Dodaj do ulubionych

SLD:TO MASZERUJE MŁODOŚĆ,ze starymi na plecach

06.06.05, 20:29
Rewolucja w SLD - atak pokolenia 1974 2005-06-06 (03:44)
(-)

O tym, że przyszło nowe, ludzie pracujący na Rozbrat, w siedzibie SLD,
dowiedzieli się tak naprawdę we wtorek, 31 maja, wieczorem. To było już po
tym, jak w Pałacu Prezydenckim Olejniczak przyjął z rąk prezydenta dymisję z
funkcji ministra rolnictwa i pogratulował swemu następcy. No i po tym, jak
zapowiedział, że 1 czerwca rozpoczyna pracę na Rozbrat.

„Był telefon od Olejniczaka”, podawano sobie z ust do ust. „Jutro przychodzi.
O której? Powiedział, że tak jak zawsze. W ministerstwie przychodził do pracy
na wpół do ósmej”.

W południe, w środę, 1 czerwca, gdy przyszliśmy do Olejniczaka i
Napieralskiego na rozmowę, siedziba na Rozbrat wyglądała jak po przejściu
małego tornada. Zniknęli stateczni towarzysze, pojawiły się grupy młodych
ludzi, dwudziestoparolatków. Jedni od Olejniczaka, drudzy od Napieralskiego.
W dżinsach, flanelowych koszulach, z plecaczkami. Właśnie urządzali się w
pokojach po Oleksym i Dyduchu...

Z zaskoczenia

Miało być inaczej. Jeszcze w piątek, na 40 godzin przed niedzielną konwencją
(29 maja), najbardziej prawdopodobny scenariusz wyglądał tak: Olejniczak
odmawia kandydowania, w szranki stają Piechota i Dyduch, Piechotę popierają
ludzie Janika, Dyducha – sojusz baronów, czyli sekretarzy wojewódzkich, no i
wygrywa on z wyraźną przewagą głosów. I wyznacza sekretarza generalnego. Te
plany runęły. Kiedy?

Krzysztof Janik ocenia, że decyzję o wejściu do gry Olejniczak podjął w
sobotę. „Zadzwonił do mnie Jacek Piechota, mówiąc, że Wojtek się łamie. Że
jakby go przycisnąć... To było w piątek wieczorem. Zaprosiliśmy go więc na
Rozbrat i w sobotę wieczorem jeszcze raz zaczęliśmy przekonywać. On wstał i
powiedział, że chyba to weźmie, ale jeszcze przemyśleć to musi w domu”.

W tym czasie, w Hajnówce, w leśniczówce Cimoszewiczów spędzał weekend
Aleksander Kwaśniewski z żoną. Właśnie bawili się przy ognisku. Nie wiadomo,
czyj to był pomysł, ale prezydent zatelefonował do Olejniczaka, by po raz
ostatni wyłożyć mu swoje racje. „Czy o pańskiej decyzji zadecydował ten
wieczorny telefon z Hajnówki?”, pytaliśmy Olejniczaka. A on odpowiedział: „A
czy jesteście pewni, że w Hajnówce jest pole dla telefonii GSM?”. Pytanie na
pytanie. Leśniczówka Cimoszewicza jest na granicy zasięgu, więc rozmowa
przebiegała z technicznymi kłopotami. Raz ginął głos, innym razem słowa
prezydenta zagłuszały śpiewy znad ogniska.

Czy ta rozmowa zadecydowała? Sam Olejniczak przedstawia to wszystko
inaczej. „Decyzję, że będę kandydował, podjąłem w czwartek”, mówi. Natomiast
w sobotę zadzwonił do Grzegorza Napieralskiego, by zaproponować mu stanowisko
sekretarza generalnego. „Grzegorz, spróbujemy?”, zapytał. I długo na
odpowiedź nie czekał. Napieralski był w tym czasie u Jacka Piechoty, swego
politycznego promotora, który – jak z tego wszystkiego widać – spinał nowy
układ. Niewykluczone, że wiedział o planach Olejniczaka, że telefon był tylko
formalnością... A sobotnie rozmowy z Krzysztofem Janikiem i Edwardem Kuczerą –
polityczną grą, podnoszeniem poprzeczki.

