Dodaj do ulubionych

JOHN HENRY NEWMAN

29.03.09, 10:37
KARDYNAŁ JOHN HENRY NEWMAN (1801-1890) – KONWERTYTA Z ANGLIKANIZMU

www.voxdomini.com.pl/sw/newman.html

Obserwuj wątek
    • kaczy.i.indyczy Jan Paweł II o kardynale Newmanie 29.03.09, 10:38
      www.voxdomini.com.pl/sw/newman2.html
      • kaczy.i.indyczy Newman Reader-Works of J.H. Newman 30.03.09, 17:21
        www.newmanreader.org/
    • kaczy.i.indyczy Re: JOHN HENRY NEWMAN 30.08.09, 20:33

      "Newman Jan Henryk (John Henry) ur. w r. 1801 we wsi Ealing
      (niedaleko od Londynu). Ojciec jego, bankier londyński, pochodził z
      żydowskiej rodziny z Holandii, a matka z rodziny hugonockiej, która
      wyemigrowała z Francji na wyspę w czasie odwołania Edyktu
      Nantejskiego (1685). Religijnie po kalwińsku przez matkę wychowany i
      nad wiek rozwinięty już w 15 r. powziął postanowienie życia w
      celibacie i poświęcenia się opowiadaniu Ewangelii. Po odbyciu nauk w
      Trinity College w Oksfordzie i uzyskaniu stopnia bakałarza,
      otrzymuje urząd kaznodziei w kościele św. Maryi, w Oksfordzie a
      jednocześnie spełnia obowiązek tutora (rodzaj korepetytora i
      egzaminatora) w Oriel College. Na stanowisku kaznodziei potężnym
      wdziękiem swojego stylu i subtelnego umysłu pociąga wkrótce
      większość inteligencji miasta. Wśród tej pracy w r. 1832 dla braku
      zdrowia wyjeżdża na południe Europy; odwiedził również Rzym, który
      sprawił na nim ogromne wrażenie. Powróciwszy do Anglii, chcąc
      przeciwdziałać rozszerzającemu się w ojczyźnie swojej liberalizmowi,
      począł razem z kolegami swymi wydawać od 1833 tzw. traktaty,
      popularnie opracowane pt. Tracts forthe times, w których zaznajamiał
      rodaków swoich z dziełami Ojców Kościoła. Traktaty jednak te
      ponieważ Newman w nich (traktat 90 z 1841) wypowiedział, że 39
      artykułów wyznania anglikańskiego sprzeciwia się nauce pierwotnego
      Kościoła, narobiły ogromnego hałasu. Zarzucano Newmanowi, że jest
      skrytym jezuitą i że zbliża się do Rzymu. Cios ten dla Newmana był
      bardzo bolesnym, gdyż on, jak mniemał, ze szczerym poświęceniem
      pracował dla podniesienia powagi Kościoła anglikańskiego. Chcąc więc
      zaprotestować przeciwko zarzutom, zabrał się do napisania
      Prophetical service of Church (O prorockim urzędzie Kościoła), ale
      dzieło to nie przyniosło mu spokoju, bo nauka katolicka nie została
      obaloną. W dalszych pismach jak Lectures on justification i w piśmie
      przez siebie redagowanym p. n. "Britisch Critic" (1828–1841) Newman
      bezwiednie coraz więcej zbliżał się ku katolicyzmowi. A gdy powzięto
      myśl założenia biskupstwa prusko - angielskiego w Jerozolimie, na
      którego czele miał stać biskup anglikański i do którego to
      biskupstwa mieli należeć wyznawcy wszystkich sekt protestanckich,
      nie wyrzekając się żadnego ze swoich błędów, Newman już całkiem
      rozgoryczony przesłał arcybiskupowi kantuaryjskiemu 1843 r. protest
      i gwałtownie zwrócił się ku katolicyzmowi. Odwołał wszystko,
      cokolwiek kiedy wyrzekł przeciwko Kościołowi Rzymskiemu, zrzekł się
      wkrótce beneficjum N. M. P., a osiadłszy w Littlemore, prowadzi
      odtąd życie prawdziwie zakonne. Pozostała mu jeszcze tylko jedna
      ciężka do przebycia próba. Przyszła mu jeszcze wątpliwość, czy
      współczesny Kościół katolicki jest prawdziwym Kościołem
      Chrystusowym, mając tak dużo dogmatów, których w pierwszych wiekach
      nie znano? Nad rozwiązaniem tej hipotezy pracował dwa lata.
      Rozpoczął wydawnictwo Żywotów Świętych angielskich, nieprzychylnie
      przyjęte, i przygotowywał sławne swoje An Essay on the developpement
      of Christian doctrine (1844 r.); praca ta została przełożoną na
      różne języki, jako jedno z pomnikowych dzieł teologicznych
      katolickich. (Jules Gondon, Histoire du développement de la doctrine
      chrétienne. Liege 1849; niem. Gesch. der Entwickelung der
      christlichen Lehre). Zanim pracę tę ukończył, został katolikiem. 9
      października 1845 r.; z rąk O. Dominika pasjonisty, przyjął Chrzest,
      wyspowiadał się, a następnego dnia z towarzyszami swymi Fryderykiem
      Bowles i Ryszardem Stanton komunikował. Jego życie i dzieła sprawiły
      w Anglii to, że wielu poszło za jego przykładem, co stwierdza i
      Gladston, gdy mówi iż "rok 1845 odznaczał się największym
      zwycięstwem, jakie Kościół Rzymski odniósł od czasów Reformacji".
      (Por. P. Thureau - Dangin. La renaiss. cath. en Angleterre au XIX
      siecle, I, p. 327. Paris 1899). W 1846 r. Newman wyjechał do Rzymu i
      tam wstąpił do Oratorianów, w 1847 r. wyświęcony na kapłana, powraca
      do Anglii i zakłada kolegia Oratorianów w Birmingham i Brompton, a w
      1852 roku zostaje rektorem uniwersytetu w Dublinie. Newmanowi
      początkowo nie dowierzano nawet w Rzymie; dopiero Leon XIII temu
      podejrzeniu położył koniec, gdy 12 maja 1879 r. zamianował Newmana
      kardynałem. Newman † [umarł w] 1890 r. w Birmingham. W kilka dni po
      śmierci na nabożeństwie żałobnym w Londynie kard. Manning, który
      również podejrzewał o nieprawomyślność Newmana, tak się o nim jednak
      odezwał: "żaden z współczesnych ludzi nie wywarł tak doniosłego
      wpływu na myśl religijną w Anglii, jak Newman, jego śmierć zamyka
      wyjątkowy rozdział w dziejach religijnego życia w naszym wieku".
      (Por. Thureau - Dangin, op. cit. p. 286). Newman był zwolennikiem
      apologetyki moralnej i koncepcji dynamicznej katolicyzmu, podług
      której ten jest pierwej życiem, niż gnozą, wiarą, niż jej
      określeniem. Newman nie był modernistą, jakim go chciano zrobić
      (Loisy w "Simples reflexions" p. 64), czego najlepszym dowodem jest
      list Piusa X z d. 10 marca 1908 r., w którym papież dziękuje
      O'Dwyer'owi, biskupowi z Limerick za książkę, wykazującą
      prawowierność Newmana. (Por. Cardinal Newman and The
      Encyclical "Pascendi". London 1908). Z dzieł Newmana oprócz
      zaznaczonych już zasługują na uwagę Loss and Gain (powieść). London
      1848; Apologia pro vita sua, London 1864, w odpowiedzi prof.
      Kingsley'owi; miała kilka wydań; toż samo przełożone na różne
      języki; An Essay towards a Grammar of Assent, w tłum. franc. przez
      M. Gaston, Grammaire d'Assentiment. Paris 1908; University hermons
      etc... Resztę dzieł zob. u H. Bremond, Newman Psychologie de la Foi,
      4 édit. Paris, Bloud 1907, p. 11 i 12; "Encyklopedia Kościelna"
      Nowodworskiego, t. 16; por. też H. Bremond, Newman, Essai de
      biographie psychologique. 3 éd. Paris 1906; tegoż, Newman Le
      développement du dogme chrétien. 5 éd. 1906; tegoż, Autour de Newman
      [w:] "Ann. de Phil. Chrét." Janvier 1908; tegoż w tłum. Kartki z
      dziejów odrodzenia katolicyzmu w Anglii [w:] "Biblioteka Dzieł
      Chrześcijańskich" 1903; M. Williams, Newman, Pascal, Loisy and the
      catholic Church. London 1906; Lebreton [w:] "Revue pratique
      d'Apologetique" nr 32, 35, 49, 52, 57, 62, 68 z 1907 r. i
      następnych; X. F. Abrantowicz, Newman a modernizm. Petersburg 1909,
      gdzie w bardzo przystępny sposób przedstawiona kwestia supremacji
      sumienia, która, nawiasem mówiąc, jest sercem filozofii religijnej
      Newmana i kwestia ewolucji dogmatów w chrystianizmie. Wreszcie
      krótki ten szkic kończy się porównaniem nauki Newmana z modernizmem
      i udowodnieniem, że Newman z modernistami nie miał nic wspólnego". –
      Ks. Aleksander Fajęcki (artykuł w "Podręcznej Encyklopedii
      Kościelnej" pod red. ks. Zygmunta Chełmickiego, M.–N., Tom XXVII–
      XXVIII. Warszawa 1912, ss. 374-376). "
      • kaczy.i.indyczy Pisma Newmana 30.08.09, 20:35

        www.gorakarmel.yoyo.pl/wsp_new.html
        • kaczy.i.indyczy Wyznania konwertyty 30.08.09, 21:00
          Fragmenty książki Apologia pro vita sua


          DZIEJE MOICH POGLĄDÓW RELIGIJNYCH OD 1839 DO 1841

          ...

          Wielkie wakacje 1839 roku rozpoczęły się wcześnie. Było wielu gości
          w Oxfordzie od Wielkanocy do dnia Kommemoracji; a grupa dra Pusey'a
          zwróciła na siebie więcej uwagi, niż w jakimkolwiek poprzednim roku.
          Odsunąłem był od siebie spór z Rzymem na więcej niż dwa lata. Tematu
          tego nigdy nie wprowadzałem do moich kazań parafialnych: przez dwa
          lata ani w Traktatach ani w "British Critic" nie było słowa o
          charakterze polemicznym. Wróciłem na wakacjach do serii lektur,
          które wiele lat temu wybrałem jako specjalnie osobiste. Nie mam
          powodu przypuszczać, że w ogóle myśli o Rzymie przeszły mi przez
          głowę. Około połowy czerwca zacząłem studiować i opanowywać dzieje
          monofizytów. Byłem zaabsorbowany kwestią doktrynalną. Trwało to od
          około 13 czerwca do 30 sierpnia. Właśnie w czasie tych lektur po raz
          pierwszy nawiedziła mnie wątpliwość, czy anglikanizm da się
          utrzymać. Przypominam sobie, że 30 lipca wspomniałem pewnemu
          spotkanemu przyjacielowi, jak te dzieje są godne uwagi, pod koniec
          sierpnia zaś byłem poważnie zaalarmowany.

          Opisałem w jednym z poprzednich dzieł, jak te dzieje na mnie
          wpłynęły. Twierdzą moją była Starożytność; tymczasem tu, w połowie V
          wieku, znalazłem, jak mi się wydawało, odbicie chrześcijaństwa XVI i
          XIX wieku. Zobaczyłem moją twarz w tym zwierciadle i byłem już
          monofizytą. Kościół Viae Mediae był w położeniu wyznania
          wschodniego, Rzym był tam, gdzie jest teraz, a protestanci byli
          eutychianami. Z wszystkich wydarzeń historii, od czasu jej
          istnienia, któż by był pomyślał o podjęciu powiedzeń i czynów
          starego Eutychesa, tego delirus senex (4), jak zdaje mi się,
          Petavius go nazywa i do okropności pozbawionego zasad Dioscurusa –
          aby nawrócić do Rzymu.

          Niechże to będzie tu zrozumianym po prostu, że nie piszę
          polemicznie, lecz wyłącznie w tym celu, by opowiedzieć o sprawach
          kolejno rozgrywających się w trakcie mego nawrócenia. To mając na
          widoku zacytuję ustęp ze sprawozdania, które złożyłem w 1850 roku o
          moich rozumowaniach i uczuciach w 1839:

          "Trudno było odgadnąć, w jaki sposób eutychianie czy monofizyci byli
          heretykami, o ile by protestanci i anglikanie także nie byli
          heretykami; trudno znaleźć argumenty przeciw Ojcom Trydenckim, które
          by nie przemawiały przeciw Ojcom Chalcedońskim; trudno potępić
          Papieży XVI wieku bez potępienia Papieży V wieku. Dramat religii i
          walka prawdy i błędu były zawsze jednakie. Zasady i sposób
          postępowania Kościoła teraz były zasadami i sposobami postępowania
          Kościoła wówczas; zasady i postępowanie heretyków ówczesnych były
          zasadami i postępowaniem protestantów teraźniejszych. Odkryłem, że
          tak jest – prawie ze strachem; zachodziło straszliwe podobieństwo,
          straszliwsze, bo tak milczące i beznamiętne, pomiędzy martwą
          historią przeszłości a gorączkową kroniką teraźniejszości. Piąty
          wiek rzucał cień na szesnasty. Było to, jak duch powstający ze
          wzburzonych wód dawnego świata, o kształcie i rysach nowego. Kościół
          ówczesny, jak teraźniejszy, można by nazwać nieruchomym i twardym,
          stanowczym, wyniosłym i nieugiętym; heretycy zaś byli chytrzy,
          zmienni, pełni rezerwy i podstępni, zawsze starający się o względy
          władzy świeckiej i nigdy nie godzący się z sobą, chyba przy jej
          pomocy; a władza świecka zawsze zmierzała do rzeczy uchwytnych,
          usiłując usunąć z widoku to, co niewidzialne i zastąpić wiarę
          korzyścią. Jakiż był pożytek z kontynuowania sporu czy bronienia
          mojej pozycji, jeśli ostatecznie kułem argumenty dla Arinoza lub
          Eutychesa i stawałem się advocatus diaboli przeciw wielce
          cierpliwemu Atanazemu i majestatycznemu Leonowi? Niech będzie dusza
          moja ze świętymi! i czyż mam podnieść rękę przeciw nim? Prędzej może
          niech zapomni prawa ręka swego sprytu; od razu uschnie, jak tego, co
          niegdyś wyciągnął ją przeciwko prorokowi Boga! Klątwa na całe plemię
          Cranmer'ów, Ridley'ów, Lazimer'ów i Jewel'ów! Niech zginą imiona
          Bramhall, Ussher, Taylor, Stillingfleet i Barrow z oblicza ziemi,
          jeśli nie upadnę u ich stóp z miłością i czcią owych ludzi, których
          obraz zawsze miałem przed oczami i których słowa pełne muzyki były
          zawsze w moich uszach i na moim języku".

          ...

          Było jasne, że miałem się wiele jeszcze nauczyć w kwestii Kościołów
          i że może jakieś nowe światło spływało na mnie. Ten kto zobaczył
          ducha, nie może być takim, jakby go nigdy nie widział. Niebiosa się
          otwarły i zamknęły znowu. Na chwilę zjawiła się myśl: "Ostatecznie
          okaże się, że Kościół Rzymski ma rację", a potem zniknęła. Moje
          dawne przekonania pozostały niezmienione. (...)
          • kaczy.i.indyczy Re: Wyznania konwertyty 30.08.09, 21:07
            DZIEJE MOICH POGLĄDÓW RELIGIJNYCH OD 1841 DO 1845.


            (...) Nie mogłem trwać w tym stanie, ani w świetle obowiązku ani
            rozumu. Trudność polegała na tym: raz zostałem bardzo oszukany; jak
            mogłem być pewny, że nie jestem oszukiwany drugi raz? Wtedy
            myślałem, że mam słuszność, jak miałem być pewny, że teraz mam
            słuszność? Przez tak wiele lat uważałem za pewne to, co teraz
            odrzucałem. Jak mógłbym kiedykolwiek znowu mieć do siebie zaufanie?
            Jak w r. 1840 słuchałem powstającego zwątpienia na korzyść Rzymu,
            tak teraz słuchałem słabnącego zwątpienia na korzyść Kościoła
            anglikańskiego. Być pewnym, to wiedzieć, że się wie; jaką miałem
            wewnętrzną rękojmię, że się znowu nie zmienię, stawszy się
            katolikiem? Miałem jeszcze lęk przed tym, choć myślałem, że
            przyjdzie czas, kiedy to ustąpi. Jednak należało postawić jakąś
            granicę tym obawom; muszę zrobić wszystko, co mogę, a potem
            pozostawić jakiejś wyższej Sile, aby to pobłogosławiła. Tak to przy
            końcu 1844 r. doszedłem do postanowienia napisania Essai o Rozwoju
            Doktrynalnym, a następnie, jeśli pod koniec tej pracy moje
            przekonania korzystne dla Rzymu nie osłabną, poczynienia potrzebnych
            kroków, abym został przyjęty na jego łono.

            W tym czasie stan mojego umysłu był ogólnie znany i nie robiłem z
            niego wielkiej tajemnicy. Zilustruję to moimi listami, które dostały
            się do mych rąk.

            "16 listopada 1844. Przechodzę przez to, przez co przejść muszę, i
            ufam tylko, że każdy dzień bólu jest o tyleż odliczany od
            koniecznego ich szeregu, jaki musi być wyczerpany. Nie ma (po ludzku
            mówiąc) jeszcze przez długi czas obawy, abym zmienił wyznanie.
            Wynikło to bez mego zamierzenia; ale tak jest dobrze. O ile sam
            siebie znam, moją jedyną wielką troską jest trudność, niepewność,
            trwoga, sceptycyzm, które wywołuję u tak wielu, a także utrata
            życzliwych uczuć i dobrej opinii ze strony tak wielu ludzi znanych i
            nieznanych, którzy życzyli mi dobrze. A z tych dwu źródeł bólu
            pierwsze jest stałe, wciąż żywe, niezłagodzone.

