Dodaj do ulubionych

Sz-n nie żałuje kolumbionki-musisz to przeczytać!

17.09.03, 16:00
MAGAZYN nr 42 dodatek do Gazety Wyborczej nr 243, z dnia 1998/10/16-
1998/10/17, dział REPORTAŻ, str. 22
Fot. Jacek Piotrowski, Ze zbiorów antykwariatu WU-EL



Cezary Łazarewicz; Współpraca: Andrzej Kraśnicki Jr

Szczecin nie żałuje kolumbionki


Tam, gdzie przed wojną Charlotte Riener uczyła muzyki, a po wojnie Piotr
Zarzeński tępił pluskwy, będą apartamenty dla biznesmenów, biura i
supermarket.

O Amerykaninie pani Łucja przeczytała w �Kurierze�: że był w Szczecinie,
oglądał domy w centrum i chce wszystkie przebudować.

Ale oczyma wyobraźni pani Łucja widziała już czarną limuzynę, która
zatrzymuje się pod tabliczką: Wojska Polskiego 31. Wysiada gruby Amerykanin.
Cygaro w gębie. - Dobrze, że pali - myślała - może nie poczuje smrodu w
bramie.

Liszajów na ścianie pewno nie zauważy - ciemno, ktoś znowu ukradł żarówkę.
Byle się nie natknął na jakiegoś sikającego w bramie pijaka.

Drewniane schody trochę skrzypią. Na pewno mu się spodobają, bo od wojny
niewiele się zmieniły. Ale uwaga na poręcze!

Na samej górze są rzeźbione drzwi i pachnie kapuśniakiem. To tu: Łucja
Jakubiak. Trzeci dzwonek od góry. - Po co aż trzy dzwonki? - zdziwiłby się
Amerykanin. Ale czy on w ogóle słyszał o nadmetrażu? O dokwaterunku?

Kiedy w roku 1968 pani Łucji przydzielili tu pokój, w mieszkaniu były
jeszcze dwie rodziny. (- Trzeba było tak dzielić, żeby wszyscy się pomieś-
cili. Taka sprawiedliwość była - tłumaczy pani Łucja). Przedpokój, kuchnia i
łazienka były wspólne. Ale porządek był: nikt się cudzym mydłem nie mył, w
cudzym garnku nie gotował i w kapciach sąsiada nie spacerował. Tylko
jedzenie każdy trzymał pod kluczem w pokoju.

Przez 30 lat nic się nie zmieniło.

- Pardon, bym zapomniała - przypomina sobie pani Łucja. - Kolumbionka nad
wanną się popsuła.

Kolumbionka to metalowy rękaw z paleniskiem na węgiel. Niemiecki wynalazek z
przełomu wieków po-psuł się trzy lata temu. Rura pękła i woda leje się teraz
na palenisko. Jak ktoś lubi się myć w ciepłym, grzeje wodę w garnkach i leje
do miski.

Pani Łucja nie żałuje kolumbionki.

- Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że tu, gdzie wisiała, może być perfumeria;
tam, gdzie pichci się kapuśniak - biuro; a we wspólnym przedpokoju -
apartament dla biznesmena.

Ale tak chce ten Amerykanin. Czytała o tym w gazecie.

Henry nie jest z Armii Zbawienia

Amerykanin ma 34 lata i wygląda na studenta. - Wchodzi do banku i w kwadrans
załatwia kredyt na 15 milionów dolarów - mówi o nim Andrzej Łuszczewski. -
Milion na minutę? - obliczam szybko.

- Są nazwiska, które dużo znaczą w biznesie - mówi Łuszczewski.

Henry McGovern i Andrzej Łuszczewski, pionier fast foodu w Szczecinie,
uścisnęli sobie dłonie pięć lat temu w Radissonie - najlepszym hotelu w
Szczecinie.

O McGovernie mówiono wtedy, że mimo młodego wieku mógłby już być - z
ramienia partii republikanów - gubernatorem Północnej Karoliny. A stamtąd
prosta droga do Waszyngtonu. Gdyby tylko chciał.