O tym, że Olejniczak tę poprzeczkę potrafi podnosić, świadczą najlepiej
ostatnie miesiące. Przez długie tygodnie, mocno namawiany, by przejął
przywództwo w SLD, odpowiadał, że na taki krok może się zdecydować tylko pod
warunkiem, że otrzyma prawo mianowania zastępców i ułożenia sobie partii, tak
jak chce. Później, gdy otrzymał to poparcie, poszedł dalej – jeszcze przed
konwencją zapowiedział, że poprosi Zarząd SLD o dymisję i że zastrzega sobie
prawo do decydowania, kto ma być wystawiony na pierwszych miejscach na
listach wyborczych Sojuszu. I z tego wszystkiego nie ma zamiaru
rezygnować. „Sądziłem, że poszedł za daleko, że baronowie, którzy za Oleksego
faktycznie rządzili Sojuszem, na to się nie zgodzą – mówi nam jeden z liderów
SLD. – Ale Olejniczak dobrze wiedział, na ile sobie może pozwolić”. Partyjni
baronowie nie mieli już siły, by mu się przeciwstawić. „Jak zamierzacie
ułożyć sobie SLD?”, pytaliśmy i Olejniczaka, i Napieralskiego w środę, 1
czerwca. Na co nowy przewodniczący odpowiedział krótko: „Po naszemu”.

Niedzielna rozgrywka

Gdy w niedzielę Jacek Piechota ogłosił, że nie zamierza kandydować na
stanowisko przewodniczącego, widać było wyraźnie, że robi to z wielką ulgą.
Układ sił w SLD był dosyć wyraźnie zarysowany. Gdyby wystartowali on i
Dyduch, wygrałby Dyduch. Sekretarz generalny miał poparcie baronów, którzy
głosowali pół roku wcześniej na Oleksego, swoich ludzi z Dolnego Śląska, mógł
też liczyć na swoją popularność w szeregach SLD. Natomiast Piechota był
postrzegany jako osoba z pogranicza Partii Demokratycznej...

Wejście do gry Olejniczaka zasadniczo zmieniło układ sił. Krzysztof Janik
widzi to trochę inaczej. „Delegaci gwałtownie potrzebowali nadziei – mówi. –
Ani Marek (Dyduch), ani Jacek (Piechota) tej nadziei nie dawali. A Wojtek –
jak najbardziej. Oni odrzucali ideę partii pięcioprocentowej, naszej, ale
skazanej na funkcjonowanie jako grupa nacisku. Im zależało na partii, która
liczy się w kraju, jest w I lidze. Dlatego postawili na Olejniczaka i
zagłosowali przeciwko spółdzielni baronów”.

Analiza Janika jest czytelna. Przed konwencją w SLD ukształtowały się dwie
grupy. Pierwsza to tzw. patrioci SLD. Czyli grupa skupiona wokół niektórych
wojewódzkich baronów, Jacka Zdrojewskiego, Zbyszka Zaborowskiego, Krzysztofa
Martensa i Grzegorza Kurczuka. Oni lansowali obraz Sojuszu jako oblężonej
twierdzy – przez opozycję, przez media, przez prezydenta („Kwaśniewski
rozwala nam partię!”, wołał, nieoczekiwanie, podczas konwencji Marek Dyduch).
Być może, tak się czuli, bo po grudniowym kongresie SLD, gdy szefem partii
został Józef Oleksy, zdobyli w Sojuszu dominujące wpływy.

Statut oddawał w ich ręce układanie list wyborczych, a ponieważ znaleźli się
w szerokim zarządzie partii, to oni zaczęli decydować o jej działaniach. To
wszystko skończyło się klapą, Sojusz dojechał w sondażach do 5%, ale baronów
to nie zrażało. Widzieli się na pierwszych miejscach list wyborczych, a potem
w Sejmie. Praktyczną konsekwencją tego sposobu myślenia było przekształcanie
SLD w grupę obrońców kierownictwa partii. I w nic więcej.

Jeden z naszych rozmówców opowiadał nam, jak wyglądało to na Mazowszu: Jacek
Zdrojewski podczas odprawy delegatów mazowieckich, przed konwencją, mówił,
żeby nie głosować ani na Piechotę, ani na Olejniczaka, „bo to są wtyczki
Kwaśniewskiego”. Szeptanką załatwił też to, że absolutorium (jako jedyna z
grona ścisłego kierownictwa SLD) nie dostała dotychczasowa
wiceprzewodnicząca, Katarzyna Piekarska („Zdrojewski w ten sposób uwalał
kandydatów do pierwszego miejsca na liście w Warszawie – tłumaczy nasz
rozmówca. – Najpierw wykopał Kalisza, teraz Piekarską”). Zamiast polityki
uprawiał więc aparatczykowskie gry.

O tym na konwencji mówił Jacek Piechota, przedstawiciel drugiej grupy w SLD,
zwolenników otwarcia. „Cały czas realizujecie scenariusz Borowskiego –
przestrzegał delegatów. – Czy chcecie dalej go realizować?”.

Zwolennicy otwarcia (zwani przez rywali zgryźliwie „kosmopolitami”) widzieli
Sojusz jako ugrupowanie, w którym dokonuje się zmiana pokoleniowa, władze
obejmują nowi, młodzi ludzie, które jest otwarte na współpracę z partiami
lewicy i centrum. Ich słabością był brak dobrego kandydata na lidera. Janik
przegrał na kongresie, poza tym kojarzył się ze starymi czasami, Piechota nie
jest w SLD popularny... Dopiero zgoda Olejniczaka, człowieka postrzeganego w
Sojuszu jako symbol sukcesu, zmieniła układ sił. „To była piękna gra – ocenia
Obserwuj wątek
    • felix_edmundowicz Re: SLD:TO MASZERUJE .... cz. II 06.06.05, 20:45
      Jeden z naszych rozmówców opowiadał nam, jak wyglądało to na Mazowszu: Jacek
      Zdrojewski podczas odprawy delegatów mazowieckich, przed konwencją, mówił, żeby
      nie głosować ani na Piechotę, ani na Olejniczaka, „bo to są wtyczki
      Kwaśniewskiego”. Szeptanką załatwił też to, że absolutorium (jako jedyna z
      grona ścisłego kierownictwa SLD) nie dostała dotychczasowa wiceprzewodnicząca,
      Katarzyna Piekarska („Zdrojewski w ten sposób uwalał kandydatów do pierwszego
      miejsca na liście w Warszawie – tłumaczy nasz rozmówca. – Najpierw wykopał
      Kalisza, teraz Piekarską”). Zamiast polityki uprawiał więc aparatczykowskie gry.

      O tym na konwencji mówił Jacek Piechota, przedstawiciel drugiej grupy w SLD,
      zwolenników otwarcia. „Cały czas realizujecie scenariusz Borowskiego –
      przestrzegał delegatów. – Czy chcecie dalej go realizować?”.

      Zwolennicy otwarcia (zwani przez rywali zgryźliwie „kosmopolitami”) widzieli
      Sojusz jako ugrupowanie, w którym dokonuje się zmiana pokoleniowa, władze
      obejmują nowi, młodzi ludzie, które jest otwarte na współpracę z partiami
      lewicy i centrum. Ich słabością był brak dobrego kandydata na lidera. Janik
      przegrał na kongresie, poza tym kojarzył się ze starymi czasami, Piechota nie
      jest w SLD popularny... Dopiero zgoda Olejniczaka, człowieka postrzeganego w
      Sojuszu jako symbol sukcesu, zmieniła układ sił. „To była piękna gra – ocenia
      jeden z uczestników konwencji. – Zwolennicy Olejniczaka przekonywali, że jeżeli
      wygra Dyduch, to oni są gotowi do odejścia z Sojuszu. Młodzieżówka odgrażała
      się, że przejdą do »borówek«. Sam Olejniczak podczas tych gorączkowych
      negocjacji siedział murem na sali, co stwarzało wrażenie, że nie bierze udziału
      w targach politycznych.

      Najbardziej ucierpiał na tym Marek Dyduch, który podobno do końca był
      przekonany, że ma większość („Nie wyczuł sali, przecież gołym okiem było widać,
      że delegaci nie chcą baronów, chcą przełomu”, komentuje jeden z naszych
      rozmówców). Gdyby nie startował, zachowałby stanowisko sekretarza generalnego.
      A tak, nie dość, że je stracił, to jeszcze jako przedstawiciel spółdzielni
      baronów...

      Co dalej?

      Olejniczak wygrał zdecydowanie, ale przecież nie na tyle, by mówić, że cała
      partia jest za nim. Jedna czwarta, może jedna trzecia delegatów (a pewnie
      podobne proporcje są wśród pozostałych działaczy) ma inną wizję przyszłości
      SLD – i programową, i kadrową, i organizacyjną. Młody przewodniczący ma więc
      wewnątrzpartyjną opozycję, która dziś milcząca, jutro może przejść do
      kontrataku.