            Przez całe dnie miałem literalny ból koło serca; a od czasu do czasu
            wydawało się, że wszystkie skargi Psalmisty są moimi.

            I o ile się znam, najgłębszą przyczyną tego, iż biorę pod rozwagę
            zmianę [wyznania], jest moje głębokie niezmienne przekonanie, że
            nasz Kościół znajduje się w schizmie i że moje zbawienie zależy od
            przyłączenia się do Kościoła Rzymskiego. Mogę używać argumentu ad
            hominem wobec tej, czy innej osoby, ale nie czuję, abym żywił urazę
            lub niechęć do jakiejkolwiek rzeczy, jaka mi się zdarzyła. Nie mam
            jakichkolwiek wizji nadziei, żadnych planów działania w
            jakiejkolwiek sferze bardziej dla mnie odpowiedniej: nie mam obecnie
            jakichś sympatyj wśród rzymskich katolików; prawie nigdy nie byłem,
            nawet za granicą, na jakimś z ich nabożeństw; nie znam nikogo z
            nich, nie podoba mi się, co słyszę o nich.

            A poza tym, z jak wielu rzeczy rezygnuję w różnych dziedzinach! i są
            to ofiary dla mnie nie do naprawienia, nie tylko wskutek wieku, w
            którym ludzie nienawidzą zmian, ale i wskutek szczególnej miłości do
            dawnych związków i do przyjemności wspomnień. Nie jestem także
            świadomy jakiegokolwiek poczucia, entuzjastycznego czy trzeźwego,
            przyjemności z ofiary; nie mam nic, co by mnie tu podtrzymywało.

            Co mnie jeszcze zatrzymuje, to jest to, co zatrzymywało mnie długo,
            obawa, że poddaję się złudzeniu; ale przekonanie pozostaje mocne we
            wszelkich warunkach, przy wszelkich nastrojach umysłu. I to bardzo
            poważne uczucie wzrasta we mnie, mianowicie, że powody, dla których
            wierzę tyle, ile naucza nasz system, muszą poprowadzić mnie do wiary
            w coś więcej, oraz, że nie wierzyć więcej oznacza wpaść z powrotem w
            sceptycyzm.

            Tysiączne dzięki za Twój przezacny i pocieszający list; chociaż nie
            mówiłem jeszcze o tym, był on wielkim darem".

            Wkrótce napisałem do tego samego przyjaciela w ten sposób: "Moją
            intencją jest, jeśli mi się nic nie przydarzy, czego nie mogę
            przewidzieć, spokojnie pozostać in status quo przez znaczny przeciąg
            czasu ufając, że przyjaciele będą łaskawie pamiętać o mnie i o mej
            próbie w swych modlitwach. I zrezygnowałbym z członkostwa w Kolegium
            na jakiś czas przedtem, zanim zaszłoby cośkolwiek".


            ...


            Zacząłem mój Essai o rozwoju Doktryny na początku 1845 r. i mocno
            pracowałem nad nim przez cały rok aż do października. W miarę, jak w
            pracy postępowałem, moje trudności tak się wyjaśniały, że przestałem
            mówić o "katolikach rzymskich" i odważnie nazywałem ich katolikami.
            Zanim doszedłem do końca, zdecydowałem się być przyjętym i książka
            pozostaje w tym stanie, w jakim wówczas była, niedokończona.

            • kaczy.i.indyczy Re: Wyznania konwertyty 30.08.09, 21:09
              STAN MOJEGO UMYSŁU OD 1845 ROKU.

              Od czasu, jak stałem się katolikiem, nie mam naturalnie żadnych
              dalszych dziejów moich poglądów religijnych do opowiedzenia. Mówiąc
              to, nie mam na myśli, by mój umysł próżnował lub bym zrezygnował z
              rozważania tematów teologicznych, lecz, że nie mam do zapisania
              żadnych zmian i że nie miałem jakichkolwiek niepokojów umysłu.
              Miałem doskonały spokój i zadowolenie; nigdy nie miałem ani jednej
              wątpliwości. Nie odczułem przy nawróceniu jakiejkolwiek zmiany
              intelektualnej czy moralnej, która by wywierała ucisk na mój umysł.
              Nie uświadamiałem sobie, bym miał mocniejszą wiarę w fundamentalne
              prawdy Objawienia czy większego panowania nad sobą; nie miałem
              więcej zapału, ale było to, jak przybycie do portu po wzburzonym
              morzu; i moje szczęście z tego powodu trwa nieprzerwanie do
              dzisiejszego dnia. (...)

              John Henry Newman

              • kaczy.i.indyczy Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:34
                Udalo mi sie znalezc caly rozdzial , wiec bez zbednych wstepow
                zapodaje :)Zapewne zajmie to troche miejsca ,ale zapewniam ze warto .

                John Henry Newman,
                Apologia pro vita sua,
                Rozdział V.

                Od czasu, gdy zostałem katolikiem, nie mam do opowiedzenia żadnej
                dalszej historii moich przekonań religijnych. Nie chcę przez to
                powiedzieć, że mój umysł pozostawał bezczynny lub że porzuciłem
                refleksję teologiczną; a jedynie że nie mam do odnotowania żadnych
                zmian i nie odczuwam najmniejszego niepokoju. Jestem zadowolony i
                żyję w doskonałym pokoju. Nigdy nie żywiłem najmniejszych
                wątpliwości. Nie przypominam sobie, by w chwili mojego nawrócenia
                dokonała się w moim umyśle jakakolwiek, intelektualna czy moralna,
                przemiana. Nie miałem silniejszej wiary w fundamentalne prawdy
                Objawienia i nie odczuwałem większego spokoju; nie stałem się
                gorliwszy. Moje nawrócenie było jak powrót do portu po wzburzonym
                morzu, a moje szczęście z tego powodu trwa niezakłócone do tej pory.

                Nie miałem również żadnych problemów z przyjęciem tych dodatkowych
                artykułów wiary, których nie znajduje się w doktrynie anglikańskiej.
                W niektóre z nich już wierzyłem, żaden wszelako nie stanowił dla
                mnie próby. Z największą łatwością wyznałem wiarę w te prawdy w
                chwili przyjęcia mnie do Kościoła Katolickiego i z taką samą
                łatwością wierzę w nie teraz. Daleki jestem oczywiście od tego, by
                zaprzeczać, że każdy artykuł religii chrześcijańskiej - wyznawanej
                przez katolików czy protestantów - najeżony jest trudnościami o
                charakterze intelektualnym. I faktem jest, że, gdy idzie o mnie, nie
                potrafię rozwiązać tych trudności. Wiele osób wykazuje ogromną
                wrażliwość na trudności towarzyszące religii. Jestem na nie wrażliwy
                jak każdy inny. Nigdy jednak nie potrafiłem dostrzec związku
                pomiędzy choćby najostrzejszym widzeniem tych trudności i mnożeniem
                ich do jakichkolwiek ilości - z jednej strony, z drugiej zaś
                wątpieniem w prawdy, którym towarzyszą. Według mnie dziesięć tysięcy
                trudności nie tworzy nawet jednej wątpliwości – trudność i
                wątpliwość są niewspółmierne. Trudności, rzecz jasna, mogą tkwić w
                dowodach, ja jednak mówię o trudnościach znajdujących się w samych
                doktrynach lub stosunkach, w jakich doktryny te pozostają względem
                siebie. Człowieka może irytować fakt, iż nie potrafi rozwiązać
                jakiegoś problemu matematycznego – którego ostateczny wynik jest lub
                nie jest mu dany – i nie wątpić przy tym, że problem ten ma
                rozwiązanie, lub że jakaś konkretna odpowiedź jest prawdziwa. Pośród
                wszystkich prawd wiary istnienie Boga uwikłane jest, moim zdaniem, w
                największe trudności, a jednak z ogromną siłą wyryte w naszych
                umysłach.


                • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:35
                  Mówi się, że trudno uwierzyć w naukę o Transsubstancjacji. Nie
                  wierzyłem w nią do chwili, gdy zostałem katolikiem. Nie miałem
                  żadnych trudności z jej przyjęciem, kiedy uwierzyłem, że Katolicki
                  Rzymski Kościół jest wyrocznią Boga i że uznał on tę prawdę za część
                  pierwotnego Objawienia. Przyznaję - jest trudna, niemożliwa wręcz do
                  pojęcia. Dlaczego jednak miałoby być trudno w nią uwierzyć?
                  Tymczasem Macaulay uważał, że tak trudno ją przyjąć, iż potrzebował
                  przykładu człowieka, który w nią wierzył, o talentach tak wybitnych
                  jak Sir Tomasz More, zanim uznał, że katolicy wieku oświecenia mogli
                  oprzeć się „przytłaczającej sile argumentów przeciwko tej
                  doktrynie“. „Sir Tomasz More“, mówi, „jest jednym z najlepszych
                  przykładów mądrości i cnoty, natomiast nauka o Transsubstancjacji
                  stanowi rodzaj próby ogniowej. Wiara, która przetrzyma tę próbę,
                  przetrzyma każdą próbę“. Jeżeli o mnie chodzi, to faktycznie nie
                  potrafię jej dowieść, nie umiem powiedzieć, w jaki sposób się
                  dokonuje. Powtarzam jednak, „dlaczego miałaby być niemożliwa? Cóż
                  może jej stać na przeszkodzie?“. „Cóż wiem o substancji lub materii?
                  Tyle, ile najwięksi filozofowie, czyli po prostu nic”. Potwierdza to
                  choćby fakt, że w naszych czasach powstała nawet szkoła
                  filozoficzna, według której to zjawiska konstytuują całość naszej
                  wiedzy fizycznej. Doktryna katolicka pozostawia zjawiska w spokoju:
                  nie mówi, że zjawiska znikają - przeciwnie, głosi, że pozostają; nie
                  twierdzi również, że te same zjawiska mogą występować w kilku
                  miejscach jednocześnie. Traktuje o tym, o czym nikt na świecie nic
                  nie wie – o substancjach materialnych. Podobnie jest z tą wzniosłą
                  prawdą tak anglikańskiej jak i katolickiej religii – doktryną o Bogu
                  w Trójcy Jedynym. Cóż ja wiem o istocie Boskiego Bytu? Wiem, że moje
                  pojęcie jedyności jest po prostu nie do pogodzenia z moją ideą
                  troistości, lecz gdy chodzi o ten konkretny fakt, nie mam żadnych
                  środków, by dowieść, że nie istnieje taki sens, w którym zarówno
                  jedność jak i troistość mogą być w równym stopniu orzekane o
                  niewyrażalnym Bogu.
                  • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:38
                    Zamierzam jednak – jak chcą ci, którzy mnie oskarżają - wziąć na
                    siebie odpowiedzialność nie tylko za doktrynę Kościoła. Mówią oni,
                    że teraz, ponieważ jestem katolikiem, choć sam może nie popełniłem
                    grzechów przeciwko uczciwości, z których musiałbym się tłumaczyć, to
                    przynajmniej odpowiadam za grzechy innych - za wykroczenia moich
                    współwyznawców, moich braci kapłanów, Kościoła samego. Chętnie
                    przyjmuję tę odpowiedzialność i tak jak udało mi się – jak ufam – za
                    pomocą kilku słów rozproszyć w umysłach tych, którzy nie zaczynają
                    od tego, że mi nie wierzą, podejrzenia, od których wychodzi tak
                    wielu protestantów tworzących sobie sąd o katolikach – mianowicie,
                    że nasza religia tkwi w zabobonie i hipokryzji, grzechach
                    pierworodnch katolicyzmu - tak teraz, jak i przedtem, utożsamiając
                    się z Kościołem, podejmuję się jego obrony. Nie zamierzam,
                    oczywiście, zaprzeczać, że w tej wielokształtnej, rozproszonej po
                    całym świecie wspólnocie istnieje z konieczności ogromna masa
                    grzechu i błędu. Zajmę się udowodnieniem tylko tego jednego punktu –
                    że system Kościoła nie jest w żadnym tego słowa znaczeniu nieuczciwy
                    i dlatego zwolennicy oraz nauczyciele tego systemu mają prawo, by
                    uwolnić ich od ohydnych oskarżeń o nieuczciwość.

                    Wychodząc zatem od istnienia Boga, (które, jak powiedziałem, jest
                    dla mnie równie pewne, co moje własne istnienie - choć gdy próbuję
                    nadać podstawom tej pewności jakąś logiczną postać, napotykam
                    trudności, które nie pozwalają mi wykonać tego zadania w
                    satysfakcjonujący mnie sposób), spoglądam poza siebie, na świat
                    ludzi, a to, co widzę, napełnia mnie niewypowiedzianym smutkiem.
                    Świat zdaje się po prostu zadawać kłam tej wielkiej prawdzie, która
                    wypełnia całe moje jestestwo. Skutek tego, z konieczności, jest
                    taki, że czuję się równie zagubiony, jak gdyby zaprzeczono mojemu
                    własnemu istnieniu. Gdybym spojrzał do lustra i nie zobaczył w nim
                    swojej twarzy, odczuwałbym to samo, co czuję teraz, gdy spoglądam na
                    ten żyjący, zabiegany świat i nie widzę w nim żadnego odbicia
                    Stwórcy. To właśnie stanowi jedną z wielkich trudności, które
                    towarzyszą tej absolutnie podstawowej prawdzie, o której właśnie
                    wspomniałem. Gdyby nie głos, który wyraźnie przemawia w moim
                    sumieniu i w moim sercu, to, patrząc na ten świat, powinienem zostać
                    ateistą, panteistą lub politeistą. Mówię tu tylko w swoim imieniu i
                    daleki jestem od tego, by odmawiać prawdziwej siły tym argumentom na
                    rzecz istnienia Boga, które wyprowadza się z ogólnych faktów
                    ludzkiego społeczeństwa i biegu historii. Argumenty te jednak nie
                    przynoszą ze sobą ani ciepła, ani światła; nie przeganiają z mego
                    serca zimy nieutulonego żalu i smutku; nie sprawiają, że w moim
                    wnętrzu zaczynają rozkwitać pąki i rosnąć listki; nie niosą mojemu
                    moralnemu jestestwu radości. Widok, jaki prezentuje świat, nie jest
                    niczym innym, jak tylko zwojem proroka, pełnym „narzekań, płaczu i
                    biadania“.

                    Przypatrzcie się światu jak długi i szeroki; zbadajcie jego
                    historię, tak różnorodne rasy ludzkie - ich początki, ich losy, ich
                    wzajemne wyobcowanie, ich konflikty; a następnie ich obyczaje,
                    nawyki, rządy, formy kultu, ich przedsięwzięcia; ich bezcelowe
                    dążenia, ich przypadkowe osiągnięcia i zdobycze, bezpłodny kres
                    długotrwałych wysiłków, tak nikłe i niewyraźne oznaki jakiegoś
                    nadprzyrodzonego planu, ślepą ewolucję wielkich potęg i prawd, bieg
                    wydarzeń który, zda się, wychodzi od bezrozumnych zasad i nie ma
                    przyczyn celowych; wielkość i małość człowieka, jego dalekosiężne
                    cele, jego krótkotrwałe życie, zasłonę wiszącą nad jego
                    przyszłością; rozczarowania życia, klęskę dobra, powodzenie zła, ból
                    fizyczny i duchowe cierpienie, wszechobecność i natężenie grzechu,
                    powszechne bałwochwalstwo, zepsucie; ponurą, beznadziejną
                    bezbożność; stan, w jakim się znajduje cały rodzaj ludzki – tak
                    przerażająco, a jednak tak dokładnie opisany przez
                    Apostoła: „pozbawiony nadziei i bez Boga w świecie”— cały ten widok
                    przyprawia o zawrót głowy i przeraża, i narzuca umysłowi uczucie
                    głębokiej tajemnicy, której rozwiązanie znajduje się całkowicie poza
                    możliwościami człowieka.
                    • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:40
                      Cóż można rzec w obliczu tej przeszywającej serce i oszałamiającej
                      rozum rzeczywistości? Mogę tylko powiedzieć, że albo nie ma żadnego
                      Stwórcy, albo to żyjące ludzkie społeczeństwo naprawdę zostało
                      odrzucone sprzed Jego oblicza. Gdybym zobaczył chłopca o pięknym
                      wyglądzie i bystrym umyśle, z wszelkimi oznakami szlachetnej natury,
                      rzuconego w świat bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, nie
                      potrafiącego powiedzieć, ani skąd pochodzi i gdzie się urodził, ani
                      jakie są jego związki rodzinne, musiałbym wyciągnąć wniosek, że w
                      jego historii kryje się jakaś tajemnica i że z tej czy innej
                      przyczyny jego rodzice się go wstydzą. Tylko w ten sposób mógłbym
                      wytłumaczyć kontrast pomiędzy obietnicą a rzeczywistymi warunkami
                      jego życia. I w ten sam sposób myślę o świecie — jeśli istnieje
                      jakiś Bóg, ponieważ istnieje jakiś Bóg, rodzaj ludzki uwikłany jest
                      w jakąś przerażającą pierwotną tragedię; drogi świata i Stwórcy
                      rozeszły się. Taki jest fakt - fakt równie pewny, jak istnienie
                      ludzkiej rasy; i w ten sposób nauka o tym, co w teologii nosi nazwę
                      grzechu pierworodnego, staje się dla mnie niemal tak pewna jak samo
                      istnienie świata i istnienie Boga.

                      Przypuśćmy teraz, że było błogosławioną i miłującą wolą Stwórcy
                      wtrącić się w ten anarchiczny stan rzeczy. Jakie w taki razie -
                      winniśmy założyć - byłyby metody, które, z konieczności i w sposób
                      naturalny, służyłyby realizacji Jego miłosiernych zamiarów? Skoro
                      świat znajduje się w tak anormalnym stanie, z pewnością nie
                      zdziwiłbym się, gdyby interwencja - z konieczności - była równie
                      nadzwyczajna lub, jak to się mówi, cudowna. Ta kwestia jednak nie
                      wchodzi w zakres moich obecnych rozważań. Cuda, traktowane jako
                      dowody, obejmują jakiś proces rozumowania czy dowodzenia. Ja
                      natomiast mam na myśli taki sposób wnioskowania, który nie
                      przechodzi od razu w dowodzenie. Pytam raczej, jaki musi być
                      przeciwnik, który mógłby się oprzeć gwałtownej sile namiętności oraz
                      niszczącemu i rozkładającemu wszystko sceptycyzmowi rozumu w
                      dziedzinie dociekań religijnych? Nie zamierzam zaprzeczać, że prawda
                      stanowi właściwy przedmiot naszego intelektu oraz że jeżeli ten nie
                      dochodzi do prawdy, to albo przesłanka, albo sam proces wnioskowania
                      zawierają jakiś błąd. Nie mówię tu jednak o prawym rozumie, lecz
                      rozumie, który rzeczywście i konkretnie działa w upadłym człowieku.
                      Wiem, że rozum jako taki, bez pomocy, jeżeli się go tylko właściwie
                      używa, prowadzi do wiary w Boga, nieśmiertelność duszy i przyszłą
                      odpłatę. Rozważam tu jednak władzę rozumu w jej faktycznych i
                      historycznych przejawach i, ujmując rzecz z tego punktu widzenia,
                      nie sądzę, bym się mylił, gdy powiem, że, gdy chodzi o religię,
                      rozum przejawia po prostu skłonność do niewiary. Żadna, choćby
                      najświętsza, prawda nie jest w stanie mu się oprzeć na dłuższą metę.
                      Dlatego też w świecie pogańskim, gdy przyszedł nasz Pan, ostatnie
                      ślady dawnej wiedzy religijnej niemal całkowicie zanikły na tych
                      obszarach, gdzie ludzki intelekt przez wiele pokoleń przejawiał
                      swoją aktywność.

                      • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:41
                        W naszych czasach sprawy przybrały podobny obrót. Poza Kościołem
                        Katolickim wszystko zmierza – z powodu specyfiki naszego stulecia w
                        znacznie szybszym tempie niż kiedyś - do takiej czy innej formy
                        ateizmu. Jakąż scenę, jaki widok prezentuje dzisiaj cała Europa! A
                        nie tylko Europa, lecz każdy rząd i każda cywilizacja na tym
                        świecie, która znalazała się pod wpływem umysłowości europejskiej! A
                        to nas tu najbardziej obchodzi - jakże przygnębiający z punktu
                        widzenia religii - nawet rozpatrywanej w jej najbardziej
                        elementarnej, rozrzedzonej postaci - jest spektakl, jaki prezentują
                        wykształcone umysły Anglii, Francji i Niemiec! Patrioci kochający
                        swój kraj i naród, ludzie religijni poza Kościołem Katolickim,
                        próbowali różnych sposobów, by zapanować nad niepohamowaną,
                        samowolną naturą ludzką i powstrzymać ją na drodze do niewiary.
                        Powszechnie uznaje się konieczność jakieś formy religii dla
                        zabezpieczenia interesów ludzkości. Gdzież jednak szukać tego
                        konkretnego przedstawiciela rzeczy niewidzialnych, który
                        dysponowałby taką siłą i odpornością, że mógłby stać się zaporą
                        chroniącą przed potopem? Trzy stulecia temu w krajach, które
                        odłączyły się od Kościoła Katolickiego, uznano, że upaństwowienie
                        religii - materialne, prawne i społeczne – stanowi najlepszy środek
                        do osiągnięcia tego celu. I przez długi czas tego rodzaju
                        rozwiązanie sprawdzało się w praktyce. Obecnie jednak, przez
                        szczeliny i pęknięcia, wróg wdziera się do Kościoła państwowego.
                        Trzydzieści lat temu ufność pokładano w edukacji; dziesięć lat temu
                        pojawiła się nadzieja, że pod wpływem handlu oraz dzięki panowaniu
                        sztuk pięknych i użytkowych na zawsze ustaną wojny. Ale czy znajdzie
                        się ktoś, kto zaryzykuje stwierdzenie, że gdziekolwiek na tej ziemi
                        znajduje się coś, dzięki czemu moglibyśmy wstrzymać świat w jego
                        dalszym pochodzie?

                        Sąd, który rozum wydaje o tych instytucjonalnych podporach jako
                        środkach mających w anarchicznym świecie zachować prawdę religijną,
                        musi zostać rozszerzony nawet na Pismo Święte, chociaż pochodzi od
                        Boga. Doświadczenie dowodzi, że Biblia nie służy celom, dla których
                        nigdy jej nie przeznaczono. Może, przypadkowo, stać się środkiem
                        nawrócenia pojedynczych ludzi, poza tym jednak księga jako taka nie
                        potrafi oprzeć się atakom dzikiego rozumu ludzkiego i obecnie
                        zaczyna potwierdzać, w aspekcie swej struktury i treści, siłę tego
                        powszechnego czynnika rozkładu, który z takim powodzeniem wpływa na
                        religię panującą.

                        • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:42
                          Zakładając zatem, że Stwórca zechciał ingerować w sprawy ludzi i
                          zabezpieczyć zachowanie w świecie poznanie swojej Osoby - poznanie
                          na tyle jasne i określone, by mogło oprzeć się energii ludzkiego
                          sceptycyzmu - wówczas (daleki jestem od tego, by twierdzić, że nie
                          istniał inny sposób) nie byłoby niczym dziwnym, gdyby uznał za
                          właściwe wprowadzić na świat potęgę, która w sprawach religii
                          posiada przywilej nieomylności. Władza taka byłaby bezpośrednim,
                          czynnym i szybko działającym środkiem zdolnym zaradzić pojawiającym
                          się trudnościom; byłby to instrument adekwatny do potrzeb. I kiedy
                          słyszę, że Kościół Katolicki głosi, iż jest takim instrumentem, nie
                          tylko nie znajduję żadnych trudności w uznaniu tej idei, ale wręcz
                          uważam, że ta niejako sama narzuca się mojemu rozumowi. Dochodzę w
                          ten sposób do nieomylności Kościoła - ustanowionej przez
                          miłosiernego Stwórcę w celu zachowania religii w świecie oraz po to,
                          abyby ująć w karby wolność myśli (która sama w sobie jest oczywiście
                          jednym z naszych największych naturalnych darów) i ochronić ją przed
                          jej samobójczymi ekscesami. Proszę zauważyć, że ani teraz, ani
                          później nie będę miał okazji, by mówić bezpośrednio o treści
                          Obajwienia, lecz jedynie o sankcji, jakiej udziela ono prawdom,
                          które można poznać niezależnie od niego - czyli o tyle, o ile wiąże
                          się z obroną religii naturalnej. Twierdzę, że władza obdarzona
                          nieomylnością w sprawach religii jest doskonałą bronią, która na
                          przestrzeni ludzkich dziejów potrafiła odeprzeć ogromną energię
                          agresywnego, kapryśnego i wiarołomnego rozumu. Proszę, by czytelnicy
                          mieli na uwadze, że w tym, co mówię i co jeszcze powiem, cały czas
                          pamiętam o moim głównym celu, którym jest obrona siebie samego!

                          Później stanie się jasne, że bronię się tutaj przed pozornie
                          słusznym zarzutem, jaki wysuwa się przeciwko katolikom. Otóż według
                          niego ja, jako katolik, nie tylko utrzymuję, że wierzę w doktryny, w
                          które w głębi serca wierzyć nie mogę, ale również przyjmuję
                          istnienie na ziemi potęgi, która, według własnej woli i kiedy jej
                          się spodoba, odwołując się do swojej nieomylności, narzuca ludziom
                          dowolne nowe prawdy wiary; i że wskutek tego moje własne myśli nie
                          są moją własnością; że nie jestem w stanie powiedzieć, czy jutro nie
                          będę musiał odrzucić tego, w co wierzę dzisiaj i że koniecznym
                          rezultatem takiego stanu umysłu musi być albo upadlające
                          zniewolenie, albo zacięty wewnętrzny opór, który znajduje ujście w
                          skrytej niewierze, albo połączona z uczuciem obrzydzenia konieczność
                          ignorowania całego zagadnienia religii i mechaniczne powtarzanie
                          wszystkiego, co mówi Kościół i pozostawienie innym obrony jego
                          nauki. Wyjaśniłem wcześniej, jaki jest mój stosunek do doktryny
                          katolickiej, teraz powiem o moim stanowisku wobec nieomylności
                          Kościoła.

                          • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:44
                            Przede wszystkim nauka o nieomylnym nauczycielu stanowi silny
                            protest przeciw sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie rodzaj
                            ludzki. Człowiek zbuntował się przeciw swemu Stwórcy i właśnie ten
                            fakt spowodował boską interwencję - pierwszym aktem Boskiego
                            Posłańca musi być ogłoszenie tej prawdy. Kościół musi potępić bunt
                            jako największe możliwe zło. Nie wolno mu iść z nim na żadne układy -
                            jeżeli chce dochować wiary swemu Mistrzowi, rebelia musi być
                            zakazana i wyklęta. Takie było znaczenie mojej wypowiedzi, która
                            dostarczyła podstaw jednemu z tych szczególnych zarzutów, na który
                            obecnie odpowiadam. Nie mam jednak w tej materii żadnych win do
                            wyznania. Niczego nie muszę odwoływać i dlatego zupełnie świadomie
                            powtarzam tutaj tamto stwierdzenie. Powiedziałem wówczas: „Kościół
                            Katolicki uważa, że lepiej, aby słońce i księżyć spadły z nieba, by
                            ziemia zatrzymała się w miejscu, a rzesze, które ją zamieszkują,
                            umierały z głodu w najgorszych męczarniach (chodzi o cierpienia
                            doczesne), niż by jedna dusza - nie powiem: uległa zatraceniu - ale
                            popełniła choćby jeden grzech powszedni, świadomie powiedziała jedną
                            tylko nieprawdę lub przywłaszczyła sobie jeden marny grosz bez
                            jakiejś racji.” Uważam, że wyłożona tu zasada stanowi jedynie
                            preambułę formalnego uwierzytelnienia Kościoła Katolickiego, tak jak
                            akt Parlamentu mógłby zaczynać się od jakiegoś „Zważywszy że...” To
                            z powodu natężenia grzechu, w którym pozostaje rodzaj ludzki,
                            wprowadzono na świat przeciwnika zdolnego stawić mu czoła i
                            pierwszym aktem tej ustanowionej przez Boga potęgi będzie rzucenie
                            wrogowi wyzwania i pokonanie go. Zatem taka preambuła określa sens
                            pozycji Kościoła w świecie i wyjaśnia całą jego historię, nauczanie
                            i działanie.

                            W podobny sposób Kościół zawsze energicznie i jasno wykładał te inne
                            wielkie podstawowe prawdy, które albo stanowią wyjaśnienie jego
                            posłannictwa, albo określają charakter jego działania. Nie naucza,
                            że ludzka natura jest bezpowrotnie stracona, bo jeśli tak, to na
                            czym miałaby polegać jego misja? Nie twierdzi, że naturę tę należy
                            rozbić i niejako od nowa odbudować - lecz wyzwolić, oczyszczyścić i
                            przywrócić do stanu łaski. Nie głosi, że natura ludzka to po prostu
                            masa beznadziejnego zła, ale że obiecano jej wielkie rzeczy i nawet
                            teraz, w swoim obecnym stanie nieuporządkowania i grzechu, posiada
                            sobie właściwe cnoty i chwałę. Kościół wie jednak i naucza, że
                            odrodzenie, do którego zmierza, dokonuje się nie tylko poprzez
                            stosowanie pewnych zewnętrznych środków głoszenia i nauczania -
                            nawet jeżeli jest to jego nauczanie i głoszenie - lecz dzięki
                            wewnętrznej mocy duchowej lub łasce udzielanej bezpośrednio z góry
                            za jego pośrednictwem. Kościół ma za zadanie wyzwolić ludzką naturę
                            z jej nędzy - ale nie przez zwykłe podniesienie na poprzedni poziom,
                            lecz przez wyniesienie jej na poziom wyższy. Kościół uznaje
                            istnienie w ludzkiej naturze prawdziwej - choć zbrukanej - moralnej
                            doskonałości, nie może jej jednak uwolnić z ziemi inaczej, jak tylko
                            podnosząc ją ku niebu. Dla wypełnienia tego zadania złożono w rękach
                            Kościoła odradzającą łaskę i dlatego, z powodu natury tego daru,
                            Kościół z całą mocą podkreśla, że każde prawdziwe nawrócenie musi
                            rozpocząć się od źródeł myśli i naucza, że osoba ludzka musi być
                            zdrową i doskonałą świątynią Boga, gdy zarazem jest ona jednym z
                            żyjących kamieni, które budują widzialną wspólnotę religijną. W ten
                            sposób rozróżnienia pomiędzy naturą i łaską oraz pomiędzy zewnętrzną
                            i wewnętrzną religią stają się dwoma kolejnymi artykułami wiary,
                            które należą do tego, co określiłem mianem preambuły boskiego
                            posłannictwa Kościoła.

                            Tego rodzaju prawdy Kościół energicznie potwierdza i podaje ludziom
                            pod rozwagę. Gdy idzie o te prawdy, nie stosuje żadnych półśrodków,
                            żadnej powściągliwości, żadnej delikatności ani
                            roztropności. ,,Musicie się narodzić na nowo” - oto prosta,
                            bezpośrednia forma wypowiedzi, którą posługuje się na wzór swego
                            Boskiego Mistrza: ,,cała wasza natura musi się odrodzić - wasze
                            namiętności i wasze uczucia, wasze zamierzenia, i wasze sumienia, i
                            wasza wola i wreszcie last but not least wasz intelekt - muszą obmyć
                            się w nowym żywiole i zostać ponownie poświęcone waszemu Stwórcy.” Z
                            powodu przypominania tych punktów nauki Kościoła na mój własny
                            sposób pewne fragmenty jednego z tomów moich kazań spotkały się z
                            ogólnym oskarżeniem, jakie wysuwa się pod adresem moich przekonań
                            religijnych. Autor owych zarzutów orzekł, że albo jestem szalony -
                            jeśli wierzyłem, albo pozbawiony jakichkolwiek zasad - jeżeli nie
                            wierzyłem - w swoje własne stwierdzenia: że mianowicie leniwa,
                            obdarta, brudna, dopuszczająca się niekiedy kłamstwa żebraczka,
                            jeżeli tylko zachowała czystość, trzeźwość, pogodę ducha i była
                            religijna, może żywić nadzieję, że pójdzie do nieba - gdy nadziei
                            takiej absolutnie nie może mieć utalentowany polityk, prawnik czy
                            arystokrata - choćby zawsze był sprawiedliwy, prawy, wielkoduszny,
                            godny szacunku i sumienny, jeżeli nie ma również jakiegoś udziału w
                            łasce Bożej. Otóż uważam, że przed tego rodzaju krytyką bronią mnie
                            słowa naszego Pana, które Ten skierował do arcykapłanów: „Celnicy i
                            nierządnice wchodzą przed wami do Królestwa Niebieskiego.” Tę samą
                            parę alternatywnych oskarżeń wysunięto pod moim adresem, ponieważ
                            ośmieliłem się powiedzieć, że przyzwolenie na nieczyste pragnienia
                            jest czymś nieskończenie bardziej złym niż kłamstwo ujęte w
                            oderwaniu od jego przyczyn, motywów i konsekwencji: kłamstwo bowiem,
                            rozpatrywane samodzielnie - niezależnie od tego, jak byłoby
                            haniebne, podłe, szkodliwe dla porządku społecznego czy zasługujące
                            na publiczne potępienie - jest przypadkową wypowiedzią, niemal
                            czysto zewnętrznym aktem, który nie pochodzi wprost z ludzkiego
                            serca. Mamy natomiast wyraźne słowa naszego Pana, który mówi,
                            że „każdy, kto pożądliwie spogląda na kobietę, w swoim sercu już
                            dopuścił się z nią cudzołóstwa.” Teksty te z całą pewnością dają mi
                            takie samo prawo wierzyć w doktryny, które wywołały tak wielkie
                            zaskoczenie, jak i w grzech pierworodny, w Nadprzyrodzone Objawienie
                            lub w to, że jedna z Osób Boskich cierpiała na krzyżu, a także że
                            kara za grzechy trwa wiecznie.

                            • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:45
                              Przechodząc teraz od tego, co nazwałem preambułą aktu udzielenia
                              Kościołowi nieomylności, do samej nieomylności, chcę poczynić dwie
                              krótkie uwagi: 1. z jednej strony nie określam tu niczego na temat
                              zasadniczego podmiotu tej władzy, jest to bowiem zagadnienie
                              doktrynalne, a nie historyczne czy praktyczne; 2. z drugiej zaś nie
                              rozszerzam bezpośredniego obszaru zagadnień, nad którymi rozciąga
                              się jurysdykcja nieomylności, poza kwestie religijne. A teraz kilka
                              słów o samej nieomylności.

                              Władza ta, rozważana w całej pełni, jest równie ogromna jak zło,
                              które ją poprzedziło. Gdy podejmuje działania i zabiera głos - lecz
                              tylko w ramach swoich uprawnień, w przeciwnym bowiem razie
                              oczywiście zachowuje milczenie - utrzymuje, że doskonale zna
                              prawdziwe znaczenie każdej części i każdego szczegółu Boskiego
                              Przesłania, które nasz Pan powierzył Apostołom. Twierdzi, że zna
                              swoje własne granice i że sama rozstrzyga, co może i czego nie może
                              określać w sposób absolutny. Utrzymuje nadto, że jej jurysdykcja
                              rozciąga się również na stwierdzenia, które nie dotyczą bezpośrednio
                              religii - w tym sensie, że może określać, czy wiążą się one
                              pośrednio z religią i, zgodnie z własnym sądem, rozstrzygać, czy w
                              konkretnym przypadku stwierdzenia te pozostają w harmonii z prawdą
                              objawioną. Władza ta rości sobie prawo do ostatecznego orzekania -
                              obojętne, czy w obrębie swoich kompetencji, czy poza nim - że takie
                              i takie stwierdzenia są lub nie są - co do swego ducha lub z racji
                              konsekwencji, do których prowadzą - szkodliwe dla Depositum wiary -
                              i odpowiednio dopuszcza je lub potępia i zabrania ich głoszenia.
                              Twierdzi, że ma prawo według własnego uznania nakazywać milczenie we
                              wszelkich kwestiach i kontrowersjach doktrynalnych, które, w oparciu
                              o własne ipse dixit , ogłasza jako niebezpieczne, nieporządane lub
                              nie na czasie. Domaga się, by katolicy, niezależnie od tego, co
                              sądzą o tych aktach, przyjęli je z tymi zewnętrznymi oznakami czci,
                              poddania i lojalności, jakie, na przykład, Anglicy okazują w
                              obecności swego suwerena, nie krytykując ich, ponieważ - na
                              przykład - ich materia jest nieodpowiednia lub dlatego, że narzucono
                              je siłą. I wreszcie naucza, że może wymierzać kary duchowe; odciąć
                              nieposłusznych od zwyczajnych kanałów łaski i ekskomunikować tych,
                              którzy odmawiają podporządkowania się jej formalnym deklaracjom.
                              Taka jest nieomylność spoczywająca w Kościele Katolickim,
                              rozpatrywana w swoich konkretnych przejawach, ozdobiona i otoczona
                              oznakami swojej wzniosłej suwerenności; jest to, by powtórzyć, co
                              powiedziałem wcześniej, nadzwyczajna i ogromna potęga, zesłana na
                              ziemię, by pokonać i zapanować nad gigantycznym złem.

                              A teraz wyznaję swoje całkowite posłuszeństwo wobec roszczeń tej tak
                              scharakteryzowanej potęgi. Wierzę w całą objawioną prawdę - jak była
                              głoszona przez Apostołów, jak przez Apostołów została powierzona
                              Kościołowi i jak przez Kościół została ogłoszona mnie. Przyjmuję ją
                              w nieomylnej interpretacji Autorytetu, któremu została powierzona i
                              jak dalej będzie interpretowana przez ten sam Autorytet aż po kres
                              czasów. Przyjmuję ponadto powszechnie akceptowane tradycje Kościoła,
                              w których zawarta jest materia tych nowych orzeczeń dogmatycznych,
                              jakie są od czasu do czasu ogłaszane i które zawsze stanowiły tło i
                              ilustrację już zdefiniowanych dogmatów. Poddaję się także tym innym -
                              teologicznym czy nie teologicznym - decyzjom Stolicy Świętej, które
                              ta podejmuje poprzez ustanowione przez siebie organa, i które,
                              pozostawiając na boku kwestię ich nieomylności, domagają się ode
                              mnie akceptacji i posłuszeństwa. Uważam również, że stopniowo, z
                              upływem wieków, katolickie dociekania teologiczne przyjęły pewien
                              określony kształt i przybrały postać nauki z własną metodą i
                              terminologią pod intelektualnym przewodnictwem takich wielkich
                              umysłów jak św. Atanazy, św. Augustyn i św. Tomasz. Nie odczuwam też
                              najmniejszej pokusy, aby niszczyć to wielkie dziedzictwo myśli,
                              które zostało nam przekazane dla czasów współczesnych.

                              A skoro taka jest moja wiara, którą z całego serca wyznaję i którą,
                              o ile wiem, wyznaje cały Kościół Katolicki, to, na pierwszy rzut
                              oka, mogłoby się wydawać, że niespokojny ludzki intelekt zostaje
                              zupełnie skrępowany, a wszelkie niezależne wysiłki i działania
                              całkowicie uniemożliwione. Jeżeli zatem to jest sposób na
                              zdyscyplinowanie rozumu, to zostaje on zdyscyplinowany po to
                              jedynie, by zostać unicestwiony. Rzecz ma się jednak inaczej i nie
                              taki, jak rozumiem, był zamiar Opatrzności, która ustanowiła
                              nieomylność jako wielkie remedium na wielkie zło. Potwierdza to
                              miniona historia konfliktu pomiędzy nią i rozumem oraz perspektywy
                              trwania tego konfliktu w przyszłości. Energia ludzkiego umysłu
                              rośnie, gdy ten napotyka opór. Intelekt doskonale się rozwija i
                              raduje się swoją niezmożoną, prężną siłą pod potężnymi ciosami tej
                              ustanowionej przez Boga broni. Nigdy też nie jest bardziej sobą jak
                              wówczas, gdy zostaje pokonany. Pisarze protestanccy utrzymują na
                              ogół, że w historii religii działają dwie wielkie zasady - Autorytet
                              i Sąd Prywatny i że protestanci zachowują całkowitą swobodę
                              wydawania sądów my zaś odziedziczyliśmy życie w niewoli Autorytetu.
                              Tak jednak nie jest. Jedynie Kościół Katolicki - i tylko on -
                              stanowi arenę, na której mogą spotkać się ci dwaj przeciwnicy w
                              przerażającym, nigdy nie kończącym się pojedynku. Z punktu widzenia
                              historii i rozlicznych działań religii czymś absolutnie koniecznym
                              jest, by owa walka trwała bezustannie. Każdy akt nieomylności
                              stanowi wynik intensywnych i różnorodnych operacji rozumu (który
                              jest jej sojusznikiem i przeciwnikiem zarazem) i prowokuje
                              następnie - gdy ów akt został już dokonany - kolejną reakcję rozumu.
                              I - by posłużyć się przykładem z dziedziny polityki - tak jak
                              Państwo istnieje i trwa dzięki rywalizacji i konfliktom, uzurpacji
                              uprawnień i klęską konstytuujących je elementów, tak też
                              Chrześcijaństwo Katolickie nie jest prostym przykładem religijnego
                              absolutyzmu, lecz stanowi arenę ciągłych zmagań Autorytetu i Sądu
                              Prywatnego, które na przemian bądź to biorą górę, bądź się wycofują -
                              niczym przypływy i odpływy oceanu. Kościół to ogromna rzesza ludzi
                              o upartych umysłach i dzikich namiętnościach, których piękno i
                              majestat Mocy Nadprzyrodzonej zebrały razem w tym, co można
                              przyrównać do ogromnego zakładu poprawczego czy szkoły - nie do
                              szpitala czy więzienia; nie po to, by kazać im iść spać czy żywcem
                              pogrzebać. Zebrano ich razem (jeśli wolno mi zmienić metaforę) jak
                              gdyby w jakiejś moralnej fabryce, w której surową ludzką naturę -
                              tak doskonałą, tak niebezpieczną, zdolną do posłuszeństwa Bożym
                              zamiarom - poddaje się nieustannemu i głośnemu procesowi rozkładania
                              i oczyszczania, aby ją ukształtować na nowo.
                              • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:47
                                Św. Paweł pisze, że jego apostolskiej władzy udzielono mu dla
                                budowania – nie dla niszczenia. Nie istnieje lepsze ujęcie
                                nieomylności Kościoła: ma ona zaradzić konkretnej potrzebie i poza
                                tę potrzebę nie wykracza. Celem – i skutkiem działania nieomylności
                                nie jest osłabienie wolności czy energii ludzkiej myśli w obszrze
                                dociekań religijnych, lecz kontrola i nadzór nad jej wybrykami.
                                Jakie były wielkie dzieła nieomylności? Wszystkie zostały dokonane w
                                obszarze teologii: zwalczenie arianizmu, eutychianizmu,
                                pelagianizmu, manicheizmu, luteranizmu, jansenizmu - oto imponujące
                                skutki jej działania w przeszłości. Teraz zaś o otrzymanym przez nas
                                zapenieniu, że w przyszłości nieomylność zawsze będzie działać w ten
                                sam sposób.

                                Przede wszystkim nieomylność nie może w swych działaniach wykraczać
                                poza wyraźnie określonym krąg zagadnień i we wszystkich swych
                                decyzjach - czy definicjach , jak się je nazywa - musi trzymać się
                                tych granic. Te zaś wyznaczone są przez wielkie prawdy prawa
                                moralnego, religii naturalnej oraz wiary apostolskiej i zarazem
                                stanowią fundament nieomylności, której nie wolno poza nie wychodzić
                                i do których zawsze musi się odwoływać. Zarówno krąg zagadnień jak i
                                artykuły należące do obszaru działania nieomylność są raz na zawsze
                                określone. Nieomylna władza zawsze musi kierować się się Pismem Św.
                                i Tradycją; musi odnosić się do prawd apostolskich, które narzuca
                                wiernym lub (jak to się zwykło określać) definiuje . W przyszłości
                                zatem nic nie może zostać mi przedstawione jako część wiary, jak
                                tylko to, co już powinienem byłem przyjąć, a czego do tej pory nie
                                przyjąłem po prostu dlatego, że mi tego nie wyjaśniono. Nie może
                                zostać mi narzucone nic, co różniłoby się od tego, w co już wierzę—a
                                tym bardziej, co by z tym pozostawało w sprzeczności. Nowa prawda,
                                która zostaje ogłoszona - jeżeli już trzeba nazywać ją nową – musi
                                być przynajmniej jednorodna, pokrewna, zawarta w i powiązana ze
                                starymi prawdami; musi być taka, że mógłbym domyślić się, że
                                stanowi – lub życzyć sobie by stanowiła – część Apostolskiego
                                Objawienia, a przynajmniej posiadać takie cechy, że mój umysł
                                chętnie zgodzi się ją przyjąć, gdy tylko o niej usłyszy. Być może ja
                                i inni tak naprawdę zawsze w nią wierzylismy i jedyna rzecz, która w
                                tym momencie zostaje rozstrzygnięta, to ta, że mogę mieć odtąd
                                satysfakcję, iż muszę wierzyć - że przez cały czas wierzyłem - w to,
                                w co przede mną wierzyli Apostołowie.

                                Weźmy dogmat, który zdaniem protestantów stanowi największą trudność
                                naszej doktryny - Niepokalne Poczęcie Najświętszej Marii Panny.
                                Proszę, by czytelnik przypomniał sobie główny tok moich rozważań,
                                który jest następujący: nie mam żadnych trudności z przyjęciem tej
                                prawdy wiary, a to dlatego że pozostaje ona w doskonałej harmonii z
                                tym kręgiem uznanych dogmatów, do którego niedawno ją włączono —
                                skoro jednak ja nie mam żadnych trudności, dlaczego również inni nie
                                mieliby ich nie mieć? Dlaczego nie stu ludzi? Dlaczego nie tysiąc?
                                Otóż jestem pewien, że katolicy na ogół nie mają żadnych trudności z
                                przyjęceim dogmatu o Niepokalanym Poczęciu i że nie ma powodu, dla
                                którego mieliby mieć takie trudności. Kapłani nie mają żadnych
                                trudności - mówicie mi, że powinni mieć, ale nie mają. Uwierzcie, że
                                inni mogą myśleć i odczuwać w sposób bardzo różny od waszego.
                                Dlaczego zatem ludzie, gdy pozostawić ich samym sobie, popadają w
                                tak odmienne formy religii, jeżeli nie dlatego, że istnieją pośród
                                nich różne, bardzo od siebie odmienne typy umysłowości? Tak więc na
                                podstawie mojego świadectwa o mnie samym - jeśli w nie wierzycie -
                                sądźcie o innych katolikach: my nie znajdujemy tych trudności, jakie
                                wy znajdujecie, w doktrynach, w które wierzymy. Nie doświadczamy
                                żadnych intelektualnych trudności, gdy chodzi o tę szczególną
                                doktrynę, którą wy nazywacie współczesną nowinką. My, kapłani, nie
                                musimy być hipokrytami, chociaż każe się nam wierzyć w Niepokalane
                                Poczęcie. Dla ogromnych rzesz ludzkich wyznających chrześcijaństwo
                                według naszego sposobu – co do szczególnego charakteru, ducha i
                                światła (obojętne jakim posłużymy się słowem), sposobu, w jaki
                                wierzą katolicy — przyjęcie, że Najświętsza Maria Panna została
                                poczęta bez grzechu pierworodnego, nie stanowi żadnego problemu.
                                Zresztą, katolicy nie zaczęli wierzyć w tę prawdę, ponieważ została
                                ona zdefiniowana, ale zdefiniowano ją, ponieważ katolicy w nią
                                wierzyli.

                                Tak więc definicja z 1854 nie tylko nie była dla świata katolickiego
                                jakimś tyrańskim ciosem, ale została przyjęta z największym
                                entuzjazmem. Promulgowano ją w odpowiedzi na jednomyślne petycje
                                słane do Stolicy Świętej ze wszystkich części Kościoła z prośbą o
                                definicję ex cathedra , że doktryna ta jest apostolska - i dlatego
                                jako taką ją ogłoszono. Nigdy nie słyszałem o żadnym katoliku, który
                                miałby trudności z przyjęciem tej doktryny, a którego wiara już z
                                innych powodów nie byłaby podejrzana. Oczywiście istnieli poważni i
                                dobrzy ludzie, których niepokoiła wątpliwość, czy w oparciu o Pismo
                                Św. i Tradycję można dowieść w sposób formalny, że nauka o
                                Niepokalanym Poczęciu pochodzi od Apostołów. Z tej przyczyny ludzie
                                ci, choć sami w nią wierzyli, nie wiedzieli, jakim sposobem mogłaby
                                zostać ogłoszona przez Najwyższą Władzę i narzucona wszystkim
                                katolikom jako prawda wiary. Jest to jednak odrębne zagadnienie.
                                Chodzi o to, czy nauka o Niepokalanym Poczęciu stanowi dla
                                wierzących jakiś ciężar. Otóż moim zdaniem nie. Co więcej, szczerze
                                uważam, że św. Bernard i św. Tomasz, którzy w swojej epoce mieli
                                wobec niej pewne wątpliwości, gdyby dożyli naszych czasów,
                                przyjęliby ją z radością. Ich trudności, moim zdaniem, dotyczyły
                                kwestii terminologicznych, idei i argumentów. Uważali, że doktryna o
                                Niepokalanym Poczęciu jest niezgodna z innymi doktrynami i że
                                argumentom tych, którzy jej w owym okresie bronili, brakowało
                                precyzji, która została osiągnięta w wyniku długich dysput w
                                następnych stuleciach - a właśnie z tego braku precyzji brały się
                                wszystkie różnice opinii i kontrowersje.

                                • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:48
                                  Przypadek, o którym wspomniałem, sugeruje inną jeszcze uwagę: liczba
                                  tych tzw. nowych doktryn nie będzie nas przygniatać, jeżeli potrzeba
                                  aż ośmiu wieków, by ogłosić choćby jedną z nich - tyle mniej więcej
                                  trwało przygotowanie definicji o Niepokalanym Poczęciu. Jest to
                                  oczywiście przypadek nadzwyczajny, trudno jednak powiedzieć, jak
                                  wygląda zwyczajny, jeśli się pamięta, jak niewiele jest tych
                                  formalnych okazji, gdy Nieomylność uroczyście podnosi swój głos. W
                                  sposób naturalny za właściwy podmiot nieomylnej władzy uważamy
                                  Papieża i Sobór Powszechny: otóż w historii chrześcijaństwa było
                                  tylko osiemnaście takich soborów — przeciętnie jeden w każdym
                                  stuleciu — z tych zaś niektóre nie wydały żadnych orzeczeń, inne
                                  zajmowały się tylko jednym zagadnieniem, a wiele z nich dotyczyło
                                  jedynie zasadniczych punktów doktryny. Prawda, Sobór Trydencki zajął
                                  się szerokim spektrum zagadnień doktrynalnych; do jego kanonów
                                  zastosowałbym jednak uwagę poczynioną już w tym moim kazaniu
                                  uniwersyteckim, które skrytykowano w Pamflecie, który, z kolei,
                                  spowodował powstanie tej książki. Powiedziałem tam, że poszczególne
                                  wersy Atanazjańskiego Wyznania wiary stanowią jedynie powtórzenie -
                                  w różnej postaci - jednej i tej samej idei. I podobnie Dekrety
                                  Soboru Trydenckiego nie dotyczą odrębnych zagadnień, lecz w
                                  szczegółowy sposób i w kilku oddzielnych deklaracjach wykładają
                                  kilka koniecznych prawd. Tę samą uwagę zastosowałbym do kilku
                                  wydanych przez papieży i przyjętych przez Kościół potępień
                                  teologicznych oraz, ogólnie, do papieskich orzeczeń dogmatycznych.
                                  Przyznaję, na pierwszy rzut oka decyzje te, z racji swej ilości,
                                  wydają się stanowić większy ciężar dla wiary poszczególnych osób
                                  aniżeli kanony soborowe. Nie wierzę jednak, aby naprawdę stanowiły
                                  taki ciężar. Nie chodzi o to, że katolicy - świeccy czy kapłani - są
                                  na tę kwestię obojętni lub też że z powodu jakiejś lekkomyślności,
                                  przyjmą wszystko, cokolwiek im się przedłoży, albo że są gotowi, jak
                                  prawnicy, mówić według uprzednio napisanego streszczenia; ale w tego
                                  rodzaju potępieniach Stolica Święta angażuje się przede wszystkim w
                                  odrzucenie jednej lub dwóch wielkich linii błędu, takich jak
                                  luteranizm czy jansenizm, zasadniczo etycznych - nie doktrynalnych -
                                  które odbiegają od myśli katolickiej i wyraża to jedynie, co każdy
                                  dobry, nawet niewykształcony katolik o przeciętnych zdolnościach,
                                  kierując się swoim zdrowym rozsądkiem, sam by powiedział, gdyby
                                  przedstawiono mu dane zagadnienie.
                                  • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:49
                                    Chciałbym teraz uczciwie powiedzieć, co, moim zdaniem, stanowi
                                    wielką próbę dla rozumu stojącego na przeciw tej wzniosłej
                                    prerogatywy Kościoła Katolickiego, która jest przedmiotem moich
                                    rozważań. Szeroko opisałem konkretne formy i okoliczności, w jakich
                                    nieomylny autorytet prezentuje się katolikom. Autorytet ten został
                                    wyposażony w prerogatywę jurysdykcji pośredniej, która dotyczy
                                    zagadnień leżących poza właściwymi granicami jego kompetencji.
                                    Posiada tę jurysdykcję z bardzo ważnych powodów. Nie mógłby działać
                                    w swojej własnej prowincji, gdyby nie miał prawa wykraczać poza nią.
                                    Nie mógłby właściwie bronić prawdy religijnej, gdyby nie nie było mu
                                    wolno domagać się dla niej tego, co można określić jako jej pomœria -
                                    przedmurze ; lub, by wziąć inny przykład, gdyby nie mógł działać w
                                    sposób, w jaki my działamy jako naród, który za własny uważa nie
                                    tylko kraj, w którym żyjemy, lecz również to, co określamy wodami
                                    terytorialnymi Brytanii. Kościół Katolicki nie tylko twierdzi, że ma
                                    prawo wydawać nieomylne sądy w kwestiach religijnych, lecz że wolno
                                    mu również krytykować te pozateologiczne opinie, które wpływają na
                                    religię - a więc poglądy z dziedziny filozofii, nauki, literatury i
                                    historii - i żąda naszego posłuszeństwa wobec tych roszczeń.
                                    Twierdzi, że może potępiać książki, nakazywać ich autorom milczenie
                                    i zabraniać dyskusji. W tym obszarze - wziętym całościowo - Kościół
                                    nie tyle przemawia doktrynalnie, co narzuca pewne środki
                                    dyscyplinujące. Oczywiście należy mu się podporządkować bez słowa
                                    sprzeciwu, a być może, z upływem czasu, wycofa się milcząco z
                                    wydanych przez siebie zakazów. W takich przypadkach kwestie wiary w
                                    ogóle nie wchodzą w grę, to bowiem, co stanowi materię wiary, jest
                                    zawsze prawdziwe i nigdy nie może zostać odwołane. Z faktu, że w
                                    Kościele Katolickim złożony został dar nieomylności, nie wynika
                                    również, że ci, którzy nim zawiadują, są nieomylni we wszystkim, co
                                    robią. „O, cudowna to rzecz,” mówi poeta „posiadać moc olbrzyma,
                                    lecz tyrańska korzystać z niej jak olbrzym.” Sądzę, że historia
                                    dostarcza nam przykładów, kiedy w Kościele władza została nadużyta -
                                    przyznać, że tak było, to potwierdzić, że boski skarb, by posłużyć
                                    się słowami Apostoła, złożono w „glinianych naczyniach”. Nie wynika
                                    stąd również, że istota aktów władzy jest niesłuszna czy
                                    niewłaściwa, ponieważ ich forma mogła być obciążona jakimiś
                                    defektami. Najwyższa władza działa za pośrednictwem niższych
                                    organów, a wiemy, jak często organa te uzurpują sobie imię swoich
                                    mocodawców, dzięki czemu im to przypisuje się błędy, których tak
                                    naprawdę nie popełnili. Przyznając jednak, że zarzuty te są
                                    uzasadnione i to w stopniu większym, aniżeli można by z jakimkolwiek
                                    pozorem słuszności uznać je za takie w odniesieniu do rządzących
                                    Kościołem, postawmy pytanie: których trudności - wynikających z
                                    braku roztropności czy umiarkowania - nie można by o wiele słuszniej
                                    uznać za problem wspólnot i instytucji protestanckich? Dlaczego ta
                                    sytuacja miałaby czynić hipokrytów z nas, katolików, a z
                                    protestantów nie? W tym przypadku nie nakazuje się nam w cokolwiek
                                    wierzyć, a jedynie posłuszeństwo wobec decyzji władzy i zachowanie
                                    milczenia. Podobnie protestanci byli niegdyś posłuszni królewskim
                                    nakazom powstrzymania się od rozstrząsania takich czy innych
                                    zagadnień teologicznych. Rozważane przeze mnie ograniczenia zostają
                                    nałożone tylko na nasze działania, nie nasze myśli. W jaki sposób,
                                    na przykład, zakaz publikowania oszczerstw może uczynić z
                                    kogokolwiek hipokrytę? - jego myśli są równie wolne jak przedtem:
                                    autorytatywne zakazy mogą drażnić i irytować, nie mają jednak
                                    najmniejszego wpływu na korzystanie z rozumu.

                                    • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:50
                                      Tyle na początek, ale pójdę dalej i powiem, że mimo wszystkich
                                      zarzutów, jakie najbardziej wrogo nastawiony krytyk może wysunąć
                                      przeciw nadużyciom władzy czy innym twardym posunięciom wysokich
                                      hierarchów Kościoła w przeszłości, czas, moim zdaniem pokazał, że
                                      najczęściej mieli oni rację, ci zaś, których potraktowali surowo,
                                      najczęściej tkwili w błędzie. Imię Orygenesa jest mi bardzo drogie i
                                      nie chcę nawet słyszeć, że ten wielki człowiek został na wieki
                                      potępiony. Jestem jednak pewien, że w sporze pomiędzy nim i
                                      zwolennikami jego nauki a władzą kościelną, to jego przeciwnicy
                                      mieli rację, on zaś się mylił. Któż mógłby jednak cierpliwie
                                      opowiadać o jego wrogu i wrogu św. Jana Chryzostoma, niejakim
                                      Teofilu, biskupie Aleksandrii? Kto mógłby podziwiać lub szanować
                                      papieża Wigiliusza? I oto nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja. Gdy
                                      jeszcze jako anglikanin studiowałem historię Kościoła, często z
                                      ogromną mocą uświadamiałem sobie, jak zwolennicy błędu, który
                                      później stawał się herezją, w niewłaściwym momencie zaczynali głosić
                                      jakąś prawdę wbrew zakazom władzy. Wszystko ma swój czas, niejeden
                                      zaś pragnie naprawy takiego czy innego nadużycia, pełniejszego
                                      rozwinięcia tej czy innej doktryny, lub przyjęcia jakiejś
                                      szczególnej linii postępowania, zapominając jednocześnie postawić
                                      sobie pytanie, czy nadszedł na to odpowiedni moment. Człowiek taki,
                                      wiedząc, że za jego życia nikt poza nim nie zrobi nic w kierunku
                                      realizacji tego, co uważa za słuszne, jeżeli on sam się tego nie
                                      podejmie, nie słucha głosu władzy i w swoim stuleciu niszczy dobre
                                      dzieło, tak że inny, który jeszcze się nie narodził, nie będzie miał
                                      możności doprowadzenia sprawy do końca w następnym. Taki człowiek
                                      może światu wydać się odważnym bojownikiem o prawdę i męczennikiem
                                      sprawy wolności przekonań, naprawdę jednak jest właśnie jednym z
                                      tych ludzi, których kompetentna władza powinna uciszyć. A chociaż
                                      dana kwestia może nie należeć do kręgu zagadnień, co do których
                                      władza ta cieszy się przywilejem nieomylności lub też, być może, nie
                                      dopełniono wymogów formalnych nieomylnego orzekania, to jednak w
                                      takich przypadkach jest niewątpliwym obowiązkiem władzy postępować
                                      energicznie i zdecydowanie. A mimo to jej akty potomność zapamięta
                                      jako naruszenie prawa do wolności przekonań i uciszenie reformatora,
                                      a także jako przykład niskiej miłości do błędu. Tego rodzaju
                                      działania zostaną ocenione jeszcze surowiej, jeżeli, przypadkiem,
                                      rządzący w swoim postępowaniu przejawią jakikolwiek brak względów
                                      czy roztropności i wszyscy sprawujący tę władzę zostaną uznani za
                                      oportunistów obojętnych na sprawiedliwość i prawdę. A przy tym
                                      jeszcze ta sama władza może przypadkowo być wspierana przez jakieś
                                      skarajne ugrupowanie, które do rangi dogmatu wynosi swoje
                                      przekonania, mając na celu przede wszystkim zniszczenie każdej innej
                                      szkoły poza własną.

                                      Taki stan rzeczy może być w danej chwili irytujący i zniechęcający
                                      dla dwojakiego rodzaju ludzi: dla tych o poglądach umiarkowanych,
                                      którzy chcieliby w największym możliwym stopniu pomniejszyć
                                      znaczenie różnic religijnych oraz dla tych, którzy jasno widzą
                                      istniejące zło i szczerze chcą mu zaradzić - zło, o którym
                                      teologowie w tym czy innym kraju nic nie wiedzą, a nawet tam, gdzie
                                      ono istnieje, nie każdy ma środki, by je właściwie ocenić. Tak
                                      działo się kiedyś i tak dzieje się teraz. Żyjemy w zadziwiającym
                                      stuleciu: rozwój wiedzy świeckiej jest po prostu oszałamiający – tym
                                      bardziej, że towarzyszy mu perpektywa kontynuacji - i to w jeszcze
                                      szybszym tempie i ze wspanialszymi wynikami. Otóż te odkrycia, pewne
                                      czy prawdopodobne, wywierają pośredni wpływ na przekonania
                                      religijne, stąd też musi pojawić się pytanie, w jaki sposób pogodzić
                                      roszczenia Objawienia i nauk przyrodniczych. Niewielu poważnych
                                      ludzi może zachować spokój bez jakichś racjonalnych podstaw dla
                                      swojej wiary religijnej - umysł niejako instynktownie usiłuje godzić
                                      teorię i fakty. A zatem, gdy zalewa nas rzeka faktów, już to
                                      potwierdzonych bądź też dopiero spodziewanych, z perspektywą całej
                                      masy następnych, wszyscy wierzący w Objawienie, katolicy i
                                      niekatolicy, zostają winni zastanowić się, w jaki sposób fakty te
                                      wpływają na nich samych - mając na względzie chwałę Bożą oraz te
                                      liczne dusze, które, w konsekwencji zadufanego tonu szkół myśli
                                      laickiej, znajdują się w niebezpieczeństwie stoczenia się w otchłań
                                      liberalnych przekonań.

                                      Nie zamierzam tutaj krytykować tej ludzkiej rzeszy, która w naszych
                                      czasach wyznaje liberalizm w religii i która od współczesnych
                                      odkryć, już potwierdzonych bądź dopiero dokonywanych, oczekuje
                                      pośrednich lub bezpośrednich wskazań, co ma sądzić o świecie
                                      niewidzialnym i o przyszłości. Liberalizm, który obecnie nadaje ton
                                      społeczeństwu, różni się znacznie od tego sprzed trzydziestu czy
                                      czterdziestu lat - dzisiaj dotyczy nie jakiejś konkretnej grupy
                                      ludzi, lecz po prostu cechuje świeckie warstwy wykształcone. Kiedy
                                      byłem młody i po raz pierwszy usłyszałem o ‘liberalizmie’, był to
                                      tytuł pisma założonego przez Lorda Byrona i innych – dzisiaj, jak
                                      wtedy, nie żywię żadnej sympatii dla filozofii Byrona. Później
                                      liberalizm stał się wyróżnikiem pewnej suchej i odstręczającej
                                      szkoły teologicznej, której poglądy, choć same w sobie niezbyt
                                      groźne, okazały się jednak niebezpieczne, ponieważ utorowały drogę
                                      złu, którego sama ta szkoła ani się nie spodziewała, ani nie
                                      rozumiała. W chwili obecnej liberalizm nie jest niczym innym jak tym
                                      głębokim, pozornie racjonalnym sceptycyzmem, który, jak już
                                      wspomniałem, stanowi skutkek praktycznego korzystania rozumu nie
                                      oświeconego łaską wiary.

                                      • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:52
                                        Religijni liberałowie stanowią obecnie grupę bardzo zróżnicowaną i
                                        nie zamierzam tutaj dyskutować z ich poglądami. Świadomość, że
                                        niektórzy lub nawet wielu z nich może żywić - i bez wątpienia żywi -
                                        w swoim sercu autentyczną antypatię czy gniew wobec Prawdy
                                        Objawionej, jest bardzo przygnębiająca. Natomiast pośród ludzi nauki
                                        czy literatury wrogość wobec religii przybiera niekiedy postać
                                        niemal osobistego uczucia, a chęć udowodnienia, że chrześcijaństwo
                                        jest nieprawdziwe lub że Biblia nie zasługuje na zaufanie może
                                        wynikać z przynależności do jakiejś partii, z jakiegoś poczucia
                                        honoru lub z podekscytowania grą, może też być skutkiem irytacji i
                                        rozdrażnienia, wywołanych przez zjadliwy styl czy ciasnotę umysłową
                                        religijnych apologetów. Z drugiej strony, jak sądzę, wielu naukowców
                                        i ludzi literatury w sposób uczciwy i bezstronny prowadzi badania w
                                        swojej dziedzinie, zgodnie z własnymi poglądami - bez jakichś
                                        osobistych niepokojów z powodu trudności religijnych i bez
                                        najmniejszego zamiaru, by wynikami swoich badań sprawiać przykrość
                                        innym. Nie przystoi, bym obawiał się prawdy – jakiegokolwiek nie
                                        byłaby ona rodzaju - i winił tych, którzy badają fakty posługując
                                        się otrzymanym od Boga rozumem, doprowadzając wyniki swoich badań do
                                        ich logicznych konkluzji: lub bym gniewał się na naukę, ponieważ
                                        religia zobowiązana jest zapoznać się i liczyć z jej odkryciami.
                                        Zostawiając jednak na boku tych, którzy nie odczuwają jakiejś
                                        szczególnej potrzeby współczucia ze strony katolików, należy
                                        oczywiście wczuć się głęboko w położenie czwartej, ogromnej grupy
                                        ludzi o szczerym i religijnym umyśle spośród wykształconych warstw
                                        społeczeństwa, którzy, zależnie od okoliczności, czują się po prostu
                                        zagubieni, przestraszeni bądź zrozpaczeni z powodu ogromnego zamętu,
                                        jaki ostatnie odkrycia czy spekulacje wprowadziły w ich podstawowe
                                        pojęcia religijne. Któż nie odczuwa współczucia dla tych ludzi? Kto
                                        może być względem nich surowy? Przytaczam w ich obronie piękne słowa
                                        św. Augustyna, Illi in vos sæviant , etc. Niechaj ci wydają surowe
                                        osądy, którzy sami nigdy nie doświadczyli trudności, jakie
                                        towarzyszą oddzielaniu prawdy od kłamstwa i poszukiwaniom drogi
                                        życia pośród ułód tego świata. Jak wielu katolików – wielu z nich
                                        dobrych, wiernych i szlachetnych - podążyło w swoich poglądach za
                                        tymi ludźmi! Jakże często pojawia się w ich sercach pragnienie, aby
                                        ktoś spośród ich współwyznawców wystąpił jako obrońca prawdy
                                        objawionej przeciw tym, którzy ją atakują! Różni ludzie, katolicy i
                                        protestanci, zwracali się do mnie z prośbą, bym ja się tym zajął –
                                        zadanie to nastręcza jednak kilka poważnych trudności. Jedną z
                                        największych jest ta, że w chwili obecnej bardzo trudno dokładnie
                                        powiedzieć, czemu należy stawić czoła i co zwalczać. Nie zamierzam
                                        przeczyć, że wiedza naukowa naprawdę się rozszerza, proces ten
                                        przebiega jednak bardzo nierównomiernie: hipotezy powstają i
                                        upadają, trudno przewidzieć, która z nich się utrzyma oraz jak
                                        będzie się zmieniał stan wiedzy w następnych latach. Wobec takich
                                        okoliczności wydaje mi się czymś najzupełniej niegodnym katolika
                                        angażowanie się w pogoń za tym, co może okazać się złudą i - z
                                        powodu takich czy innych szczegółowych zastrzeżeń – wymyślanie
                                        teorii, która, zanim zostanie wykończona, być może musiałaby ustąpić
                                        miejsca jakiejś innej, jeszcze nowszej teorii - a to dlatego, że owe
                                        wcześniejsze zastrzeżenia zostały unieważnione przez te, które
                                        dopiero się pojawiły. Zdaje się, że żyjemy w czasach, kiedy
                                        chrześcijanie winni okazać szczególną cierpliwość, gdy nie ma innych
                                        sposobów przyjścia z pomocą tym, którzy czują się zaniepokojeni i
                                        zagubieni, poza zachęcaniem ich, by mieli trochę wiary i męstwa, i
                                        by „wystrzegali się,” jak mówi poeta, „desperackich kroków”. A im
                                        więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się prwadopodobne, że,
                                        gdybym usiłował podjąć się czegoś rokującego tak nikłe nadzieje
                                        powodzenia, okazałoby się, że najwyższa władza Kościoła Katolickiego
                                        jest przeciwna tej próbie, ja zaś zmarnotrawiłbym swój czas na
                                        refleksje, których rezultaty byłoby nieroztropnie przedstawiać
                                        opinii publicznej lub które, gdybym jednak podjął się tego zadania,
                                        jeszcze bardziej skomplikowałoby kwestię i tak już skomplikowaną bez
                                        mojego udziału. Interpretuję też ostatnie akty tej władzy jako
                                        zgodne z moimi oczekiwaniami; uważam, że wiążą one ręce pisarzom
                                        polemicznym - takim, jakim ja jestem - i uczą nas tej samej
                                        prawdziwej mądrości, którą Mojżesz wpajał swemu ludowi ściganemu
                                        przez Egipcjan: „Nie bój się, zachowaj pokój; Pan będzie walczył za
                                        ciebie, wy zaś zachowacie pokój.” Tak więc nie tylko nie znajduję w
                                        tej sytuacji żadnych trudności, lecz mam powód do wdzięczności i
                                        radości, ponieważ otrzymałem jasne wskazania odnośnie tak
                                        skomplikowanej kwestii.

                                        • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:54
                                          Gdybyśmy jednak chcieli upewnić się co do faktycznego rozwoju
                                          jakiejś zasady, musimy spojrzeć na nią z pewnego dystansu i ująć ją
                                          w perspektywie historycznej. Wszystko, co czynią ludzie, jest
                                          niedoskonałe i przy dokładniejszym badaniu dostarcza podstaw dla
                                          krytyki. Mówię o tym aspekcie działań nieomylnej władzy, który jest
                                          najbardziej podatny na złośliwą krytykę ze strony tych, którzy
                                          oceniają ją z zewnątrz. Usiłowałem być uczciwy w ocenie tego, co w
                                          danym momencie historii Kościoła można było powiedzieć przeciw niej.
                                          Chciałbym teraz, aby jej przeciwnicy okazali się równie sprawiedliwi
                                          w swoim sądzie na temat jej historycznego charakteru. A zatem, czy
                                          można w jakikolwiek sposób wykazać, że nieomylna władza zniszczyła
                                          energię katolickiego umysłu? Proszę zauważyć, że nie muszę tutaj
                                          mówić o żadnym konflikcie między władzą kościelną i nauką - a to z
                                          tego prostego powodu, że żaden taki konflikt nigdy nie zaistniał,
                                          gdyż w swojej obecnej postaci nauki świeckie są w tym świecie czymś
                                          nowym i nie było jeszcze czasu na jakąkolwiek historię stosunków
                                          pomiędzy teologią i tymi nowymi metodami naukowymi. Można też
                                          powiedzieć, że Kościół zawsze zachowywał wobec nich dystans, jak
                                          tego dowodzi ciągle przytaczany przykład Galileusza – w tym
                                          przypadku exceptio probat regulam , jest to bowiem jedyny,
                                          szablonowy już, argument. Nie muszę tutaj omawiać stosunku Kościoła
                                          do nowych nauk, ponieważ proste pytanie, które przez cały czas
                                          stawiam, brzmi – czy przyjęcie daru nieomylności przez właściwą
                                          władzę może zrobić ze mnie hipokrytę. I dopóki władza ta nie wyda
                                          dekretów dotyczących czysto fizycznych zagadnień i nie nakaże mi się
                                          pod nimi podpisać, (czego nigdy nie zrobi, gdyż nie ma takich
                                          uprawnień), dopóty nie wtrąca się żadnymi swoimi aktami w mój
                                          prywatny osąd tych spraw. Pytanie brzmi: czy władza ta działa w taki
                                          sposób na rozum poszczególnych ludzi, że ci nie mogą mieć własnych
                                          opinii i muszą wybierać pomiędzy niewolniczym zabobonem a ukrytym
                                          buntem serca. Otóż sądzę, że cała historia teologii całkowicie
                                          przeczy takiemu przypuszczeniu.

                                          I nie ma potrzeby dowodzić faktów tak oczywistych: to poszczególni
                                          ludzie, a nie Stolica Święta, przejmowali inicjatywę i przewodzili
                                          katolickim umysłom w dociekaniach teologicznych. Zresztą, jednym z
                                          zarzutów, jaki wysuwa się pod adresem Rzymskiego Kościoła, jest ten,
                                          że nie dał on początku niczemu i służył jedynie jako rodzaj remora
                                          czy hamulca w rozwoju doktryny. I jest to zarzut, który uznaję za
                                          prawdziwy - w ten bowiem sposób rozumiem główny cel nadzwyczajnego
                                          daru, który otrzymał Kościół Rzymski. Mówi się – i słusznie – że
                                          przez cały okres prześladowań Kościół Rzymu nie miał żadnego
                                          wielkiego umysłu, a później, przez długi czas, nie mógł pochwalić
                                          się ani jednym doktorem. Św. Leon, pierwszy Doktor Kościoła
                                          Rzymskiego, był nauczycielem jednego tylko punktu doktryny; św.
                                          Grzegorz, który stoi u samego kresu pierwszego okresu Kościoła, nie
                                          znalazł miejsca ani w historii dogmatu, ani filozofii. Wielkim
                                          luminarzem świata zachodniego, jak wiadomo, jest św. Augustyn. On
                                          to, nie będąc nieomylnym nauczycielem, ukształtował umysłowość
                                          chrześcijańskiej Europy. Zresztą to w Kościele afrykańskim musimy na
                                          ogół szukać najlepszego wczesnego wykładu koncepcji łacińskich.
                                          Ponadto pośród afrykańskich teologów, pierwszym w porządku czasowym
                                          i wcale nie najmniej wpływowym, był energiczny i heterodoksyjny
                                          Tertullian. Nie bez swego udziału w kształtowaniu nauki łacińskiej
                                          jest również umysłowość wschodnia. Wpływ wolnej myśli Orygenesa
                                          można zauważyć w pismach doktorów Kościoła Zachodniego, u Hilarego i
                                          Ambrożego, a niezależny umysł Hieronima wzbogacał swoje własne
                                          komentarze do Pisma Św. zapożyczeniami od nieszczególnie
                                          ortodoksyjnego Euzebiusza. Gorące dywagacje i rozstrząsania
                                          heretyków zostały przemienione przez żywą moc Kościoła w zbawienne
                                          prawdy. To samo dotyczy soborów powszechnych. Władza w swej
                                          najwspanialszej postaci, czcigodni biskupi, obciążeni tradycjami i
                                          rywalizacjami poszczególnych narodów czy miejsc, kierowali się w
                                          swych decyzjach dominującym nad nimi geniuszem jednostek - niekiedy
                                          ludzi młodszych i niżej stojących w hierarchii. Rzecz nie w tym, że
                                          nie natchniony umysł przemógł ów nadludzki dar, który został
                                          powierzony Soborowi – takie stwierdzenie byłoby wewnętrznie
                                          sprzeczne - ale że w zakończonym nieomylnym orzeczeniem procesie
                                          badania i dyskusji indywidualny rozum odegrał tak istotną rolę. I
                                          tak, Malchion, zwykły kapłan, w czasie wielkiego Soboru w Antiochii
                                          w III w. stał się dla zgromadzonych ojców narzędziem walki z
                                          heretyckim patriarchą tej Stolicy. Podobny wpływ, jak doskonale
                                          wiadomo, wywierał młody diakon, św. Atanazy, na 318 ojców w Nicei. W
                                          wiekach średnich czytamy o św. Anzelmie, który wiódł prym na
                                          zwołanym przeciwko Grekom Soborze w Bari. W Trydencie pisma św.
                                          Bonawentury i, co istotniejsze, przemówienie kapłana i teologa,
                                          Salmerona, miało zasadniczy wpływ na niektóre definicje dogmatyczne.
                                          W pewnych przypadkach wpływ ten mógł być częściowo moralny, kiedy
                                          indziej jednak był to wpływ wiedzy pisarzy kościelnych, naukowej
                                          znajomości teologii i siły myśli badającej doktrynę.
                                          • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:54
                                            Oczywiście, istnieją postawy intelektualne, których kształtowaniu
                                            teologia nie sprzyja - na przykład postawa eksperymentalna czy
                                            filozoficzna. Dzieje się tak jednak dlatego, ponieważ teologia jest
                                            teologią, a nie z powodu nieomylności. Można również, jak sądzę,
                                            wykazać, że i nauki fizyczne czy matematyczne dają jedynie bardzo
                                            niedoskonałe wykształcenie. Nie pojmuję zatem, w jaki sposób zarzuty
                                            o ograniczoność zainteresowań teologii miałyby rzutować na rozważane
                                            przez nas zagadnienie, które dotyczy po prostu tego, czy wiara w
                                            nieomylny autorytet niszczy niezawisłość umysłu. Ja uważam, ża cała
                                            historia Kościoła, przede wszystkim zaś dzieje szkół teologicznych,
                                            zaprzeczają temu oskarżeniu. W żadnych czasach umysł warstw
                                            wykształconych nie był bardziej aktywny – czy może raczej bardziej
                                            niespokojny - niż w wiekach średnich. A jak powolna – wówczas, jak
                                            od początku i na przestrzeni całej historii Kościoła - była władza w
                                            podejmowaniu interwencji! Być może jakiś miejscowy nauczyciel lub
                                            doktor w lokalnej szkole, wysunął tezę, która z kolei doprowadziła
                                            do powstania kontrowersji. Kontrowersja ta tli się lub płonie w
                                            jednym miejscu i nikt nie interweniuje. Rzym po prostu pozostawia
                                            sprawę jej własnemu biegowi. Rzecz trafia następnie przed biskupa
                                            lub jakiegoś kapłana lub podejmuje ją profesor w jakimś innym
                                            centrum nauki i następuje etap drugi. Później zajmuje się nią jakiś
                                            uniwersytet i tam może zostać potępiona przez wydział teologiczny. W
                                            ten sposób upływają lata, a Rzym wciąż zachowuje milczenie.
                                            Następnie, być może, kwestia zostaje przedłożona jakiemuś niższemu
                                            od Rzymu autorytetowi i w końcu, po długim okresie, zostaje
                                            przedstawiona najwyższej władzy kościelnej. W międzyczasie
                                            zagadnienie zostało wielokrotnie przebadane, przemyślane i
                                            rozpatrzone ze wszystkich stron. Tak więc najwyższy autorytet ma
                                            ogłosić rozstrzygnięcie, które już zostało osiągnięte przez rozum.
                                            Ale nawet wówczas Rzym może się wahać i całe zagadnienie przez lata
                                            pozostaje nie rozstrzygnięte, a jeśli już, to w sposób tak ogólny i
                                            nieprecyzyjny, że cała kontrowersja musi zostać przebadana raz
                                            jeszcze, zanim zostanie ogłoszone ostateczne rozwiązanie. Jest
                                            rzeczą oczywistą, że taki sposób postępowania nie tylko gwarantuje
                                            wolność poszukiwań teologicznych, lecz dodaje odwagi teologom i
                                            pisarzom polemicznym. Niejeden człowiek ma jakieś przeświadczenia,
                                            które, jak ufa, są prawdziwe i pożyteczne dla jego czasów, nie jest
                                            jednak tego pewien i chce je poddać dyskusji. Jest gotów, a raczej z
                                            wdzięcznością by je porzucił, gdyby można było dowieść, że są błędne
                                            lub niebezpieczne - i w wyniku zaistniałej kontrowersji osiąga swój
                                            cel. Uzyskuje odpowiedź i poddaje się; lub, przeciwnie, stwierdza,
                                            że jego poglądy zostały uznane za bezpieczne. Nie ośmieliłby się tak
                                            postąpić, gdyby wiedział, że władza, do której należy ostateczna i
                                            rozstrzygająca decyzja, przez cały czas śledzi każde jego słowo,
                                            dając znaki aprobaty bądź dezaprobaty dla każdego wypowiadanego
                                            zdania. W takiej sytuacji faktycznie walczyłby jak perski żołnierz -
                                            pod knutem - i słusznie można by rzec, że wolność myśli wybito mu z
                                            głowy. Tak jednak nie jest. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdy
                                            jakaś kontrowersja zaczyna osiągać punkt wrzenia – w szkołach czy
                                            nawet w jakiejś małej części Kościoła, to żadna interwencja nie jest
                                            wskazana; albo, znowu, dana kwestia może być tak naglącej natury, że
                                            natychmiastowe odwołanie się do najwyższych władz Kościoła staje się
                                            obowiązkiem. Jeśli jednak zbadamy historię kontrowersji,
                                            stwierdzimy, jak sądzę, że na ogół sprawy toczyły się tak, jak to
                                            przedstawiłem. Zosimus potraktował Pelagiusza i Celestiusza z
                                            największą wyrozumiałością, a Św. Grzegorz VII był równie pobłażliwy
                                            dla Berengariusza. Właśnie z powodu ogromu swej władzy papieże na
                                            ogół korzystali z niej niespiesznie i w sposób umiarkowany.

                                            Jeszcze jeden fakt zabezpiecza swobodę prawowitego korzystania z
                                            rozumu: liczne narody należące do Kościoła podejmowały działania na
                                            rzecz obrony rozumu przed jakąkolwiek duchową czy intelektualną
                                            ciasnotą - zakładając możliwość takiej ciasnoty u różnych władz w
                                            Rzymie, w gestii których leży praktyczne rozstrzyganie zagadnień
                                            kontrowersyjnych. Jak bardzo szanowano i liczono się z tradycjami
                                            Greków w czasie późniejszych soborów ekumenicznych - mimo że
                                            niektóre z państw traktowały Greków jak schizmatyków! Istnieją ważne
                                            zagadnienia doktrynalne, które (po ludzku mówiąc) zostały wyłączone
                                            z nieomylnego orzekania przez szacunek, z jakim definiujące doktrynę
                                            organa Kościoła odnosiły się do różnych miejscowych opinii. Poza tym
                                            tego rodzaju wpływy narodowe w sposób opatrznościowy prostują
                                            skrzywienia, do jakich mogą prowadzić miejscowe wpływy włoskie na
                                            Stolicę Piotrową. Jest rzeczą oczywistą, że tak jak Kościół
                                            Gallikański zawiera w sobie element francuski, tak Rzym musi mieć w
                                            sobie element włoski. Uznanie tego faktu nie dokonuje się z żadnym
                                            uszczerbkiem dla gorliwości i oddania, z jakim poddajemy się Stolicy
                                            Świętej. Wydaje mi się, jak już powiedziałem, że katolickość nie
                                            tylko jest jedną z cech Kościoła, ale, zgodnie z zamiarami Boga,
                                            również jednym z jego zabezpieczeń. Uważam, że byłoby poważnym złem,
                                            od którego niech Bóg uchowa, gdyby Kościół został ograniczony do
                                            różnych narodów w Europie. Wprowadzenie cywilizacji łacińskiej do
                                            Ameryki i ubogacenie tamtejszych katolików siłą francuskiej
                                            pobożności jest wielką ideą. Ufam jednak, że wszystkie narody Europy
                                            zawsze będą miały swoje miejsce w Kościele. Sądzę także, że utrata
                                            angielskiego – by nie powiedzieć germańskiego - elementu na pewno
                                            stanowiła bardzo poważny cios dla organizacji Kościoła. Bez
                                            wątpienia, jeżeli jest jakiś powód, który bardziej niż inne winien
                                            skłonić nas, Anglików, do wdzięczności dla Piusa IX, to ten, że
                                            dając nam nasz własny Kościół, utorował drogę dla naszych własnych
                                            nawyków intelektualnych, naszego własnego sposobu myślenia, naszych
                                            własnych upodobań i naszych własnych cnót - by znalazły one swoje
                                            miejsce i tym samym zostały uświęcone w Kościele Katolickim.
                                            • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:56
                                              Jest jeszcze jedna sprawa, którą, jak sądzę, należy poruszyć w tym
                                              miejscu, ponieważ wpływa ona ona na pewne niesprecyzowane i mgliste
                                              podejrzenia, jakie łączy się w tym kraju z duchowieństwem
                                              katolickim. Na jego temat moi oskarżyciele wiele już wcześniej
                                              powiedzieli — chodzi mianowicie o zarzut dotyczący powściągliwości i
                                              ekonomii. Oskarżenie to opiera się w znacznej mierze na tym, co
                                              powiedziałem na ten temat w mojej „Historii arian” oraz w przypisie
                                              do jednego z moich kazań, w którym odnoszę się do tej reguły. Zasada
                                              Ekonomii była zalecana również przez jednego z wybitnych pisarzy w
                                              dwóch numerach Traktatów , których byłem wydawcą.

                                              Jeżeli chodzi o Zasadę Ekonomii [1] to opiera się ona na słowach
                                              naszego Pana, „Nie rzucajcie waszych pereł przed świnie” i w
                                              mniejszym lub większym stopniu była zachowywana przez pierwszych
                                              chrześcijan w kontaktach z poganami, pośród których przyszło im żyć.
                                              W obliczu odrażającego bałwochwalstwa i rozwiązłości tamtych
                                              przerażających czasów Zasada Ekonomii stała się istotnym
                                              obowiązkiem. Ale reguła ta, przynajmniej tak jak ją wykładałem i
                                              zalecałem we wszystkim, co napisałem, nie wychodziła poza (1)
                                              ukrywanie prawdy, gdy można to było uczynić bez kłamstwa, (2)
                                              podawanie tylko częściowej prawdy oraz (3) przedstawianie jej w
                                              formie najbardziej zrozumiałej dla ucznia czy pytającego, gdy ten
                                              nie mógł zrozumieć jej w postaci dosłownej. Sądzę, że malowanie
                                              Aniołów ze skrzydłami stanowi przykład trzeciej postaci Zasady
                                              Ekonomii, natomiast omijanie kwestii: ,,Czy chrześcijanie wierzą w
                                              Trójcę?” poprzez udzielanie odpowiedzi: „Wierzą tylko w jednego
                                              Boga” byłoby przykładem drugiej. Postać pierwsza nie jest właściwie
                                              ekonomią, ale podpada pod to, co się określa jako disciplina
                                              arcani . Drugą i trzecią postać Ekonomii Klemens nazywa kłamstwem ,
                                              rozumiejąc przez to, że częściowa prawda w pewnym sensie jest
                                              kłamstwem - tak jak i przedstawianie prawdy za pośrednictwem
                                              symboli. I to, jak sądzę, stanowi – w krótkim streszczeniu -
                                              podstawę oskarżenia, które tak gwałtownie wysuwano przeciw mnie jako
                                              obrońcy Zasady Ekonomii.

                                              W ostatnich latach doszedłem do wniosku, który, jak wierzę, podziela
                                              wielu pisarzy, że Klemens miał na myśli coś więcej, niż kiedyś
                                              sądziłem. Niegdyś wydawało mi się, że używa on słowa ,,kłamstwo"
                                              jako hyperbolii. Teraz sądzę, że Klemens, jak i inni wcześni
                                              ojcowie, uważał, iż w pewnych okolicznościach kłamstwo jest
                                              usprawiedliwione. Nigdy nie podzielałem tych poglądów, choć uważałem
                                              i nadal uważam, że teoria tego zagadnienia uwikłana jest w ogromne
                                              trudności - i nic w tym dziwnego, jeżeli zważyć, że wielcy pisarze
                                              angielscy bez wahania deklarują, iż w pewnych skrajnych przypadkach,
                                              np. gdy chodzi o uratowanie życia, honoru czy nawet majątku,
                                              kłamstwo jest dopuszczalne. W ten sposób dochodzę do zagadnienia
                                              prawdy oraz, ogólnie, prawdomówności duchowieństwa katolickiego w
                                              jego relacjach ze światem - zagadnienia, które ma bezpośrednie
                                              znaczenie dla kwestii uczciwości katolickich księży i ich
                                              wewnętrznej wiary w wyznawane doktryny.

                                              Niepotrzebnie odszedłbym od dotychczasowego toku moich rozważań
                                              wdając się w jakąś formalną dyskusję na temat tego zagadnienia.
                                              Zamierzam przedstawić tutaj, jak to już czyniłem wcześniej, moje
                                              własne świadectwo odnośnie dyskutowanej kwestii i tak ją pozostawić.
                                              Powiem najpierw, że gdy zostałem katolikiem nic mnie tak natychmiast
                                              nie uderzyło jak angielska szczerość katolickich księży. Tak samo
                                              było w Oscott, w Old Hall Green, w Ushaw. Nie zauważyłem żadnej
                                              afektowanej przymilności czy zmanierowania, które powszechnie się im
                                              przypisuje - byli bardziej naturalni aniżeli wielu anglikańskich
                                              duchownych. Lata, które upłynęły od tamtego czasu, jedynie
                                              potwierdziły moje pierwsze wrażenie. Tę naturalność zawsze
                                              odnajdywałem u kapłanów tej diecezji, a gdybym chciał wskazać
                                              przykład szczerego, uczciwego i prostolinijnego Anglika, wskazałbym
                                              na biskupa, który, ku naszej wielkiej korzyści, od wielu lat stoi na
                                              jej czele.

                                              Później, gdy miałem więcej możliwości, by wyrobić sobie sąd na temat
                                              katolickich księży, uderzyła mnie ich prosta wiara w doktrynę
                                              Kościoła - której zawsze dawali świadectwo i w cały katolicki
                                              system - którego, jak się zdaje, nigdy nie odczuwali jako ciężaru. A
                                              teraz, choć jestem w Kościele od dziewiętnastu lat, nie przypominam
                                              sobie, bym słyszał o choćby jednym przypadku niewiernego księdza w
                                              Anglii. Zawsze oczywiście znajdą się tacy, którzy opuszczą Kościół
                                              Katolicki, by przyłączyć się do do innego wyznania. Mówię tu jednak
                                              o sytuacji, kiedy ludzie nieszczerze udają wiarę na zewnątrz, a
                                              naprawdę są hipokrytami.
                                              • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:57
                                                Dziwi mnie, że poświęcenie naszych kapłanów nie robi na
                                                protestantach żadnego wrażenia. Co zyskują służąc religii, w którą -
                                                jeśli dać wiarę naszym wrogom - naprawdę nie wierzą? Jaka jest ich
                                                nagroda za życie pełne trudu i wyrzeczeń, które być może zakończy
                                                przedwczesna i nędzna śmierć? Między Liverpoolem i Leeds irlandzka
                                                gorączka zabiła ponad trzydziestu księży, ludzi młodych, w kwiecie
                                                wieku i starych, którzy, mogłoby się wydawać, mieli prawo do
                                                odrobiny spokoju po latach długiej pracy. Na Północy gorączka
                                                zabrała jednego biskupa - lecz co człowieka na jego stanowisku
                                                mogłyby obchodzić trudy i niebezpieczeństwa towarzyszące odwiedzinom
                                                u chorych, jeżeli nie czuł się przymuszony przez wiarę i zniewolony
                                                przez miłość chrześcijańską? Księża zgłaszali się na ochotnika do
                                                niebezpiecznych posług. To samo miało miejsce, gdy pojawiła się
                                                cholera, tajemnicza i przerażająca choroba. Jeśli szczerze nie
                                                wierzyli w to, czego naucza Kościół, powiem wówczas, że stanowią
                                                doskonałą ilustrację słów Apostoła: ,,Jeżeli nasza nadzieja w
                                                Chrystusie dotyczy tylko tego świata, pośród wszystkich ludzi
                                                jesteśmy największymi nędzarzami." Co takiego w obliczu śmiertelnej
                                                choroby podtrzymywało na duchu i dodawało sił
                                                zastępom ,,hipokrytów", gdy niczym oddział skazańców ginęli jeden po
                                                drugim? A takie, mogę rzec, jest w swej istocie życie każdego
                                                misjonarza, zawsze gotowego poświęcić się za swoich wiernych - w
                                                dzień i w noc, zdrowy czy chory, przy dobrej i złej pogodzie udaje
                                                się na każde wezwanie do chorego, bo przeraża go myśl, że z jego
                                                winy jakiś parafianin mógłby umrzeć bez sakramentów świętych.
                                                Dlaczego jednak tak go to przeraża, jeśli nie dlatego, że ma głęboką
                                                i absolutną wiarę, której służy z własnego wyboru? Protestanci
                                                wyrażają swój podziw na widok takiej postawy – zdaje się jednak, że
                                                nie widzą dość wyraźnie, aby wykluczyć wszelką myśl o hipokryzji.

                                                Niekiedy, gdy się nad tym zastanowią, dostrzegają zadziwiającą
                                                dyscyplinę panującą wśród katolickiego duchowieństwa. Mówią, że
                                                żaden inny kościół nie ma tak dobrze zorganizowanego kleru i że pod
                                                tym względem katoliccy księża przewyższają ich własnych duchownych
                                                oraz że podobną dyscyplinę chcieliby widzieć u siebie. Tylko czy tę
                                                doskonałość można kupić? Czy fenomen ten wynika z sam z siebie - czy
                                                może jest to raczej skutek powodowany przez jakąś konkretną
                                                przyczynę? Nie możecie nabyć poświęcenia za pieniądze. ,,Nie
                                                słyszano o tym w Kanaanie ani nie widziano w Temanie. Synowie Hagar
                                                i kupcy z Maran nie znają jego drogi." Cóż zatem posiada ów
                                                przemożny czar, który powoduje, że tysiące ludzi działa w jeden
                                                sposób; co skłania ich do szybkiego posłuszeństwa regule - jak gdyby
                                                podlegali jakiemuś surowemu przymusowi wojskowemu? Jak trudno
                                                znaleźć jakąś inną odpowiedź, jeżeli nie chce się przyjąć tej
                                                oczywistej - że mianowicie mocno i głęboko wierzą w to, co głoszą!

                                                Nie wiem, co innego, w czasach takich jak nasze, może podtrzymywać
                                                antykatolickie uprzedzenia tego protestanckiego kraju, jeśli nie
                                                mgliste oskarżenia czerpane z naszych podręczników teologii
                                                moralnej. Moje rozważania zakończę krótkim omówieniem dzieła, które
                                                nasi oskarżyciele wytykają nam w szczególny sposób.
                                                • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:58
                                                  Nie sposób zaprzeczyć, że św. Alfons Liguori nauczał, iż
                                                  wieloznaczność (tzn. pewien rodzaj gry słownej, w której mówiący
                                                  rozumie swą wypowiedź w jednym sensie i chce zarazem, by jego
                                                  rozmówca rozumiał ją w innym) jest dopuszczalna, gdy istnieje
                                                  słuszna po temu przyczyna, tj. w jakimś nadzwyczajnym przypadku, a
                                                  nawet, że można tę wieloznacznośc potwierdzić przysięgą. Postaram
                                                  się przedstawić mój pogląd na tę sprawę tak jasno, jak tylko
                                                  protestanci mogliby sobie życzyć i dlatego od razu oświadczam, że w
                                                  tym względzie, choć bardzo podziwiam wzniosłe cechy włoskiego
                                                  charakteru, osobiście wolę angielskie reguły postępowania. Nie chcę
                                                  przez to powiedzieć, jak się zaraz okaże, niczego, co by uwłaczało
                                                  osobie św. Alfonsa, miłośnika prawdy, którego wstawiennictwa, jak
                                                  ufam, nie utracę, chociaż, gdy idzie o rozważane właśnie
                                                  zagadnienie, nad jego stanowisko przedkładam inne rozwiązanie.

                                                  Chcę przede wszystkim zauważyć, że wielcy angielscy pisarze, Jeremy
                                                  Taylor, Milton, Paley, Johnson, ludzie należący do bardzo różnych
                                                  szkół teologicznych, wyraźnie twierdzą, że w pewnych nadzwyczajnych
                                                  okolicznościach człowiekowi wolno skłamać. Taylor mówi: „Kłamstwo z
                                                  miłości, by ocalić życie przyjaciela, męża, księcia, jakiejś
                                                  publicznej i pożytecznej społecznie osoby nie tylko zdarzało się we
                                                  wszystkich epokach, ale jest zalecane przez wielkich, mądrych i
                                                  dobrych ludzi. Kto nie ocaliłby życia swego ojca i nie wybawiłby go
                                                  z rąk prześladowców czy tyranów za cenę nieszkodliwego kłamstwa?” A
                                                  Milton twierdzi: „Który człowiek przy zdrowych zmysłach zaprzeczy,
                                                  że mamy jak najsłuszniejsze powody, by sądzić, że pewnych ludzi
                                                  powinniśmy okłamać, np. młodych chłopców, szaleńców, chorych,
                                                  pijanych, wrogów, ludzi, którzy błądzą, złodziei? Chciałbym zapytać -
                                                  które przykazanie zabrania kłamstwa? Powiecie - dziewiąte. Jeżeli
                                                  zatem moje kłamstwo nie szkodzi mojemu bliźniemu, to z całą
                                                  pewnością nie jest zakazane przez to przykazanie.” Paley
                                                  utrzymuje: „Istnieją nieprawdy, które nie są kłamstwami, tzn., które
                                                  nie są występkiem”, a Johnson: „Zasada ogólna jest taka, że nigdy
                                                  nie należy występowac przeciwko prawdzie. Muszą jednak istnieć
                                                  jakieś wyjątki - na przykład, gdyby morderca pytał, którędy uciekła
                                                  jego potencjalna ofiara.”

                                                  Powyższych przykładów nie używam jako argumentum ad hominem ; ich
                                                  cel jest następujący:

                                                  1. Przedstawiłem wyraźne stwierdzenia Taylora, Miltona, Paley’a i
                                                  Johnsona - a teraz, czy ktokolwiek w najmniejszym choćby stopniu
                                                  liczyłby się z nimi przy formułowaniu oceny prawdomówności tych
                                                  pisarzy, gdyby ci żyli dzisiaj? Gdyby człowiek, który okazał się tak
                                                  surowy dla św. Alfonsa, miał jutro spotkać w towarzystwie Paley’a
                                                  lub Johnsona, czy potraktowałby ich jak kłamców, łajdaków, ludzi
                                                  nieuczciwych i niewiarogodnych? - jestem pewien, że nie. Dlaczego
                                                  zatem względem katolickich księży nie stosuje tej samej miary? Gdyby
                                                  egzemplarz dzieła Scaviniego, w którym pisze, że wieloznaczność w
                                                  mowie w słusznej sprawie jest czymś dopuszczalnym, został znaleziona
                                                  w pokoju studenta w Oscott, to nie tylko sam Scavini, lecz nawet ów
                                                  nieszczęsny student, który posiada dzieło określane przez
                                                  protestantów mianem 'złej książki', zostałby na całe swoje życie
                                                  osądzony jako człowiek niegodny zaufania. Ale czy wszystkie
                                                  protestanckie podręczniki, z których korzysta się na uniwersytecie,
                                                  są tak nieskazitelne? Czy należy traktować jak Biblię każde słowo
                                                  Etyki Arystotelesa lub każde stwierdzenie Hey’a bądź Burnetta na
                                                  temat Artykułów (XXXIX Artykułów Religii Kościoła Anglii - przyp.
                                                  tłum. )? Czy podręczniki są ostatecznym autorytetem, czy też
                                                  stanowią raczej pomoc naukową w rękach wykładowcy i podstawę jego
                                                  uwag? Weźmy jednak przypadek - nie studenta czy profesora, lecz
                                                  samego Scaviniego lub św. Alfonsa. Pytam ponownie, skoro nie wahacie
                                                  się uznać Paley’a za człowieka uczciwego - mimo przeprowadzonej
                                                  przezeń obrony kłamstwa - dlaczego nie chcecie przyznać, że św.
                                                  Alfons był uczciwym człowiekiem? Jestem całkowicie przekonany, że
                                                  nie mielibyście żadnych zastrzeżeń do osoby Paley'a; moglibyście się
                                                  z nim nie zgadzać, ale nie posunęlibyście się dalej niż do
                                                  stwierdzenia, że jest ‘śmiałym’ myślicielem. Dlaczego jednak w takim
                                                  razie osoba i nauka św. Alfonsa są dla was tak odstręczające?

                                                  Otóż chcę wam powiedzieć, dlaczego nie obawiacie się Paley'a -
                                                  ponieważ, powiedzielibyście, że gdy bronił kłamstwa, miał na myśli
                                                  przypadki skarajne lub wyjątkowe. Nie obawialibyście się człowieka,
                                                  o którym wiedzielibyście, że zastrzelił w swoim domu włamywacza, bo
                                                  wiecie, że nie jesteście włamywaczami. Tak samo nie sądzilibyście,
                                                  że Paley ma zwyczaj kłamać w towarzystwie, ponieważ w sytuacji
                                                  zaistnienia okrutnej alternatywy uznał kłamstwo za mniejsze zło.
                                                  Dlaczego zatem okazujecie taką podejrzliwość wobec teologa
                                                  katolickiego, który omawia pewne nadzwyczajne wypadki, kiedy to
                                                  spowiednik nie może wymierzyć penitentowi pokuty za kłamstwo, jak
                                                  gdyby było ono grzechem? W tym właśnie tkwi sedno całego zagadnienia.

                                                  Dlaczego jednak Paley, dlaczego Jeremy Taylor, chociaż nie muszą
                                                  rozwiązać żadnej praktycznej kwestii, formułują zasadę o
                                                  dopuszczalności kłamstwa, która zaskakuje większość ich czytelników?
                                                  Powód jest oczywisty - konstruują teorię moralności i muszą po kolei
                                                  omówić każdy problem. To samo robi św. Alfons czy Scavini.
                                                  Spróbujcie tylko sami napisać traktat na temat norm moralnych, a
                                                  zobaczycie jak trudna to praca. Jaka jest definicja kłamstwa? Czy
                                                  możecie podać lepszą niż ta, że jest to grzech przeciwko
                                                  sprawiedliwości - jak uważali Taylor i Paley? Lecz jeśli tak, to jak
                                                  kłamstwo może w ogóle być grzechem, skoro twój bliźni nie ponosi z
                                                  jego powodu żadnej szkody? Jeśli nie podoba się wam ta definicja,
                                                  weźcie inną, a wówczas, być może, będziecie dzięki niej
                                                  bronić ,,wieloznaczności'' św. Alfonsa. Cały czas podkreślam ten
                                                  właśnie fakt - że św. Alfons, podobnie jak Paley, rozważa różne
                                                  części bardzo szerokiego zagadnienia i musi zająć jakieś stanowisko
                                                  odnośnie kłamstwa, chociaż w przypadku tej kwestii trudno
                                                  sformułować sąd, który byłby zadowalający.

                                                  • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 18:59
                                                    Co więcej, nie należy zakładać, że w swoim życiu filozof czy
                                                    moralista czyni to, na co pozwalałaby mu jego własna teoria. W życiu
                                                    osobistym każdy człowiek kieruje się własnym sumieniem, kiedy jednak
                                                    tworzy system reguł, zobowiązany jest postępować według norm logiki
                                                    i ściśle przestrzegać zasad wnioskowania. Musi być także pewien, że
                                                    cały jego system jest spójny i jednolity. Słyszy się nawet o
                                                    niemoralnych czy bezbożnych książkach napisanych przez przyzwoitych
                                                    ludzi. Pewien zmarły pisarz twierdzi, że sceptyczne dzieła Dawida
                                                    Hume'a nie dają prawdziwego obrazu ich autora. Jakiś kapłan mógłby
                                                    napisać traktat, który, gdy chodzi o kłamstwo, byłby bardzo
                                                    tolerancyjny i który zostałby potępiony - jak niektóre traktaty
                                                    zostały już z tego powodu potępione - przez Stolicę Apostolską, a
                                                    jednocześnie w odniesieniu do siebie samego mógłby być surowym
                                                    rygorystą. I wiadomo, że św. Alfons, który ma opinię bardzo
                                                    pobłażliwego moralisty, posiadał jedno z najbardziej skrupulatnych i
                                                    niespokojnych sumień. Co więcej, przez pewien czas zajmował się
                                                    prawem i któregoś razu powierzono mu prowadzenie sprawy, która
                                                    wydała mu się podstępem (choć był to czysty przypadek) i z tego
                                                    właśnie powodu porzucił swoją profesję i przyjął habit zakonny.

                                                    Opis tego interesującego wydarzenia znjaduje się w jego Żywocie:

                                                    ,,Mimo że dokładnie i wielokrotnie przebadał szczegóły procesu,
                                                    całkowicie pomylił się co do znaczenia jednego z dokumentów, który
                                                    stanowił podstawę roszczeń strony przeciwnej. Adwokat Wielkiego
                                                    Księcia zauważył ten błąd, ale pozwolił, by Alfons kontynuował swoją
                                                    elokwentną przemowę do końca. Jednak gdy tylko Święty skończył,
                                                    powstał i zimno powiedział: 'Panie, sprawa przedstawia się
                                                    niedokładnie tak, jak Pan sądzi. Jeśli ponownie przyjrzy się pan
                                                    procesowi i uważnie przebada ten dokument, to odkryje pan, że jest
                                                    dokładnie inaczej niż pan utrzymuje.' 'Z wielką chęcią,' bez wahania
                                                    odparł Alfons; 'rozstrzygnięcie zależy od tego, czy lenno zostało
                                                    nadane zgodnie z prawem lombardzkim czy francuskim.' Kiedy dokument
                                                    został dokładnie przebadany, okazało się, że adwokat wielkiego
                                                    księcia miał rację. 'Tak,' powiedział Alfons, trzymając dokument w
                                                    ręce, 'Myliłem się, popełniłem błąd.' To nagłe odkrycie wraz z
                                                    obawą, że zostanie oskarżony o nieuczciwe prowadzenie sprawy,
                                                    wprawiły go w konsternację i zmieszały do tego stopnia, że wszyscy
                                                    zauważyli targające nim uczucia. Na próżno Prezydent Caravita, który
                                                    miłował Alfonsa i znał jego prawość, próbował go pocieszyć, mówiąc,
                                                    że tego rodzaju błędy nie są czymś niezwykłym nawet pośród
                                                    najlepszych członków palestry. Alfons nie chciał słuchać żadnych
                                                    argumentów, ale przybity i zmieszany, z głową spuszczoną na piersi,
                                                    powiedział do siebie, 'Świecie, teraz cię znam. Sale sądowe nigdy
                                                    już mnie nie ujrzą!' I, odwracając się plecami do zgromadzenia,
                                                    wycofał się do swego domu powtarzając bez przerwy, 'Świecie, teraz
                                                    cię znam.' Najbardziej irytował go fakt, że chociaż w ciągu miesiąca
                                                    wielokrotnie przeanalizował wszystkie punkty procesu, to jednak nie
                                                    odkrył ważnego błędu i nie mógł zrozumieć, w jaki sposób mógł on
                                                    ujść jego uwagi.”

                                                    Oto człowiek, który obawiał się nawet cienia oszustwa, a którego tak
                                                    bezceremonialnie ogłoszono patronem kłamstwa.

                                                    Rzecz w tym, że teolog katolicki ma na uwadze cele, których ludzie
                                                    na ogół nie rozumieją. Nie myśli o sobie, lecz o licznych duszach,
                                                    chorych duszach, grzesznych duszach, duszach zwiedzionych przez
                                                    grzech, pełnych zła i ze wszystkich swych sił próbuje wyrwać je z
                                                    ich nędznego stanu. I, aby uchronić je przed popełnieniem jeszcze
                                                    większych grzechów, na tyle, na ile pozwala mu sumienie, przymyka
                                                    oczy na takie grzechy, które choć są grzechami, to jednak lżejszymi
                                                    co do charakteru i stopnia. Doskonale zdaje sobie sprawę, że jeżeli
                                                    będzie tak surowy, jak chciałby być, to z większością ludzi niczego
                                                    nie osiągnie. Dlatego jest dla nich pobłażliwy w największym
                                                    możliwym stopniu. Przy czym, ani przez moment nie należy
                                                    przypuszczać, że akceptuję zasadę dozwalającą czynić zło, by mogło
                                                    zeń wyniknąć dobro. Można jednak odciągnąć ludzi od większych
                                                    grzechów przymykając oczy, przez jakiś czas, na grzechy mniejsze czy
                                                    zwykłe błędy i potknięcia. Tu znajduje się klucz do rozwiązania tej
                                                    trudności, którą nader często sprawiają Protestantom katolickie
                                                    podręczniki teologii moralnej: są one przeznaczone dla spowiedników,
                                                    a protestanci uważają je za adresowane do kaznodziejów.

                                                  • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 19:00
                                                    2. W związku z nauką Taylora, Miltona i Paley’a, chciałbym postawić
                                                    pytanie: co by mi odpowiedział duchowny protestancki, jeśli
                                                    zarzuciłbym mu, że naucza, iż kłamstwo jest czymś dopuszczalnym. A
                                                    gdyby poprosił mnie o udowodnienie tego oskarżenia, odparłbym, że
                                                    taka przecież była nauka Taylora i Miltona? „Ależ!”, replikowałby
                                                    ostro, „poglądy Taylora czy Miltona nie są dla mnie wiążące”. A
                                                    gdybym nadal upierał się, że „przecież Taylor jest jednym z jego
                                                    autorytetów”, on by odrzekł, że Taylor był wielkim pisarzem, ale że
                                                    wielcy pisarze nie są nieomylni. Otóż ja odpowiadam dokładnie tak
                                                    samo tym, którzy uważają mnie za ucznia św. Alfonsa.

                                                    Chcę jasno i wyraźnie - i bez zastrzeżeń - powiedzieć, że nie
                                                    podzielam poglądów tego świętego i dobrego człowieka na temat
                                                    kłamstwa. Kościół dopuszcza istnienie różnych szkół myślenia i w tym
                                                    punkcie idę za innymi - za kardynałem Gerdilem i Natalisem
                                                    Alexandrem, co więcej, za św. Augustynem. Zacytuję jeden fragment z
                                                    dzieła Natalisa Alexandra: „Bez wątpienia kłamią ci, którzy
                                                    wypowiadają słowa przysięgi bez woli złożenia przysięgi czy wzięcia
                                                    na siebie zobowiązania, lub ci, którzy, gdy przysięgają, uciekają
                                                    się do zastrzeżeń mentalnych i wieloznaczności, ponieważ oznaczają
                                                    słowami to, czego tak naprawdę nie mają na myśli, niezgodnie z
                                                    celem, dla którego ustanowiono język, tzn. jako znak dla wyrażania
                                                    myśli. Kłamią także ci, którzy mają na myśli coś innego niż to, co
                                                    słowa oznaczają same z siebie, zgodnie z powszechnym zwyczajem
                                                    językowym.” By podać przykład - nie wierzę, by jakikolwiek kapłan w
                                                    Anglii zamierzał powiedzieć, „Mojego przyjaciela tutaj nie ma,”
                                                    myśląc jednocześnie, „Nie ma go w mojej kieszeni ani pod moim
                                                    butem.” Również ja nigdy nie powiedziałbym czegoś takiego. Nie
                                                    sądzę, aby św. Alfons mógł coś takiego powiedzieć i byłby tak samo
                                                    wstrząśnięty tym, co napisał Taylor i Paley, jak protestanci są
                                                    zgorszeni jego nauką.

                                                    Otóż jeżeli protestanci chcą wiedzieć, jaka naprawdę jest nasza
                                                    nauka – na temat kłamstwa i innych zagadnień – niech studiują nasze
                                                    katechizmy, a nie podręczniki kazuistyki. Dzieła z dziedziny
                                                    patologii nie dają najlepszego poglądu na temat formy i harmonii
                                                    ludzkiej natury - i uwaga ta dotyczy zarówno ciała jak i umysłu.
                                                    Katechizm Soboru Trydenckiego został wydany dokładnie w tym celu -
                                                    by dostarczyć kaznodziejom tematów dla ich kazań. A ponieważ
                                                    wszystko, co tu piszę, stanowi moją obronę, mogę powiedzieć, że
                                                    rzadko wygłaszam kazanie, którego treść i nauka nie byłyby
                                                    zaczerpnięte z tego pięknego i wyczerpującego Katechizmu. W
                                                    Katechizmie tym znajdujemy następujące uwagi odnośnie obowiązku
                                                    prawdomówności:

                                                    „Nie będziesz mówił fałszywego świadectwa...itd. należy zwrócić
                                                    uwagę na dwa nakazy zawarte w tym przykazaniu: pierwsze zabrania
                                                    składania fałszywego świadectwa; drugie nakazuje, byśmy, porzuciwszy
                                                    wszelkie udawanie i kłamstwo, mierzyli nasze słowa i czyny prostą
                                                    prawdą - zgodnie z upomnieniem Apostoła dotyczącym tego obowiązku i
                                                    skierowanym do Efezjan w następujących słowach: Natomiast żyjąc
                                                    prawdziwie w miłości sprawmy, by wszystko rosło ku Temu, który jest
                                                    Głową – ku Chrystusowi (Ef 4, 15)”.

                                                    „Rzeczą najzupełniej niegodną jest zwodzić przez kłamstwo w żartach
                                                    lub komplementach, chociaż nikt przez nie nie cierpi straty ani
                                                    niczego nie zyskuje: tak bowiem upomina nas Apostoł: Odrzuciwszy
                                                    kłamstwo, mówcie prawdę . Tkwi tu bowiem wielkie niebezpieczeństwo,
                                                    że popadniemy w częste i poważniejsze kłamstwa, a kłamiąc w żatrach
                                                    ludzie nabywają nawyku mówienia kłamstw, przez co zyskują sobie
                                                    opinię osób niewiarogodnych - i dlatego muszą później, by im
                                                    uwierzono, potwierdzać swoje słowa przysięgą."

                                                    „Nic nie jest [nam] bardziej potrzebne, niż prawdziwe świadectwo o
                                                    tych rzeczach, których sami nie znamy, a których powiniśmy być
                                                    świadomi. Zachowała się na ten temat nauka św. Augustyna: wszyscy,
                                                    którzy ukrywają prawdę i ci, którzy kłamią, są winni – pierwszy
                                                    dlatego, że nie chce być użytecznym, drugi, ponieważ chce popełnić
                                                    zło.”

                                                    „Niekiedy słuszną jest rzeczą przemilczeć prawdę – ale tylko poza
                                                    sądem, w sądzie bowiem, gdy zgodnie z prawem świadek przesłuchiwany
                                                    jest przez sędziego, należy ujawnić całą prawdę.”

                                                    „Świadkowie muszą się jednak wystrzegać, by, nadmiernie ufając
                                                    swojej pamięci, nie twierdzili na pewno tego, czego nie sprawdzili.”

                                                    „Aby wierni z większą gorliwością unikali grzechu kłamstwa,
                                                    proboszcz ukaże im ogromną nędzę i podłość tej niegodziwości. W
                                                    Piśmie Św. diabeł nazwany został ojcem kłamstwa - ponieważ nie
                                                    wytrwał w prawdzie, jest kłamcą i ojcem kłamstwa. Aby zatem uwolnić
                                                    ludzi od tak wielkiego występku, przedstawi im również nieszczęścia
                                                    wynikające z kłamstwa; ponieważ zaś nieszczęścia te są niezliczone,
                                                    wskaże [przynajmniej] na ich źródła i w punktach je wymieni, a więc:
                                                    1. że wielki jest gniew Boga i Jego nienawiść względem człowieka
                                                    nieszczerego i kłamcy; 2. że człowiek, którego Bóg ma w w swojej
                                                    szczególnej nienawiści, nie może czuć się bezpieczny przed
                                                    najcięższymi karami; 3. że nic bardziej nieczystego i obrzydliwego,
                                                    jak mówi św. Jakub, niż to, że...z tej samej szczeliny źródła
                                                    wypływa woda słodka i gorzka? - 4. bowiem ten sam język, który przed
                                                    chwilą wychwalał Boga, teraz, jeżeli kłamie, uwłacza Mu przez to, że
                                                    kłamie. 5. i dlatego kłamcy nie posiądą szczęśliwości niebieskiej.
                                                    6. oraz, że najgorszym złem, jakie tkwi w kłamstwie jest to, iż ta
                                                    choroba umysłu jest na ogół nieuleczalna.”

                                                    „Nadto i ta ogromna szkoda dotyka wszystkich ludzi, że przez brak
                                                    szczerości i kłamstwo utracone zostają wiara i prawda, które
                                                    stanowią najsilniejszy węzeł jednoczący ludzkie społeczeństwo. A gdy
                                                    z życia znikają wiara i prawda, ludzie pogrążają się w chaosie, tak
                                                    że w niczym zdają się nie różnić od diabłów.”

                                                    „W końcu proboszcz naprostuje poglądy tych, którzy usprawiedliwiają
                                                    swój brak szczerości powołując się na przykład ludzi mądrych,
                                                    którzy, jak mówią, uciekają się niekiedy do kłamstwa. Powie im
                                                    prawdę, że mianowicie mądrość według ciała jest śmiercią. Pouczy i
                                                    wezwie swych słuchaczy, aby, gdy znajdują się w trudnościach i
                                                    kłopotach, swą ufnośc pokładali w Bogu oraz by nie uciekali się do
                                                    kłamstwa.”

                                                    „Ci, którzy winę za swoje kłamstwo składają na tych, którzy ich
                                                    swoim kłamstwem zwiedli, mają zostać pouczeni, że ludziom nie wolno
                                                    samemu dokonywać pomsty, ani odpłacać złem za zło…”

                                                    W Katechizmie znajduje się wiele podobnych stwierdzeń, a stosowanie
                                                    się do nich ma charakter powszechnego obowiązku. Nikt natomiast nie
                                                    musi przyjmować rozstrzygnięć poszczególnych autorów w dziedzinie
                                                    etyki.

                                                  • kaczy.i.indyczy Re: Apologia pro vita sua,Rozdział V. 28.01.10, 19:03
                                                    Odwołuję się do jeszcze jednego autorytetu w tej dziedzinie, który
                                                    domaga się mojej szczególnej uwagi, jest to bowiem przykład Ojca.
                                                    Posłuży mi on jako zakończenie mojej pracy.

                                                    „Św. Filip”, mówi rzymski oratorianin, który spisał jego
                                                    żywot, „żywił szczególną niechęć wobec wszelkiej sztuczności – u
                                                    siebie i innych - w mowie, stroju i w innych rzeczach”.

                                                    „Unikał wszelkiego przepychu, który miałby posmak światowej chwały i
                                                    zawsze we wszystkim pedantycznie przestrzegał chrześcijańskiej
                                                    prostoty, tak że gdy musiał kontaktować się z ludźmi światowymi, z
                                                    trudem się do nich dostosowywał.”

                                                    „I stronił, na ile to było możliwe, od wszelkich kontaktów z ludźmi
                                                    dwulicowymi, którzy nie postępowali uczciwie i szczerze w swoich
                                                    sprawach."

                                                    „Jeśli zaś chodzi o kłamców, to nie mógł ich znieść i ciągle
                                                    przypominał swoim duchowym dzieciom, by unikały ich jak zarazy.”

                                                    Oto zasady, które kierowały moim życiem zanim zostałem katolikiem;
                                                    oto zasady, które, jak ufam, będą moją podporą i światłem do końca.

                                                    Zamykam moją historię z imieniem św. Filipa w dniu św. Filipa. I
                                                    komu słuszniej mógłbym ją ofiarować jako znak moich uczuć i
                                                    wdzięczności, jeśli nie synom św. Filipa, moim najdroższym braciom z
                                                    tego domu, kapłanom Oratorium w Birmingham, AMBROŻEMU ST. JOHN,
                                                    HENRY’EMU AUSTINOWI MILLSOWI, HENRY’EMU BITTLESTON, EDWARDOWI
                                                    CASWALL, WILLIAMOWI PAINE NEVILLE'OWI i HENRY’EMU IGNACEMU
                                                    DUDLEY’OWI RYDEROWI, którzy byli mi tak wierni, tak wrażliwi na moje
                                                    potrzeby; którzy okazywali tak wielką pobłażliwość dla moich
                                                    upadków; którzy pomogli mi przetrwać tak wiele prób; którzy nie
                                                    szczędzili żadnych ofiar, jeżeli o nie prosiłem; którzy, mimo
                                                    zniechęcenia, jakiego byłem przyczyną, zachowywali pogodę ducha;
                                                    którzy dokonali tylu dobrych dzieł i pozwolili, by mnie przypisano
                                                    wszystkie zasługi; z którymi żyłem tak długo i pośród których mam
                                                    nadzieję umrzeć.

                                                    A szczególnie tobie, drogi Amboży St. John, którego Bóg dał mi
                                                    wtedy, gdy zabrał wszystkich innych; który jesteś ogniwem scalającym
                                                    moje stare i nowe życie; który przez dwadzieścia jeden lat byłeś mi
                                                    tak bardzo oddany, cierpliwy, gorliwy, tak tkliwy; który pozwalałeś
                                                    mi tak mocno opierać się na tobie; który tak bardzo dbałeś o mnie i
                                                    nigdy nie myślałeś o sobie, gdy chodziło o moją osobę.

                                                    W twojej osobie wspominam i niosę w swej pamięci tych znajomych,
                                                    tych czułych przyjaciół i doradców, których, jednego po drugim,
                                                    otrzymałem w Oksfordzie, by byli mi codziennym pocieszeniem i
                                                    pomocą; i wszystkich innych o wielkich nazwiskach, których życie
                                                    było dla mnie przykładem i którzy byli moimi oddanymi przyjaciółmi,
                                                    i którzy w dawno minionej przeszłości okazali mi prawdziwe
                                                    przywiązanie; a także tych licznych młodych ludzi, znanych mi i nie
                                                    znanych, którzy nigdy nie okazali się wobec mnie nielojalni - ani w
                                                    słowach, ani w czynach; i wszystkich, którzy pozostawali ze mną w
                                                    tak różnorodnych relacjach, tych zwłaszcza, którzy od tamtego czasu
                                                    przyłączyli się do Kościoła Katolickiego.

                                                    I modlę się gorąco, z nadzieją wbrew nadziei, abyśmy wszyscy,
                                                    których niegdyś łączyła tak silna i szczęśliwa przyjaźń, zostali w
                                                    końcu zgromadzeni Mocą Woli Bożej w jednej Owczarni pod jednym
                                                    Pasterzem.

                                                    26 maja 1864 r.

                                                    In Festo Corp. Christ.

                                                  • kaczy.i.indyczy Oouua , ladnie tego wyszlo :) 28.01.10, 19:04

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka