felix_edmundowicz
06.06.05, 20:29
Rewolucja w SLD - atak pokolenia 1974 2005-06-06 (03:44)
(-)
O tym, że przyszło nowe, ludzie pracujący na Rozbrat, w siedzibie SLD,
dowiedzieli się tak naprawdę we wtorek, 31 maja, wieczorem. To było już po
tym, jak w Pałacu Prezydenckim Olejniczak przyjął z rąk prezydenta dymisję z
funkcji ministra rolnictwa i pogratulował swemu następcy. No i po tym, jak
zapowiedział, że 1 czerwca rozpoczyna pracę na Rozbrat.
„Był telefon od Olejniczaka”, podawano sobie z ust do ust. „Jutro przychodzi.
O której? Powiedział, że tak jak zawsze. W ministerstwie przychodził do pracy
na wpół do ósmej”.
W południe, w środę, 1 czerwca, gdy przyszliśmy do Olejniczaka i
Napieralskiego na rozmowę, siedziba na Rozbrat wyglądała jak po przejściu
małego tornada. Zniknęli stateczni towarzysze, pojawiły się grupy młodych
ludzi, dwudziestoparolatków. Jedni od Olejniczaka, drudzy od Napieralskiego.
W dżinsach, flanelowych koszulach, z plecaczkami. Właśnie urządzali się w
pokojach po Oleksym i Dyduchu...
Z zaskoczenia
Miało być inaczej. Jeszcze w piątek, na 40 godzin przed niedzielną konwencją
(29 maja), najbardziej prawdopodobny scenariusz wyglądał tak: Olejniczak
odmawia kandydowania, w szranki stają Piechota i Dyduch, Piechotę popierają
ludzie Janika, Dyducha – sojusz baronów, czyli sekretarzy wojewódzkich, no i
wygrywa on z wyraźną przewagą głosów. I wyznacza sekretarza generalnego. Te
plany runęły. Kiedy?
Krzysztof Janik ocenia, że decyzję o wejściu do gry Olejniczak podjął w
sobotę. „Zadzwonił do mnie Jacek Piechota, mówiąc, że Wojtek się łamie. Że
jakby go przycisnąć... To było w piątek wieczorem. Zaprosiliśmy go więc na
Rozbrat i w sobotę wieczorem jeszcze raz zaczęliśmy przekonywać. On wstał i
powiedział, że chyba to weźmie, ale jeszcze przemyśleć to musi w domu”.
W tym czasie, w Hajnówce, w leśniczówce Cimoszewiczów spędzał weekend
Aleksander Kwaśniewski z żoną. Właśnie bawili się przy ognisku. Nie wiadomo,
czyj to był pomysł, ale prezydent zatelefonował do Olejniczaka, by po raz
ostatni wyłożyć mu swoje racje. „Czy o pańskiej decyzji zadecydował ten
wieczorny telefon z Hajnówki?”, pytaliśmy Olejniczaka. A on odpowiedział: „A
czy jesteście pewni, że w Hajnówce jest pole dla telefonii GSM?”. Pytanie na
pytanie. Leśniczówka Cimoszewicza jest na granicy zasięgu, więc rozmowa
przebiegała z technicznymi kłopotami. Raz ginął głos, innym razem słowa
prezydenta zagłuszały śpiewy znad ogniska.
Czy ta rozmowa zadecydowała? Sam Olejniczak przedstawia to wszystko
inaczej. „Decyzję, że będę kandydował, podjąłem w czwartek”, mówi. Natomiast
w sobotę zadzwonił do Grzegorza Napieralskiego, by zaproponować mu stanowisko
sekretarza generalnego. „Grzegorz, spróbujemy?”, zapytał. I długo na
odpowiedź nie czekał. Napieralski był w tym czasie u Jacka Piechoty, swego
politycznego promotora, który – jak z tego wszystkiego widać – spinał nowy
układ. Niewykluczone, że wiedział o planach Olejniczaka, że telefon był tylko
formalnością... A sobotnie rozmowy z Krzysztofem Janikiem i Edwardem Kuczerą –
polityczną grą, podnoszeniem poprzeczki.
O tym, że Olejniczak tę poprzeczkę potrafi podnosić, świadczą najlepiej
ostatnie miesiące. Przez długie tygodnie, mocno namawiany, by przejął
przywództwo w SLD, odpowiadał, że na taki krok może się zdecydować tylko pod
warunkiem, że otrzyma prawo mianowania zastępców i ułożenia sobie partii, tak
jak chce. Później, gdy otrzymał to poparcie, poszedł dalej – jeszcze przed
konwencją zapowiedział, że poprosi Zarząd SLD o dymisję i że zastrzega sobie
prawo do decydowania, kto ma być wystawiony na pierwszych miejscach na
listach wyborczych Sojuszu. I z tego wszystkiego nie ma zamiaru
rezygnować. „Sądziłem, że poszedł za daleko, że baronowie, którzy za Oleksego
faktycznie rządzili Sojuszem, na to się nie zgodzą – mówi nam jeden z liderów
SLD. – Ale Olejniczak dobrze wiedział, na ile sobie może pozwolić”. Partyjni
baronowie nie mieli już siły, by mu się przeciwstawić. „Jak zamierzacie
ułożyć sobie SLD?”, pytaliśmy i Olejniczaka, i Napieralskiego w środę, 1
czerwca. Na co nowy przewodniczący odpowiedział krótko: „Po naszemu”.
Niedzielna rozgrywka
Gdy w niedzielę Jacek Piechota ogłosił, że nie zamierza kandydować na
stanowisko przewodniczącego, widać było wyraźnie, że robi to z wielką ulgą.
Układ sił w SLD był dosyć wyraźnie zarysowany. Gdyby wystartowali on i
Dyduch, wygrałby Dyduch. Sekretarz generalny miał poparcie baronów, którzy
głosowali pół roku wcześniej na Oleksego, swoich ludzi z Dolnego Śląska, mógł
też liczyć na swoją popularność w szeregach SLD. Natomiast Piechota był
postrzegany jako osoba z pogranicza Partii Demokratycznej...
Wejście do gry Olejniczaka zasadniczo zmieniło układ sił. Krzysztof Janik
widzi to trochę inaczej. „Delegaci gwałtownie potrzebowali nadziei – mówi. –
Ani Marek (Dyduch), ani Jacek (Piechota) tej nadziei nie dawali. A Wojtek –
jak najbardziej. Oni odrzucali ideę partii pięcioprocentowej, naszej, ale
skazanej na funkcjonowanie jako grupa nacisku. Im zależało na partii, która
liczy się w kraju, jest w I lidze. Dlatego postawili na Olejniczaka i
zagłosowali przeciwko spółdzielni baronów”.
Analiza Janika jest czytelna. Przed konwencją w SLD ukształtowały się dwie
grupy. Pierwsza to tzw. patrioci SLD. Czyli grupa skupiona wokół niektórych
wojewódzkich baronów, Jacka Zdrojewskiego, Zbyszka Zaborowskiego, Krzysztofa
Martensa i Grzegorza Kurczuka. Oni lansowali obraz Sojuszu jako oblężonej
twierdzy – przez opozycję, przez media, przez prezydenta („Kwaśniewski
rozwala nam partię!”, wołał, nieoczekiwanie, podczas konwencji Marek Dyduch).
Być może, tak się czuli, bo po grudniowym kongresie SLD, gdy szefem partii
został Józef Oleksy, zdobyli w Sojuszu dominujące wpływy.
Statut oddawał w ich ręce układanie list wyborczych, a ponieważ znaleźli się
w szerokim zarządzie partii, to oni zaczęli decydować o jej działaniach. To
wszystko skończyło się klapą, Sojusz dojechał w sondażach do 5%, ale baronów
to nie zrażało. Widzieli się na pierwszych miejscach list wyborczych, a potem
w Sejmie. Praktyczną konsekwencją tego sposobu myślenia było przekształcanie
SLD w grupę obrońców kierownictwa partii. I w nic więcej.
Jeden z naszych rozmówców opowiadał nam, jak wyglądało to na Mazowszu: Jacek
Zdrojewski podczas odprawy delegatów mazowieckich, przed konwencją, mówił,
żeby nie głosować ani na Piechotę, ani na Olejniczaka, „bo to są wtyczki
Kwaśniewskiego”. Szeptanką załatwił też to, że absolutorium (jako jedyna z
grona ścisłego kierownictwa SLD) nie dostała dotychczasowa
wiceprzewodnicząca, Katarzyna Piekarska („Zdrojewski w ten sposób uwalał
kandydatów do pierwszego miejsca na liście w Warszawie – tłumaczy nasz
rozmówca. – Najpierw wykopał Kalisza, teraz Piekarską”). Zamiast polityki
uprawiał więc aparatczykowskie gry.
O tym na konwencji mówił Jacek Piechota, przedstawiciel drugiej grupy w SLD,
zwolenników otwarcia. „Cały czas realizujecie scenariusz Borowskiego –
przestrzegał delegatów. – Czy chcecie dalej go realizować?”.
Zwolennicy otwarcia (zwani przez rywali zgryźliwie „kosmopolitami”) widzieli
Sojusz jako ugrupowanie, w którym dokonuje się zmiana pokoleniowa, władze
obejmują nowi, młodzi ludzie, które jest otwarte na współpracę z partiami
lewicy i centrum. Ich słabością był brak dobrego kandydata na lidera. Janik
przegrał na kongresie, poza tym kojarzył się ze starymi czasami, Piechota nie
jest w SLD popularny... Dopiero zgoda Olejniczaka, człowieka postrzeganego w
Sojuszu jako symbol sukcesu, zmieniła układ sił. „To była piękna gra – ocenia