      „Dziś Olejniczak ma siłę polityczną, żeby realizować w SLD to, co chce. Ale za
      dwa miesiące, gdy notowania Sojuszu się nie zmienią, zmienić się może jego
      pozycja”, ocenia jeden z liderów partii. Nowi przywódcy Sojuszu pytani o
      decyzje kadrowe zdecydowanie milczą. „Musimy razem z Grzegorzem usiąść i
      obgadać najważniejsze sprawy – mówi Olejniczak. – Na przykład kogo wziąć na
      wiceprzewodniczących. Naprawdę jeszcze o tym nie rozmawialiśmy”. I
      dodaje: „Przewodniczący i sekretarz muszą tworzyć duet idealny. Musimy się
      uzupełniać i doskonale rozumieć. Zdajemy sobie sprawę, że takie chwile jak
      dziś, kiedy jesteśmy razem, będą rzadkie. Wówczas jeden musi zastępować
      drugiego”.

      Obaj też milczą, gdy pytamy ich o potencjalnych wewnątrzpartyjnych wrogów i
      sojuszników. „Kiedy w Szczecinie zostałem szefem SLD, też miałem wokół siebie
      starszych towarzyszy – mówi Napieralski. – A przecież miałem wtedy o wiele
      mniejsze doświadczenie. Okazało się jednak, że można się dogadać”. A
      jednocześnie dodaje, że nie zamierzają ustępować ze swoich postulatów – wpływu
      na kształt zarządu i listy wyborcze.

      „Chcemy, żeby o doborze ludzi na listy nie decydował układ partyjny, ale to, co
      dany kandydat sobą reprezentuje – mówi. – Spróbujemy przeforsować na listach
      jak najwięcej osób młodych. Tragedią będzie, jeśli ktoś z naszych starszych
      kolegów będzie odgrywał rolę hamulcową i czekał na nasze potknięcie. Tacy
      ludzie muszą z SLD odejść. Mamy do tego niezbędne instrumenty. Jeśli ktoś nie
      będzie chciał współpracować, nie będzie dla niego miejsca w partii. Priorytetem
      nie może być pierwsze miejsce na liście i ustawienie się na cztery kolejne
      lata”.

      Baronowie w odwrocie

      Zdaniem naszych rozmówców, delegatów na konwencję, „spółdzielnia” baronów
      poniosła podczas konwencji klęskę także dlatego, że oni sami nie kontrolują
      swych województw. Zaborowski jest słaby na Śląsku, Zdrojewski jest kontestowany
      na Mazowszu, jego pozycja słabnie z tygodnia na tydzień.

      „Zdrojewski pogubił się i skompromitował – mówi jeden z naszych rozmówców. –
      Przecież najpierw spiskował z Oleksym przeciwko Janikowi i Dyduchowi. Teraz
      opowiedział się za Dyduchem przeciwko Oleksemu. Dzisiaj Zdrojewski mówi
      o »zwrocie w lewo«, a na poprzedniej konwencji krytykował Janika, który »zwrot
      w lewo« lansował. Krytykuje Jacka Piechotę, że ten, będąc przewodniczącym
      Platformy »Rozwój, Praca, Przedsiębiorczość«, lansuje model liberalny.
      Tymczasem Zdrojewski najwyraźniej zapomniał, że na Mazowszu sam był inicjatorem
      i szefem tej platformy. Zresztą jako wiceprezydent Warszawy ramię w ramię z
      Unią Wolności forsował liberalne pomysły”. Jego przeciwieństwem jest Grzegorz
      Kurczuk, lider SLD na Lubelszczyźnie, lider jednej z platform programowych,
      znienawidzony przez SLD-owskie młodzieżówki, bo je najmocniej wycina. On z
      kolei wszystko ma poukładane. Tylko że jaka z niego przeciwwaga dla Olejniczaka?

      Z kolei młody przewodniczący może liczyć na województwa zachodniopomorskie,
      pomorskie, podlaskie, małopolskie i opolskie. „Jako pierwsza dosiadła się do
      niego Krystyna Łybacka (szefowa SLD w Wielkopolsce) – opisuje jeden z naszych
      informatorów. – Zaraz też zgłosił się do niego z ofertą pomocy Lech Nikolski”.

      Radości ze zwycięstwa Olejniczaka nie ukrywają w młodzieżówkach. „Problem
      polega na tym, że większość z nich to kandydaci na ministrów. Gorzej z pracą”,
      studzi emocje jeden z naszych rozmówców.

      Ale Grzegorz Napieralski jest optymistą. „Wielu ludzi młodych ze świetnymi
      pomysłami jest w regionach. Być może, część z nich trzeba będzie ściągnąć do
      Warszawy. Pozostałym zaś zaproponować inną formę współpracy”.

      Czyżby więc niedzielna konwencja była tylko pierwszym etapem pokoleniowej
      zmiany w SLD? Jeden z SLD-owskich wyjadaczy uważa, że tak. „Najpierw mieliśmy
      generację SdRP, Kwaśniewskiego, Siwca, Oleksego, Millera, Janika,
      Szmajdzińskiego. Potem generację drugiej fali, działaczy dzielnicowych,
      wojewódzkich, którzy po roku 1989 gdzieś się ukryli, by wyjść na powierzchnię
      po roku 1993, takich jak Zdrojewski czy Zaborowski. Może teraz nadchodzi czas
      tych młodych, którzy przyszli do nas w drugiej połowie lat 90.?”.

      Tomasz Sygut
      Joanna Tańska
      Robert Walenciak
    • Gość: KumoterSzyszkownik Re: SLD:TO MASZERUJE MŁODOŚĆ,ze starymi na plecac IP: 62.69.200.* 06.06.05, 20:48
      A kiedy SLD wyliże się jakoś z ran, młodzim się wyszumią -wtedy starzy wyjadacze
      wrócą do gry. Młodzikom wręczy się medale, odznaki, zaszczytne tytuly i
      stanowiska ( honorowe), a baronowie jak to baronowie -zasiądą na swoich fotelach
      w intratnych spółkach za grubą kasiorkę. A co!!
      • Gość: *** Re: SLD:TO MASZERUJE MŁODOŚĆ,ze starymi na plecac IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 06.06.05, 21:55
        W tej całej realacji nic się nie zmieniło, wyłącznie nazwiska. Te same
        podjazdy, rozgrywki, te same szeptane propagandy korytarzowe,
        spiskowanie,intrygi itp.
        To co jest teraz, to - jak kiedyś pisałem - ostatnia szansa, a koło ratunkowe
        rzucał Aleksander Kwaśniewski.
        Tu nic nie było przypadkowe.
        Olejniczak to jedno, a narzucony przez Piechotę Napieralski to drugie.
        A jak Grzesio - to układziki, swoi do warszawki sznurkiem itp. Grzesio ma
        rozpieprzony aferowaty Szczecin na dorobklu i praktycznie cały SLD-owski zarząd
        miasta u prokuratora. Jak na dorobek partyjny - to rzuca na kolana.
        Ciekawy jestem kiedy to szanowny Sojusz raczy zauważyć.
        Ja bym się takim "dorobkiem" - nie szczycił.
        To nie Olejniczak wybieral Grzesia, to wybierał Piechota.
        Ale jeśli ma się w nagrodę za taką rozpierduchę profity w Warszawie, to trudno
        widzieć takie "drobiazgi".
    • felix_edmundowicz W SLD decyzje podejmuje się na polowaniach.... 07.06.05, 07:49
      Syn prezydenta 2005-06-06 (14:00)
      (Wprost)

      Nowy zbawca lewicy ma 31 lat, reprezentacyjną żonę, syna, rozpoczęty doktorat w
      warszawskiej SGGW i około 10 kilogramów nadwagi.

      Wojciech Olejniczak decyzję o kandydowaniu na szefa SLD podjął w lesie.
      Konkretnie na polowaniu, m.in. z jednym z najbliższych współpracowników
      prezydenta Kwaśniewskiego - Andrzejem Gdulą. Efekt polowania jest znany -
      ustrzelono jednego Dyducha. Były sekretarz generalny SLD już był w ogródku, już
      witał się z gąską, a jego zwycięstwo nad Jackiem Piechotą miało być czystą
      formalnością. A tu nagle z rzędu delegatów wychynął Olejniczak. Z nim, ostatnią
      nadzieją czerwonych, przegrałby każdy, a co dopiero Marek Dyduch. Nim
      Olejniczak dał się wybrać, jeszcze jako minister rolnictwa długo hamletyzował i
      się krygował. Szefem sojuszu miał zostać już dwa lata temu, po detronizacji
      Leszka Millera. Wtedy jednak starsi koledzy nie pozwolili, a Olejniczak nie
      chciał z nikim wejść w konflikt.