Ponoć nie chciał. Wolał najpierw sprawdzić się w biznesie.

Sprawdza się do dziś we Wrocławiu. Stamtąd kieruje spółką American Retail
Systems. Oprócz niego właścicielami ARS są m.in. Donald Kendall, były
generalny dyrektor PepsiCo., i Christian Eisenbeiss, właściciel niemieckiego
browaru Holsten. ARS ma w Polsce nieruchomości warte już 10 mln dolarów,
sieć barów Pizza Hut i KFC (70 mln dolarów rocznego obrotu) i biuro
nieruchomości w Szczecinie, które prowadzi Andrzej Łuszczewski. To on
przekonał McGoverna, że w Szczecin warto zainwestować.

To było rok temu. Szli wieczorem przez centrum miasta: ulicami Wojska
Polskiego, Bogusława, Kaszubską, Obrońców Stalingradu. Każdy w Szczecinie
wie, że po zmroku lepiej strzec się tych miejsc. Ale Łuszczewski, zamiast
wiać stąd, pokazywał McGovernowi rzeźbione framugi okien i ornamenty bram.
Opowiadał o Niemcach, którzy opuścili te domy w pośpiechu, i o Polakach,
którzy w nich zamieszkali.

Amerykanin nie pytał, dlaczego w oknach zamiast firan są gazety, czemu ławki
wokół domu są połamane a śmietniki powywracane . - Te obsikane bramy można
odmalować, oświetlić, a ludziom dać inne mieszkania - przekonywał
Łuszczewski.

- I Amerykanin okazał się filantropem? - domyślam się.

- O, Henry nie jest z Armii Zbawienia - obrusza się Andrzej Łuszczewski. -
Jemu chodzi o sukces finansowy. Ale przy tym jest miłośnikiem starej
architektury. Tu, w Szczecinie, znalazł dla siebie wyzwanie.

Henry McGovern wie, że renowacji na tak wielką skalę jeszcze nikt w Polsce
nie robił i że ta inwestycja na zawsze zmieni Szczecin. Ale mówi, że do
Szczecina przyciągnęły go przede wszystkim wielkie możliwości finan-sowe
drzemiące w mieście.

- Nasze szczecińskie restauracje Pizza Hut i KFC mają dziś największe obroty
w Polsce - podaje przykład. - To pokazuje, jak silna jest w Szczecinie
tendencja do zmiany stylu życia. Należy jej wyjść naprzeciw. Jeśli powstanie
tu ekskluzywne centrum handlowo-rozrywkowe, ludzie będą z niego korzystać.

- Przyjdzie pan tu z rodziną na spacer - przekonuje wiceprezydent Piotr
Mync. - Dzieciom na głowę nie napada, bo chodzić się będzie pod dachem. Będą
sklepy, restauracje, kino, przy fontannie zagra jakiś zespół, dzieciakom
kupi pan loda.

Brzoza uschła, podwórko zalano cementem

Skrzyżowanie Bogusława i Wojska Polskiego. Lokatorzy pierwszych sześciu
kamienic przeznaczonych do remontu siedzą na walizkach i czekają na
ciężarówkę.

Dziś tragarze przyjechali po Mariana Banuchę spod jedynki. Zaraz przyjdą
odciąć prąd. Gaz wyłączono wczoraj. - Jak się tu w roku 1946 sprowadziliśmy -
wspomina Marian Banucha - na podwórku był ogródek, drewniana altanka
obrośnięta różami, drzewka. Potem deski z altanki ktoś ukradł, brzoza
uschła, podwórko zalano cementem.

Marian Banucha miał wtedy sie- dem lat. Pamięta przede wszystkim ogromne
metalowe łóżko, które zostało po dawnych właścicielach. Ciągle pytał matkę,
dlaczego ktoś zostawił im całe mieszkanie. Ojciec przyniósł skądś stół,
szafę. I już był dom. Tylko czasem spokój mąciły plotki, że Niemcy jednak
wrócą. Potem bardziej bali się, że kogoś im dokwaterują, tak jak sąsiadom.
Ale w magistracie uznali, że 70 metrów na sześć osób to wcale nie za dużo.

Marian Banucha pamięta, że jakieś 30 lat temu sąsiedzi zaczęli uciekać do
bloków: z ciepłą wodą w kranie, kaloryferami, windami.

Ale stary pan Banucha zapowiedział, że nie ruszy się stąd do śmierci. I nie
ruszył się.

- Moje wesele było w tamtym pokoju - pokazuje Marian Banucha. - Pamiętam,
gdzie kto siedział, gdzie stał nasz pierwszy kredens. To zostanie w tych
ścianach - opowiadanie przerywa pukanie do drzwi. Przyszli z elektrowni.
Żarówki gasną. Pan Marian pakuje kapcie do torby, przekręca klucz w
drzwiach.

Zanim odszedł, zapytałem jeszcze: - Nie próbował się pan dowiedzieć, kto
wcześniej tu mieszkał?

- Niemcy. Przecież już mówiłem.

Po Falkenwalder jeżdżą dorożki

Niemców odnaleźć można w przedwojennej książce adresowej. Właścicielem
kamienicy przy Wojska Polskiego 31 (czyli Falkenwalderstrasse) był kupiec
Bismark. Drugie piętro zajmował Karl Nikrentz, trzecie - Charlotte Riener. Z
książki telefonicznej można się dowiedzieć, że Nikrentz był architektem, a
pani Riener uczyła muzyki.

Ale Wojciech Lizak, doktor historii, wykładowca uniwersytecki i właściciel
antykwariatu w centrum Szczecina, mówi, że lepiej buszować w jego
antykwarycznych szpargałach: mapach, pocztówkach, książkach, po- żółkłych
fotografiach. One powiedzą więcej o tamtych ludziach.

Na mapie z połowy XIX w. Falkenwalderstrasse próżno szukać. Rosną na niej
łąki, kępy drzew, rozlewają się stawy. 40-tysięczne miasteczko Szczecin
wygląda jak gwiazda najeżona fortyfikacjami.

- Brama Królewska, Brama Portowa i plac Niepodległości - na tym Szczecin się
kończy. Reszta to wojskowe forty - dr Lizak wodzi palcem po mapie. -
Obserwuj wątek
    • absztyfikant Rado! To prezent dla ciebie;) ntxt 17.09.03, 16:02
    • absztyfikant cd. artykulu 17.09.03, 16:06
      - Ale czegóż oczekiwać od miasta, którego głównym zadaniem była obsługa
      garnizonu wojskowego.

      Wyciąga mapę z końca wieku. Nie ma już najeżonej gwiazdy. Miasto urosło. Przy
      Falkenwalderstrasse stoją domy. Na pocztówkach widać dorożki i tramwaje, panów
      w słomkowych kapeluszach. Przez pół wieku liczba mieszkańców zwiększyła się
      pięciokrotnie. - Rozwój zaczął się, gdy miasto uwolniło się od funkcji
      twierdzy - wyjaśnia dr Lizak.

      W roku1873 Rada Miejska zdecydowała o wyburzeniu murów obronnych. Dlaczego? Bo
      zmieniła się pruska doktryna wojenna - w drugiej połowie XIX w. miasto-
      twierdza było anachronizmem. Dostrzegł to w porę Herman Haken, nadburmistrz,
      który kierował przebudową.

      Szczecin ma dostęp do morza, blisko stąd do Berlina (dwie godziny pociągiem).
      Na początku wieku stocznia Vulkan, jedna z większych w świecie, dostaje dużo
      zamówień na krążowniki i pancerniki (Japończycy, Francuzi, Rosjanie czują, że
      idzie wojna). - Stocznia i port potrzebowały ludzi. Ściągano ich, gwarantując
      stałą pracę i mieszkanie - opowiada Wojciech Lizak.

      Miasto rosło na wzór Paryża: wzdłuż szerokich alei i placów gwiaździstych (do
      dziś niektórzy sądzą, że twórcą tego planu był Georges Haussmann, ten sam,
      który wytyczył wielkie arterie Paryża).

      W budownictwie dominował styl neoklasyczny, secesyjny lub eklektyczny (na
      początku wieku budowano tu pięć tysięcy mieszkań rocznie, dziś - trochę ponad
      tysiąc). Typowa kamienica miała cztery piętra z poddaszem i dwie lub trzy
      oficyny w podwórzu. Tak wyglądała też Falkenwalder-strasse.

      - Tu mieszkali adwokaci, lekarze, urzędnicy. Stać ich było na utrzymanie 200-
      metrowego mieszkania i służby - mówi Wojciech Lizak.

      Holender chciał do Afryki

      W Rotterdamie architekt Hans van de Sanden miał niewielkie biuro. Jako
      wolontariusz zgłosił się do ONZ, żeby pomagać Afryce. Siedem lat temu
      zadzwonili i powiedzieli, że może jechać. Ale do Polski.

      - Jak pokazywali Polskę w telewizji, była zawsze brudna i szara. I ciągle
      padał deszcz - opowiada.

      Jednak się zdecydował. W ramach ONZ-owskiego programu Umbrella trafił w 1991
      r. do Szczecina. Był po trzydziestce. Nie znał polskiego, więc nawet nie mógł
      odczytać tabliczki, którą przybito mu na drzwiach: �Przewodniczący zespołu do
      spraw renowacji historycznej zabudowy miasta�.

      Rok później przygotował dla miasta strategię renowacji (zajmował się już nią w
      Rotterdamie), którą teraz w niewiele zmienionej formie będą realizować
      Amerykanie.

      - Takie rzeczy robi się na całym świecie - tłumaczy van de Sanden (dziś jest
      doradcą prezydenta miasta, mówi płynnie po polsku, ma polską żonę, a po
      mieście jeździ �maluchem�). - Wystarczy pojechać do Rotterdamu czy Kopenhagi,
      by zobaczyć, że wewnątrz starej skorupy buduje się nowoczesne wnętrza.

      Pokazuje prospekt reklamowy wy-dany przez miasto. Na zewnątrz wiek XIX: stary
      magazyn, niewielkie okienka i czerwona cegła. W środku - wiek XXI: punktowe
      światła, żaluzje i nowoczesne malarstwo na ścianach.

      - To jedyny sposób ocalenia tych budynków - tłumaczy. - Ale bardzo kosztowny.
      W Rotterdamie właściciele sklepików w starych kamie-niczkach wyprowadzali się
      na obrzeża miasta, bo nie było ich stać na remont.

      Szczecińskie kamienice nie są wpisane do rejestru zabytków, więc nie podlegają
      specjalnej ochronie. Ale Małgorzata Paszkowska, miejski konserwator zabytków,
      mówi, że najważniejsze, by ocalić to, co w nich oryginalne: stylowe fasady,
      wnętrza bram, klatki schodowe, a nie wybetonowane podwórka czy oficyny w
      podwórzu.

      • absztyfikant cd. 2 artykulu 17.09.03, 16:07
        Obywatelu, macie mieszkanie

        Henryk Dzieciniak spod trójki, oficer floty rybackiej, oprowadza mnie po
        swoich 140 metrach. Oglądamy rzeźbione winorośle na drzwiach, gipsowe
        ornamenty nad żyrandolem.

        Pan Henryk pięć lat temu sprzedał M-2 w bloku i kupił M-4 przy Wojska
        Polskiego. - Trzy i pół metra wysokości. Jest czym oddychać. A w bloku? -
        macha ręką. - Klaustrofobia.

        Trochę się waha, czy sprzedać Amerykanom mieszkanie. - Jak mi dadzą tyle, że
        starczy na willę pod Szczecinem, to się wyprowadzę.

        - A jak nie?

        - Zostanę. Mogę.

        Pod szóstką 30 lat temu zamieszkał z żoną i z trójką dzieci mecenas
        Smyczyński. Wcześniej przeczytał w �Głosie Szczecińskim�: zamienię pięć pokoi
        przy Wojska Polskiego na mniejsze. Po adwokacie Smyczyńskim została tabliczka
        na drzwiach. Wdowa - pani Kazimiera - mówi, że żal jej widoku z okna. Widziała
        stąd i czołgi jadące na Stocznię, i pierwszego sekretarza Walaszka, który 1
        maja stawał na trybunie, i przejazd Ojca Świętego, i atakujących zomowców.
        Potem ulica zrobiła się kolorowa od reklam i wystaw.

        A pół roku temu na zebraniu z mieszkańcami domu urzędnik miejski powiedział,
        że trzeba się żegnać z kamienicą. Ale zaraz uspokoił: - Nie ma się co bać,
        lokatorzy dostaną zastępcze mieszkania, a właścicielom dobrze się zapłaci.

        Piotr Zarzeński spod siódemki, emerytowany elektryk, rocznik 1922, przyjechał
        do Szczecina z Inowrocławia. Pracował na budowie w dzielnicy Niebuszewo. W
        1967, może w 1968 roku, wezwali go do rady pracowniczej. Grubas zza biurka
        rzucił: �Obywatelu Zarzeński, macie mieszkanie w centrum. Sto metrów�.

        - Pięknie tu było - wspomina Zarzeński. - Na klatce kwiaty wymalowane, herby
        niemieckie, na korytarzu mo-zaiki w oknach, w mieszkaniu sztukaterie na
        suficie. Wyrzuciłem je, bo pluskwy się tam zalęgły. A pluskwy gryzą gorzej niż
        króliki.

        - Jak się sprowadzałem, to jeszcze elita tu mieszkała: doktor, sędziowie,
        adwokat. Tylko ja byłem zwykłym elektrykiem. Ale potem kto mógł, to stąd wiał.
        Od wojny nic nie remontowano, ADM klajstrował tylko dziury i, zanim się
        obejrzeliśmy, mieszkaliśmy w ruinie.

        - Wszyscy mamy dość tej nory i mieszkania na kupie - krzyczy z kuchni jego
        wnuczka. - Dla nas ta renowacja to wybawienie: dostaniemy dwa mieszkania, dla
        nas i dla dziadka.

        Ze wsi do Europy

        W 1944 r. alianci regularnie bombardowali Szczecin, ważny ośrodek zbrojeniowy.
        Ale bomby spadały głównie wokół Odry, śródmieście nie było bardzo zniszczone.
        �Otworzył się przede mną nowy, obcy świat - pisał we wspomnieniach Jerzy
        Brinken, nauczyciel geografii, który w lipcu 1945 r. przyjechał do miasta -
        ciężka architektura niemiecka, szerokie aleje wypełnione zielenią, grupki
        wystraszonych Niemców. Wszędzie pustka i cisza. Na chodniku walały się sterty
        gruzu, papierów i śmieci. Wszędzie widać było porzucone meble i przedmioty
        domowego użytku�.

        �Masami napływają Polacy ze wschodu i zajmują nasze mieszkania. Na opuszczenie
        bloku dają 10-20 minut - pisał w tym samym czasie do ojca doktor Hubert,
        niemiecki lekarz mieszkający na ul. Krzywoustego. - Moje mieszkanie całkiem
        splądrowane. Najpierw Rosjanie, potem rodacy i w końcu Polacy, którzy wynieśli
        również fortepian�.

        Doktor Wojciech Lizak zapytał swoich studentów, skąd pochodzą ich rodzice i
        dziadkowie. Większość napisała, że z Podlasia i Kurpiów.

        - To były jedne z najuboższych terenów przedwojennej Polski - mówi dr Lizak. -
        Bo kto tu mógł przyjechać? Inteligencja wileńska jechała do Gdańska, Torunia i
        Krakowa. Lwowska wybierała Wrocław i Gliwice. A w Szczecinie długo
        zastanawiano się, czy miasto w ogóle będzie polskie. Tu przyjeżdżali ludzie ze
        wsi zabitych deskami, wprost z XIX wieku trafili do europejskiego miasta.
        Rozwiązania techniczne w mieszkaniach przekraczały ich wyobraźnię, więc
        demontowali centralne ogrzewanie i budowali piece.

        Szklana kopuła i kino pod śmietnikiem

        Biura Szczecińskiego Towarzystwa Renowacyjnego mieszczą się w XIX--wiecznej
        kamienicy przy ulicy Bogusława. Jeszcze niedawno było tu czynszowe mieszkanie:
        ponad 100 metrów zajmowane przez wielopokoleniową, 17-osobową rodzinę.

        Wykwaterowano ich do siedmiu mieszkań zastępczych.

        - Od kilku lat nie zapłacili grosza czynszu - mówi Zbigniew Becker, wiceprezes
        STR-u. - Nawet węgla na zimę nie kupowali.

        - To czym palili w piecach?

        - Wyrywali deski z podłogi.

        A teraz nad ulicą Bogusława ma wznosić się ogromna przeszklona kopuła. Pod
        ulicą będzie parking na czterysta aut, pod kopułą będą rosły drzewa i
        spacerowali ludzie.

        - Tam, obok śmietnika, gdzie ci faceci piją wino, będzie kino z kilkoma
        salami - stoimy ze Zbigniewem Beck-erem w środku podwórka-studni. - Koło tej
        zardzewiałej syrenki - restauracja, a tam, gdzie suszy się pościel - wjazd do
        podziemnego parkingu.

        Być może nad podwórkiem wznosić się będą piętra supermarketu, który połączy
        kilka kamienic. Tam, gdzie mieszkał pan Banucha, będzie ciąg sklepików. Na
        pierwszym piętrze, gdzie wciąż mieszka Henryk Dzieciniak - supermarket. Biura
        zaczną się piętro wyżej, od mieszkania mecenasowej Smyczyńskiej. Apartamenty
        mają być na górze, tam, gdzie Piotr Zarzeński wytępił kiedyś pluskwy.

        Podobno na odnowione wnętrza już mają ochotę wielkie, zachodnie domy towarowe:
        Tesco, C&A, Marks and Spencer.

        Ostatnie majtki na sznurku

        Na razie z okien oficyny przy Bogusława spadają wzorzyste podomki, płaszcze z
        wyliniałymi kołnierzami, pożółkłe listy i wszystko, co mieszkańcom nie było
        potrzebne. Budynki niedługo zostaną zburzone.

        Henry McGovern pokazuje palcem suszące się w oknach majtki i skarpetki. -
        Niech pan się dobrze przypatrzy - mówi. - Może ostatni raz widzi pan tu taki
        widok.

        ° CO ZYSKA SZCZECIN

        W lutym Henry McGovern, reprezentujący ARS, podpisał z władzami Szczecina
        umowę o odrestaurowaniu części secesyjnego Szczecina. Prace będzie prowadzić
        Szczecińskie Towarzystwo Renowacyjne - spółka powołana przez samorząd, w
        której Amerykanie mają większościowe udziały. Miasto wnosi do spółki
        kamienice, ARS - pieniądze na ich remont. Spółka ma też sfinansować budowę
        mieszkań zastępczych dla ponad 660 rodzin.

        Plan jest prosty: w centrum bogaci zastąpią biednych, ale nikt na tym nie
        straci. Dotychczasowi lokatorzy dostaną mieszkania w nowych blokach.
        Biznesmeni wynajmą w centrum eleganckie apartamenty, biura i sklepy.
        Mieszkańcy zyskają centrum handlowo-rozrywkowe, a miasto, nie dając grosza,
        będzie czerpać (wspólnie z ARS) zyski z dzierżawy. Przebudowa ma kosztować ok.
        100 mln dolarów i trwać od czterech do siedmiu lat. W tym czasie zostanie
        przebudowanych 50 kamienic, place i podwórka.

        [podpisy pod foto.]

        Od lewej: Korytarz i podwórko przy ulicy Św. Wojciecha. Kwartały kamienic przy
        Wojska polskiego i bogusława mają po renowacji wyglądać podobnie.

        Odnowiona kamienica przy ulicy św. Wojciecha. �Otworzył się przede mną nowy,
        obcy świat, ciężka architektura niemiecka, szerokie aleje wypełnione
        zielenią� - pisał w 1945 r. jeden z pierwszych osadników, nauczyciel
        geografii, Jerzy Brinken.

        Ulica Bolesława Krzywoustego na pocztówce z 1911 roku. Przez ostatnie 80 lat
        bardzo się nie zmieniła: Urosły tylko drzewa, wylano asfalt, zniknęły
        przydomowe ogródki, dorożki, słomkowe kapelusze
        • absztyfikant prosba 17.09.03, 18:12
          Mam prosbe do szanownej redakcji, by przypomnial aten tekst robiac jego
          przedruk z suplementem bedacym podsumowaniem tych 5 lat, ktore uplynely od
          jego publikacji. Jesli nie, to dajcie chociaz na strone zdjecia z tego
          artykuluv - byly swietne.
    • Gość: Baba Re: Sz-n nie żałuje kolumbionki-musisz to przeczy IP: *.espol.com.pl 18.09.03, 14:58
      Przeciez ten Luszczewski to nasz niedoszly prezydent:))))))
      • Gość: stasiek Re: Sz-n nie żałuje kolumbionki-musisz to przeczy IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 18.09.03, 15:04
        Czyj ?
        • Gość: Ana Re: Sz-n nie żałuje kolumbionki-musisz to przeczy IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 18.09.03, 15:17
          ehe,dobre pytanie!
        • bbury Re: Sz-n nie żałuje kolumbionki-musisz to przeczy 18.09.03, 15:22
          :)
          bajki
          ale ładne
          w każdym razie ładniejsza od samego Łuszczewskiego - dobrze powdziadziane
          pioniera fast - foodu :) Zresztą chyba nie tylko pionirea ale i fana...
        • absztyfikant Re: Sz-n nie żałuje kolumbionki-musisz to przeczy 03.10.03, 14:25
          Tych, ktorzy na niego glosowali. No i jego samego ma sie rozumiec:)

          Gość portalu: stasiek napisał(a):

          > Czyj ?
    • kaj25041 Miało być lepiej, a jest ja zwykle! 18.09.03, 19:15
      Piękny artukuł w sferze nostalgii i opisu jak to zwykli ludzie polonizowali
      Szczecin. Na przykład niszcząc poniemieckie sztukaterie... Poza tym bajki! Choć
      trzeba przyznać, że ułamek z tych bajek się spełnił w postaci deptaku Bogusława
      i kilku odnowionych kamienic. No ale te urojenia o podziemnych supermarketach
      to już im się nad wyraz udały. Chora wyobraźnia Łuszczewskiego i tego Jankesa...
      • absztyfikant Re: Miało być lepiej, a jest ja zwykle! 19.09.03, 11:47
        Z perpsktywy czasu mozna sie zastanawiac czy Luszczewski nie chcial na wizji
        architektonicznej zbic kapitalu politycznego...
        • Gość: oho Re: Miało być lepiej, a jest ja zwykle! IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 19.09.03, 13:59
          Raczej finansowy...
          • absztyfikant Re: Miało być lepiej, a jest ja zwykle! 19.09.03, 22:41
            Tak czy inaczej cos powstalo. Lepszy ten deptak niz Galaxy - chyba sie
            zgodzisz, A i Luszcewski bylby lepszym prezydentem od Mariana Jurczyka... Malo
            odkrywcza mysl, heh.

            --
            Uciekajcie przez zboze, magazynier we wsi stoi
    • tycjan5 Re: Sz-n nie żałuje kolumbionki-musisz to przeczy 03.10.03, 15:19
      dobry text!
      Tycjan
    • absztyfikant podbijam 20.12.03, 18:44

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka