gosc_z_cabla
05.08.08, 17:05
"Pewnego razu w Kancelarii Premiera pojawił się kot. Był głodny,
wycieńczony, schorowany, przerażony. Pracownicy Tuska złapali go,
ale nie mieli pojęcia, co robić. Jak zawsze w takich razach, poszli
do szefa. On zawsze ma dobre pomysły i radę na wszystko. I tym razem
nie było inaczej. Premier nie zawiódł pokładanych w nim nadziei.
Długo się nie zastanawiał. Podjął męską, ale zarazem ciepłą, czułą,
wręcz macierzyńską decyzję. Uratujemy kota. Natychmiast rozkazał
wezwać Straż dla Zwierząt. Nie bójcie się. Czyńcie swoją powinność –
powiedział Tusk. Ojczyzna zapłaci i jeszcze wynagrodzi. Słowo stało
się ciałem. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Radości nie było końca.
Dobrego mamy premiera – powtarzali ministrowie. Ludzki pan -
roznosiło się po korytarzach Kancelarii - przecież mógł kazać kota
zastrzelić."
J.S.