      Cierpliwie czekał, aż sami do niego przyjdą. I przyszli. - To były najbardziej
      ekumeniczne pielgrzymki w kraju. W drzwiach Wojtka mijali się prezydenccy z
      millerowcami i ludźmi Oleksego. Normalnie by się pozagryzali, a tu śpiewali na
      jedną melodię: "Wojtek, ratuj!" - żartuje jeden z polityków SLD. A Olejniczak
      wahał się zadziwiająco długo. - Było w tym trochę teatru - rzuca Józef Oleksy,
      skądinąd największy w Polsce ekspert od publicznego hamletyzowania. Sam
      Wojciech Olejniczak wyjaśnia to z rozbrajającą szczerością. - Gdybym się
      zdecydował, poparliby mnie wszyscy, ale potem każdy by czegoś chciał, a tak nie
      jestem uwiązany - tłumaczy "Wprost".

      Muskuły ministra

      Nowa twarz lewicy ma 31 lat, reprezentacyjną żonę, syna, rozpoczęty doktorat na
      warszawskiej SGGW i jakieś 10 kilogramów nadwagi. Mimo widocznego brzuszka
      chętnie pręży muskuły. Całkiem dosłownie: opowiada o ćwiczeniach na siłowni i
      wyrabiającej mięśnie ciężkiej pracy w polu. Ale bicepsy to jedyne muskuły, z
      których może być dumny, bo SLD, na którego czele stanął, słabnie w oczach i
      raczej potrzebny mu cudotwórca niż taki polityk jak Olejniczak. Tym bardziej
      polityk niesamodzielny, za jakiego uchodzi. Wyraźnie widać, że Pałac
      Prezydencki ponowił w jego wypadku manewr sprzed roku: Olejniczak ma być Belką
      rzuconym na odcinek partii. - Bez wątpienia jest on faworytem prezydenta, który
      nie stracił ochoty na kontrolowanie SLD, a Olejniczak na pewno respektuje
      zdanie Kwaśniewskiego - mówi "Wprost" Józef Oleksy. Inny lider partii wyraża to
      dobitniej. Jego zdaniem, Olejniczak jest zakładnikiem Kwaśniewskiego, a
      prezydent "nie wylansował go bezinteresownie".

      Młody lider SLD na razie potwierdza te diagnozy: na sekretarza generalnego
      rekomendował swego rówieśnika ze Szczecina Grzegorza Napieralskiego, a z
      zarządu partii chce usunąć wiernych poprzedniej ekipie i niechętnych
      Aleksandrowi Kwaśniewskiemu baronów. Prezydent nie powinien jednak wierzyć
      Olejniczakowi bezgranicznie. Ten młody polityk dowiódł bowiem, że jak na swoje
      31 lat zadziwiająco łatwo zmienia sojusze: jako lider Związku Młodzieży
      Wiejskiej zamiast płynnie przejść do Polskiego Stronnictwa Ludowego wybrał SLD.
      Tam wypatrzony przez Aleksandra Kwaśniewskiego w 2000 r. trafił do jego sztabu
      wyborczego, a rok później z list lewicy wszedł do Sejmu. Wcześniej zdążył być
      szefem ogólnopolskiego Parlamentu Studentów - skądinąd jedynym w historii,
      który za swą kadencję nie uzyskał absolutorium. Jak widać, Olejniczak ma w
      sobie coś z Waldemara Pawlaka: chłopski spryt i sporą obrotowość. - Czy wybije
      się na niezależność od prezydenta? Nie wiem, ale ja staram się wydobyć w nim tę
      cechę - rzuca prominentny poseł SLD. Człowiek wszystkich

      Ważny zwrot w karierze Olejniczaka nastąpił w 2003 r., kiedy 29-letni
      wiceminister rolnictwa został szefem tego resortu w rządzie Leszka Millera. -
      Premier Miller lubił czasem postawić na ludzi spoza swej ekipy, na młodych,
      demonstracyjnie okazać im zaufanie - tłumaczył Michał Tober. Wojciecha
      Olejniczaka wszyscy lubią, a on bardzo o to dba i na tym buduje swoją siłę. Do
      historii przeszło jego przemówienie na zamkniętej dla dziennikarzy części
      konwencji SLD, która wybrała go na przewodniczącego. Nie wspominając ani słowem
      o programie partii, nie zająknąwszy się na temat strategii i ewentualnych
      przedwyborczych sojuszy, Olejniczak skupił się na komplementowaniu możnych.
      Poparł Szmajdzińskiego na prezydenta, ale zapewniał, że będzie namawiał
      Cimoszewicza do zmiany decyzji, wspierał "socjalny zwrot partii" i ciepło
      wyrażał się o liberalizmie. Że to sprzeczne? Ale jakie skuteczne!

      Mleko pić, dopłaty brać

      Kiedy tylko SLD tracił w sondażach, zawsze pojawiali się lewicowi harcownicy z
      pomysłami legalizacji aborcji i obłożenia księży akcyzą od guzików na sutannie.
      Wygrażając prawicy, ogłaszali powrót do lewicowych wartości i żądali
      podniesienia emerytur, rent, zasiłków i wszystkiego co się da. Teraz manewr ten
      chcieli powtórzyć niezależnie od siebie najpierw Józef Oleksy, a ostatnio Marek
      Dyduch. Tylko że nie zauważyli, iż SLD jest na takim dnie, że odwrócił się od
      niego nawet najbardziej twardogłowy elektorat i pomstowanie na Kościół pomaga
      partii jak umarłemu kadzidło.

      Wojciech Olejniczak do tej retoryki nie sięgnie, bo choć pochodzi ze
      sprawdzonej pezetpeerowskiej rodziny (ojciec był gminnym aktywistą partii), to -
      jak mówi - "do Kościoła miał przez płot". Zamiast na gejowskiej Paradzie
      Równości prędzej zobaczymy go więc na procesji Bożego Ciała, co na pewno nie
      zachwyca aktywistów SLD, ale muszą położyć uszy po sobie, w nadziei, że nowy
      lider pomoże przetrwać ciężkie czasy.

      Bezbarwność Olejniczaka jest o tyle dziwna, że jeszcze jako minister rolnictwa
      często pokazywał się na ekranach telewizorów, a telewizja nie lubi ludzi
      nijakich. Tyle że zamiast politycznych debat czy programów publicystycznych,
      Olejniczak wybierał reklamówki. A w nich nikt nie zadawał trudnych pytań.
      Reklamował Olejniczak wszystko: od unijnych dopłat dla chłopów (brać!) po
      mleko, do którego picia namawiał.

      Robert Mazurek




      • Gość: KumoterSzyszkownik Re: W SLD decyzje podejmuje się na polowaniach... IP: 62.69.200.* 07.06.05, 09:14
        Na polowaniach... Nic dziwnego, w końcu to organizacja baronów...
        Ale ja chciałem o czym innym. Już nie raz pisałem, że tzw. żelazny elektorat
        SLD, złożony z byłych funkcjonariuszy WSW, dziadków czytających "NIE", i innych
        pogrobowców PZPR, to MIT! Ich elektorat to 100tyś członków wraz z rodzinami,
        usadowieni głównie w sferze budżetowej, samorządowej i biurokracji. To od 10 do
        25% Polaków. Od losu SLD zależy ich sytuacja. Zważając na zawsze niską
        frekwencję SLD wcale nie jest pogrzebane, do tego było nie było mają jeszcze
        prezydenta z 50% poparciem, który coś jeszcze przed wyborami "wywinie".
        • sid15 Re: W SLD decyzje podejmuje się na polowaniach... 07.06.05, 09:22
          Zdaniem gościa Jedynki, kierowana przez niego partia i Socjaldemokracja Polska
          coraz częściej mówią tym samym głosem. Olejniczak ocenił jako obiecujące swe
          rozmowy z Markiem Borowskim, przewodniczącym SdPl.

          Jest jak mówisz Kumorrze.Ciekawe co jeszcze zrobią,żeby ratować swoje
          tyłki.Tylko ,czy ktoś będzie na tyle głupi,żeby im zaufać i przygarnąć.
    • Gość: Longin Młody działacz o krótkim stażu zepsuje powietrze IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.06.05, 13:34
      od razu

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka