absztyfikant
17.09.03, 16:00
MAGAZYN nr 42 dodatek do Gazety Wyborczej nr 243, z dnia 1998/10/16-
1998/10/17, dział REPORTAŻ, str. 22
Fot. Jacek Piotrowski, Ze zbiorów antykwariatu WU-EL
Cezary Łazarewicz; Współpraca: Andrzej Kraśnicki Jr
Szczecin nie żałuje kolumbionki
Tam, gdzie przed wojną Charlotte Riener uczyła muzyki, a po wojnie Piotr
Zarzeński tępił pluskwy, będą apartamenty dla biznesmenów, biura i
supermarket.
O Amerykaninie pani Łucja przeczytała w �Kurierze�: że był w Szczecinie,
oglądał domy w centrum i chce wszystkie przebudować.
Ale oczyma wyobraźni pani Łucja widziała już czarną limuzynę, która
zatrzymuje się pod tabliczką: Wojska Polskiego 31. Wysiada gruby Amerykanin.
Cygaro w gębie. - Dobrze, że pali - myślała - może nie poczuje smrodu w
bramie.
Liszajów na ścianie pewno nie zauważy - ciemno, ktoś znowu ukradł żarówkę.
Byle się nie natknął na jakiegoś sikającego w bramie pijaka.
Drewniane schody trochę skrzypią. Na pewno mu się spodobają, bo od wojny
niewiele się zmieniły. Ale uwaga na poręcze!
Na samej górze są rzeźbione drzwi i pachnie kapuśniakiem. To tu: Łucja
Jakubiak. Trzeci dzwonek od góry. - Po co aż trzy dzwonki? - zdziwiłby się
Amerykanin. Ale czy on w ogóle słyszał o nadmetrażu? O dokwaterunku?
Kiedy w roku 1968 pani Łucji przydzielili tu pokój, w mieszkaniu były
jeszcze dwie rodziny. (- Trzeba było tak dzielić, żeby wszyscy się pomieś-
cili. Taka sprawiedliwość była - tłumaczy pani Łucja). Przedpokój, kuchnia i
łazienka były wspólne. Ale porządek był: nikt się cudzym mydłem nie mył, w
cudzym garnku nie gotował i w kapciach sąsiada nie spacerował. Tylko
jedzenie każdy trzymał pod kluczem w pokoju.
Przez 30 lat nic się nie zmieniło.
- Pardon, bym zapomniała - przypomina sobie pani Łucja. - Kolumbionka nad
wanną się popsuła.
Kolumbionka to metalowy rękaw z paleniskiem na węgiel. Niemiecki wynalazek z
przełomu wieków po-psuł się trzy lata temu. Rura pękła i woda leje się teraz
na palenisko. Jak ktoś lubi się myć w ciepłym, grzeje wodę w garnkach i leje
do miski.
Pani Łucja nie żałuje kolumbionki.
- Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że tu, gdzie wisiała, może być perfumeria;
tam, gdzie pichci się kapuśniak - biuro; a we wspólnym przedpokoju -
apartament dla biznesmena.
Ale tak chce ten Amerykanin. Czytała o tym w gazecie.
Henry nie jest z Armii Zbawienia
Amerykanin ma 34 lata i wygląda na studenta. - Wchodzi do banku i w kwadrans
załatwia kredyt na 15 milionów dolarów - mówi o nim Andrzej Łuszczewski. -
Milion na minutę? - obliczam szybko.
- Są nazwiska, które dużo znaczą w biznesie - mówi Łuszczewski.
Henry McGovern i Andrzej Łuszczewski, pionier fast foodu w Szczecinie,
uścisnęli sobie dłonie pięć lat temu w Radissonie - najlepszym hotelu w
Szczecinie.
O McGovernie mówiono wtedy, że mimo młodego wieku mógłby już być - z
ramienia partii republikanów - gubernatorem Północnej Karoliny. A stamtąd
prosta droga do Waszyngtonu. Gdyby tylko chciał.
Ponoć nie chciał. Wolał najpierw sprawdzić się w biznesie.
Sprawdza się do dziś we Wrocławiu. Stamtąd kieruje spółką American Retail
Systems. Oprócz niego właścicielami ARS są m.in. Donald Kendall, były
generalny dyrektor PepsiCo., i Christian Eisenbeiss, właściciel niemieckiego
browaru Holsten. ARS ma w Polsce nieruchomości warte już 10 mln dolarów,
sieć barów Pizza Hut i KFC (70 mln dolarów rocznego obrotu) i biuro
nieruchomości w Szczecinie, które prowadzi Andrzej Łuszczewski. To on
przekonał McGoverna, że w Szczecin warto zainwestować.
To było rok temu. Szli wieczorem przez centrum miasta: ulicami Wojska
Polskiego, Bogusława, Kaszubską, Obrońców Stalingradu. Każdy w Szczecinie
wie, że po zmroku lepiej strzec się tych miejsc. Ale Łuszczewski, zamiast
wiać stąd, pokazywał McGovernowi rzeźbione framugi okien i ornamenty bram.
Opowiadał o Niemcach, którzy opuścili te domy w pośpiechu, i o Polakach,
którzy w nich zamieszkali.
Amerykanin nie pytał, dlaczego w oknach zamiast firan są gazety, czemu ławki
wokół domu są połamane a śmietniki powywracane . - Te obsikane bramy można
odmalować, oświetlić, a ludziom dać inne mieszkania - przekonywał
Łuszczewski.
- I Amerykanin okazał się filantropem? - domyślam się.
- O, Henry nie jest z Armii Zbawienia - obrusza się Andrzej Łuszczewski. -
Jemu chodzi o sukces finansowy. Ale przy tym jest miłośnikiem starej
architektury. Tu, w Szczecinie, znalazł dla siebie wyzwanie.
Henry McGovern wie, że renowacji na tak wielką skalę jeszcze nikt w Polsce
nie robił i że ta inwestycja na zawsze zmieni Szczecin. Ale mówi, że do
Szczecina przyciągnęły go przede wszystkim wielkie możliwości finan-sowe
drzemiące w mieście.
- Nasze szczecińskie restauracje Pizza Hut i KFC mają dziś największe obroty
w Polsce - podaje przykład. - To pokazuje, jak silna jest w Szczecinie
tendencja do zmiany stylu życia. Należy jej wyjść naprzeciw. Jeśli powstanie
tu ekskluzywne centrum handlowo-rozrywkowe, ludzie będą z niego korzystać.
- Przyjdzie pan tu z rodziną na spacer - przekonuje wiceprezydent Piotr
Mync. - Dzieciom na głowę nie napada, bo chodzić się będzie pod dachem. Będą
sklepy, restauracje, kino, przy fontannie zagra jakiś zespół, dzieciakom
kupi pan loda.
Brzoza uschła, podwórko zalano cementem
Skrzyżowanie Bogusława i Wojska Polskiego. Lokatorzy pierwszych sześciu
kamienic przeznaczonych do remontu siedzą na walizkach i czekają na
ciężarówkę.
Dziś tragarze przyjechali po Mariana Banuchę spod jedynki. Zaraz przyjdą
odciąć prąd. Gaz wyłączono wczoraj. - Jak się tu w roku 1946 sprowadziliśmy -
wspomina Marian Banucha - na podwórku był ogródek, drewniana altanka
obrośnięta różami, drzewka. Potem deski z altanki ktoś ukradł, brzoza
uschła, podwórko zalano cementem.
Marian Banucha miał wtedy sie- dem lat. Pamięta przede wszystkim ogromne
metalowe łóżko, które zostało po dawnych właścicielach. Ciągle pytał matkę,
dlaczego ktoś zostawił im całe mieszkanie. Ojciec przyniósł skądś stół,
szafę. I już był dom. Tylko czasem spokój mąciły plotki, że Niemcy jednak
wrócą. Potem bardziej bali się, że kogoś im dokwaterują, tak jak sąsiadom.
Ale w magistracie uznali, że 70 metrów na sześć osób to wcale nie za dużo.
Marian Banucha pamięta, że jakieś 30 lat temu sąsiedzi zaczęli uciekać do
bloków: z ciepłą wodą w kranie, kaloryferami, windami.
Ale stary pan Banucha zapowiedział, że nie ruszy się stąd do śmierci. I nie
ruszył się.
- Moje wesele było w tamtym pokoju - pokazuje Marian Banucha. - Pamiętam,
gdzie kto siedział, gdzie stał nasz pierwszy kredens. To zostanie w tych
ścianach - opowiadanie przerywa pukanie do drzwi. Przyszli z elektrowni.
Żarówki gasną. Pan Marian pakuje kapcie do torby, przekręca klucz w
drzwiach.
Zanim odszedł, zapytałem jeszcze: - Nie próbował się pan dowiedzieć, kto
wcześniej tu mieszkał?
- Niemcy. Przecież już mówiłem.
Po Falkenwalder jeżdżą dorożki
Niemców odnaleźć można w przedwojennej książce adresowej. Właścicielem
kamienicy przy Wojska Polskiego 31 (czyli Falkenwalderstrasse) był kupiec
Bismark. Drugie piętro zajmował Karl Nikrentz, trzecie - Charlotte Riener. Z
książki telefonicznej można się dowiedzieć, że Nikrentz był architektem, a
pani Riener uczyła muzyki.
Ale Wojciech Lizak, doktor historii, wykładowca uniwersytecki i właściciel
antykwariatu w centrum Szczecina, mówi, że lepiej buszować w jego
antykwarycznych szpargałach: mapach, pocztówkach, książkach, po- żółkłych
fotografiach. One powiedzą więcej o tamtych ludziach.
Na mapie z połowy XIX w. Falkenwalderstrasse próżno szukać. Rosną na niej
łąki, kępy drzew, rozlewają się stawy. 40-tysięczne miasteczko Szczecin
wygląda jak gwiazda najeżona fortyfikacjami.
- Brama Królewska, Brama Portowa i plac Niepodległości - na tym Szczecin się
kończy. Reszta to wojskowe forty - dr Lizak wodzi palcem po mapie. -