xyz-xyz
14.01.05, 13:47
Szpiclokracja
Cały strumień skandali z udziałem tajnych służb RP zakończył się niczym. Te
służby kontrolują swoich kontrolerów, a nie na odwrót.
Ewentualne nadużycie służb specjalnych do rozgrywki w Orlenie jest tylko małą
kroplą w strumieniu znacznie poważniejszych afer i skandali zmajstrowanych
przez tajne służby Najjaśniejszej w czasie ostatnich 14 lat.
Tajniacy, którzy byli sprawcami przestępczych poczynań godzących w podstawy
państwa demokratycznego, pozostali bezkarni. Ba – niektórzy z nich zasiadają
teraz w komisji śledczej bądź są jej ekspertami. Brud za paz-nokciami mają
zasiadający w komisji Macierewicz i Miodowicz oraz eksperci komisji – Nowek i
Libera. Przypomnijmy!
We wrześniu 1991 r. UOP zatrzymał prezesa Narodowego Banku Polskiego. Jak się
okazało, bezpodstawnie, gdyż Grzegorz Wójtowicz został przez sąd ostatecznie
i prawomocnie oczyszczony z wszelkich zarzutów.
Rodzice Pameli
W Urzędzie Ochrony Państwa – w czasach gdy podlegał Milczanowskiemu –
prowadzono nielegalne działania wymierzone w polityków wysokiego szczebla. W
ramach ściśle tajnej operacji o kryptonimie „Pamela” rozpracowano polityków
SLD, m.in. szefów Socjaldemokracji Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka
Millera. W roku 1991 podsłuchiwano ich rozmowy telefoniczne, inwigilowano i
fotografowano z ukrycia. W kręgu towarzyskim, w którym obracał się
Kwaśniewski, UOP zainstalował agenta (agentkę) o kryptonimie „Jola II”. Do
dziś nikt z UOP-owskich decydentów nie poniósł odpowiedzialności za te
bezprawnie rozszerzone operacje.
Konstanty Miodowicz, dziś bojowy członek komisji śledczej, a w czasach
operacji „Pamela” funkcjonariusz UOP, w rozmowie z dziennikarzem „Wyborczej”
Jarosławem Kurskim rżnął niewiniątko: To była („Pamela” – przyp. H.S.)
prowadzona na małą skalę operacja rozpoznania osób, które partycypowały w
przejmowaniu przez PZPR funduszy od KGB, w schyłkowej fazie działania
polskiej partii komunistycznej i jej odpowiednika rosyjskiego („Gazeta
Wyborcza” z 12 września 2000 r.).
Ten sam Miodowicz nie był tak zachwycony działaniem UOP, w czasie gdy policja
polityczna była kontrolowana przez Piotra Naimskiego i Antoniego
Macierewicza, obecnego członka sejmowej komisji śledczej. Godziły one bowiem
także w niektórych polityków prawicy. W wywiadzie udzielonym Monice Olejnik
(„Salon Polityczny Trójki” z 23 października 1997 r.) Miodowicz oskarżył
łapsów z Urzędu Ochrony Państwa o to, że w czasach kiedy nadzorował ich
Antoni Macierewicz, pro-wadzili działania sprzeczne z prawem: tutaj stosowano
nielegalne podsłuchy, bezprawną obserwację towarzyszącą. Tym działaniom
położono kres z momentem pojawienia się w resorcie spraw wewnętrznych
ministra Andrzeja Milczanowskiego.
Wybielając swego szefa Miodowicz łgał jak z nut. W rzeczywistości kontynuo-
wano bezprawie! Nadzorowany przez Milczanowskiego UOP pałał chęcią zemsty i
szykował się do skompromitowania Macierewicza. Funkcjonariusze Urzędu
gorączkowo poszukiwali dokumentacji medycznej, która mogłaby zaświadczyć o
psychiatrycznych problemach Macierewicza. Ale nie tylko Macierewicz był na
celowniku Milczanowskiego i Miodowicza. Ulokowani w RdR i PC agenci
UOP „Artur” i „Maks” mieli rozczłonkować te prawicowe ugrupowania.
Tajni wujkowie z Wiejskiej
Na rozkazie z 1993 roku nakazującym inwigilowanie prawicy widnieją odręczne
adnotacje Milczanowskiego – ujawnił w sierpniu 1997 r. Zbigniew Siemiątkowski
(„Rzeczpospolita z 30 wrześ-
nia 1997 r.). Milczanowski stanowczo zaprzeczył. Ale Piotr Woyciechowski,
były funkcjonariusz UOP doradca Macierewicza, publicznie potwierdził
informacje Siemiątkowskiego. Woyciechowski dodatkowo poinformował
dziennikarzy, że UOP werbował do tajnej współpracy parlamentarzystów. To, że
UOP wbrew prawu i fundamentalnym regułom państwa demokratycznego werbował
posłów i senatorów, już znacznie wcześniej ujawnił Piotr Naimski.
Macierewiczowski szef UOP w roku 1992 zeznał w Sejmie (w tzw. Komisji
Ciemniewskiego), że odziedziczył po swoim poprzedniku Milczanowskim ulokowaną
w Sejmie agenturę składającą się z posłów.
Jeśli tajna policja polityczna skutecznie werbuje do tajnej współpracy
parlamentarzystów i bierze ich na swój żołd, to z tą chwilą umiera
demokracja. Reprezentanci narodu przestają być suwerenni w swych decyzjach
politycznych, a stają się marionetkami wykonującymi polecenia służb
specjalnych. Zdumiewające, że ta sprawa tak przyschła w 1992 r., a i w latach
następnych nie była rozliczona!
W czasach kiedy UOP pozostawał pod kontrolą Milczanowskiego i Koniecznego, w
Urzędzie przez pewien czas obowiązywała tajna „Instrukcja 0015” pozwalająca
na werbowanie tajnych współpracowników m.in. w partiach i ruchach
politycznych oraz związkach zawodowych. Dopiero po ujawnieniu instrukcji
przez media dokument został wyrzucony do kosza. Bez żadnych konsekwencji
politycznych i personalnych.
Bracia od kosy i pióra
Na początku lat 90. kierowany przez Miodowicza Zarząd Kontrwywiadu UOP
wprowadził do struktur „Solidarności” tajnego agenta – poinformowała 11 maja
2004 r. „Trybuna” w artykule pod tytułem „(Wy)czyny posła Miodowicza”.
Był to działacz „Solidarności”, który od 1990 r. współpracował z UOP, a dwa
lata później został funkcjonariuszem grupy „N”, czyli „nielegałów”. To byli
agenci pracujący w różnych cywilnych instytucjach „pod przykryciem”.
Agent pozyskany przez Miodowicza był członkiem Komisji Krajowej „S”. W czasie
kiedy związek uczestniczył w tworzeniu AWS i rządzeniu Polską, należał do
kręgu osób podejmujących najważniejsze decyzje kadrowe i biznesowe. Jak
stwierdziła „Trybuna”, ludzie „Solidarności” kierujący UOP śledzili wtedy
również „Solidarność”.
Wedle przywołanego artykułu „Trybuny” w czasach Miodowicza UOP prowadził też
operację przeciwko Samoobronie pod kryptonimem „Kosa”. Dziś Konstanty
Miodowicz – facet utytłany po pachy w różnych brudnych UOP-owskich
operacjach – ściga polityków, prokuratorów i oficerów ABW za nadużycie prawa
karnego do celów polityczno-biznesowych. Boki zrywać...
UOP miał także agenturę wśród dziennikarzy. Agenci-dziennikarze byli
wykorzystywani nie tylko do pozyski-wania informacji o politykach i
biznesmenach, lecz także do dezinformowania opinii publicznej.
Według „Rzeczpospolitej” (z 19 września 2004 r.) jednym z
takich „dziennikarzy” był ponoć Jacek Podgórski. Podgórski pracował jako
dziennikarz w „Kurierze Polskim” i „Super Expressie”. Obecnie zajmuje się
lobbingiem i „miękko” zaprzecza, jakoby służył w tzw. grupie płk. Lesiaka
zajmującej się m.in. fałszerstwami, np. lojalki Kaczyńskiego.
Z lubelskiej delegatury UOP do dziennikarstwa przeszedł Jacek Łęski. Krążyły
pogłoski, że i potem był powiązany z tajną służbą, dzięki czemu miał spore
osiągnięcia w dziennikarstwie śledczym. Łęski obok Rafała Kasprowa był
współautorem osławionego artykułu pt. „Wakacje z agentem”, w którym
nikczemnie i bezpodstawnie oskar-żono prezydenta Kwaśniewskiego
o wspólne spędzenie urlopu z Władimirem Ałganowem.
Kuzyni od szafy i geszeftów
W latach 1991–1993 w gabinecie szefa UOP działała grupa funkcjonariuszy
zajmujących się rozpracowywaniem osób i organizacji podejmujących wrogie
działania polityczne przeciwko Wałęsie, wtedy prezydentowi państwa. W tej
grupie czterech oficerów to byli esbecy, a dwóch wywodziło się ze
świeżutkiego „solidarnościowego” naboru. Oficerowie pracujący w tej grupie
wysługiwali się również tajnymi współpracownikami. Ślady