwej krainy przodków, tulisz twierdził, że kieruje
                                                    się on do Bartoszyc, że w mieście tym wędruje po ulicach, a nawet wstępuje na
                                                    dziedziniec krzyżackiego Zamku. Wreszcie oznajmił, że Miligedo będzie jedynym
                                                    Bartem - świadkiem upadku potęgi Zakonu i państwa niemieckiego na pruskiej
                                                    ziemi.
                                                    Zgromadzeni ludzie nie mogli się rozeznać w swoich uczuciach. Dlaczego tulisz
                                                    mówił tak od rzeczy? To nie dawało się zrozumieć! Stos dogorywał, a potężny
                                                    grzmot przetaczający się przez niebo, zwiastował letnią burzę. Lunęły potoki
                                                    deszczu i dogasiły stos. Czy bogowie się gniewają? Ludzie pod wpływem strachu
                                                    zaczęli domagać się od kapłanów, aby wytłumaczyli, co to znaczy; czy ta burza w
                                                    czasie tak uroczystego pożegnania bohatera jest wróżbą dobrą, czy złą?
                                                    Postanowiono złożyć Perkunowi ofiarę z czarnego byka, co zostało wkrótce
                                                    dokonane, a potem, gdy kapłani podeszli z urną, by pozbierać w nią prochy
                                                    bohatera, po rozgarnięciu resztek stosu, oczom zebranych ukazał się wśród
                                                    popiołów kamienny posąg z naszyjnikiem, rogiem do picia i mieczem u pasa.
                                                    Przeciągłe Ooo! wstrząsnęło dąbrową. Bez najmniejszych wątpliwości wszyscy
                                                    pojęli, że Miligedo zostaje wśród nich, aby ich bronić przed Krzyżakami, że
                                                    uznał, iż nie czas mu ulatywać do szczęśliwej krainy przodków, kiedy tu
                                                    pozostaje płaczący swych krzywd pruski lud. Wróżba starego tulisza zaczynała
                                                    nabierać sensu, stawała się doniosłym proroctwem.
                                                    (No i proszę - nasz Miligedo to Bartek, kamienna baba pruska, czyli chłop na
                                                    schwał i dzielny wojownik).
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.10.05, 19:08
                                                    W taki oto kamienny posąg zamienił się Miligedo, by już na wieki chronić lud
                                                    pruski: perkuns.fm.interia.pl/Galerie/bk09.html

                                                    Posąg pozostawiono w świętym Gaju z wiecznie płonącym ogniem. Skrzywdzeni przez
                                                    Krzyżaków Prusowie przychodzili tam, wierzono powszechnie, że gdy skrzywdzony
                                                    dotknie miecza . Miligedo, krzywdziciel zostanie ukarany. Wszyscy rozumieli, że
                                                    trzeba strzec przed Krzyżakami posągu i jego tajemnicy. Krzyżacy gotowi go
                                                    zniszczyć tak, jak niszczyli wszystko co pruskie.
                                                    A jak Miligedo - Bartek trafił do Bartoszyc wyjaśni się w dalszej części
                                                    legendy. I oczywiście zło zostanie ukarane, ale tym zajmą się już nie ludzie,
                                                    lecz pszczoły!
                                                  • rita100 Re: Syn Miodu 29.10.05, 19:38
                                                    Przeczytałam ta całą legendę, jest piekna i historyczna, ukazuje losy Bartka.
                                                    Nie wspominasz co się dzieje z rodziną Bartka po jego śmierci ?. I oczywiście
                                                    czekam dalszej części.
                                                    Czyli kamienne Baby Pruskie to nie tylko Baby ale i Bartek.
                                                    Czy myślałas w jaki sposób narodził się kamienny Bartek ? Ktoś musiał go wykuć
                                                    z kamienia wcześniej. Ktoś ze wsi.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.10.05, 20:13
                                                    O tym, co działo się z rodziną Miligedo - Bartka legenda milczy. Mam nadzieję,
                                                    że mimo wszystko jego dzieci dorosły, miały swoje dzieci, a potem wnuki i tak
                                                    dalej, i gdzieś jeszcze może żyją potomkowie Prusów. Za to wiemy, gdzie jest
                                                    kamienny Bartek, a legenda powie nam, jak trafił do Bartoszyc:
                                                    Jednak Krzyżacy dowiedzieli się, że Prusowie ukrywają jakiś posąg kamienny w
                                                    głębi lasu, że choć ochrzczeni, zamiast gromadzić się w kościołach, chodzą do
                                                    swoich świętych gajów. Grausam szybko zapomniał o zagrożeniu ze strony
                                                    Miligedo. Teraz ten znienawidzony wódz pruski już nie żył, a on, Grausam był
                                                    znowu niepodzielnym panem okolicy. Zorganizował więc wyprawę w głąb puszczy.
                                                    Pewien był sukcesu. Wiózł ze sobą pruskiego niewolnika, który od trzech
                                                    miesięcy pracował na zamku przy żarnach. Torturami i obietnicami zmusił go, aby
                                                    wyjawił, gdzie znajduje się romowe Bartów, tam spodziewano się znaleźć posąg.
                                                    Grausam chciał ten posąg odebrać poganom, aby w ten sposób położyć kres ich
                                                    grzesznym praktykom. Pojmowanemu Prusowi obiecał wolność, jeżeli wskaże
                                                    właściwą drogę Krzyżakom. Grausam śmiał się w duchu z naiwności Prusa. Wszystko
                                                    poszło gładko. Świętego miejsca nie pilnował teraz nikt zbrojny, więc po
                                                    zabiciu kapłanów podsycających ogień, silni pachołkowie władowali posąg na woź,
                                                    oddział zbrojnych rycerzy otoczył go i z pełną triumfu pieśnią ruszyli, przez
                                                    nikogo nie zatrzymywani, do Bartoszyc.
                                                  • Gość: tralala Re: Syn Miodu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 29.10.05, 20:16
                                                    No i czas ukarać zło, bo w każdej legendzie zło musi w końcu przegrać:
                                                    Był okres rojenia się pszczół. Krzyżacy jechali spokojnie drogą leśną, gdy
                                                    nagle jeden z rojów zaatakował konia namiestnika. Spłoszony, kłuty żądłami
                                                    wierzchowiec poniósł na oślep w puszczę. Grausamowi włosy zjeżyły się pod
                                                    hełmem, bo przypomniał sobie powieszonego wróżbitę i jego przepowiednię. Na
                                                    próżno czynił wysiłki, aby powstrzymać oszalałe zwierzę. Gdy ujrzał wysoki
                                                    brzeg Łyny, zrozumiał, że jego los jest przesądzony. Koń zawisł w powietrzu,
                                                    jeździec wyleciał z siodła i w ciężkiej zbroi runął w fale Łyny. Wkrótce woda
                                                    pochłonęła go. Koń walczył dłużej. Kilku Bartów i Natangów widziało tę scenę,
                                                    lecz Grausam był tak znienawidzony, że nie mógł liczyć na niczyją pomoc. Ciało
                                                    okrutnego wodza nigdy nie zostało odnalezione. Tak dopełniła się wróżba i tak
                                                    dopełniła się zemsta pszczół za zabicie Miligedo - Syna Miodu.
                                                    Kamienny posąg bohatera, zgodnie z rozkazami utopionego Grausama, dojechał do
                                                    Bartoszyc i stanął przy jednej z ulic miasta. Od tego czasu lud pruski pokochał
                                                    znienawidzone dotąd Bartoszyce, bowiem było to teraz miasto Miligeda - ich
                                                    bohatera, który, jak wierzyli, będzie świadkiem upadku potęgi obcego, wrogiego
                                                    tym ziemiom krzyżackiego państwa.
                                                    I to już jest naprawdę KONIEC :)))
                                                  • rita100 Re: Syn Miodu 29.10.05, 20:29
                                                    Cudowna , cudowna legenda - wiesz, nie znając tej legendy , te Kamienne Baby
                                                    Pruskie, czułam, że własnie przyciągają swoją historią i swoim cierpieniem.
                                                    To jest jedyny symbol przetrwania tamtych czasów. Popatrz jak historia się
                                                    powtarza, wszyscy chowali się w lasach, by przeżyć czasmi tragiczne chwile.
                                                    Lasy jedyną kryjówką od wieków i Jadźwingi również, a ten ostatni to wierzę, że
                                                    jeszcze się ukrywa, ze ciagle gdzies tam jest i że czasmi przychodzi nad
                                                    jeziora by popatrzeć na toń jeziora. Tak sobie czasami wyobrażam krainę Warmii
                                                    i Mazur.
                                                  • rita100 Re: Prusowie 18.10.05, 19:52
                                                    0 mój Boże! lub krótko: – 0 Boże! To samo czynią inne nacje.
                                                    Niemiec mówi: – Mein Gott!,
                                                    Francuz: – Nom de Dieu, Mon Dieu,
                                                    Włoch: – Dio mio,
                                                    Ślązak zaś: – 0, pieronie!
                                                    Wytłumaczyc to można następująco. Dlugo przez przyjęciem chrześcijaństwa przez
                                                    Polske, na terenach zamieszkiwanych przez plemiona słowiańskie oddawano cześć
                                                    bożkom. W pasie ciągnącym się od Czech, przez Śląsk, tereny górnej i środkowej
                                                    Łaby, obszary związane z Odrą, Pomorze z Zachodnie po wyspę Rugię zamieszkiwali
                                                    Słowianie Zachodni, Slęzanie, Serbołużyczanie, Obodryci. Plemiona te oddawały
                                                    cześć Perunowi, bogowi piorunów i grzmotów i władcy nieba. Dla oddawania czci
                                                    Perunowi wybierano szczególne miejsca: pagórki, wyspy na jeziorach, gaje
                                                    porośnięte wiekowymi dębami... Najsłynniejszym miejscem na Śląsku była góra
                                                    Ślęza pod Wrocławiem, od ktorej nazwę przyjął Śląsk. Ślązacy Peruna
                                                    nazywali ”Piorunem” lub ”Pieronem”. Karol Miarka w ”Górce Klemensowej” napisał:

                                                    ”Pagórek ten nosił nazwę Górki Piorunowej, którą lud okoliczny za bardzo Świętą
                                                    uważał, bo na jej szczycie stały posągi dwóch bogów, którym z daleko i szeroko
                                                    lud składał ofiary. W tej bowiem okolicy panowało bałwochwalstwo. Prawda, że
                                                    już od dawna, a mianowicie od czasu apostołowania Świętych Cyryla i Metodego –
                                                    około 870 r. chrześcijaństwo w tej stronie szerzyć się poczynało, ale dopiero w
                                                    966 r., gdy cała Polska przyjęła chrzest wtedy i nasza kraina należąca do
                                                    Polski przyjęła naukę Chrystusa; mimo to jednak w wielu miejscach, mianowicie
                                                    pomiędzy górami, lasami, jeziorami trwało jeszcze dość długo pogaństwo, zanim
                                                    zupełnie wykorzenionym zostało. ”

                                                    Scalenie państwa w jedną całość przez Mieszka I wraz z przyjęciem
                                                    chrześcijaństwa przyczyniło się w znacznym stopniu do likwidacji kultów
                                                    plemiennych. Kosztowało to wiele starań, na przykład organizowanie wypraw
                                                    misyjnych, które nie zawsze kończyły się sukcesem. Tak zginął na terenie Prus
                                                    śmiercią męczeńską św.Wojciech podczas próby nawracania plemienia Luciców na
                                                    wiarę chrześcijańską. Ogniska pogaństwa wśród ludów pogańskich utrzymywały się
                                                    długo i tam, gdzie nie pomogło słowo, perswazja – stosowano miecz.

                                                    z kalendarza Gorniczego Kopalni "Ziemowit"

                                                    Rafał Bula

                                                    Tralala - co o tym sadzisz ?
                                                  • Gość: tralala Re: Prusowie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.10.05, 20:34
                                                    'Perkunas był w mitologii bałtyckiej bogiem pioruna, deszczu, błyskawicy,
                                                    pomocnikiem Dievsa – Occopirmsa. W triadzie bogów bałtyjskich, którą tworzyli
                                                    nadto Trimps i Patols stanowił postać centralną. Zwalczanym przez niego
                                                    przeciwnikiem miał być Velnias, bóg ciemności świata podziemnego.'(Jan
                                                    Jaskanis) Tyle w mitologii litewskiej. Wśród Prusów Perkunas (Perkun, Perun)
                                                    albo był mniej znany, albo mniej ważny. Tu silniejsze było wierzenie w boga
                                                    urodzaju Kurko. Za to na Litwie nawet dziś mozna zobaczyć takie cuda:
                                                    www.kapliczki.tc.pl/1/grutas.html
                                                  • rita100 Re: Prusowie 18.10.05, 20:42
                                                    Czyli słowo sląskie - pironie nie pochodzi od boga piorunów ?
                                                    Bo własnie mnie zastanawiało czy łączy sie te slowo ze slowem śląskim "ty
                                                    pieronie", ktore jest u nich bardziej przekleństwem. Czyli wykluczamy tą
                                                    łączność, choć podobne ma skojarzenia.

                                                    Tralala, czekam na dalszy ciąg bajeczki :)
                                                  • Gość: tralala Re: Prusowie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.10.05, 20:52
                                                    O tak jednoznacznie to wolę nie twierdzić. Może i pochodzi? Na pewno strach
                                                    przed burzą i piorunami był (i jest) powszechny. W końcu gromowładnych mieli
                                                    też i Grecy i Rzymianie. Ale czytam soie tu, że litewski Perkun mógł pochodzić
                                                    od słowa perkus - dąb (stąd może tak częste święte dęby), lub od słowa perti -
                                                    uderzać (i wtedy jak najbardziej piorun). Tylko, że najwyraźniej był to bóg
                                                    raczej litewski i łotewski niż pruski. A z pruską Kurko mam kłopot - jedni
                                                    piszą, że bóg a inni że bogini. Istna zagadka.
                                                    O i jeszcze taka ciekawstka - litewski Perkun zawędrował też do
                                                    Finlandii 'perkele' - diabeł i do Estonii 'porhu' - piekło.
                                                  • Gość: tralala Re: Prusowie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.05, 20:37
                                                    Wśród nielicznych zapisanych i zachowanych tekstów w języku staropruskim
                                                    znalazło się takie zawołanie:
                                                    Kayle rekyse. Thoneaw labonache thewelyse.
                                                    Eg koyte poyte. Nykoyte pe^nega doyte.
                                                    Do przećwiczenia w pubie :-) bo w wolnym tłumaczeniu znaczy 'Hej panie! Nie
                                                    jesteś już takim miłym wujaszkiem. Chcesz pić, a nie chcesz dać ani grosza!'
                                                  • rita100 Re: Prusowie 19.10.05, 20:57
                                                    Tralala, popatrz co znalazłam ?
                                                    Pewne stare nazwy miejscowości i trochę zapisów.

                                                    "W majątku Linie u polskiego brygadzisty żniwiarzy pojawił się Polak z okolicy,
                                                    którego pierś była ozdobiona polskim orłem z metalu.

                                                    Kilku Prusaków zatrudnionych w majątku dało mu do zrozumienia, że tego rodzaju
                                                    postępek muszą potraktować jako wyzwanie.

                                                    W odpowiedzi polscy żniwiarze zaintonowali swą pieśń "Jeszcze Polska nie
                                                    zginęła". Jeden z Prusaków popadł w gniew i zerwał Polakowi orła. Polscy
                                                    żniwiarze zażądali oddalenia z majątku wszystkich Prusaków grożąc w przeciwnym
                                                    razie strajkiem". (Pommersche Tagespost).

                                                    Ważniejsze momenty dziejowe

                                                    Babin - znaleziska archeologiczne z okresu średniowiecza - gród.

                                                    1180r. - Babyn
                                                    1187r. - Babino
                                                    1234r. - Babin
                                                    1236r. - Babina
                                                    1944r. Babbin

                                                    nazwa zapewne kulturowa pochodząca od kamiennych bab używanych jako nagrobki
                                                    przez pogańskich słowian.

                                                    Liczne odkrycia z epoki kamiennej (m.in. kurhany, topory), brazu (
                                                    www.bielice.com.pl/turystyka.html
                                                    Bielice - znaleziska archeologiczne z okresu wczesnego średniowiecza
                                                    Chabowo - znaleziska archeologiczne z okresu wczesnego średniiowiecza.

                                                    1180r. - Cabowe,
                                                    1187r. - Cabow,
                                                    1236r. - Chabowe,
                                                    1295r. - Kabow,
                                                    1313r. Chabowe,
                                                    1316r. - Valkenberch po założeniu Chabówka (Neu Falkenberg) w XVIII w. Alt
                                                    Falkenberg.

                                                    Parsów - wieś położona na brzegu niewielkiego jeziora. Między wsią i jeziorem
                                                    przy drodze do Babina częściowo zniszczone grodzisko słowianskie.

                                                    Wieś wzmianka w początkach XIII w. jako Parsów

                                                    1255r. - Parsow,
                                                    1296r. - Parsow,
                                                    1274r. - Wardenberch
                                                    1944r. - Wartenberg tj. "góra strażnicza" zapewne od grodu nad jeziorem

                                                    Linie - znaleziska archeologiczne z okresu wczesnego średniowiecza.

                                                    1248r. - Leyne,
                                                    1504r.- Leyne,
                                                    1944r. Leine.

                                                    Nowe Chrapowo - wieś założona w 1302r.

                                                    1333r. - Newen Grapow,
                                                    1343r. - Nove Grapow,
                                                    1944r. - Neu Grape

                                                    Stare Chrapowo - 1212r., 1242r. - Crapoue,
                                                    1240r. - Crapowe,
                                                    1302r. - antiqua Grapow,
                                                    1504r. - olden (Stare) Grape,
                                                    do 1945r. - Alt-Grape

                                                    Nazwa pochodzi nie od "chrapać" ale raczej od grabów i buków, zatem
                                                    stosowniejsza byłaby forma Grabowo.


                                                    1235r. - Belitcze,
                                                    1240r. - Beliz,
                                                    1249r. - Belitz,
                                                    1944r. - Beelitz

                                                    od gleb bielicowych.

                                                  • Gość: tralala Re: Prusowie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.05, 21:34
                                                    No to jeszcze dorzucę coś a propos nazw i Perkuna (a jednak!)
                                                    'Można sądzić, że Prusowie czcili Perkuna, ponieważ kult tego boga grzmotu
                                                    występował u pokrewnych im Litwinów i Łotyszów, a poza tym świadczą na jego
                                                    rzecz nazwy kilku miejscowości i jezior na dawnym terytorium Prusów: Perkujki,
                                                    Parkoszewo, Perkunowo, dwa jeziora Perkun.'
                                                  • rita100 Re: Prusowie 20.10.05, 21:28
                                                    "tradycji nie przekształciłoby się w lokalne zabawy młodzieży w pagańskich
                                                    Dawnych Prusów i po druge, aby takie lokalne odrodzenie nie stało się podłożem
                                                    polskiego, rosyjskiego lub litewskiego patriotyzmu, zamiast europejskiego.
                                                    Przyszedł czas zjednoczenia duchowego, które może być końcem historii
                                                    konfliktów i niesprawiedliwości. Przyszedł czas, by stać się patriotami
                                                    europejskimi, dla których kultura polska, kultura niemiecka lub litewska są
                                                    bardzo drogimi częściami kultury europejskiej, i dla których też kultura ziemi
                                                    Prusów Bałtyckich jest również droga jako gałąź kultury europejskiej.

                                                    Popatrz sie Tralala jakie piekny wywód.
                                                  • rita100 Re: Prusowie 21.10.05, 20:59
                                                    Interdyscyplinarne Spotkania z Historią i Kulturą Bałtów
                                                    Olsztyn 23-25 września 2004

                                                    Historia i dziedzictwo kulturowe Bałtów stało się na przestrzeni kilku
                                                    ostatnich dziesięcioleci przedmiotem badań uczonych różnych ośrodków naukowych
                                                    zarówno w Polsce jak i za granicą. Dla jednych, jak np. dla badaczy polskich –
                                                    jest to dziedzictwo ludu, który niegdyś zamieszkiwał część obszaru obecnej
                                                    Rzeczpospolitej i który w naszej, narodowej i europejskiej historii miał
                                                    znaczenie jedynie marginalne. Dla innych zaś dzieje Bałtów to część własnej
                                                    historii, to ważny aspekt budowania własnej tożsamości etnicznej i kulturowej.

                                                    Dla współczesnych mieszkańców dawnych Prus, które znalazły się po 1945 roku w
                                                    granicach Rzeczpospolitej Bałtowie i Prusowie to terra incognita, mylnie
                                                    utożsamiana jakże często z niemiecką historią tych ziem. A jednak i tu powoli i
                                                    oczywiście tyko w „oświeconych” kręgach odradza się świadomość bałtyjskości
                                                    tych ziem. Pojawia się społeczne zapotrzebowanie na wiedzę o dziejach ludzi, po
                                                    których pozostały tu tylko tak nieliczne ślady."
                                                  • rita100 Re: Pekūnas 22.10.05, 20:55
                                                    Perkūnas, bóg ognia, ożywia życie i chroni prawość i porządek. Na Litwie,
                                                    modlili się do niego farmerzy i przywoływali go wojownicy. Podczas ostatnich
                                                    wieków pogaństwa, z czasów, z których mamy źródła historyczne wynika, że
                                                    Perkūnas stał się najlepiej znanym, najszerzej rozpoznawalnym litewskim
                                                    bóstwem. Wrogowie Litwinów znali jego moc, a jego flaga powiewała ponad
                                                    litewskimi terytoriami. "Vytis" z naszej flagi wyprowadzony został z flagi
                                                    honorującej Perkūnasa. Pruskie kroniki opisują flagę z wizerunkami trzech
                                                    bogów: Perkūnas jest bogiem naczelnym. W religii władców i szlachty, Perkūnas
                                                    był najwyższym bogiem.
                                                    Kroniki donoszą, że: "W Wilnie, w alei Šventaragisa, nazwanej tak na cześć
                                                    legendarnego litewskiego Najwyższego Kapłana, Skrimanats, władca Litwy
                                                    ustanowił westalki i kapłanów składających dary bogom i Wielkiemu Bogu
                                                    Perkūnasowi, który rządzi ogniem, grzmotami i błyskawicami. Ich zadaniem było
                                                    podsycanie dniem i nocą ognia dębowym drewnem. Gdy ogień kiedykolwiek zgasł,
                                                    był rozpalany ponownie iskrami z ogromnego otoczaka".
                                                    Oto, w jaki sposób Perkūnas stał się opiekunem państwa. Nawet wprowadzenie
                                                    chrześcijaństwa tylko w małym stopniu zminimalizowało siłę Perkūnasa. Litwini
                                                    utrzymują, że gdyby nie było chrześcijańskiego Boga, Perkūnas byłby do dziś
                                                    naczelnym bóstwem. Jezuici wizytujący litewską diecezję 1583 roku odkryli ku
                                                    ich wielkiemu przerażeniu, że Litwini czczą boga Pekūnasa, stare dęby i
                                                    pomniejsze bóstwa lokalne oraz "wyimaginowane stwory", które, jak twierdzą
                                                    chronią ich domy, miasta i ogrody. Święte ognie były palone w lesie ku czci
                                                    Perkūnasa. Kobiety zaś, które ich pilnowały były nazywane westalkami.
                                                    cdn
                                                  • Gość: tralala Re: Pekūnas IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.10.05, 21:13
                                                    To może jeszcze raz - litewska 'kapliczka' Perkunasa. Dopiero teraz doczytałam,
                                                    że te kapliczki stawiano w latach siedemdziesiątych, w czasach radzieckiej
                                                    republiki litewskiej, zastępczo, w miejsce przedwojennych kapliczek. No
                                                    cóż,przykre to było, ale ta rzeżba na zdjęciu jest bardzo śmiszna - i jakie
                                                    piorunki Perkunas trzyma w ręku!
                                                    www.kapliczki.tc.pl/1/grutas.html
                                                  • Gość: tralala Re: baśń litewska IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.10.05, 21:15
                                                    Baśń zza miedzy - pożyczona od bałtyjskich Litwinów, wyjaśnia skąd się na
                                                    świecie wzięły czarownice. A było to tak:
                                                    Dawno, dawno temu pewna młoda kobieta wybrała się do lasu na grzyby, zabierając
                                                    ze sobą nowy kuferek (?). Kiedy szukała grzybów nagle zaczął padać ulewny
                                                    deszcz. Kobieta zdjęła ubranie, schowała je do kuferka i stanęła nago pod
                                                    drzewem, czekając aż deszcz ustąpi.
                                                    Później, kiedy przestało już padać, ubrała się i dalej zbierała grzyby, aż wtem
                                                    zauważył ją Welnias (litewski rogaty bóg podziemi). Welnias spytał ją, czy
                                                    zbierała grzyby w trakcie deszczu, a jeśli tak to jak to możliwe, iż jej suknie
                                                    są suche.
                                                    Kobieta odrzekła, że zna pewien sekret, który sprawia, że deszcz jej nigdy nie
                                                    zmoczy. Welniasa zaintrygowała ta odpowiedź. Zaczął domagać się, by wyjawiła mu
                                                    swą tajemnicę. Młoda kobieta zgodziła się, lecz pod warunkiem, że Welnias
                                                    ujawni jej wszystkie swoje magiczne sztuki. Tak oto Welnias nauczył ją swojej
                                                    magii i sposobów leczenia ludzi.
                                                    Wówczas młoda kobieta powiedziała mu, jak uniknęła deszczu. Welnias splunął ze
                                                    złości i uleciał w dal, wściekając się i rycząc ze złości, iż dał się tak
                                                    nabrać.
                                                    Tak oto ta młoda kobieta została pierwszą czarownicą i od tamtej pory
                                                    przekazywała swe nauki kolejnym kobietom, a czarodziejstwo na świecie
                                                    rozkwitło.
                                                    www.geocities.com/Athens/Oracle/2810/witchorigin.html
                                                  • rita100 Re: Pekūnas 23.10.05, 19:56
                                                    Na całym terytorium Litwy miał on swoje święte terytoria nazywane „Alkos”, na
                                                    których płonął święty ogień. Wzgórza i gaiki nawiedzone przez Perkūnasa były
                                                    uważane za święte. Drzewo lub kamień uderzone przez niego za chronione od zła i
                                                    zarazy. Święte dęby i wzgórza pokryte dębowymi gajami były ogrodzone i
                                                    chronione fosami. Wszystkie te miejsca były świętymi terenami Perkūnasa. Dla
                                                    rolników Perkūnas był bogiem natury kontrolującym pioruny i pogodę. Zsyłał
                                                    deszcz i ożywiał płodność Ziemi. Pierwszy piorun wiosny wstrząsał Ziemią,
                                                    oczyszczał ją i wodę. Ludzie oczekiwali go, jak wielkiego błogosławieństwa.
                                                    Zabronione było sianie zboża zanim piorun nie uderzył pierwszy raz.. Budził on
                                                    ziemię i wszystko zaczynało rosnąć. Od czasu uderzenia pioruna zależała
                                                    pomyślność: jeśli uderzył przed Wielkanocą, było źle, jeśli po, oczekiwano
                                                    pomyślności.

                                                    Teraz możemy rozumieć, że burza na wiosne jest tym co wskrzesza życie, tak w to
                                                    wierzono.
                                                  • Gość: tralala Re: Pekūnas IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.05, 16:58
                                                    Perkunas najwyraźniej sprzyjał swoim wyznawcom, gdyż jak pisze średniowieczny
                                                    kronikarz, opisujący zimowy napad Litwinów na Ozylię w roku 1219,
                                                    Litwini 'przeprawili się na wyspę po lodzie osterhafu (Zatoki Ryskiej), czego
                                                    Perkun, ich bożek, im wtedy użyczył, gdyż osterhaf tak twardo nie zamarza'.
                                                    (Rymowana Kronika Liwońska)
                                                  • rita100 Re: Zaklęty zamek w lesie olsztyńskim 25.10.05, 20:16
                                                    Tralala, to już dużo dowiedzieliśmy sie o Perkunsie, był bogiem piorunów ,
                                                    ktore budziły życie i dawał plon.
                                                    A czy znasz legende , równie śliczną o zakletym zamku w lesie olsztyńskim ?
                                                    A zaczyna sie tak:

                                                    Na wzgórzu, w lesie, tam, kędy wartka struga łączy się z Łyną, stał kiedyś
                                                    dawno, dawno temu wspaniały zamek. Jeszcze nasi ojcowie pokazywali nam
                                                    spadziste, omszałe dachy, sterczące tuż nad ziemią. A chłopcy pasący bydło nad
                                                    Łyną rzucali do kominów kamienie ciesząc się, że długo słychać ich suchy stukot.
                                                    To ostatnie ślady zaklętego zamku. Dokoła rozrosły się krzaki jagód, mchy,
                                                    modre dzwonki leśne, rozszumiały sosny ociekające złotymi kroplami kadzidła,
                                                    świerki pachnące wyciągnęły ramiona ku niebu.
                                                    Przed wielu, wielu laty zamek słynął na całą okolicę, daleko i szeroko. Potężne
                                                    jego baszty, oblane słońcem letniego popołudnia albo purpurą zorzy wieczornej,
                                                    zachwycały oczy nie tylko okolicznego ludu, ale i niejednego wędrowca, który
                                                    przybył z daleka.
                                                    Komu wypadła droga koło zamku porą zimową, przedstawiał mu się tak piękny
                                                    widok, jakiego nigdy nie widział. Obsypany śniegiem zamek błyszczał w słońcu
                                                    milionem barw tęczowych, a na tle ciemnych sosen i świerków zdawał się
                                                    niepokalaną bielą dosięgać niebiosów.
                                                    W zamku tym mieszkał pan bardzo bogaty. Mówiono, że w podziemiach znajduje się
                                                    sto skrzyń srebra, złota i klejnotów. Na ścianach komnat wisiały makaty,
                                                    wyszywane srebrem i zlotem, a na posadzkach leżały skóry niedźwiedzi i wilków,
                                                    których było w okolicy niezliczone mnóstwo.
                                                    Właściciel zamku był nie tylko bogaty, ale co ważniejsze - dobry i
                                                    sprawiedliwy. Lud okoliczny darzył go zaufaniem, ale przystąpić do niego z
                                                    bliska nikt się nie odważył, bo oblicze jego było surowe, powiadano nawet, że
                                                    kamienne.
                                                    Latem, kiedy zachodzące słońce bramowało złotem niebo, a zorza w płaszcz
                                                    szkarłatny ubierała krajobraz, pan zamku lubił wychodzić na najwyższy ganek i
                                                    stamtąd spoglądać na okolicę.
                                                    Wieśniacy wracali właśnie z pól, z pieśnią na ustach. Połyskiwały kosy i
                                                    sierpy, czerwieniły się jak polne maki chusty dziewcząt. Na widok pana stawali
                                                    warmijskim zwyczajem w rzędzie, ostrzyli kosy i miarowym uderzeniem w
                                                    stal „dzwonili” hejnał żniwiarzy, śpiewając:
                                                    Plon niesiem plon,
                                                    Plon ze wszystkich stron...
                                                    Często stała też obok pana zamku małżonka jego, Warmia.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Zaklęty zamek w lesie olsztyńskim 25.10.05, 20:29
                                                    Tak, ten zamek to jednak podróbka, bo tamten był z drwena napewno i kamieni.
                                                    Ale fantastyczny ten nowoczesny i do sprzedania, o rany, niesamowite - ciekawe
                                                    kto to kupi, chodź w dzisiejszych czasach to bałabym się mieszkać w samym lesie
                                                    i to nie boje się duchów przeszlości tylko tych .... no wiesz, tych co napadają.
                                                    Druga część cudownie opisanej legendy zamieszczę jutro , bo mozna stopniowo
                                                    czytać , bez pospiechu.
                                                  • Gość: tralala Re: Zaklęty zamek w lesie olsztyńskim IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.10.05, 20:34
                                                    O, żeby napaść i zdobyć ten zamek trzeba by mieć niezły hufiec zbrojnych
                                                    rycerzy i drugie tyle pachołków, no i machiny, a jeszcze lepiej katapulty!
                                                    Przecież cały otoczony murem, z barbakanem i mostem zwodzonym. Ale chętnego
                                                    kupca coś nie widać.
                                                    No to czekam do jutra na dalszą część legendy o jak najprawdziwszym choć
                                                    zaczarowanym zamku w lesie olsztyńskim.
                                                  • rita100 Re: Zaklęty zamek w lesie olsztyńskim czII 25.10.05, 20:39
                                                    czII
                                                    Często stała też obok pana zamku małżonka jego, Warmia. Macierzyńskim okiem
                                                    obejmowała krajobraz, macierzyńskim sercem wszystkich kochała. Tam, pośród ludu
                                                    zdrowego i pilnego, przebywało jej dwunastu synów, a liczne ich potomstwo
                                                    mieszkało po wioskach i osiedlach. Warmia, ubrana w białe szaty, w welonie
                                                    lekkim jak pajęczyna upiętym na jasnych włosach sięgających do ziemi, była
                                                    symbolem jedności i miłości rodzinnej.
                                                    Raz do roku, w wigilię św. Jana wszyscy synowie z rodzinami przybywali na
                                                    zamek, napełniając stare mury wrzawą i śmiechem. U wrót przyjmowali ich
                                                    rodzice, ściskając i całując każdego z osobna. Łzy radości błyszczały w oczach
                                                    Warmii, kiedy witała swych dorodnych synów o jasnych jak len włosach i modrych
                                                    oczach, kiedy przytulała do serca główki wnuków i prawnuków.
                                                    Biesiady i łowy w olsztyńskim lesie trwały siedem dni. Potem wszyscy wracali do
                                                    swoich zajęć, a stare mury ogarniała głęboka cisza.
                                                    Tak płynęło życie, w spokoju i miłości wzajemnej. Aż pewnego razu, krótko przed
                                                    dniem św. Jana, przybył na zamek jakiś obcy wędrowiec. Długo szeptali z panem,
                                                    radzili, a chociaż noce były krótkie, i nocami nie spali. Nowiny, jakie
                                                    przyniósł obcy, musiały być ważne, bo obaj twarze mieli zatroskane.
                                                    Wkrótce ukazał się na najwyższej baszcie płomień umówiony znak, że synowie mają
                                                    zaraz stawić się przed ojcem. Zaraz też zaczęli się zjeżdżać ze wszystkich
                                                    stron.
                                                    Ojciec razem z obcym przybyszem oczekiwali ich w sali bursztynowej, gdzie
                                                    przekazali im okropną wieść: dwóch sąsiadów, którzy zawistnym okiem patrzyli na
                                                    szczęście rodziny, postanowiło porwać i zabić ukochaną matkę, Warmię.
                                                    Już z dala słychać było okrzyki, a łuny płonących wsi znaczyły drogi, którymi
                                                    zbliżał się nieprzyjaciel.
                                                    W samą noc świętojańską przybyły liczne zastępy wrogów i rozłożyły się w
                                                    pobliskim lesie przy ogniskach, a dzikie ich wrzaski i krzyki odbijały się
                                                    echem o stare mury zamku.
                                                  • rita100 Re: Zaklęty zamek w lesie olsztyńskim czIII 26.10.05, 20:10
                                                    Właśnie w tym czasie drogą przez las szło dziecko. Małe jego serduszko dygotało
                                                    z lęku, ale szło odważnie, bo Warmia miała przygotować dla chorej matki
                                                    lekarstwo z ziół i korzeni.
                                                    Jakaś jasność napełniała las. Gwiazdy - zda się - jaśniej migotały na niebie, a
                                                    sierp księżyca jaśniej srebrzył czubki chwiejących się w objęciach wiatru
                                                    drzew, obielił wydeptaną ścieżkę wijącą się wśród stuletnich dębów, buków,
                                                    klonów i jarzębin. Wśród aksamitnych mchów unosiły się szerokie liście paproci.
                                                    Nagle dziecko stanęło. Na tle paproci zobaczyło jakiś przecudny, barwami tęczy
                                                    jaśniejący kwiat. Drżącą rączką zerwało ten kwiat i nie spostrzeżone przez
                                                    wroga doszło do zamkowej bramy, która sama się przed nim rozwarła.
                                                    Przyciskając do piersi skarb swój - kwiat paproci rozwinięty wśród nocy
                                                    świętojańskiej - szło aż do sali, w której zebrał się cały dwór. Stanęło tam
                                                    bose, uklękło wręczając Warmii przecudny kwiat, a ona dała dziecku lekarstwo i
                                                    jedzenie na drogę, tak mówiąc:
                                                    - Idź do mojego ludu i powiedz, że choćby wróg zabił moje ciało, ducha mojego
                                                    nie zmoże. Ja będę żyła z wami w każdym kłosie zboża, w każdym kwiatku i
                                                    drzewie, w powiewie wiatru, w szumie lasów i borów, w szmerze jezior i rzek, w
                                                    ciszy wieczoru i w skwarze letniego popołudnia. Wojsko moje będzie spało wieki,
                                                    ale przyjdzie dzień, że się obudzi, a wtedy ja znowu będę waszą matką i
                                                    opiekunką. Niech słowa moje przejdą z pokolenia na pokolenie, a biada tym w one
                                                    dni, którzy o nich zapomną!
                                                    Po wyjściu dziecka echo rozniosło po zamku i okolicy miarowe kroki zakutych w
                                                    żelazo mężów. Napełniły się wojskiem komnaty, sale i nawet podziemia, które
                                                    prowadziły z lasu pod Łyną aż do kościoła Św. Jakuba. Warmia stała na
                                                    najwyższym ganku. A kiedy zatrzaśnięto bramy, uniosła rękę, trzymając cudowny
                                                    kwiat szczęścia. Zamek począł się powoli zapadać, coraz głębiej, aż znikł z
                                                    powierzchni ziemi.
                                                    Jedynie matka Warmia wychodziła spod ziemi na świat, bo posiadała kwiat
                                                    szczęścia. Często widywano jej postać w białych muślinach, błądzącą nad
                                                    brzegami Łyny. Ludzie omijali miejsce, gdzie stał zaklęty zamek. Mówiono, że
                                                    tam straszy. Zwłaszcza w noc świętojańską słychać było z podziemi chrzęst
                                                    broni, jakieś zaklęcia, nawoływania, jakiś śpiew daleki... Mówiono, że to
                                                    wojsko spod Grunwaldu śpiewa: „Bogurodzico Dziewico"...
                                                    Nad Łyną jest wzgórze pokryte ruchem, paprocią i krzakami czarnej jagody,
                                                    porosłe lasem. Wysokie, dęby, buki, sosny i świerki opowiadają szumem odwieczną
                                                    legendę o zaklętym zamku i o Warmii, która trzyma w dłoni kwiat szczęścia.

                                                    Zientara-Malewska M., Baśnie znad Łyny, Warszawa 1970, str. 18-22.
                                                  • rita100 Re: Piękno Starych Prus 27.10.05, 19:40
                                                    Zapraszam teraz wszystkich do oglądnięcia galerii pokazującej urok starych
                                                    Prus, jeszcze zachowały się ślady, jeszcze możemy na to popatrzeć . Wiemy juz
                                                    tyle, że oglądając te zdjecia dokłanie czujemy co one w sobie mają, jaką
                                                    historię i jaka tajemnicę kryją. Na tej ziemi żyli kiedys ludzie , których
                                                    szanujemy, których podziwiamy i którzy przeszli wiele tragedii.
                                                    Dlatego oglądając tą galerię zwróćcie też uwagę , że w nich zapisana jest
                                                    tradycja i praca dawnych ludów.
                                                    perkuns.fm.interia.pl/Galerie/pm01.html
                                                    zachwycające, prawda Tralala ?
                                                  • Gość: tralala Re: Piękno Starych Prus IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.10.05, 21:01
                                                    Atmosferę dawnych Prus z końca XIXw. I pierwszej połwy XXw. można też chłonąć w
                                                    prywatnym muzeum Owczarnia, niedaleko Kętrzyna.
                                                    Teren Muzeum Mazurskiego zajmuje część budynków po byłym majątku ziemskim,
                                                    którego ostatnimi właścicielami była rodzina Rodhe. Zbiory i eksponaty zajmują
                                                    budynek z poł. XIX wieku postawiony dla czterech rodzin. Jest to dom
                                                    szerokofrontowy, dwutraktowy z centralnie usytuowaną czarną kuchnią. W obecnej
                                                    chwili zaadoptowany na sale ekspozycyjne, które prezentują około 1000
                                                    przedmiotów.
                                                    Najmilej jest oczywiście w kuchni. Szkoda, że nie umiem haftować – taki
                                                    haftowany niebieską nicią ręcznik bardzo by mi pasował do mojej kuchni.
                                                    www.owczarnia.com/image/foto_05/owcz05_46.jpg
                                                    A w wolnych chwilach można było posłuchać muzyczki.
                                                    www.owczarnia.com/image/foto_05/owcz05_05.jpg
                                                    O, jeszcze jeden przykład sztuki hafciarskiej i napis:
                                                    Kto ma miłość
                                                    w sercu i pokój
                                                    w domu ten szczęśliwy jest
                                                    w życiu.
                                                    www.owczarnia.com/image/muzeum/muz16.jpg

                                                  • rita100 Re: Piękno Starych Prus 27.10.05, 21:27
                                                    Milo pisać o haftowaniu, bo i sama haftowałam wiele obrusów, a nawet za firanki
                                                    się wziełam, jednak wracając do tematu to taka makatka haftowana w każdej
                                                    kuchni wisiała - w mojej kuchni olsztyńskiej był napis - gdzie kucharek sześć
                                                    tam nie ma co jeść.
                                                    Trzeba przyznać Tralala, że Warmia i Mazury są przygotowane do ekspozycji
                                                    swojej tradycji i przechowuje ją dla pokoleń :)