stanowczy_robert
17.06.10, 09:09
Tak, to poniekąd synonimy, ale gdy głębiej w rzecz się wgrążyć, wynika z moich
obserwacji, że pola znaczeniowe tych dwóch terminów nie pokrywają się w stu
procentach.
Na ogół jeśli spotykam człowieka który określa siebie jako "niewierzący",
oznacza to że Bóg i wiara są dla niego pojęciami pustymi, nie poruszają go w
najmniejszym stopniu, nie jest zainteresowany rozmową o nich, temat ten jest
dla niego obojętny i/lub nudny. Na ogół bez problemów przyjmuje fakt że inni
są wierzący, traktuje to jako odmienną postawę życiową lub obce mu hobby. Fakt
istnienia religii i ludzi wierzących nie rozjusza go (tak jak nie wścieka go
zbieranie znaczków i filateliści) ani nie przyprawia o białą gorączkę. Po
prostu go nie dotyczy ani nie obchodzi.
Co innego ateista. Spotkasz takiego i dasz do zrozumienia żeś wierzący - nie
zaznasz spokoju. Poznasz też jak dalece umysł ludzki jest w stanie uwikłać się
w sprzeczności z przyczyny wojowniczego zacietrzewienia. Dowiesz się że wiara
to niewarte zachodu zabobony i bzdury na które szkoda czasu, ale by ci to
udowodnić ateista gotów jest ględzić o tym dwukrotnie dłużej niż przeciętny
kapłan lub świadek Jehowy. Dowiesz się że Bóg absolutnie nie istnieje, lecz
ten kto Ci to objawi będzie cały czas sprawiał wrażenie jakby ten
nieistniejący wymysł był jego osobistym i zapiekłym wrogiem. Powiem więcej:
znam całe tabuny wierzących, którzy nie traktują Boga tak serio jak ateiści.
Właściwsza byłaby tu nazwa "antyteiści" bo w bezpośredniej rozmowie osiągają
nieraz takie poziomy zapalczywości, że ma sie nieodparte odczucie, że tak
naprawdę to chyba by chcieli żeby ten nieistniejący Bóg zaistniał aby móc
osobiście skopać mu dupę.
Kiedyś na wystawnym przyjęciu siadłem koło zaangażowanego ideologicznie
wegetarianina, który przy każdym moim sięgnięciu po mięso lub wędlinę
wygłaszał wykład na temat okrucieństwa wobec braci zwierząt, nieprzystosowania
ludzkiego układu pokarmowego do trawienia białka odzwierzęcego, niezdrowości
cholesterolu...itp. aż wszystko kołkiem w gębie stawało. Ateiści są jeszcze
bardziej upierdliwi w podważaniu, szydzeniu i atakowaniu wiary, a przy tym
zupełnie niezrozumiali. No bo w końcu wegetarianie bronią rzeczywiście
istniejących zwierząt, zaś ateiści wytaczają armaty przeciw nieistniejącemu
urojeniu. Normalnie, schizofrenia.
Osobnym zjawiskiem są antylkerykałowie, czyli ci co nie lubią kościołów,
instytucji religijnych a zwłaszcza kapłanów. Należą do nich wszyscy ateiści,
sporo niewierzących i niektórzy wierzący. Tych denerwują przede wszystkim
ludzkie słabości i niegodziwości u przedstawicieli społeczności, po której
spodziewają się - nie wiedzieć czemu - świętości z racji samego członkostwa w
tejże. Cóż, jest to poniekąd zrozumiałe i czasem oparte na racji.
Przeciętnemu wierzącemu (do jakich się zaliczam) niewierzący jawią się zatem
jako sympatyczni i zrozumiali, antyklerykałowie antypatyczni i zrozumiali, zaś
ateiści antypatyczni i niezrozumiali. Z pierwszymi da się żyć, drugich można
przekonywać, trzecich trzeba znosić (nieraz zaciskając zęby). Pierwsi (o
wierze) nie chcą gadać, z drugimi da się podyskutować, z trzecimi nie warto -
ale i tak zamęczą.
Pierwszych się na tym forum nie spotyka, drudzy czasem wpadną, trzeci tutaj
rządzą.