kaczy.i.indyczy 18.07.09, 17:37 Felietony Franciszka Kucharczaka pt. "Tabliczka sumienia" są (wg ankiet) najchętniej czytanymi tekstami w "Gościu Niedzielnym" . Podrzucę więc kilka , w części lub w całości , wraz z linkami . Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
kaczy.i.indyczy Księża i cześć 18.07.09, 17:39 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1246219422&dzi=1104798052&katg= Księża i cześć Myśl wyrachowana: Szacunek dla kapłanów jest w naszym interesie, bo kapłaństwo jest w naszym interesie Anna Katarzyna Emmerich w czasie wizji męki Chrystusa bardzo cierpiała. Zdarzyło się, że obecny przy tym ksiądz uczynił nad nią znak krzyża. W tym momencie błogosławiona z wyrazem wielkiej ulgi wyszeptała: „Kto to zrobił?”. Taki z pozoru drobiazg, a jaki skutek. Przeciętny śmiertelnik nie wie, ile razy uniknął nieszczęścia, bo go ksiądz pobłogosławił. Nie wiemy, ile zła nas ominęło dzięki święconej wodzie, którą się żegnamy. Z tamtej strony zobaczymy, jaką osłonę przed złością szatana dały nam pobłogosławione przez księży szkaplerze, krzyżyki, medaliki, gromnice. Ujrzymy, jakie to szczęście, że u nas nie ma miejscowości bez poświęconych kaplic, krzyży i figur. A księża nie takimi rzeczami dysponują. Bóg wyposażył ich w arsenał środków, z których błogosławieństwo i sakramentalia to zaledwie początek. Nawet pojęcia nie mamy, ile zyskujemy na tym, że w Boże Ciało tyle błogosławieństw wylewa się na kraj. Sakramenty – to jest dopiero ciężka artyleria! Wściekają się akwizytorzy deprawacji, że „kartoflania” (jak nazywa Polskę feministka Kinga Dunin) tak odstaje od „międzynarodowych standardów”. Nie rozumieją, dlaczego ich sprawdzone metody małych kroczków tak często okazują się u nas dreptaniem w kółko. Nie pojmują, dlaczego tu z marszów robią im się tragikomiczne marszyki sfrustrowanych seksiarzy, dlaczego prowokacje biorą w łeb, a kłamstwa przyjmują się jak nowe pomysły MEN. Oni tłumaczą to „ciemnogrodem” i „obskuranctwem”, ale nie potrafią powiedzieć, co sprawia, że im tak z nami nie idzie. A przyczyna jest prosta – diabeł potyka się tam, gdzie każdego dnia w tysiącach kościołów ofiaruje się za nas Chrystus. Gdyby nie to, pewnie już dawno podzielilibyśmy los Sodomy i Gomory. To prawda, że nasza masowa pobożność bywa płytka, ale nawet taka sprawia, że drogi do kościołów nie zarastają, a ludzie poruszają się w strefie świętości. Dopóki grzesznicy się spowiadają, dopóki klękają przed Jezusem Eucharystycznym, dopóty dają Bogu do siebie dostęp. Ale nie byłoby tego bez kapłanów. Pewnie, że chciałoby się, żeby oni wszyscy byli święci. Ale nawet ci kiepscy noszą w sobie nieprawdopodobną godność. Kto inny ma na świecie taką władzę, że na jego słowo sam Bóg schodzi na ołtarz? Kto ma prawo człowiekowi powiedzieć: „Odpuszczają ci się grzechy”? W pierwszym dniu Roku Kapłańskiego czekałem w kolejce do spowiedzi. Nagle do konfesjonału podeszła kobieta, która się tam wcześniej spowiadała. Dyskretnie odchyliła zasłonę i położyła przed młodym spowiednikiem koszyczek maleńkich kwiatków. Jakoś mi ta scena siedzi w głowie. I nasuwa cytat ze świętego Pawła: „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych podwójnej czci”. Może więc tym, którzy przewodniczą źle, należy się cześć pojedyncza? Przecież nawet naczynia liturgiczne, niezależnie od ich jakości i kształtu, traktujemy inaczej niż wszystkie inne, bo je dotknął Jezus. Akurat to księży nie zepsuje. Przeciwnie – doświadczając szacunku wiernych, łatwiej uszanują własne kapłaństwo. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Ewolucja wiary 18.07.09, 17:42 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1246873119&dzi=1104798052&katg= Ewolucja wiary Myśl wyrachowana: Nie ma ludzi niewierzących, tylko niektórzy wierzą, że są W niedawnym felietonie „Prawa nieludzkie” napisałem, że zwierzęta nie mają żadnych praw, gdyż prawa mają tylko ludzie. To stwierdzenie spowodowało większe wzburzenie, niż gdybym namawiał do mordowania wdów i sierot, a nawet niż gdybym powiedział, że PiS to partia lepsza od PO. Zarzucano mi, że nienawidzę zwierząt i że jestem wrogiem przyrody. Były też głosy (katolików!), że uznawanie człowieka za kogoś wyjątkowego wśród ziemskich stworzeń jest wyrazem pychy. Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy mój tekst wziął na warsztat naczelny „Faktów i Mitów”. Pominął moje słowa, że ludzie, mając prawa, mają też obowiązki, do których należy traktowanie zwierząt po ludzku. I dalejże przerabiać fakty na mity. Po ukazaniu się tego numeru FiM otrzymałem ze środowiska wojujących „antyklerykałów” kilka ciekawych listów. Jeden, zatytułowany „Zero praw dla katoli”, brzmiał: „Jesteście groźniejsi od zwierząt. Przysługuje wam naturalne prawo – umrzeć na krzyżu!”. Ktoś inny wyraził oburzenie kwestionowaniem praw zwierząt i załączył tekst ustawy o ochronie zwierząt, w której… nie ma ani słowa o prawach zwierząt. Odezwała się też pani z Warszawy, zaangażowana ateistka. „Wyrażam ubolewanie, że ludzie pańskiego pokroju chodzą po Ziemi. A mamy przeludnienie. (...) Zwierzęta zasługują na większy szacunek. Właściwie to tylko one, bo Pan nie” – napisała. Ponieważ się podpisała, odpowiedziałem i wywiązał się z tego sensowny, a na końcu niemal sympatyczny dialog. Przytoczę fragmenty, bo ilustrują zasadniczą tezę rzeczonego felietonu – że odrzucenie Boga musi skutkować uznaniem człowieka za myślące zwierzę. A że myślące, to gorsze, bo przez to bardziej mordercze. „Należę do tych ludzi, którzy twierdzą, że nasza planeta się obroni przed plagą ludzkości i wyginiemy jak wiele innych gatunków zwierząt przed nami” – napisała moja adwersarka. Zapytałem o przyczyny zaangażowania w walkę o poprawę bytu zwierząt. No bo skoro ktoś jest ateistą, to – wydawałoby się – musi uznać, że cały wszechświat nie ma sensu, bo wziął się z przypadku i zmierza do nicości. Ale nie. „Ja w przypadki nie wierzę. Wierzę natomiast w ewolucję i biologię” – otrzymałem odpowiedź. To znamienne. Ilekroć korespondowałem z ateistami, zawsze dochodziliśmy do tego punktu: wiary w ewolucję. Na tym ma polegać „racjonalizm” i pogląd „naukowy”. Ale to jest właśnie nieracjonalne. Bo czym jest ewolucja, jeśli nie przemianą istot, dokonującą się według określonego planu? Jeśli jest plan, to musi za nim ktoś stać. Jakaś inteligencja. Ateista to czuje, dlatego gdy odrzuca Boga, musi w jego miejsce wstawić na przykład ewolucję. To jest namiastka religijności, ale ona dowodzi naturalnego przeczucia Boga. Ono jest silniejsze niż najsilniejszy instynkt. Niewierzący w Boga jest jak dziecko przed narodzeniem, które nie wierzy w matkę, bo nigdy jej nie widziało. Dziecko słyszy bicie jej serca, a nawet jej głos, żyje pokarmem z jej organizmu, ale gdyby mogło, napisałoby książkę „Matka urojona”. Z pewnością dzieło to stałoby się bestsellerem. Wśród nienarodzonych. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Sumowanie zbrodni 18.07.09, 17:45 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1245528632&dzi=1104798052&katg= Sumowanie zbrodni Myśl wyrachowana: Gdzie dwóch się bije, tam korzysta diabeł. Amerykański aborter George Tiller ma na sumieniu 60 tys. dzieci, zabitych najczęściej w późnej fazie ciąży. Zabijał w dni powszednie, a w niedziele chadzał do luterańskiego kościoła. W tym też kościele został zastrzelony. Zabójca Tillera wyobrażał sobie być może, że tym sposobem kładzie kres zbrodni. W rzeczywistości do zbrodni abortera dołożył zbrodnię na aborterze. Swoim czynem niczego nie naprawił. Powiększył tylko swą osobą grono morderców. Zrobił Tillerowi to, co Tiller robił 60 tysięcy razy – radykalnie i nieodwracalnie sprzeciwił się planom Boga. Odebrał ofierze szansę naturalnego umierania, które wielu zatwardziałych grzeszników przywiodło do nawrócenia. Zwolennicy aborcji od dawna już zaliczali ruchy pro life do organizacji terrorystycznych, brakowało im tylko drobiazgu: aktu terroryzmu. Wyglądali go jak postkomuniści władzy, łaknęli go jak działacze gejowscy skinów z kamieniami. No i wreszcie się zdarzył. To gratka dla biznesu aborcyjnego, bo złem karmi się tylko zło – nigdy dobro. Karykatura męczennika zmotywuje aborterów i niczym Nike ze skrzydłami nietoperza poprowadzi ich na barykady przeciw życiu. Niedawno za sprawą filmu „Walkiria” przypomniano historię zamachu Stauffenberga na życie Hitlera. – Wszystko skończy się dobrze, Hitler przeżyje – uspokoiłem żonę w kinie. Po ludzku jednak wydawałoby się, że zlikwidowanie takiego tyrana to już na pewno złem być nie może. Ileż tą śmiercią można było uratować ludzkich istnień! A w tle już widniał pokój z zachodnimi aliantami i zatrzymanie pochodu komunistów. A jednak zwalczanie zła złem przyniosło jeszcze większe zło. Kolejny nieudany zamach utwierdził Hitlera w przekonaniu, że ma szczególną misję. Nabrał pewności, że karta wojny, za sprawą tajemnych sił, odwróci się w ostatnim momencie. W efekcie wojna trwała dłużej, a Niemcy musieli wypić nawarzone piwo do ostatniej kropli. Nie walczy się o dobro zbójecką maczugą. A to się dzieje, gdy ludziom nauka Chrystusa wydaje się za mdła, żeby można ją było potraktować serio. Zdaje im się, że miłość nieprzyjaciół oznacza przyjmowanie nieprzyjacielskich poglądów. Sądzą, że nadstawiać drugi policzek to to samo, co polubić ciosy w twarz. Nie pomyślą tacy, że Jezus po prostu wskazał nam jedyną skuteczną metodę przeciwstawienia się złu. Bo na zło nie ma innego sposobu, niż odrzucenie jego prowokacji. Podjęcie rękawicy rzuconej przez diabła musi skończyć się grzechem. Wiedzą to choćby małżonkowie, którzy reagując złością na złość, niczego nie rozwiązują, a tylko budują gmaszysko pretensji. Bo odpowiedź gniewem na gniew nie likwiduje gniewu, lecz go sumuje. Świnia podłożona krzywdzicielowi to nie szansa na wspólne grillowanie, tylko kolejna krzywda. Odwet jest jedną z najgłupszych rzeczy na świecie, bo choć wydaje się wymierzeniem bezkarnemu sprawiedliwości, w rzeczywistości jest mnożeniem niesprawiedliwości. Rezygnacja z agresji to nie broń słabych. Przeciwnie – właśnie ona wymaga siły woli. Bo dużo łatwiej pokonać bliźniego niż samego siebie. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Prawa nieludzkie 18.07.09, 17:54 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1244404098&dzi=1104798052&katg= Prawa nieludzkie Myśl wyrachowana: Uczłowieczanie zwierząt jest objawem zezwierzęcenia człowieka. Trzej faceci piją piwo. – Moja żona jest taka gruba, że musiałem kupić większy samochód – mówi jeden. – A ja kupiłem busa, żeby się moja zmieściła – mówi drugi. – A ja już nie mam żony – pociąga nosem trzeci. – Co się stało? – pytają koledzy. Na to on: – Opalała się na plaży, aż tu nagle przylecieli ekolodzy i zepchnęli ją do morza. Ostatnio jakby bezpieczniej być zwierzęciem niż człowiekiem. Całe gatunki są obejmowane ochroną, szczególnie w okresie lęgowym – odwrotnie niż u ludzi. Niedawno w radiu ktoś stwierdził, że gdyby wyginęły owady, życie na Ziemi przestałoby istnieć, a gdyby wyginęła ludzkość, natura rozkwitłaby w najlepsze. Ta mądrość padła z okazji Dnia Praw Zwierząt, jaki przypadł w sąsiedztwie Dnia Matki i Dnia Dziecka. Z telefonów do studia wynikało, że sporo ludzi się owymi „prawami” przejmuje. A bo te zwierzaki takie dobre, a ludzie tacy źli – psy wiążą przy budzie, do schronisk oddają, konie na ubój wysyłają. Jasne, że zwierzęta też mają problemy. Ale mówienie o prawach dla nich jest tak samo zasadne, jak debata nad lokalizacją lotniska dla krów. Zwierzętom z natury żadne prawa nie przysługują. Prawa to mają ludzie i tym samym mają też obowiązki. Traktować zwierzęta po ludzku jest jednym z obowiązków ludzi, a nie prawem zwierząt. Kto ma psa albo kota, powinien traktować go jak człowiek, a nie jak człowieka. Kto ma świnię, powinien po ludzku dać jej jeść, a potem ją zjeść. Uprzednio po ludzku zabiwszy. Tak samo z pozostałą gadziną. Nie dajmy się zwariować. Nośmy futra, jedzmy schabowy, chodźmy w skórzanych butach i dziękujmy Bogu, że daje nam się czym pożywić i w co ubrać. W tych szopkach z „prawami” zwierząt wcale nie chodzi o zwierzęta – to idzie o człowieka. Czy ktoś myśli, że hiszpańscy socjaliści z miłości do szympansów przyznali im część praw ludzkich? Nie – to skutek nowej wizji człowieczeństwa, opartej na założeniu, że nie ma Boga ani żadnej siły wyższej. Tym samym i duszy nieśmiertelnej nie ma. Takie stawianie sprawy musi skutkować postawieniem człowieka w szeregu zwierząt i uznaniem go za taką samą istotę, jak każda inna, tylko trochę bardziej rozwiniętą. Już widać, jakie owoce przynosi to założenie. W imię „powrotu do natury” przedstawiciele homo rezygnują z sapiens i poddają się głosowi „instynktu”. To z tej przyczyny łażą goło po plażach, na paradach wymachują tym i owym albo publicznie biją „seksualne rekordy”. To „wierność naturze” usprawiedliwia mężów z niewierności żonom, bo ponoć każdy męski ssak z natury jest poligamistą i powinien rozsiać po świecie jak najwięcej plemników. Więc się chłopy łajdaczą, rozsiewając te plemniki, choć nie wiedzieć czemu w prezerwatywę. W takiej wizji człowieka nie ma miejsca na moralność. Bo rdzeniem moralności jest zdolność mówienia samemu sobie „nie”. Spośród wszystkich ziemskich stworzeń tylko człowiek to potrafi. Ale gdy ludzie właśnie to uznają za nienaturalne, stają się najbardziej żałosnymi użytkownikami tego świata. I wtedy naprawdę zagrażają światu, ale najbardziej sobie. Bo skutkiem przyznawania praw zwierzętom jest odebranie praw człowiekowi. (...) Tortura życia W Nikaragui od dwóch lat nie wolno dokonywać aborcji. Od tego też czasu rozmaite agendy ONZ zajmują się udowadnianiem, jak bardzo taki stan narusza prawa człowieka. Jak doniósł „Nasz Dziennik”, tym razem odezwała się komisja ONZ do spraw tortur. Jej urzędnicy orzekli, że zakaz aborcji jest „rządowym przyzwoleniem na torturę”. Prawdopodobnie chodzi o tortury psychiczne, jakie odczuwają pracownicy ONZ, gdy próbują udowodnić szkodliwość zakazu aborcji. Trudno im się dziwić, bo od czasu wprowadzenia nowego prawa śmiertelność wśród ciężarnych w Nikaragui spadła. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Musimy bo chcemy 18.07.09, 17:59 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1243794668&dzi=1104798052&katg= Musimy bo chcemy Myśl wyrachowana: Gdzie Bóg przestaje być prawem, tam prawo staje się bogiem. Heinrich Himmler przyglądał się żydowskiemu chłopcu o jasnych włosach. – Czy któreś z twoich rodziców było aryjczykiem? – zapytał. – Nie – odpowiedział chłopak. – A może któryś z dziadków? – Nie. – W takim razie nic nie mogę dla ciebie zrobić. Ta scena, opisana przez jednego z oficerów towarzyszących szefowi SS, przyszła mi na myśl, gdy czytałem wypowiedź doktora honoris causa Baracka Obamy. Miłujący pokój (wieczny) dla najmłodszych dzieci prezydent USA został uhonorowany przez katolicki (!) uniwersytet Notre Dame. Dziękując za to solidnie niezasłużone wyróżnienie, prezydent Obama prosił, żeby nie demonizować zwolenników aborcji, bla bla bla. Zapewnił, że dąży do ograniczenia aborcji, ple ple ple. Zwierzył się, że dla niego aborcja też jest złem, tylko że – uwaga! – koniecznym. Biedny, bezradny prezydent. Ten, który trzęsie polityką całego globu, stoi w majestacie swej władzy przed bezbronnym maleństwem i mówi: „nic nie mogę dla ciebie zrobić”. No bo nie może i już. Ktoś urwie dziecku rączki, nóżki, ukręci głowę, poczęstuje roztworem soli – no trudno, taka konieczność. A dlaczego to konieczność? Dlatego, że takie jest prawo. A „prawo trzeba szanować” (Heinrich Himmler). Tak to działa. Gdzie tworzy się zbrodnicze prawo, tam zbrodnia staje się „koniecznością”. To jest taka konieczność, że nawet w kryzysie Obama musiał przeznaczyć miliard dolarów na starania o legalizację aborcji poza USA – w tym w Polsce. Jakie to musi być trudne dla kogoś, kto „dąży do ograniczenia aborcji”. Ale prezydent musiał to zrobić. Co z tego, że sam to prawo wprowadził, odwołując obowiązujący dotąd zakaz finansowania aborcji poza Stanami. Przecież on chce, żeby na świecie było mniej głodnych dzieci. Ciekawe, dlaczego taki Obama i jemu podobni aż tak bezczelnie pokazują, że uważają nas za gorszych i głupszych? Bo o czym, jak nie o pogardzie dla nas i dla naszych zasad świadczy dotowanie istniejących u nas organizacji proaborcyjnych? Dlaczego tam, gdzie jeszcze względnie szanuje się ludzkie życie wysyła się statki aborcyjne? Czemu na młodzież tych krajów nasyła się bandy aborcyjnych agitatorów, mieniących się edukatorami seksualnymi? A kara za „brak instytucji odwoławczej od decyzji lekarskiej”, jaką obciążył Polskę Trybunał w Strasburgu w związku ze sprawą Alicji Tysiąc, to co to jest? To my mamy powołać instytucję odwoławczą od tego, czy wolno człowieka zabić lub pozostawić go przy życiu? Taka instytucja odwoławcza to już kiedyś była – na rampie w Auschwitz. Jak dobry pieniądz jest wypierany przez zły, tak złe prawo wypiera dobre. Dlatego choćby we własnym interesie nie możemy się na to godzić. Bo jeśli świat zaleje moneta fałszywej moralności, wszyscy pójdą z torbami tam, skąd się nie wraca – choć wrócić piekielnie by chcieli. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Testowanie Boga 18.07.09, 18:02 Testowanie Boga Myśl wyrachowana: Chrystusa poznaje się po tym, co robi z człowiekiem, człowieka poznaje się po tym, co robi z Chrystusem. Dawna miss Belgii Goedele Liekens wystąpiła na okładce belgijskiego miesięcznika „Goedele” w stroju zakonnicy. Do pisma dołączono opakowanie z trzema hostiami, opatrzone zdjęciem byłej miss i napisem: „Bierzcie i jedzcie, to jest ciało moje”. Serdeczne dzięki dla redakcji, że hostie nie były konsekrowane. Bo różnie mogło być. Profanacja Eucharystii jest ostatnio w modzie. Jak doniosła KAI, akty znieważenia Najświętszego Sakramentu coraz częściej są filmowane i umieszczane w serwisie internetowym YouTube. Na niektórych filmach widać, jak konsekrowane hostie wrzucane są do toalety, na innych karmi się nimi zwierzęta, rozbija mikserem albo przebija gwoździami. Nieraz już znajdowali się świętokradcy, którzy chcieli sprawdzić, czy w konsekrowanej hostii naprawdę jest Pan Jezus. A jeśli jest, to jak się zachowa. Dzisiejsi profanatorzy chcą chyba sprawdzić, jak zachowają się katolicy. Być może wyobrażają sobie, że poniewierając Ciałem Chrystusa, dowiodą, że nasza wiara to zabobon. Bo gdyby tam był Bóg, to by przecież nie pozwolił tak się traktować. Dokładnie tak samo rozumowali oprawcy z Golgoty. „Jeśli jesteś synem Bożym, zejdź z krzyża!” – wrzeszczeli. I tak samo Jezusa potraktowali: pobili Go niemal na miazgę, przebili gwoździami, obrzucili nieczystościami. Popełnili najstraszniejszą profanację wszechświata. I co? I nic. Ale przecież już Izajasz to zapowiedział: „Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust swoich”. To zupełnie zrozumiałe, że i na dzisiejszych bluźnierców nie spada deszcz ognia i siarki. Skoro Bóg nie poraził nagłą śmiercią morderców jego Syna, to i nic dziwnego, że ziemia nie rozstępuje się pod tymi, co poniewierają Ciałem Chrystusa w Eucharystii. Dlaczego jednak w ogóle może dochodzić do takich rzeczy? W związku z sezonem komunijnym słuchacze radiowej Trójki dzwonili z pomysłami na zmiany w kwestii dopuszczania do sakramentu. Przeważał pogląd, że powinno to być później niż teraz, „bo co takie dzieci z tego rozumieją”. Ktoś nawet postulował, żeby Pierwszą Komunię robić po osiągnięciu pełnoletności. Być może liczył, że wtedy „dziecko zrozumie” – i samo poniesie koszty imprezy. – Czemu właściwie mam iść do Komunii w kościele, przecież opłatki można kupić w sklepie? – usłyszałem kiedyś pytanie. To nie dziecko je zadało – to dwudziestoletnia kobieta, „katoliczka niepraktykująca”. Jak widać, do Komunii nie dorasta się z wiekiem. Nie dojrzewa się do niej – to bez niej się nie dojrzewa. To przecież pokarm, a pokarm nie jest nagrodą za wzrost, tylko warunkiem wzrostu. Eucharystię trzeba przyjmować, a nie rozumieć. Do Komunii nie trzeba „dojrzałości”, tylko prostoty i zaufania, a w tym dzieci są bezkonkurencyjne. Przecież to nie dzieci testują postacie eucharystyczne na obecność Boga. Nie dzieci profanują Komunię, nie one przystępują do niej świętokradzko, żyjąc w konkubinatach i w innych ciężkich grzechach. Robią to dorośli, którzy nie wiedzą, że Boga możemy tylko przyjąć. Myślą, że Boga da się kupić, i to za grosze. Choćby w kiosku – razem z gazetą. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Potrzeby zaciemnionych 18.07.09, 18:07 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1242243596&dzi=1104798052&katg= Potrzeby zaciemnionych Myśl wyrachowana: Chrześcijanin jest jak świeca. Jest ciemny, póki nie zapłonie W mijającym tygodniu sporo mówiło się o spadku liczby powołań w Polsce i o zmniejszającej się liczbie uczestników Mszy niedzielnych. Niektórzy próbują to pierwsze tłumaczyć niżem demograficznym w kraju, a to drugie niżem atmosferycznym w dniu liczenia wiernych. Pytanie, jaki to niż panuje w Europie Zachodniej. Sądząc po liczbie duchownych i wiernych na Mszy, to tam od półwiecza ludzie się już prawie nie rodzą, a nad kościołami bezustannie trwają ulewy, uniemożliwiające wejście do środka. Nie no, dajcie spokój. Jeśli do udziału we Mszy zniechęca ludzi deszcz, to znaczy, że sprawy duszy znaczą dla nich mniej niż uczucie suchości. Ale to za proste, a nadto całkowicie jałowe, powiedzieć: „winni ludzie”. Znałem księdza, który upodobał sobie słowo „laicyzacja” i przed laty, w czasie wizytacji, tłumaczył z ambony biskupowi, że tu ludzie nie za bardzo chodzą do kościoła, bo wicie, rozumicie, laicyzacja ich ogarnęła. Ciekawa rzecz, że laicyzacja dotknęła akurat jego parafię, a sąsiednie nie, ale cóż, dopust Boży. Nie. Nie dopust Boży. Laicyzacja to nie jest coś zewnętrznego, to nie jakaś ideologia, którą ludzie wybierają jako coś lepszego od religijności. Laicyzacja jest skutkiem braku doświadczenia prawdziwej religijności. Ona spada na ludzi jak noc. Bo noc to nie godziny, w których jest ciemność, tylko czas, w którym nie ma światła. W nocy nie tylko wszystkie koty są czarne. Ludzie też. Zamiast więc utyskiwać, że oni tacy czarni, lepiej zanieść im światło. Ale kto ma to zrobić, jak nie ci, którzy mają do niego dostęp? Wiecie, skąd Jan Paweł II wziął gest ucałowania ziemi? Tak zrobił św. Jan Vianney, gdy z dala zobaczył Ars – parafię, do której skierował go biskup. To była zabita dechami wiocha, w której bieda materialna konkurowała z duchową. Ucałowanie ziemi to nie był pusty gest – Vianney kochał swoich parafian, zanim ich zobaczył. Z góry wiedział, że jacy by nie byli – są dziećmi światłości. Trzeba im tylko przynieść światło, a oni zapłoną. Vianney nie miał żadnego „programu duszpasterskiego”. Jego programem była Ewangelia. Wszystko w niej znalazł, bo wszystko tam jest. Żarliwa modlitwa o parafian, post za nich i tysiące godzin spędzonych w konfesjonale – to cały „sekret” jego duszpasterstwa. I dziwna rzecz – okazało się, że tego właśnie ludzie potrzebowali. Nie nadskakiwania ich upodobaniom, nie zamazywania prawdy i usprawiedliwiania egoizmu. „Zlaicyzowani” z całej Francji rzucili się do Ars tłumnie, zachłannie, żeby wyznawać swoje grzechy i się nawracać. Co ten brzydki i nieszczególnie lotny człowiek zrobił takiego, że sam diabeł nocami przestawiał mu z wściekłości meble i wyzywał od „zjadaczy kartofli”? Proste – proboszcz przyniósł ludziom to, czego naprawdę potrzebowali: światło Chrystusa, a nie proboszcza. Benedykt XVI w czerwcu proklamuje Rok Kapłański, a patronem wszystkich kapłanów na świecie ogłosi św. Jana Vianneya. Wielu pewnie wolałoby Rok Laikatu. Ale pustoszejące kościoły to nie wynik braku świeckich. To skutek braku świętych. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Człowieku, orientuj się 18.07.09, 18:12 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1241475528&dzi=1104798052&katg= Człowieku, orientuj się Myśl wyrachowana: Zdrowie jest jedno - pluralizm panuje wśród chorób Miss Kalifornii, 21-letnia Carrie Prejean, miała pewne zwycięstwo w konkursie na najpiękniejszą Amerykankę. Musiała tylko odpowiedzieć na pytanie członka jury, niejakiego Pereza Hiltona. Pan Hilton, z racji homoseksualnego defektu, jakim się szczyci, zasiadał w komisji w charakterze świętej krowy. Normalna krowa, czego by nie powiedziała, zawsze wychodzi z tego „muuuu”. Z kolei święta krowa, czego nie powie, zawsze musi upomnieć się o prawa dla homoseksualistów. Nie inaczej było tym razem. Hilton zapytał pannę Carrie, czy stany USA powinny zalegalizować małżeństwa osób tej samej płci. Na tak zadane pytanie miss mogła odpowiedzieć: „ależ oczywiście”, „naturalnie”, „z całą pewnością”, albo choćby skromne „tak”. Zamiast tego powiedziała coś niesłychanego, coś, co zakłóciło obroty sfer niebieskich – a jeśli nie niebieskich, to na pewno bardzo wysokich. Powiedziała mianowicie, że jej zdaniem, małżeństwo to… związek mężczyzny i kobiety! W tym momencie dziewczyna zbrzydła. Stała się do tego stopnia odrażająca, że Perez Hilton musiał zablokować jej zwycięstwo. Skutkiem tego wygrała miss Karoliny Północnej. Kilka godzin później Hilton potwierdził na swoim blogu, że ta „głupia suka” przepadła z powodu „niepoprawnej odpowiedzi”. Tak napisał: „głupia suka”. I dodał, że gdyby jednak wygrała, on wskoczyłby na scenę i zerwał jej z głowy koronę. Oczywiście słowa te mu nie zaszkodziły, bo świętej krowie szkodzi tylko brak obiektu do zdemolowania. Amerykanie ze zwykłych sfer okazali się jednak tak samo zboczeni jak panna Carrie, bo podzielili jej opinię na temat małżeństwa. Niedoszła miss otrzymała górę podziękowań i gratulacji za odwagę. Jej popularność w Ameryce osiągnęła szczyty. Ale to marna pociecha. Dlaczego pozwoliliśmy, żeby „odwagą” stało się mówienie rzeczy najbardziej oczywistych? Dlaczego nawet małżeństwo i rodzinę zezwoliliśmy świętym krowom zdegradować do poziomu obory? Lata lekceważenia małych kroczków kłamstwa zrobiły swoje. Zajrzyjcie do encyklopedii sprzed 30 lat. Za to, co tam wtedy pisali o homoseksualizmie, w Szwecji pisaliby dzisiaj prośbę o złagodzenie kary. A w samej rzeczy nic się nie zmieniło, nie ma nowej wiedzy na temat homoseksualizmu – jest za to wola polityczna, żeby taka wiedza była. Jej bazą jest powszechny brak wiedzy na temat stanu wiedzy. Wskutek uporczywego jazgotu ideologów nowego totalitaryzmu świat uznał, że ludzie dzielą się nie według płci, tylko na heteroseksualistów (kto 20 lat temu znał to słowo?) i homoseksualistów. Ideologom udało się narzucić kłamliwe pojęcie „homofobii” i przekonać, że najgłębsza ciemność ma barwy tęczy. To oni kazali używać słowa „orientacja” na określenie zarówno zdrowych, jak i chorych skłonności seksualnych. A przecież orientacja oznacza skierowanie ku Orientowi, czyli ku Wschodowi. Kiedyś kościoły były orientowane, skierowane w jedną stronę – ku świętemu miastu Jeruzalem. Bo Jerozolima jest jedna, Zbawiciel jest jeden i prawda jest jedna. Orientacja też jest jedna. Reszta to dezorientacje. Maluchu, dowód! Skandal! W drogeriach sieci Rossmann nieletni nie mogli kupować prezerwatyw! Sprzedawcy domagali się od młodzieży okazania dowodu osobistego. „Gazeta Wyborcza” dowiedziała się, że praktyka ta była skutkiem apelu Ewy Sowińskiej, która dwa lata temu, jako Rzecznik Praw Dziecka, chciała chronić dzieci przed demoralizacją. Teraz już Rossmann się poprawi. Przyciśnięty przez „Wyborczą” rzecznik sieci Roman Lewandowski tłumaczy się, że to wynik złego zrozumienia apelu, bo „chodziło o to, by nie sprzedawać prezerwatyw kilkuletnim dzieciom, a nie nastolatkom”. Jaka ulga. Wiadomo przecież, że kilkulatki za niczym tak nie przepadają jak za prezerwatywami. Niechby taki przedszkolak zrobił sobie z kondomu balonik – toby dopiero była demoralizacja! Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Sens przypadku 18.07.09, 18:20 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1240303456&dzi=1104798052&katg= Sens przypadku Myśl wyrachowana: Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze… swojego Syna Trzy lata temu byłem w Jerozolimie. Jak w amoku chodziłem po Bazylice Grobu Pańskiego. Pękając od wzruszeń, trafiłem do kaplicy Adama. To niewielkie pomieszczenie u stóp Golgoty. Rzadko tam zachodzą pielgrzymi. Ja jednak długo tam siedziałem. Myślałem o tradycji, która już w chrześcijańskiej starożytności kazała Golgotę uważać za miejsce pochówku naszego praojca. Widać tam szczelinę, która miała powstać wskutek trzęsienia ziemi w chwili śmierci Jezusa. Starożytni twierdzili, że krew „drugiego Adama”, czyli Mesjasza, spłynęła wtedy na czaszkę pierwszego Adama. Nieposłuszny Bogu został obmyty krwią posłusznego. Symbolika taka, że ciarki chodzą po grzbiecie. Aż tu nagle wchodzi grupa Polaków. Przewodnik beznamiętnym głosem mówi: „Według legendy, tu był pochowany pierwszy człowiek Adam. Ale to nieprawda”. Ludzie rozejrzeli się obojętnie i poszli. A ja pomyślałem: „Skąd ty, chłopie, wiesz, że nieprawda?”. Zauważyliście, że Bóg bardzo lubi symbole? Operując tym, co nazywamy przypadkami, aranżuje łaski w sposób nieprzypadkowy. Cała historia zbawienia to ciąg symboli. Izraelici w niewoli oznaczyli krwią baranka bez skazy swoje domy. Uchroniło ich to przed mieczem anioła śmierci. Ale działając według wskazówek Mojżesza, nie mieli pojęcia, dlaczego ma być baranek, czemu bez skazy, z jakiej przyczyny nie należy mu łamać kości i po co te ceregiele z krwią. Nie mieli pojęcia, dlaczego przeznaczona im Ziemia Obiecana to obszar nad małym Jordanem, a nie nad dostojnym Nilem czy wielkim Eufratem. Nie wiedzieli, dlaczego wybranym przez Boga miastem ma być akurat Jerozolima. Nie kojarzyli, dlaczego to tam właśnie, jeszcze za Abrahama, król Melchizedek złożył ofiarę dziwnie przypominającą Mszę. I tak dalej. A gdy „czas się wypełnił”, Maryja z Józefem nie rozumieli pewnie, dlaczego spis ludności wypadł akurat w Betlejem i w tak niedogodnym czasie. W Chrystusie symbole nabrały sensu. Skoro Mesjasz miał się narodzić w Mieście Dawida, dlaczego nie miałby umrzeć na grobie Adama? To Jezus okazał się barankiem bez skazy, którego kości nie były łamane. To Jego krew ocala życie tych, którzy się nią osłonili. Bóg nie działa przypadkowo. Nie przypadkiem akurat w Krakowie zmarła niepozorna zakonnica Faustyna Kowalska i nie przypadkiem w tym samym mieście mieszkał niejaki Karol Wojtyła. I akurat on przejął się przesłaniem miłosierdzia Bożego. Gdy został papieżem, wyniósł Faustynę na ołtarze i ustanowił święto Miłosierdzia Bożego jako nadzwyczajny ratunek dla świata. I zmarł w wigilię tego święta. Czy to nie dowód, że Bóg nie opuścił naszego świata? Choć wzmaga się szaleństwo, coraz obficiej płynie krew z Golgoty. Jedyne, co trzeba zrobić, to zaufać w ciemno, jak Izraelici, gdy smarowali krwią baranka odrzwia domów. Trzeba będzie nieraz zrobić coś tak głupiego, jak Noe, gdy budował statek na suchym lądzie. Ale nic innego nie możemy Bogu dać od siebie, jak tylko zaufanie. Jezus już poniósł należną nam karę i jedyne, co możemy Bogu ofiarować, to Ciało i Krew Jego najmilszego Syna, a Pana naszego, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Szczęście w skorupie 18.07.09, 18:26 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1239694885&dzi=1104798052&katg= Szczęście w skorupie Myśl wyrachowana: Wiara jest ryzykiem poddania się prowadzeniu, brak ryzyka daje pewność błądzenia Za młodu uważałem, że kury to najgłupsze ptaki na świecie. Nawet płoszyły się jakoś głupio. Aż kiedyś idę sobie koło przydomowego kurnika, a na mnie jak nie wyskoczy taka jedna! Nastroszona jak feministka na manifie. Skrzydła uniesione. Dziób rozwarty, godzący w moją integralność cielesną. Odskoczyłem odruchowo. – Co jest? – pomyślałem i zaraz dostrzegłem: pisklęta są. Kura wysiedziała jajka i została kwoką. Od razu nabrałem dla niej szacunku. Temu ptaszysku na czymś bardzo zależało. To już nie był opierzony kawał mięsa, myślący tylko o własnym kuprze. Kwoka miała POWÓD, żeby walczyć. Wcześniej nie miała, więc nic dziwnego, że zachowywała się jak katolik niepraktykujący. Przyznam się do czegoś: Myślałem, że będę ojcem do bani. Bałem się, że nie podołam nowym obowiązkom, że będę musiał to i tamto, a nie będę mógł tego i owego. Ten lęk nie opuścił mnie nawet wtedy, gdy urodził się mój pierwszy syn. Wszystko zmieniło się po miesiącu, gdy w półmroku pokoju pochyliłem się nad jego łóżeczkiem. Zobaczyłem wpatrzone we mnie czarne oczka i szeroki, bezzębny uśmiech. On uśmiechał się DO MNIE, najcudowniejszym, bezinteresownym uśmiechem niemowlęcia. Byłem załatwiony. W tym momencie wiedziałem już, że jestem ojcem. Wiedziałem, że dam się za niego pokroić, bo go kocham. Ale – rzecz ciekawa – on był pierwszy. Moja miłość była odpowiedzią na jego miłość. Ja zobaczyłem, że on mnie kocha. Tak jest z naszym stosunkiem do Boga. Człowiek przed Bogiem ucieka, a nawet z Nim walczy, bo nie ujrzał Jego uśmiechu. Dopóki się to nie stanie, wszelkie objawy religijności będą jak wymuszone przewijanie cudzego dziecka. Msza, sakramenty, modlitwa – wszystko będzie przykrym obowiązkiem do odwalenia. Przykazania będą kratami, rady ewangeliczne batami, a cnota obciachem. Dlatego liczni chrześcijanie są jak bezdzietne kury. Wiara jawi im się w postaci twardego jajka. Trzeba ją znosić, a potem bez celu wysiadywać w kościelnej ławce. Nie mają pojęcia, że gdy spotkają Boga, prędzej dadzą się przerobić na sieczkę, niż się Go wyrzekną. No dobra – powie ktoś. – Ale jak Go spotkać? Pamiętam, jak kiedyś, jadąc ze znajomym księdzem przez Czechy, wzięliśmy autostopowicza. Rozmowa zeszła na sprawy wiary. W pewnym momencie ksiądz zapytał młodego Czecha, czy nie chciałby oddać swojego życia Jezusowi. – O nie, nie mogę – odpowiedział tamten. – Dlaczego? – zapytaliśmy chórem. Na to młody: – Bo ja za dużo złego w życiu zrobiłem. Oto jak wszystko stoi na głowie. Ludzie wyobrażają sobie, że Jezusa otrzymuje się w nagrodę za dobre życie. Tymczasem nikt nie zdoła dobrze żyć, jeśli Jezusa nie przyjmie. Wystarczy otworzyć Mu drzwi, bo stoi za nimi i kołacze. Robi się to aktem woli i konkretną modlitwą oddania Jezusowi życia. Bez zastrzeżeń i aneksów. To jedyna cena. A co się zyskuje? Niedawno zmarły ksiądz Czesław Podleski pokazywał to na przykładzie niedowiarka Tomasza. Apostoł, nie wierząc, że Jezus naprawdę żyje, mówi: „Pokaż, a ja uwierzę”. A Jezus mówi: „Uwierz, a ja pokażę”. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Misja braku 19.07.09, 12:16 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1247638826&dzi=1104798052&katg= Misja braku Myśl wyrachowana: Wiara w brak Boga jest wiarą w rzekę bez źródła Zaatakował mnie czytelnik, który przedstawił się jako ateista. Rozeźliło go moje stwierdzenie, że nie ma ludzi, którzy nie wierzą w żadną siłę wyższą, bo on – stwierdził – właśnie do takich osób należy. Moje teksty nazwał bzdurami, zaś swoje poglądy określił jako racjonalistyczne, naukowe i płynące z oświecenia. Sprawdziłem internetowy dorobek swojego adwersarza. I tu ciekawostka – w dyskusji o Harrym Potterze wypowiedział się z dumą fachowca: „Ja, jako mag z kilkuletnią praktyką…”. Nie twierdzę, że każdy ateista zajmuje się magią, ale podtrzymuję opinię, że nie da się żyć bez Boga lub choćby tyciego bożka. Nie da się istnieć bez uznania czegoś wyższego od siebie. Profesor Religa, choć deklarował ateizm, nie operował w piątki trzynastego. To też wyraz wiary – zabobonnej, owszem, ale przecież jakiejś. Nawet gdy ktoś uważa siebie za pępek świata, zawsze powołuje się na jakiś inny pępek, na przykład na filozofów oświecenia. Musi tak być, bo każda rzecz na tym świecie z czegoś się bierze. Każdy Napieralski ma swojego Zapatero, a każdy Zapatero ma swojego Marksa. Marks też kogoś miał, jak i ten, którego miał Marks. Człowiek musi mieć jakiś ideał, jakiś powód do walki, bo całkiem bez sensu działać – no, może z wyjątkiem posła Palikota – nie może. Tym powodem może być na przykład walka o prawa człowieka do zabicia innego człowieka. Albo do jego posiadania. A wszystko to musi się odbywać w autorytecie naukowości, humanizmu i racjonalizmu. Tylko że to dziwny racjonalizm, który nie wskazuje ostatecznego celu aktywności. Czy kogoś zbawią obrażające chrześcijan wystawy „ateistyczne”? Czy propagujące ateizm reklamy sprawią, że ktoś odnajdzie sens życia? To jest zachwalanie dziury, z której zieje najczarniejsza pustka. Jaką ofertę mają ci, którzy twierdzą, że wszystko zaczęło się bez przyczyny i skończy się w grobie? Gdyby tak było, nie miałoby sensu dokładnie nic, nawet prawda. Ba! Nawet schroniska dla zwierząt! Jeden z ateistów poradził mi, żebym był bardziej pokorny. Podziękowałem za radę, bo słuszna, ale zapytałem też, dlaczego z punktu widzenia ateisty miałbym być pokorny. Bo jeśli Boga nie ma, to po co rozwijać jakiekolwiek cnoty? Nie otrzymałem odpowiedzi. Nie mam pretensji do ateistów, że nie są chrześcijanami. Nie mogę domagać się od człowieka tego, co może dać mu tylko Bóg. Mam natomiast pretensję do tych, którzy, deklarując wiarę w brak Boga, chcą być jej misjonarzami. Bo to misja braku. Odradzający się agresywny ateizm ideologiczny nie proponuje niczego pozytywnego. Domaganie się zdejmowania krzyży w urzędach i szpitalach, wypychanie religii ze szkół albo wpychanie dzieciom nieodpowiedzialnego seksu to nie żadne uwalnianie ludzi od przesądów. To narzucanie społeczeństwu fanatycznej religii, w której jedyną trwałą zasadą byłby brak trwałych zasad. W opanowanym tą religią świecie wartości określaliby koncesjonowani etycy, a najwyższym kapłanem byłby ktoś, kto najskuteczniej utwierdzałby ludzi w zwątpieniu. A najbardziej zakazane pytanie brzmiałoby: „Po co?”. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Miłość ograniczona 19.07.09, 12:19 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1234884086&dzi=1104798052&katg= Miłość ograniczona Myśl wyrachowana: Kto z gruchania robi cel życia, ten życie będzie miał pogruchotane. Słyszeliście, co nawyrabiała „Milka”? Ta od czekolady. Firma ogłosiła konkurs na najlepsze, oryginalne hasło walentynkowe. Wśród przyjętych na listę haseł znalazło się takie: „Kocham Cię. Ja też. I Ja. Ojciec, Syn i Duch Święty”. I właśnie na nie zagłosowało najwięcej internautów. Organizatorów najwyraźniej ogarnęła panika. Prędziutko zmajstrowali sobie paru takich, którym to hasło obraziło uczucia religijne i jeszcze prędzej te uczucia uszanowali. Hasła z posmakiem religijnym wycięto w pień, a pozostały – i wygrały – takie tam: „Kocham cię, Łosiaczku…” ple ple ple (więcej na stronie 10). Popatrzcie, jak polityczna poprawność określa, co jest dozwolonym sposobem celebracji „święta zakochanych”. W kółko leci tylko „miłość, miłość, miłość”, ale nie wolno wspomnieć o celu, a tym bardziej o źródle miłości, z którego płynie każda miłość godna tego słowa. Kto chce się bawić w walentynki, nie może wykraczać poza poetykę zakochania, czyli takie wiecznie gruchające gołąbki. Gołąbki to ładny obrazek, warto jednak pamiętać, że dla prawdziwych ptaków gruchanie jest wstępem do uwicia gniazda, a gniazdo dla wysiedzenia i wychowania potomstwa. Popkultura chce, żeby ludzie zatrzymali się na poziomie gruchania, bo jest z tego – na krótką metę – niezły biznes. To dlatego robi się wrażenie, jakby zakochanie było celem i szczytem ludzkich zachowań. Dalej nic już tam być nie musi, a nawet nie powinno. I podobno to jest właśnie miłość. Całowanie, przytulanie, cała ta gra wstępna i proszę – miłość gotowa. I jest nawet owoc miłości – zużyta prezerwatywa. I tak społeczeństwo należy wychować. Człowiek albo będzie całuśny, albo niech spada. Teraz są takie atrakcyjne promocje na eutanazję. Takie myślenie sprawia, że młodzi żyją bez zobowiązań, a starzy zobowiązania łamią, bo im byle powiew drugiej – a nawet trzeciej – wiosny burzy krew i lasuje wapno. Mężowie odchodzą od żon i dzieci, bo „serce nie sługa”, żony porzucają mężów – bo mają „prawo do szczęścia”. I żyje się potem byle jak, z byle kim. Alimenty, procesy, dzieci rozdarte między mamą z „wujkiem”, tatą z „ciocią” albo już i tatą z „wujkiem”. Spróbuj powiedzieć, że to nie miłość, tylko najobrzydliwszy egoizm. Zaraz się rzucą do oczu. Mnie już niejeden oponent potraktował cytatem ze św. Augustyna: „Kochaj i rób co chcesz”. To ulubiony tekst „gruchotów”. Co prawda oni nie znają żadnych innych tekstów tego świętego i nie mają zielonego pojęcia, kim on w ogóle był. Ale po co, skoro hasło takie fajne. Hasło, zgoda, świetne. Ale za czasów Augustyna nie było „Milki” i niczyich uczuć religijnych nie obrażało twierdzenie, że miłość ma jakiś związek z Bogiem. Dla Augustyna to było oczywiste. Wiedział, że kto naprawdę kocha, ten może robić, co chce, bo taki ktoś nie chce niczego, czego nie chciałby Bóg. I nic dziwnego – prawdziwa Miłość to jest właśnie Bóg. Ojciec, Syn i Duch Święty. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Zgrzytanie Kościoła 19.07.09, 12:24 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1233521686&dzi=1104798052&katg= Zgrzytanie Kościoła Myśl wyrachowana: Gdyby Kościół szedł za ludźmi, ludzie nie szliby za Bogiem. Właśnie przeczytałem wywiad z panią, która zorganizowała sobie dziecko metodą in vitro. Uśmiecha się na zdjęciu, przytulając chłopczyka. Opowiada, że Bóg dał jej to dziecko. Rozstała się z drugim mężem, więc mały będzie jak znalazł. Szczęśliwa matka z dzieckiem. Na taki widok topnieją serca niewieście, a mężczyźni czują ściskanie w gardle. W tej sytuacji za potwora robi każdy, kto ośmieli się powiedzieć, że za tym sielankowym obrazkiem kryje się coś złego. Bo to taki zgrzyt usłyszeć, że to dziecko ma jeszcze rodzeństwo na śmietniku albo w lodówce, prawda? Niemiło usłyszeć, że dzieci nie są niczyim prawem i nie można ich traktować jak lekarstwa na kompleksy. A ludzie nie lubią zgrzytów. Jakaż to więc piękna okazja, żeby uderzyć w sprawcę zgrzytu. – Patrzcie, oto wasz Kościół. Organizacja oszustów i wyzyskiwaczy, zakała nauki i postępu. Tam się tylko zbija kasę na naiwności potulnego ludu – jazgoczą senyszynoidy. Nie tak prędko. Skoro Kościół jest zgrupowaniem wyzyskiwaczy i cwaniaków, to jaki zysk ma z tego, że sprzeciwia się in vitro? Jeśli tak mu zależy na tłumach płatników, to nie mógł zrobić gorszej rzeczy! Gdyby Kościół zatrudniał piarowców, toby się zaraz powiesili. Z góry przecież było wiadomo, że lobby „miłosiernych” wykorzysta to, żeby Kościół zdyskredytować. Wiadomo było, że prasę zaleją zdjęcia matek z bobasami, szczęśliwych, bo nie słuchały Kościoła. Oczywiste było, że na pniu kupi to spora część społeczeństwa, a niejeden katolik-ale znajdzie w tym okazję do opuszczenia Kościoła w glorii szlachetnego protestu. Dlaczego w takim razie Kościół zajął tak niepopularne stanowisko? Odpowiedź jest prosta: bo to stanowisko WŁAŚCIWE. Bo tego wymaga wierność prawdzie, a więc Bogu. Gdyby Bóg popierał in vitro, papieżem byłaby Kluzik-Rostkowska, a nie Joseph Ratzinger. Czy myślicie, że Duch Święty dozwoliłby Kościołowi błądzić w tak ważnej sprawie? Gdyby Kościół szukał doraźnego zysku i popularności, błogosławiłby wszystko, czego zażyczyliby sobie kapłani politycznej poprawności – aborcję, kondomy, seks w każdej wersji, eutanazję, sztuczne zapłodnienia. I upadłby, bo przegrałby w konkurencji z przeciętnym sex-shopem i byle kliniką w Holandii. Ale, z łaski Boga, Kościół pozostanie opoką. Skałą, która nie ulega zmiennym prądom opinii społecznej. I choć w tę skałę uderzają spienione fale, to one się na skale rozbiją – nie odwrotnie. A wtedy schronienie znajdą na niej nawet rozbitkowie z wrogich okrętów, którzy po sparzeniu się na rządach, partiach i ideologiach, staną wreszcie w prawdzie. Czy jednak musi to być znów po szkodzie? Czy wskutek in vitro ludzkość koniecznie musi się zmagać z problemem kazirodczych małżeństw? Czy musi fundować pokoleniom zmajstrowanych ludzi kompleksy tożsamości? Czy musi narażać się na eskalację niepłodności? Lepiej z mądrym stracić, niż z głupim znaleźć. Ale to już każdy musi sam rozstrzygnąć, kogo uważa za mądrego – skałę Kościoła czy pianę, toczoną przez fałszywych proroków Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Obowiązek rodzenia 19.07.09, 12:27 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1233056908&dzi=1104798052&katg= Obowiązek rodzenia Myśl wyrachowana: Kto nikogo nie rodzi, ten umie tylko ronić pomysły. Serial „Ojciec Mateusz” o księdzu detektywie bije rekordy oglądalności. Nie słabnie popularność powtarzanego trzeci raz „Rancza”, w którym jedną z głównych ról gra ksiądz. No i wciąż sporą widownię ma „Plebania”. To zła wiadomość dla bojowników postępu, którzy w pocie czoła zwalczają polski klerofaszyzm i przesądy światło ćmiące. Bo tak jakoś jest, że sympatia społeczna jest po stronie pozytywnych bohaterów lubianych filmów. Tysiąc tekstów na blogu Joanny Senyszyn nie zrównoważy jednego uśmiechu Artura Żmijewskiego w sutannie. Tysiąc wpisów zapluwających się ze złości forumowiczów nie przeważy jednej sentencji wygłoszonej przez Cezarego Żaka jako proboszcza. Parafrazując Ewangelię, rzec można z pewnym uproszczeniem, że ktoś, komu podobają się filmowi księża, nie może zaraz źle mówić o prawdziwych. A w tych filmach księża się podobają. Grają różne charaktery, ale jedną cechę mają wspólną – są szczerze religijni i stosunek do Boga wyznacza ich sposób działania. Sukces „Ojca Mateusza” chyba kogoś przestraszył, bo w prasie odezwały się pojękiwania, że ludzie naiwnie wierzą w księdza ideała. Tymczasem tacy duchowni naprawdę się trafiają, sam takich znam. Oni są ojcowscy w najlepszym tego słowa znaczeniu. Do takich ludzi chce się uciec, gdy jest źle, a gdy jest dobrze, chce się im pochwalić swoim szczęściem. Niestety, takich ludzi jest za mało, bo deficyt ojców przenosi się na wszelkie dziedziny życia. Nic dziwnego, że nie w każdej parafii mamy ojca, skoro nie mamy ojców w tak wielu rodzinach. Są tam, owszem, jacyś faceci, ale co z tego, skoro to w duszy starzy kawalerowie. Bo stary kawaler to nie człowiek, który się nie ożenił. To ktoś, kto nie ma dzieci – uwaga! – duchowych. Każdy chrześcijanin musi mieć takie dzieci, niezależnie od tego, czy ma biologiczne potomstwo, czy nie. Czy to duchowny, czy świecki – mężczyzna musi być ojcem, a kobieta matką. Każdy musi kogoś zrodzić, a to dzieje się zawsze, gdy się bezinteresownie robi coś dla czyjegoś prawdziwego dobra. Wszyscy mamy taką możliwość, bo nawet ślepi, głusi, bez rąk i nóg możemy się jeszcze modlić. W niebie się okaże, jak płodna była taka modlitwa.Jeśli ojciec biologiczny nie dba o zbawienie swoich dzieci, jest starym kawalerem, nawet gdy jest młody i żonaty. Jeśli ksiądz myśli o wszystkim, tylko nie o zbawieniu swoich parafian, też jest starym kawalerem, w dodatku uprawiającym duchową antykoncepcję. Trwa rok jubileuszowy św. Jana Marii Vianneya, ogłoszony w 150-lecie jego śmierci. Ten ksiądz niemal całe kapłańskie życie spędził w zapadłej wiosce Ars. Był mały i brzydki, a nauka szła mu ciężej niż Polsce przygotowania do Euro 2012. A jednak do jego konfesjonału cisnęły się takie tłumy, że do Ars musiano poprowadzić linię kolejową. I to w porewolucyjnej Francji! To powinno dać do myślenia każdemu, kto utyskuje na „postępującą laicyzację”. Bo laicyzacja to nie jest jakiś smok, który pożera tłumy chrześcijan. To raczej choroba sieroca, wywołana brakiem prawdziwych – bo duchowych – ojców i matek. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Schody wiary 19.07.09, 12:31 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1232381542&dzi=1104798052&katg= Schody wiary Myśl wyrachowana: Bóg przemawia głosem sumienia, a nie stacją jego zagłuszania. Kilka lat temu ktoś dał mi książkę byłego amerykańskiego pastora Scotta Hahna, w której autor opisał swoją drogę do Kościoła katolickiego. Myślałem, że to będzie coś jak opowieści byłych katolików, tylko na odwrót. A ci byli katolicy z reguły opowiadają, że się „nawrócili”, bo im Kościół katolicki zrobił krzywdę. Jeśli pogrzebać głębiej w motywach, dziwnie często okazuje się, że tą krzywdą jest własny grzech, którego delikwent nie chce uznać. Niewierność kapłaństwu, ślubom zakonnym albo małżeńskim – takie rzeczy. Wszyscy są wtedy winni, tylko nie sprawca. No bo co taki Kowalski winien, że zakochał się w mężatce i porzucił własną żonę z trojgiem dzieci? Kościół winien, bo nie daje rozwodu. Inkwizycja winna. Stosy, klątwy, trybunały. Co tam moje niedoskonałości wobec takiego morza krwi i draństw. Ja przy zbrodniach Kościoła to jak Tusk przy Kaczyńskim. Myślałem więc, że ten były pastor też będzie kalał gniazdo, tyle że swoje. To mnie nie pociągało, zwłaszcza że znam wielu szczerze wierzących protestantów. Ale nic z tych rzeczy. Przeczytałem historię człowieka do końca posłusznego głosowi Ducha Świętego i dlatego właśnie porzucającego wszystko, w czym wyrósł i co było mu drogie. Nie było tam odrobiny żalu do wspólnoty, którą opuścił – przeciwnie, była duchowa szarpanina, żeby w niej zostać. Hahn musiał do ostatniego ziarenka uznać wszystko, czego Kościół uczy, a o czym my, obecni w Kościele od becika, nawet nie myślimy. Musiał zaakceptować wszystko, od prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii do odrzucenia antykoncepcji. Ta książka była dla mnie jak świeży powiew ortodoksji. Nieco później poznałem Piotra Jaskiernię z USA. Okazało się, że ma identyczne przemyślenia. To on właśnie, spotykając się często z przypadkami wyznaniowych „transferów”, zauważył tę różnicę między motywacjami odchodzących z Kościoła, a motywami przychodzących do niego. Na swojej stronie polon.us, tak kiedyś napisał o tych ostatnich: „Są to zazwyczaj ludzie bardzo uczciwi i oddani całkowicie Jezusowi. Odkrywszy raz, że Kościół katolicki jest tym, który On założył, odkrywszy Jego prawdziwą obecność w Najświętszym Sakramencie, muszą przejść na katolicyzm. Inaczej byliby hipokrytami, mieliby zakłamane życie. Na pewno jednak przejścia te nie są z błahych powodów i nie dla własnej wygody”. Zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Wielu wyobraża sobie, że jedność będzie wtedy, gdy uznamy, że to wszystko jedno, w co się wierzy. Nie. Myślę, że wyznania chrześcijańskie są jak schody. Kto po nich wchodzi, nie ma pretensji do niższych stopni. Nie obraża się na nie, bo one wyniosły go wyżej - tam, skąd więcej widać. Co innego, gdy ktoś schodzi z najwyższego stopnia. Ktoś taki rzuca gromy na ten stopień, bo on jest świadectwem jego cofnięcia się. Wierzę głęboko, że ostatnim stopniem jest święty Kościół katolicki. W nim jest pełnia prawdy objawionej ludziom przez Boga. I szanuję to, że przedstawiciele innych wyznań nie podzielają mojego przekonania. To uważam za właściwy ekumenizm. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Katolik u wróżki 19.07.09, 12:40 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1231109779&dzi=1104798052&katg= Katolik u wróżki Myśl wyrachowana: Ludzie chcą koniecznie wiedzieć, co będzie, bo nie wiedzą, co jest. Facet chciał się ożenić. W biurze matrymonialnym otrzymał dwie oferty. – Ta pani jest ładna, ale głupia. A ta jest brzydka, ale bardzo pięknie śpiewa – mówi pracownik biura. Klient wybrał tę drugą. Poszedł z kwiatami pod wskazany adres. Na widok właścicielki mieszkania, zaczął błagać: „śpiewaj, śpiewaj, śpiewaj!”. W tygodniku „Gala” ukazał się wywiad z Natalią Kukulską i jej przyjaciółką Violą Śpiechowicz. Kukulska opowiada, jak to było z urodzeniem jej drugiego dziecka. Ponieważ okazało się, że musi być cesarskie cięcie, piosenkarka mogła wybrać termin porodu. Wybrała datę 5.05.2005. Tu wmieszała się Viola Śpiechowicz. – Rozmawiałam z numerolożką. Zbadałyśmy tę datę w połączeniu z imieniem i nazwiskiem Ani. I niestety… – zawiesiła głos. I podała datę właściwszą – 4 maja. Po tym telefonie Natalia Kukulska nie mogła „zaznać spokoju”. Pomyślała, że „pewne rzeczy dzieją się po coś” – i urodziła zgodnie z sugestią przyjaciółki. Ta bardzo się ucieszyła, bo to „niepowtarzalna szansa, żeby sprawdzić układ planet”. Lubię Natalię Kukulską, ale czytając to, miałem ochotę zawyć: „śpiewaj, śpiewaj, śpiewaj!”. Pani Natalio, litości. Pani jest katoliczką. Dlaczego uwierzyła Pani gusłom? To racja, że pewne rzeczy dzieją się po coś. Na przykład po coś Pan Bóg dał ludziom przykazania, a wśród nich pierwsze – „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Już w podstawówce na religii uczą dzieci, że zabobon to grzech. A co dopiero magia. Co z tego, że pełno dziś „numerolożek” i innych „logów”, skoro pod mądrymi nazwami kryją się wiedźmy i szarlatani. To w najlepszym razie naciągacze, ale zazwyczaj też kanały przerzutowe złych mocy. Żadne planety i gwiazdy nie mają wpływu na ludzi. Wpływ ma diabeł na tych, którzy zamiast Bogu, wolą wierzyć w jakieś siły niezależne od Boga. To on stoi za pseudonaukowymi praktykami astrologów i za rzekomym oddziaływaniem gwiazd. Wierząc w ten duchowy chłam, ludzie sami pozbawiają się wolności, o której tak chętnie trąbią. Pani Kukulska mogła urodzić dowolnego dnia miesiąca, a Bóg by dziecku tak samo błogosławił. Była wolna – ale dała się usidlić. Stąd ten niepokój i nierozumna zmiana planów. Nierozumna, bo i rozum Bóg też dał nam po coś. Po to, żeby człowiek rozeznawał i decydował według racjonalnych przesłanek, a nie pozwalał się wodzić za nos obcym siłom. To kompromitujące, że chrześcijanie, mając Bożą opiekę, szukają zabezpieczeń w amuletach i liczą na opiekę nieznanych mocy. To rozpaczliwe, że ludzie odkupieni krwią Chrystusa, sprawdzają, czy ktoś nie ma dla nich czegoś jeszcze lepszego. Korzystanie z usług wróżek, kierowanie się horoskopami i wszelkie tego typu praktyki są śmiertelnie niebezpieczne dla duszy, bo mają posmak pierwszego grzechu. Człowiek mówi wtedy Bogu: „Nie ufam Ci. Sprawdzę Cię u konkurencji”. To zjawisko nasila się w okolicach Nowego Roku, gdy ludzie, mając komplet potrzebnych informacji, chcą poznać wiedzę, która może ich zniszczyć. Znów sięgają po owoc drzewa poznania, niepomni, że ocala tylko owoc drzewa krzyża. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Dziecko w dobre ręce 19.07.09, 12:53 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1230567912&dzi=1104798052&katg= Dziecko w dobre ręce Myśl wyrachowana: Dlaczego trzeba oddać dzieci Bogu? Bo to Jego własność Jestem pół roku po ślubie. I bardzo boję się mieć dzieci – napisała mi 25-letnia czytelniczka. A boi się, bo nie wie, co stanie się z jej dziećmi w tym świecie, który pogrąża się w coraz większej paranoi. Obawia się o los dzieci, którym przyjdzie żyć w społeczeństwie pozbawionym poczucia dobra i zła, gdzie liczyć się będzie tylko przyjemność bez sensu i celu. I gdzie za ułomność zostanie uznana wierność Bogu. „Boję się, co usłyszy moje dziecko, kiedy ktoś je zobaczy w pierwszokomunijnym ubranku. A co usłyszy, kiedy będzie nosiło na szyi krzyżyk!?” – obawia się autorka listu. Myślę, że ten lęk to skutek przekonania, że cokolwiek od nas zależy. A nie zależy. Nie mamy żadnej gwarancji – ani tego, że za godzinę będziemy żyli, ani tego, że w ogóle ten świat jeszcze dziś nie rozleci się w drzazgi. Chcemy zaplanować i zabezpieczyć całe życie naszych dzieci, choć kompletnie nie panujemy nad własnym. Boimy się o przyszłość potomków, a nie wiemy, czy ich w ogóle będziemy mieli. Nie jesteśmy stworzycielami dzieci. One mają swojego Stworzyciela. I nie jesteśmy ich zbawicielami. One mają swojego Zbawiciela. To nieważne, co dziecko usłyszy z powodu noszonego krzyżyka. Ważne, że ten krzyżyk będzie nosiło. Nieważne, że wyśmiałby je ktoś z powodu ubranka komunijnego. Ważne, że przyjmie Pierwszą Komunię, a potem kolejne. To jest coś, za czym tęsknią rozmaici wojujący antyklerykałowie, „racjonaliści” czy ateiści. Bo choć oni szykanują chrześcijan, to jednak wyją o prawdziwych chrześcijan. Całe te tabuny ludzi, ziejących na forach internetowych nienawiścią przeciw „czarnym”, w gruncie rzeczy błagają o ludzi prawdziwej wiary. O kogoś, kto zaskoczy ich reakcją na ich własną agresję, kto pokaże, że Jezus naprawdę działa i chce wypełnić pustkę ich życia. Kto jak kto, ale właśnie chrześcijanie powinni mieć dzieci. Bo choć nie wiemy, jak potoczy się ich życie, możemy je zabezpieczyć, jak nikt inny. Jedyna sensowna polisa, jaką możemy dzieciom założyć, to powierzenie ich Bogu. Aktem woli. Mocną decyzją. Przed urodzeniem albo przy urodzeniu. Kto tego nie zrobił, niech zrobi to teraz. Oddanie naszych dzieci Bogu to konieczność, bo sami ich nie ochronimy, choćbyśmy je w domu obstawili kamerami, odcięli od komputera, a do szkoły wozili w transporterach opancerzonych. Człowiek sam dla siebie jest niebezpieczny i zgrzeszyć może nawet na bezludnej wyspie w środku oceanu. Jeśli Bóg nie weźmie się do wychowania człowieka, nie wychowają go na ludzi najlepsi rodzice, nawet wsparci batalionem hiperniań. To prawda, że ten świat wpada w obłęd, ale sam Bóg nie zawahał się na taki świat wydać swojego Syna. I zrobił to właśnie dlatego, że ten świat jest taki. Wydał Go na poniewierkę, tułaczkę i mękę, bo miał w tym cel sobie wiadomy. Najlepsza mama na świecie, Maryja z Nazaretu, nie pytała, jaki to cel. Wiedziała, że Bóg nikogo nie krzywdzi i ma tylko dobre cele. Po prostu przyjęła Dziecko. A to jedno Dziecko sprawiło, że warto wydać na świat każde dziecko. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Decyzja wyboru 02.08.09, 21:07 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1247997992&dzi=1104798052&katg= Decyzja wyboru Myśl wyrachowana: Bóg jest zawsze po naszej stronie. My jesteśmy tam dużo rzadziej Pewien bioenergoterapeuta rzucał się kiedyś o tekst w „Gościu”, bo przeczytał o swej profesji nie to, co przeczytać sobie życzył. Zajrzałem na jego stronę internetową. Do haczyka „uzdrowień” dopiął całą gamę opartych na magii usług, a wśród nich „podejmowanie życiowych decyzji”. Internet roi się od takich ofert. Szarlatani żerują na lęku ludzi, zwłaszcza tych, którzy wchodzą w dorosłe życie. Teraz mają żniwa. Młodzież kończy szkoły, maturzyści szukają uczelni, absolwenci pracy. To rzeczywiście ciężki czas. Pamiętam, że przed egzaminami i w chwilach niepokoju o przyszłość nachodził mnie fragment z Baczyńskiego: „prześpię czas wielkiej rzeźby z głową ciężką na karabinie”. Ale choć chciałem, nie mogłem niczego przespać – musiałem mierzyć się z życiem krok po kroku. I całe szczęście, bo ta „wielka rzeźba” jakoś ludzi rzeźbi. Między innymi uczy prawdziwości przysłowia „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Bo nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. Jeśli drapię się w głowę, to nie dlatego, że tak mi było przeznaczone, tylko dlatego, że chcę. I tak z każdą rzeczą, bo w decyzjach naprawdę jesteśmy wolni. Niczyja przyszłość nie jest nigdzie zapisana i żadne gwiazdy nie mają na nikogo wpływu. Wpływ może mieć diabeł – gdy człowiek w to nie wierzy i chce zajrzeć za zasłonę przyszłości. Zdolność podejmowania samodzielnego wyboru to nasz niesłychany przywilej. Samemu Bogu możemy powiedzieć „tak” albo „nie”. Archanioł nie pytałby Maryi o zgodę na zostanie matką Mesjasza, gdyby musiała się zgodzić. Bo przeznaczenia nie ma – jest wola Boża. A to zupełnie co innego, bo Bóg ma plan, a nie sztywny scenariusz. Księga Rodzaju opowiada, że Bóg przyprowadził do Adama zwierzęta, „aby przekonać się, jaką on da im nazwę”. Czy to nie znaczy, że Bóg jest „ciekaw”, co człowiek odkryje i jak zdecyduje? Bóg kocha nasze decyzje – byle nie były grzeszne. Kiedyś widziałem w telewizji program o św. Ojcu Pio. Jakiś mężczyzna opowiadał tam, jak po maturze wahał się, czy zostać muzykiem, czy matematykiem. Zapytał więc o to przechodzącego świętego. Ten rzucił tylko „rób, co chcesz” i poszedł. Mężczyzna został muzykiem. – Choć minęło wiele lat, do dziś nie wiem, czy zrobiłem dobrze, bo może powinienem zostać matematykiem? – zastanawiał się przed kamerą. Zadziwiające, że chłop niczego nie zrozumiał. Ojciec Pio powiedział mu dużymi wołami, że jego decyzja będzie dobra, niezależnie od tego, czy zostanie muzykiem czy matematykiem. Bo człowiekowi dużo wolno. Wolno mu pójść w lewo, na prawo, na psychologię albo na kawę i lody. Mężczyźnie wolno pojąć żonę, byle nie cudzą, kobiecie (na podobnych warunkach) wolno poślubić męża. Gdy nie wiemy, czego Bóg chce, to – z wyjątkiem grzechu – możemy wybrać, co chcemy. I Bóg tego właśnie chce. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Jak żyć, to wiecznie 02.08.09, 21:10 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1248513942&dzi=1104798052&katg= Jak żyć, to wiecznie Myśl wyrachowana: Kto mówi tylko to, co mówić pozwolą, ten nie ma nic do powiedzenia. Czy pan się nie boi? – słyszę coraz częściej, otrzymując wyrazy poparcia. Bo podobno „drażnię takich, którzy dużo mogą”. I wiecie co? Boję się – że chrześcijanie zadają takie pytania. Bo w tle brzmi: „Ja bym się bał”. Czyżby wyzwoleni przez Chrystusa mieli mówić nie to, co należy, lecz to, co niczym nie grozi? Do czego to doszło, że za odważnego uchodzi ktoś, kto mówi najoczywistsze rzeczy: że aborcja i eutanazja to zabójstwo, że seksualne związki ludzi tej samej płci to nie małżeństwo, lecz zboczenie, i że zbrodnią jest powierzanie takim ludziom dzieci. Oj, łatwo dajemy się zastraszyć. I to przez kogo! Przez krzykliwych szaleńców, niezdolnych nawet określić celu, w jakim wywracają świat. Chcą ludzkość wychować, choć sami – sądząc po obrazkach z „parad” – nie potrafią się nawet zachować. Król pruski Fryderyk Wielki zasłynął hasłem, które rzucił, okładając kijem cofających się pod morderczym ogniem żołnierzy: „Cóż u diabła, chcecie żyć wiecznie?”. O ile bardziej należałoby zawołać do cofających się przed deszczem plwocin i błota chrześcijan: „Cóż na Boga, czy nie chcecie żyć wiecznie?”. Ludzie! Czy my mamy dusze z galarety? Co oni nam mogą zrobić? Wydrwić w gazecie, sądem postraszyć? – ojej, jaka straszna rzecz! A gdyby nawet przyszło i życie stracić, to i co z tego? My tu naprawdę żyjemy tylko chwilę. Św. Tomasz More odmówił uznania króla za głowę Kościoła, choć wiedział, że za to straci własną głowę. Pamiętam literacki opis jego spotkania z żoną w więzieniu. – Podpisz, w sercu zostaniesz katolikiem – mówi żona. – A jak długo, myślisz, będę jeszcze żył? – pyta More. – Może dwadzieścia lat? – I ty chcesz, żebym dla dwudziestu lat poświęcił wieczność? Każdą sprawę musimy widzieć w perspektywie wieczności. Inaczej nie warto się młotkować o cokolwiek. Jeśli nie mamy na uwadze zbawienia swojego i nawet tych, którym się sprzeciwiamy, nie znajdziemy dość motywacji, żeby nadstawiać karku. A nadstawiać będziemy musieli. Widać to po pierwszych procesach. Lobby aborcyjne skarżące „Gościa” za nazywanie zabójstwa po imieniu to balon próbny. To testowanie, czy można już sobie pozwolić na następny cios w fundamenty zdrowego społeczeństwa. Tę samą funkcję ma proces karny, jaki aborcjoniści wszczęli wobec Joanny Najfeld (szczegóły na str. 32–34). Podziw wobec tej dziewczyny to za mało. Trzeba modlitwy, gestów poparcia dla niej i sprzeciwu wobec działań talibów „postępu”. Trzeba jasnego świadectwa: „Ona mnie reprezentuje. Uderzacie w nią – uderzacie we mnie”. Musi być jasne, że tacy jak ona to nie prywatni straceńcy, tylko nasz głos i nasze sumienie. Św. Ignacy Loyola pisał, że diabeł jest jak wróg, który chcąc zdobyć twierdzę, najpierw szuka w niej słabych miejsc. Robi swoiste „rozpoznanie walką”. Dlatego musimy twardo walczyć. Bez woli Boga, który każdy nasz włos policzył, nic nam nie mogą zrobić. A jeśli wolą Boga będzie, żeby nam coś zrobili? No cóż – On wie lepiej, co dla nas dobre. A i dla prześladowców, bo przecież – jak rzekł ksiądz Popiełuszko – walczymy ze złem, a nie z jego ofiarami. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Boże, szanuj parytet 15.08.09, 14:57 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1249017131&dzi=1104798052&katg= Boże, szanuj parytet Myśl wyrachowana: Gdyby człowiek miał prawo do wszystkiego, życie byłoby do niczego Tygodnik Powszechny podniósł sprawę kapłaństwa kobiet. „Powstrzymywanie kobiet od dostępu do kapłaństwa nie da się utrzymać, ponieważ nie licuje z godnością kobiety” – czytamy we wstępie do tekstu ks. Alfonsa Skowronka. „Nie ma ani jednego przekonującego argumentu przeciwko równouprawnieniu kobiety w Kościele” – pisze autor. Ależ w Kościele wszyscy jesteśmy równouprawnieni! Zarówno kobiety, jak i mężczyźni – na równi nie mamy prawa do kapłaństwa. Bo kapłaństwo nie jest prawem, tylko łaską. A Bóg mówi w Księdze Wyjścia: „Ja wyświadczam łaskę, komu chcę”. Skoro Bóg chce, żeby tylko mężczyźni byli kapłanami, to co nam do tego? Mężczyźni zresztą też nie są uprawnieni do bycia kapłanami – mogą nimi zostać tylko ci, których wybrał Bóg. Jezus mówi: „TY pójdź za Mną”. Ty, konkretny człowieku, a nie: „chodźcie za Mną kto tam chce, byle według parytetu”. Kościół, udzielając święceń, potwierdza prawdziwość powołania. Czy z faktu, że inni – ci niepowołani – mężczyźni kapłanami zostać nie mogą, wynika, że to nie licuje również z ich godnością? Bóg stworzył nas równymi, ale zadania dał nam różne. Prawdziwa równość polega na równym dostępie do świętości (czyli do nieba), a nie na równym dostępie do urzędów kościelnych. Demokracja poprzewracała ludziom w głowach. Wszyscy wyobrażają sobie, że mają do wszystkiego prawo. Ale nic z tego. Jesteśmy – używając biblijnego porównania – garnkami w ręku garncarza. Jak garnek śmie mówić: „czemuś mnie takim stworzył”? Jak garnek śmie mówić garncarzowi: „Mam prawo mieścić w sobie to samo i tyle samo, co każdy inny twój wytwór”? O kapłaństwie kobiet można by mówić, gdyby Jezus do grona Dwunastu włączył kobietę. Ale tego nie zrobił. Daremnie to tłumaczyć „ówczesną kulturą”. Gdyby Bóg chciał kapłaństwa kobiet, to ówczesna kultura byłaby inna. Dyskusja na temat kapłaństwa kobiet jest bezprzedmiotowa. Sprawę zamknął Jan Paweł II Listem apostolskim Ordinatio sacerdotalis: „Aby zatem usunąć wszelką wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła uznane za ostateczne”. To jedna z najmocniejszych i najbardziej stanowczych wypowiedzi Papieża od czasu ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieskiej. Więc o czym tu jeszcze rozmawiać? Kobiety kapłanami nie będą, choćby Parlament Europejski wydał na ten temat sto rezolucji, popartych autorytetem Kongresu Kobiet Polskich. Nie ma to jednak żadnego związku z godnością kobiet. Z Biblii wiemy, że Bóg „wybrał to, co niemocne”, skarb złożył w „naczyniach glinianych”. Nawet na apostołów wybrał nieszczególnie mądrych i niespecjalnie lotnych ludzi. Dzięki temu jaśniej wyszło, że Bóg zbawia, a nie żaden ludzki guru. Może więc Bóg kapłanami czyni mężczyzn, bo są gorsi od kobiet? Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Obiektywizm tendencyjny 16.08.09, 14:51 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1229272693&dzi=1104798052&katg= Obiektywizm tendencyjny Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Z odmiennymi przekonaniami należy się mierzyć, a nie czynić je przedmiotem kultu Pan pisze tak, jakby dla pana chrześcijaństwo było jedyną słuszną religią – napisał mi czytelnik. Odpisałem, że od niego, jako niechrześcijanina, nikt nie oczekuje, żeby uznawał chrześcijaństwo za słuszną religię. W odpowiedzi otrzymałem klasyczne: „jestem katolikiem, ale…”. Że on niby taki otwarty, zwrócony ku odmiennym przekonaniom i „obiektywny”. O właśnie – obiektywizm. To teraz ideał. Miałby polegać na dystansie do rzeczywistości i zimnym ocenianiu wszystkiego – nawet wyznawanej przez siebie religii. Bardzo to ambitne, tyle że na ziemi osiągalne jedynie przez nieboszczyka. On wszystko ocenia na zimno i wszystkich traktuje z jednakowym, sztywnym dystansem. Żywi tego nie potrafią. Oni tylko mówią, że są obiektywni, nawet gdy angażują się po jakiejś stronie po same uszy. Taka Monika Olejnik uważana jest za wzór obiektywizmu, ale tylko przez tych, którzy mają poglądy zbliżone do jej poglądów. Wystarczy posłuchać, jak rozmawia z Donaldem Tuskiem, a jak ze Zbigniewem Ziobro. Albo jak mówi z przeciwnikiem lustracji, a jak z jej zwolennikiem. Zawsze robi to obiektywnie, lecz w pierwszych przypadkach jest to obiektywizm przychylny, a w drugich obiektywizm obiektywny. Nie żebym wytykał dziennikarzom – czy w ogóle komukolwiek – tendencyjność. Przeciwnie, uważam, że ludzie muszą być tendencyjni. Są przecież żywi i jako tacy mają poglądy. Niemożliwe, żeby te poglądy nie miały wpływu na ich działalność. Problem w tym, że oni udają obiektywnych. Tym samym włączają się w wyścig o certyfikat obiektywizmu. Kto wyraża poglądy zgodne z obowiązującą linią, zostaje uznany za człowieka rozsądnego i wyważonego, i taki certyfikat otrzymuje, kto zaś obowiązującą linię podważa, ten jest oszołom, faszysta, ksenofob i nie ma z nim co gadać. Wielu ludzi ze strachu przed uznaniem za tendencyjnego schowało swoje poglądy tak głęboko, że ich teraz nie umie znaleźć. A ponieważ polityczne słuszniactwo na czoło listy poglądów nieobiektywnych wciągnęło przekonania religijne, niejeden chrześcijanin wyparł się Chrystusa. Bo gdy ktoś obiektywizmem nazywa pogląd, że inne religie są równie „słuszne” jak chrześcijaństwo, to z niego żaden katolik, tylko wyznawca bogów cudzych. Chrześcijanin musi uznawać chrześcijaństwo za jedyną w pełni prawdziwą religię i jej wskazaniami kierować się dokładnie we wszystkim. Dlaczego? Bo chrześcijaństwo JEST „jedyną słuszną” religią. A że wielu uważa inaczej? Nic dziwnego, skoro tylu mamy katolików owładniętych obsesją obiektywizmu. Wystarczy spojrzeć na katolickich posłów, którzy głosują i przeciw ochronie życia, i za in vitro, bo „nie można kierować się przesłankami teologicznymi”, za to marksistowskimi i im podobnymi jak najbardziej. Ludzki obiektywizm to mit, bo obiektywny może być tylko ktoś, kto ma komplet informacji. Nie, nie chodzi o Trybunał w Strasburgu. O Pana Boga chodzi. Ja tam nie będę ukrywał: my w „Gościu Niedzielnym” jesteśmy tendencyjni – popieramy Jezusa. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Czekanie na rozwiązanie 16.08.09, 14:58 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1228134679&dzi=1104798052&katg= Czekanie na rozwiązanie Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Problemom trzeba zaradzać, a nie zabijać ich nośniki Zaręczyli się. Ona zaszła w ciążę, ale nie powiedziała mu o tym. Jak to powiedzieć, skoro… to nie on był ojcem. Ale dowie się i tak, bo nic między nimi nie było. A gdy się ludzie zwiedzą, najdosłowniej zatłuką. W końcu się dowiedział. – Ona? Taka święta? – nie mógł pojąć. Ale dowód zdrady był oczywisty. Więc co? Nie mógł zamieszkać z wiarołomną, ale wydać ją na śmierć też nie potrafił. Postanowił wziąć winę na siebie. Zerwie z nią. Niech ludzie gadają, że łajdak, że zostawił kobietę w ciąży. Będzie na niego, ale ją ocali. Ona nazywała się Maria. Mieszkała w Nazarecie. Co mogła zrobić? Powiedzieć, że to Dziecko to z Ducha Świętego? No nie, takie rzeczy to… nawet nie w Erze. W coś podobnego nawet Michnik Jaruzelskiemu by nie uwierzył. Więc milczała. I co? Zainterweniował sam Bóg. Któregoś ranka Józef obudził się jako mąż Dziewicy i ojciec Syna Bożego. Wiedział. Nie byłoby tego, gdyby Maryja straciła zaufanie, że skoro Bóg coś zaczął, to dokończy. Bo mogła „wziąć sprawy w swoje ręce”. A miała wszelkie dane, żeby – nawet zgodnie z polskim prawem – dokonać aborcji. Przecież ta ciąża ewidentnie „zagrażała życiu matki”. A Ona nic. Czekała. O czekanie ludziom najtrudniej – szczególnie, gdy mają problem. I zwłaszcza, gdy dotyczy poczętych dzieci. „Co robić?” – panikują rodzice, gdy nieletnia córka informuje, że będą dziadkami. „Co robić?” – kombinują małżonkowie, gdy mają dorosłe dzieci, a tu buch – kolejna ciąża. „Co robić?” – gorączkują się pary, gdy lekarz powie: „Płód jest chory”. Bo trzeba coś zrobić, i to już, już, już! Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Strach taki, że nawet Oleksemu zjeżyłby włosy na głowie. „Zmyślimy, że córkę zgwałcił kolega”. „Namówimy lekarza, żeby napisał, że ciąża szkodzi sercu, nogom, oczom”. „Poszukamy czegoś na lewo, wyjedziemy za granicę”. Jest coś diabelskiego w tym strachu, który wszystko każe uważać za lepsze niż dziecko. Który mówi, że każde rozwiązanie jest lepsze niż szczęśliwe rozwiązanie. Genialny był twórca przysłowia „Co nagle, to po diable”. Bo to jest naprawdę po diable. To diabeł pogania, że trzeba coś robić, gdy właśnie nic robić nie wolno. Bo nie można brać sprawy w swoje ręce, gdy ta „sprawa” też ma ręce. To zły każe się śpieszyć, bo „potem będzie za późno”. Będzie za późno, ale dla niego. Bo on kocha wpychać nas w decyzje nieodwracalne. Zabójstwo człowieka – to jest dla niego rarytas! Najpierw roztacza tysiąc powodów, dla których trzeba „uporać się z problemem”, a gdy się to zrobi, nagle się wycofuje. I zrozpaczony człowiek słyszy tylko dudniący rechot: „Patrz, coś zrobił”. Na pytanie „co robić”, gdy człowiek już jest, odpowiedź jest jedna: nic. Kto przeczeka czas burzy i lęku, widzi, że nie było się czego bać. Gdy wielkie oczy strachu okazują się ślicznymi oczkami dziecka, wszystko staje się proste i jasne. Bo każde dziecko jest błogosławieństwem. Zawsze. Piszę to, bo zaczyna się Adwent, a to jest właśnie czas czekania na Dziecko. Gdyby Maryja nie umiała czekać, my nie mielibyśmy na co czekać. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Moralność, głupcze! 16.08.09, 15:09 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1226870563&dzi=1104798052&katg= Moralność, głupcze! Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Kto mówi „gospodarka, głupcze”, a nie myśli o moralności, gwarantuje tylko głupotę Podobno wszyscy cieszą się ze zwycięstwa Obamy. Pewnie to prawda. Ja na przykład się nie cieszę, bo nie jestem wszyscy. Ale też wygraną Obamy strasznie się nie martwię. To nie takie istotne, kto został wybrany. Istotniejsze jest, kto go wybierał. Na przykład Obamę poparła ponad połowa głosujących katolików. Pewnie, że oni mieli różne powody, żeby go wybrać – bo czarny, bo młody, bo nie Bush. Problem w tym, że uznali te przyczyny za ważniejsze od tych, dla których wybrać go nie powinni. Bo co z tego, że Obama ma wiele nieobowiązkowych zalet, skoro nie ma tej jednej koniecznej – szacunku dla prawa naturalnego. Zgoda – jest sprawny, ale on opowiada się za aborcją! Zgoda – jest dobrym mówcą, ale popiera związki homoseksualne! Dla każdego człowieka sumienia, zwłaszcza dla chrześcijanina, takie poglądy powinny wykluczać poparcie. Jeśli nie wykluczają, to znaczy, że z wyborcami jest jeszcze gorzej niż z wybrańcem. No bo jeśli społeczeństwo popiera człowieka, który neguje sprawy podstawowe, to znaczy, że dla społeczeństwa przestały to być sprawy podstawowe. Tuż po wyborach słuchałem komentarzy w radiowej jedynce. – Obama niczego nie zmieni. Nie będzie żadnych ryzykownych ruchów w gospodarce – prognozowali publicyści. – Jeśli coś zmieni, to jedynie w sprawach kulturowych, obyczajowych. Prawdopodobnie będzie tylko dążył do ułatwienia aborcji i legalizacji jednopłciowych związków – uspokajali. JEDYNIE sprawy kulturowe! Prezydent największego mocarstwa zechce TYLKO poprzeć „nowy model” rodziny! Ale co tam rodzina – ważne, żeby benzyna była tania. Ważne, żeby ocalił konsumpcję, bo wszystkich konsumentów już nie musi. Bill Clinton może nie dbał o gospodarkę bardziej niż inni prezydenci, ale tak się wydawało, bo mniej niż tamci dbał o moralność. Nad biurkiem powiesił sobie napis „gospodarka, głupcze!”, a pod biurkiem zabawiał się z Moniką Lewinski. A potem kłamał, że się nie zabawiał. Ludzie mieli do niego pretensje. Ale o co? Przecież napisał „gospodarka” a nie „moralność” albo „przyzwoitość”. No i sam przyznał, że jest głupcem. Tacy ludzie są coraz bardziej w cenie nie tylko w USA. To skutek założenia, że moralność jest czymś dodatkowym i mało istotnym, bo bez wpływu na życie. Takie myślenie znamionuje schyłek imperiów. Bo co z tego, że twardzi Rzymianie stworzyli wspaniałą sieć akweduktów, skoro ich rozlazłe potomstwo nie było w stanie przeszkodzić barbarzyńcom w przerwaniu dopływu wody. Odcięcie od źródeł wystarczy, żeby zawalić najwspanialszą cywilizację. Pewnie, że może być inaczej. Ludzie mogą otrzeźwieć i zmienić poglądy, a wtedy i Obama je zmieni. Jest przecież „pragmatykiem”. Różne rzeczy mogą się zdarzyć, ale ludzie nie mają prawa liczyć na cud Boski, jeśli sami działają wbrew Bogu. Pewna kobieta, sponiewierana przez męża, zadała mi kiedyś pytanie: „Dlaczego Bóg dopuścił, żebym za niego wyszła?”. Tak to jest – ludzie wybierają jak chcą, a potem mają pretensje do Boga, że im na to pozwolił Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Katolicyzm niestrawny 16.08.09, 15:15 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1226334807&dzi=1104798052&katg= Katolicyzm niestrawny Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Kto uzależnia wiarę od trendów, ten ma wiarę "trendowatą". Tydzień temu były u mnie małe kościotrupy. „Cukierek albo psikus” – zawołały. Ja na to, że ani jedno, ani drugie, bo nie uznaję tego „święta”. Kościotrupy posmutniały (patrzcie, nawet truposz może posmutnieć) i poszły. Odprowadziłem je wzrokiem, bacząc, czy nie zrobią „psikusa”. Ale nie zrobiły, bo u nas są jeszcze dobre kościotrupy. Idę do domu i zaglądam do poczty. Jest list od pani Ewy z Hamburga. Jej syn chodzi tam do szkoły katolickiej, najlepszej w mieście. „Mam tego dość. Dzisiaj dziecko wróciło ze szkoły i opowiedziało mi podniecone o Halloween. W zeszycie słowo dnia (z którym trzeba ułożyć zdanie) – Halloween” – pisze pani Ewa. W „Gościu” nr 43 ukazał się list pani Ewy. Opowiedziała tam o swoim odkryciu, jakiego dokonała, przeglądając czytankę, z której uczy się jej syn, drugoklasista. Na którejś stronie tekst o rodzinie. Rodzina to grono ludzi, którzy się kochają – tatuś, mamusia i dzieci albo dwie mamusie, dwaj tatusiowie… Zbulwersowana zadzwoniła do znajomych, których dzieci też chodzą do tej szkoły. I co? Pełna „tolerancja”: żyjemy w innych czasach, trzeba rozumieć, nie można przesadzać. Interwencja u dyrektorki – to samo: nie można dzieci z rodzin „niestandardowych” stygmatyzować, należy szanować, rozumieć, a do szkoły trzeba mieć zaufanie. „Kiedy zagwarantowałam jej moje zaufanie pod warunkiem, że program szkolny nie odbiega od 10 przykazań, odrzekła, że w szkole próbuje się połączyć rozmaite katolickie prądy i nie można zamykać oczu na inne wartości”. No i przecież można poszukać innej szkoły. A jakiej szkoły ma szukać katolik, jeśli nie katolickiej? Gdzie jego dziecko ma być ochronione przed „rozmaitymi prądami”, jeśli nie tam właśnie? Gdy już taka szkoła zdradza Chrystusa, to gdzie jeszcze można się zwrócić? Pani Ewa poszła do księdza. Starszy kapłan dostrzegł w niej walecznego ducha i… odradził waleczność. Upieranie się przy zasadach nazwał zgorzknieniem. Doradził „pogodę ducha” i rezygnację ze sporów ze szkołą, bo „i tak nic pani nie zdziała”. Tak właśnie sól ziemi traci smak. Ona jeszcze wygląda jak dawniej. Pozbawieni smaku katolicy deklarują jeszcze wiarę, ale to wiara w siebie. Bezsmakowi księża sprawują jeszcze święte ceremonie, ale celebrują już tylko święty spokój. Bezsmakowe instytucje katolickie wciąż jeszcze noszą katolicki szyld, ale na tym koniec. To nie jest żadne chrześcijaństwo, to jest jak Polski Związek Piłki Nożnej – wypasieni działacze, którym szczytne hasła służą do robienia interesów. PZPN i tak jest w lepszej sytuacji, bo tam jest przynajmniej do czego kopnąć. Zwietrzały katolicyzm nie nadaje się nawet do tego. Nie ma się co łudzić, że u nas będzie inaczej, jeśli pozwolimy bezkarnie działać agentom moralnego nihilizmu. Jeśli nie będziemy wymagać od tych, którzy mają uczyć wymagań, może się okazać, że nie ma dokąd uciec. Co? Że do katakumb? Naiwni! Tam dzieci bawią się w Halloween. PS. Pani Ewa chciałaby wrócić z synem do Polski. „Czy ktoś mi pomoże?” – zapytała w liście. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy A ty byś tak zrobił? 16.08.09, 15:20 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1225795155&dzi=1104798052&katg= A ty byś tak zrobił? Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Dlaczego nie wolno „używać dzieci do walki z aborcją”, skoro wolno je używać do aborcji? W tym roku „Mały Gość” rozprowadzał obrazki na nabożeństwa różańcowe, przedstawiające w żartobliwy sposób etapy życia płodowego człowieka. Zaproponowaliśmy, żeby dzieci modliły się za swoich poczętych kolegów i koleżanki. A właściwie za ich matki, żeby nie uległy pokusom i pozwoliły im się urodzić. Parę dni temu zadzwonił do redakcji rozgniewany pan. – Czemu służy taka akcja? – dopytywał, usiłując wydobyć ze mnie, że walce z aborcją. Gdy potwierdziłem, że ten cel też nam przyświecał, pan uznał to za niedopuszczalną indoktrynację dzieci, bo „co taki dziewięciolatek może z tego zrozumieć”. – Ale ja z katolikiem rozmawiam? – upewniłem się. A on na to: – Tak, proszę pana, ale czasy się zmieniły. Kościół nie jest już alfą i omegą. Prawda, że ładne? Piszę o tym, bo nasza różańcowa intencja modlitewna wywołała furię większej liczby ludzi. Naczelna „Małego Gościa” dostała maila o treści: „Poczytaj i się zastanów, co piszesz, głupia babo”. I link do strony internetowej, na której widnieje napis: „Czy używanie dzieci do walki z aborcją to skandal?”. Poniżej sonda: „Tak” – 1201 głosów, „Nie” – 169. Dalej artykuł o „ideologicznej wojence”, w którą „Kościół wplątuje dzieci”. Internet jest pełen głupstw, ale akurat to wydaje mi się warte komentarza. A to dlatego, że i wielu katolików powtarza za fanatykami aborcji, że życie ludzi poczętych to sprawa ideologii i polityki, i że matka ma prawo wybrać, czy urodzić poczęte dziecko. Wybrać to sobie można, czy współżyć seksualnie, czy nie. Gdy pojawia się nowy człowiek, to już nie ma żadnego wybierania. Życie człowieka nie jest wyborem, tylko efektem wyboru. Trudno to przyjąć dorosłym, którzy z seksu uczynili sport i zabawę. Dzieci są dziś jeszcze w stanie pojąć, że przyczyna rodzi skutek. One jeszcze zrozumieją, że pan wygląda inaczej od pani dlatego, żeby on mógł zostać tatusiem, a ona mamusią. Dzieci jeszcze zrozumieją, że płód to człowiek, skoro każda ciężarna kobieta rodzi człowieka, a nie nosorożca. Dorosłym tak oczywiste rzeczy już trudno wytłumaczyć. Kto dał sobie wbić w głowę ideologię antykoncepcji, ten myśli, że seks jest tylko po to, żeby było fajnie. A odmienność płciowa jest po to, żeby była zabawa, gdy facetowi znudzi się kobieta, i odwrotnie. Dla takich dziecko jest jak AIDS. Uważają je za skutek braku „zabezpieczenia”, a nie za naturalny efekt swoich zachowań. Gdy półtora roku temu Sejm głosował nad wzmocnieniem obrony życia w konstytucji, mój 4-letni wówczas syn koniecznie chciał wiedzieć, dlaczego mama z takim napięciem wpatruje się w ekran. – Ci ludzie decydują o tym, czy będzie wolno zabijać dzieci w brzuszkach matek – padła odpowiedź. – Będą strzelać do brzuszków? – zdumiał się. – Nie, są na przykład takie tabletki, które powodują usunięcie dzidziusia z brzuszka. Małemu zadrżała broda. – A ty byś tak zrobiła? To nie jest pytanie o aborcję. To pytanie o miłość i każdy dorosły musi na nie odpowiedzieć. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Pytanie o pytanie 16.08.09, 15:24 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1225099605&dzi=1104798052&katg= Pytanie o pytanie Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Jakość mówcy poznaje się nie po jego słowach, tylko po skutkach u słuchaczy Francuski tygodnik „Pèlerin” w porozumieniu z archidiecezją paryską rozpisał ankietę w sprawie jakości kazań. Jak podaje KAI, katolicy mają odpowiedzieć na takie pytania: Czy kazania są zbyt długie, czy za krótkie? Czy są interesujące, czy też nudne? Czy są bliskie problemów ludzi? Czego katolicy oczekują od kazania? U nas nie Paryż, ale też umiemy rozpisać równie niepotrzebną ankietę. Wyniki można przewidzieć z góry, bo to jest jak z pewnym bardzo posłusznym psem. Gdy jego pan wołał: „Będziesz ty cicho, albo nie!”, to on zaraz był cicho albo nie. Z ankietą czy bez, wiadomo, że kazania są za krótkie albo za długie, albo w sam raz. Są interesujące albo nudne, są bliskie problemów słuchaczy albo są problemem słuchaczy. Wszystko zależy od człowieka. Przecież z jednego rocznika seminarium wychodzą i dobrzy kaznodzieje, i kaznodzieje. I wychodzą. Widziałem kiedyś, jak pewien kleryk po ostatnim wykładzie z homiletyki palnął się dłonią w łeb. – Przecież on nam nie powiedział, jak my mamy mówić kazania! – zawołał olśniony. I bardzo dobrze, bo nie w schematach rzecz. I nie w tym, żeby pytać ludzi, co chcą usłyszeć. Za dużo dziś pytania wszystkich o wszystko. Za dużo nadskakiwania „opinii publicznej”. Drodzy księża, błagam – nie mówcie nam tego, co my chcemy usłyszeć. Wy musicie mówić właśnie to, czego my słyszeć nie chcemy. Musicie mówić to, czego nawet wy sami nie chcecie słyszeć. Nie pytajcie nas, czego oczekujemy. Gdyby lekarze pytali pacjentów, jak ich leczyć, powinni by ich najpierw posłać na medycynę. Pana Jezusa pytajcie, bo to On wie, czego nam i wam potrzeba. Kazanie, jeśli ma ludzi nawracać (inne nie ma sensu), musi być nieoczekiwane. Kaznodzieja musi słuchaczy zaskoczyć, tak jak zaskakiwał słuchaczy Jezus. Inaczej nie ma prawa twierdzić, że to, co produkuje z ambony, jest słowem Bożym. A co mówił Jezus? A to, co usłyszał od Ojca. Dlatego Jego słowa pociągały i porażały, wstrząsały, radowały i wywoływały płacz. Ludzie się zdumiewali, że On „mówi jak ten, który ma władzę”. Ale przecież w sprawach wiary właśnie tej władzy potrzebujemy. Władzy absolutnej, a nie demokracji. Słów mocnych i pewnych, bo od Boga pochodzących, a nie teologicznego bełkotu, wyważania otwartych drzwi, roztrząsania pustki albo celebrowania wątpliwości. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby duchowny, który się naprawdę modli, mówił złe kazania. One, owszem, mogą być nieporadne, bo nie każdy ma wielki talent oratorski, ale istotna jest treść. Łatwo zauważyć, który ksiądz mówi to, czym żyje, a który powtarza to, co wyczytał w gotowcu z biblioteki kaznodziejskiej. Bo osobiste przekonanie mówiącego jakoś spływa na ludzi między słowami. Jest tak, bo do słów człowieka, który słucha Pana Jezusa (to jest przecież modlitwa) przywiązana jest łaska. A ludzie właśnie tej łaski potrzebują. Słowa ją tylko niosą. Albo, niestety, czasem nie niosą. Dlatego kaznodziejstwo – i w ogóle duszpasterstwo – to nie jest pytanie o technikę. To jest pytanie o to, kogo kaznodzieja pyta. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Kariera sumienia 16.08.09, 15:32 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1223887203&dzi=1104798052&katg= Kariera sumienia Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Kto dla Boga rezygnuje z kariery, temu Bóg robi karierę Jerzy Urban stwierdził kiedyś, że Jan Paweł II był jedynym Polakiem, który zrobił karierę. Chodziło mu o to, że Polacy w ogóle są do niczego i zaledwie jeden – i to niewłaściwy – do czegoś doszedł. Być może przemówiła tu zazdrość, że to nie Urban zasiadł w Watykanie. Jednak niesłusznie, bo choć tylko jeden Polak został papieżem, to Urbanów na Stolicy Piotrowej było już kilku. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to ten Polak zmienił świat. To, co stało się 16 października 30 lat temu, przestawiło wiele zwrotnic. Nic dziwnego, że maszyniści komunistycznych reżimów byli ciężko przerażeni. Czuli, że ich pociągi jadą w kierunku, którego nie są już w stanie kontrolować. Ale poza nimi nie było prawie nikogo, kto nie cieszyłby się jak… No właśnie, trudno to do czegoś porównać. Ja nigdy, ani wcześniej, ani później, nie odczuwałem czegoś równie radosnego. Nawet w liceum, gdy podczas lekcji matematyki podano wiadomość, że szkoła się pali. Tamtego październikowego wieczora biegałem jak wariat po ulicy z głową zadartą ku niebu. Pamiętam migające korony przydrożnych drzew, dziw, że się w żadne z nich nie wkomponowałem. Ktoś z sąsiedztwa do późnej nocy grał na gitarze, choć grać nie potrafił. Ktoś śpiewał jeszcze gorzej, niż tamten grał, ale z równym zapałem. Radość z kariery? Ludzie z własnego awansu by się tak nie cieszyli, a co dopiero z wyniesienia człowieka, bądź co bądź, obcego. Karierę to robią ludzie, którzy zabiegają o stołki, bo myślą, że w życiu można osiągnąć tylko to, co się spod kogoś wykopie. Karierę robią ci, którzy w imię rzekomych wyższych wartości sprzedają przyzwoitość za sukces. Bo kto się sam o wszystko nie postara, ten frajer. Przypadek Karola Wojtyły jasno pokazuje, że jest odwrotnie. Człowiek nie musi – i nawet nie powinien – o nic zabiegać, z wyjątkiem poznania woli Bożej. Nie jest to, wbrew pozorom, takie trudne. Bo choć często nie wiemy, co jest wolą Bożą, to zawsze wiemy, co nią nie jest – grzech. Jeśli bez popełnienia grzechu nie można czegoś zrobić, to znaczy, że mamy robić co innego. O ile chrześcijanin bez zrobienia z siebie szmaty nie mógł wyjechać na studia zagraniczne, miał studiować w kraju. Jeśli bez wstąpienia do komunistycznej partii nie mógł dostać wymarzonej pracy, miał pracować gdzie indziej. Jeśli bez grzechu nie mógł być dyrektorem, miał nim nie być. Nie inaczej jest dzisiaj. Jeśli stołek da się załatwić tylko za łapówkę, to znaczy, że mam go nie załatwiać. Jeśli za przyzwoitość wyrzucają z pracy, należy wybrać przyzwoitość. Nie jesteśmy odpowiedzialni za zrobienie kariery – jesteśmy odpowiedzialni za sumienie. Bo jeśli Bóg chce nas gdzieś mieć, to sam przewróci każdy mur, który nam stoi na drodze. Wojna, żelazna kurtyna, tabuny tajniaków, utrudnienia w wyjazdach zagranicznych – nic nie zagrodziło drogi Karola Wojtyły do Watykanu. Dlaczego? Bo Bóg chciał go tam mieć. I już. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Paciorki burzące 16.08.09, 15:40 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1223278200&dzi=1104798052&katg= Paciorki burzące Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Różańca nie wystarczy trzymać – trzeba się go trzymać. Kuba Wojewódzki gościł ostatnio w swoim programie Szymona Hołownię. Gospodarz, z mizernym skutkiem, próbował nabijać się z religijności gościa. Wygłaszał wywody o wzwodach, parodiował też biczowanie różańcem z motywów bynajmniej nie ascetycznych. Różaniec to rekwizyt poręczny przy wykpiwaniu. Gdy ktoś chce nakreślić karykaturę katolika, najczęściej sięga po wizerunek smutnego niedojdy ze wzniesionymi oczami, kłapiącą wargą i z dłońmi ściskającymi – no właśnie – różaniec. Ale proszę pomyśleć o konkretnych osobach, które różańca używają. Używają – a nie oplatają nim, w charakterze amuletu, lusterka w samochodzie. Więc czy te osoby rzeczywiście pasują do tej karykatury? Jeden z moich przyjaciół odmawia dziennie cały Różaniec – wszystkie cztery części, czyli dwadzieścia tajemnic. Prawda, że słysząc coś takiego, widzimy w wyobraźni jakąś anemiczną mimozę? Głos cichy, dłonie wiotkie, oczy podkrążone. A figa! To chłop jak dąb, wesoły, konkretny. Jeździ potężnym tirem po całych Stanach Zjednoczonych, obstawiony sprzętem komputerowym i satelitarnym. Pisze felietony na swojej stronie internetowej katolik.us. Nie pytałem go o zgodę na ujawnienie, że tyle się modli, ale dzięki temu nie musi mi odmawiać. Problem katolików polega nie na tym, że mają różańce, tylko na tym, że wielu na „maniu” poprzestaje. Niejeden katolicki nieboszczyk musi się po przejściu na tamtą stronę dziwić, czym też mu krewni ręce związali. A jak taki musi świecić oczami, gdy go tam zapytają: „Czy to twój?”. Jest w różańcu coś potężnego. Egzorcyści opowiadają czasem o histerii, w jaką wpada diabeł, gdy ludzie zaczynają się modlić na tych niepozornych paciorkach. Pewnie dlatego też „natycha” prześmiewców do kpin z tego narzędzia, które mu tak rozwala robotę. Ale my różańca nie musimy bronić. To on służy do obrony – i do ataku. Nieprzypadkowo pierwsi jego propagatorzy, dominikanie, przypasali go do lewego boku, tam gdzie wówczas rycerze nosili miecze. On jest dużo lepszy od miecza. Działa nieinwazyjnie, a przenika do serca. Wiele lat temu ksiądz na religii mówił nam, że Robert Kennedy, postrzelony przez zamachowca, wyciągnął różaniec i przesuwając jego paciorki, zmarł. Myślałem, że to pobożny bajer dla naiwnych, zwłaszcza że bracia Kennedy gigantami pobożności nie byli. Aż kiedyś przeglądałem książkę „Encyklopedia XX wieku”. A tam widzę zdjęcie umierającego Roberta Kennedy’ego, który trzyma w ręku… różaniec. No tak. W sytuacjach granicznych okazuje się, czego naprawdę w życiu warto się trzymać. Dobrze, gdy można się tego chwycić choćby w ostatniej chwili. 150 lat temu w Lourdes Maryja wiele mówiła o Różańcu. Polecała tę modlitwę ludziom, którzy za pośrednictwem świętej Bernadetty prosili Ją o wysłuchanie próśb. Uderzyły mnie kiedyś Jej słowa: „Dobrze, ale niech w rodzinie przez rok odmawiają Różaniec”. Dlaczego przez rok? Pewnie dlatego, że po roku takiej modlitwy człowiek rozumie, że najlepszym, co go mogło spotkać, jest właśnie modlitwa. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Teologia lasu 16.08.09, 16:23 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1219060322&dzi=1104798052&katg= Teologia lasu Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Człowiek wybierający las zamiast Mszy ma się tak do katolika, jak obleśny do leśniczego Jeden z moich czytelników, polski ksiądz pracujący w Niemczech, opisał mi kiedyś rozmowę, jakiej był uczestnikiem. Grono składało się z katolików – wśród obecnych był nawet bliski współpracownik kanclerza Helmuta Kohla z CDU, czyli chrześcijańskiej demokracji. W pewnym momencie któryś z gości zwrócił się do księdza: „A czy u was w Polsce księża mówią jeszcze, że opuszczenie niedzielnej Mszy to grzech?”. – Kiedy potwierdziłem, towarzystwo po prostu się roześmiało” – napisał mi ksiądz. Owo „ha, ha, ha”, to wyraz takiej teologii, praktykowanej – choć w mniejszej skali – również u nas. Ona ma dwa elementy. Pierwszy to założenie, że każdy sam sobie określa, co jest grzechem. Skutkuje to zazwyczaj tym, że nie grzeszy się religijnością. Drugi element to przypływ romantyzmu. Wyraża się on w nagłej chęci modlitwy na łonie natury. „Po co mam iść do kościoła, ja się lepiej modlę w lesie” – mówią najczęściej tego rodzaju „teolodzy”. Las można traktować zamiennie z górami, jeziorami, morzem, rozgwieżdżonym niebem. Wszystko jedno z czym, byle nie z kościołem. Nie myśl więc, nieuważny turysto, że masz przed sobą spacerowiczów, plażowiczów, grzybiarzy, wędkarzy. Nie – to rozmodleni wierni. Cóż, że szczebiocą do siebie wesoło, cóż że popijają piwo – czy modlitwa ma polegać na składaniu rąk i wznoszeniu oczu ku niebu? Oni się modlą społecznie, celebrują wspólnotę międzyludzką, podziwiają piękno stworzenia, zwłaszcza gdy stworzenia prezentują swe walory – czy to wszystko nie jest modlitwa? Kiedyś słyszałem, jak pewna pani wyjechała z tym swoim lasem, nieświadoma, że rozmawia z księdzem. Na to ów ksiądz: „Ale w lesie pani Komunii nie dostanie”. Dosyć proste, ale skuteczne. Pani się zapowietrzyła, coś wyjąkała i poszła, zapewne dokształcić się z teologii lasu. Ale daremnie będzie się dokształcać – jeśli katolik nie chodzi do kościoła, to z reguły jest to skutek pospolitego lenistwa, wzmocnionego równie pospolitą diabelską pokusą robienia czegoś innego. Gadanie o lesie to tylko zasłona dymna, fotomontaż, dorabianie szczytnej motywacji do religijnego prymitywizmu albo po prostu braku jakiejkolwiek religijności. Bo prawdziwe chrześcijaństwo w sprawach wiary i moralności zawsze opiera się na posłuszeństwie Kościołowi. Jeśli Kościół zobowiązuje wierzącego do udziału we Mszy św. niedzielnej, to on ma obowiązek na niej być. Również wtedy, gdy nie rozumie sensu tej obecności. A i wtedy, gdy celebrans głupio wygląda, głupio gada i źle się prowadzi. Msza jest ważna ze względu na Chrystusa, który dla nas w niej się ofiaruje, a nie ze względu na księdza. A dlaczego mamy Kościoła słuchać? – Bo tak zarządził Pan Jezus. Kiedy? A choćby wtedy, gdy powiedział Piotrowi: „Cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 19). Ale gdy ktoś zamiast być na Mszy, „modli się” w lesie, to tego fragmentu Ewangelii nie usłyszy. Ani zresztą jakiegokolwiek innego. Bo katolik, dopóki nie zacznie słuchać Kościoła, dopóty z lasu nie wyjdzie. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Odkręcanie śruby 16.08.09, 16:32 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1217567209&dzi=1104798052&katg= Odkręcanie śruby Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Z łatwych rozwiązań bierze się rozwiązłość Gdy tylko usłyszałem o sprawie ks. Wieńczysława Ł., który – jeśli wierzyć doniesieniom – chciał śmierci swojego dziecka, byłem pewien, że zaraz zacznie się gadanie o żeniaczce dla duchownych. No i buch – nazajutrz w dzienniku „Polska” najświeższy sondaż: Czy Kościół katolicki powinien znieść obowiązek celibatu dla księży. „Tak” – 55 procent, „nie” – 39 procent. Ludziom się chyba wydaje, że zniesienie celibatu jest dobre na wszystko. Nie zdziwię się, gdy ktoś zechce tym leczyć hemoroidy. Gdy tylko wybuchnie jakiś skandal w Kościele, zaraz społeczeństwo wie, co robić – niech się księża żenią i nastanie era szczęśliwości. Wilk zamieszka z barankiem, Tusk z Kaczyńskim razem paść się będą, a byle obywatel będzie ich poganiał. Cóż to za naiwność myśleć, że ksiądz niewierny celibatowi na pewno będzie wierny żonie. Kto łamie zobowiązania w jednej sprawie, łatwo złamie je i w innej. Halo! Katolicy! To taka jest wasza odpowiedź na grzech? Złagodzić wymagania? Z dobrych kapłanów, jakich jeszcze mamy, zrobić zarabiających na dom urzędników? Kapłani mają niewyobrażalną władzę. Została im dana dla nas. Gdyby z niej w pełni korzystali, mogliby rozwalić piekło. W naszym interesie jest więc, żeby korzystali jak najwięcej. Kiedyś trafiłem na przedwojennego „Posłańca Serca Jezusowego”. Czytam: „Święty ksiądz czyni parafię dobrą parafią, dobry ksiądz czyni ją przeciętną parafią, przeciętny ksiądz czyni ją złą parafią”. Czy to już nieaktualne? A to też ma związek z celibatem. Bo celibat – jak stwierdził kiedyś brat Roger z Taizé – utrzymuje Kościół katolicki w nurcie mistycznym, w odróżnieniu od protestantyzmu, który postawił na funkcjonalizm. Mistycyzm kapłanów jest nam wszystkim dużo bardziej potrzebny niż księżom żony. Gdy ksiądz walczy o swoich parafian na kolanach, parafianie to czują. Gdy nie walczy, też, niestety, czują. Ale gdy my, zamiast oczekiwać od kapłanów świętości, domagamy się ich banalnej nijakości, sami pozbawiamy się ich mocy. A i oni, nie widząc spragnionych dusz, łatwiej dają posłuch diabelskiej pokusie: „jesteś niepotrzebny”. Tu nie zniesienia celibatu trzeba. Trzeba zgiętych kolan, oderwania od bogactw, postu o chlebie i wodzie. Bo ożenek nie doda ognia prorokowi, nie ułatwi mu modlitwy, nie wyczuli na duchowe biedy. Potrzebujemy męczenników konfesjonału, a nie telewizora, strażników domu Pańskiego, a nie plebanii. Potrzebujemy znaków sprzeciwu w sutannach, habitach, koloratkach, a nie gogusiów, którzy świadczą o Jezusie tylko wtedy, gdy mają nastrój. Jak świat światem, jeszcze żadna prawdziwa odnowa nie przyszła przez złagodzenie wymagań. Widziałem w kościele bernardynów w Opatowie przedziwną rzeźbę z XVII wieku. Nazywa się „tłocznia mistyczna”. Jezus cierpi z rozkrzyżowanymi ramionami, a nad nim Bóg Ojciec z gwintowanym narzędziem do wyciskania winnych gron „dokręca Mu śrubę”. Wyciska krew posłusznego Syna dla naszego zbawienia. Kto chce naśladować Zbawiciela, niech nie biadoli, gdy Bóg zechce wycisnąć zeń trochę potu. Zwłaszcza gdy jest księdzem. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Dawać mi Jezusa 16.08.09, 16:40 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1216572461&dzi=1104798052&katg= Dawać mi Jezusa Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Ludzie mówią „Panie, nie jestem godzien”, ale biada im to powiedzieć Silvio Berlusconi zabłysnął niedawno pytaniem skierowanym podczas Mszy św. do biskupa. – Kiedy wreszcie zmienicie regułę, która zabrania nam przyjmować Komunię? – wypalił z pierwszej ławki. Włoski premier nie może przystępować do sakramentów, bo jest rozwiedziony i powtórnie żonaty. Jego wyskok wpisuje się w nagłaśniany przez media postulat, żeby „wreszcie Kościół dopuścił rozwiedzionych do Komunii”. – Jest dla nas bardzo przykre, że Kościół uniemożliwia nam udział w sakramentach – mówi „Gazecie Wyborczej” pani Joanna, żyjąca z panem Robertem „na cywilnym”. „Kościół nam uniemożliwia” – jak to pasuje do współczesnej mentalności, która każe widzieć winnych wszędzie, tylko nie w sobie. To nie Kościół zamyka osobom żyjącym w związkach niesakramentalnych dostęp do Komunii. Oni sami go sobie zamykają. Nie rozwodem, bo czasem człowiek, choć chce, nie zdoła utrzymać swojego małżeństwa. Drogę do sakramentów zamyka ponowny związek. A zamyka nie z powodu widzimisię hierarchów, tylko dlatego, że to grzech przeciw wierności małżeńskiej. Bo małżeństwo sakramentalne trwa mimo rozwodu. Pan Berlusconi, mimo że uchodzi za męża pani Weroniki, w dalszym ciągu jest mężem pani Carli Elwiry, i w dalszym ciągu zdradza tę pierwszą z tą drugą. Teraz takie czasy, że każde wiarołomstwo zbywa się hasłem „to nie takie proste”. Życie w stanie łaski uświęcającej „nie jest takie proste”, ale przyjmowanie Komunii bez stanu łaski ma być proste. Tylko czekać na skargi do stosownego rzecznika, że Kościół dyskryminuje, bo odmawia ludziom Pana Jezusa. Ale to właśnie ten Pan Jezus powiedział: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo” Mk 10, 11–12. Czy coś tu brzmi niejasno? Powtórne małżeństwo, gdy żyje małżonek, jest cudzołóstwem. Kto trwa w stanie grzechu, nie deklarując gotowości poprawy, nie może dostać rozgrzeszenia. Tym bardziej więc nie może przystępować do Komunii, bo ściągnąłby na siebie jeszcze grzech świętokradztwa. Gdyby rozmaitym „Berlusconim” wolno było przystępować do Komunii, konsekwentnie należałoby dopuścić do stołu Pańskiego wszystkich „konkubentów” i inne pary, włącznie z homoseksualnymi. Komunia nie służy do udowadniania, że wszystko jest w porządku, gdy nie jest w porządku. Gdyby Kościół dopuścił do Komunii osoby żyjące w grzechu, moglibyśmy zapomnieć o czymś takim, jak nierozerwalność małżeństwa. Chrystusa przyjmuje się nie po to, żeby nie odstawać od reszty, tylko po to, żeby On przemieniał nasze życie. A jak ma przemieniać, gdy to my dyktujemy Mu warunki? Znam osoby żyjące w związkach niesakramentalnych. Mam wśród nich nawet przyjaciół. Ale oni wiedzą, że ponoszą konsekwencje własnych wyborów. Tęsknią za Jezusem, ale nie zgłaszają do Niego roszczeń. Myślę, że prędzej czy później Jezus znajdzie dla nich rozwiązanie. Ale to będzie wynik Jego miłosierdzia, a nie ich życzeń i pretensji. Bo kto chce Pana Jezusa przyjąć do serca, najpierw musi Jego naukę przyjąć do wiadomości. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Wyznawcy cudaczności 18.08.09, 21:12 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1213601950&dzi=1104798052&katg= Wyznawcy cudaczności Franciszek Kucharczak Myśl wyrachowana: Po co komu zdrowe nogi, gdy go niosą na ścięcie Polska reprezentacja, zanim opuściła kraj, została napełniona dobrą energią. Goszczący piłkarzy bioenergoterapeuta obdarzył ich mocą czakramów i napromieniował piłkę, co miało zadziałać na jej koleżankę, użytą w meczu z Niemcami. „Super Express” dał na pierwszej stronie przepowiednię wróżki, że wygramy 2:0. No i było 2:0. Co prawda dla Niemców, ale zawsze. Ten pan od czarowania jednak kiedyś podał wynik meczu i sprawdziło się. Zachwyt był wtedy taki, jakby sam Donald Tusk do gminy przyjechał. Patrzcie, jak ten niby racjonalny świat ekscytuje się odpadkami z tamtego świata, nie myśląc zupełnie nad tym, że ktoś mu te ochłapy rzuca. – Ale to działa! – emocjonują się „racjonaliści”, którzy gusłami i ciemnotą zwykli nazywać każdy objaw religijności chrześcijańskiej. Wpadają w mistyczną ekstazę, gdy komuś zniknie wrzód na… kilka dni albo gdy chory na raka odczuje ciepło i mrowienie. A jak taki jeszcze ozdrowieje! No dobra, niechby i ozdrowiał. I co z tego? – Jak to? – oburzy się ktoś. – Przecież zdrowie… No właśnie – co zdrowie? Na cmentarzach leży komplet tych, co ongiś dbali o zdrowie. Leżą tam nawet tacy, którzy zostali uzdrowieni cudem. Ba! Wśród kamieni Palestyny wietrzeją nawet szczątki wskrzeszonego Łazarza. Gdyby doczesna kondycja ludzi była celem Jezusa, przynajmniej ci przezeń uzdrowieni powinni żyć do dzisiaj. A oni też jakoś, jeden po drugim, pomarli. Wszyscy znają tę ewangeliczną scenę, gdy z dziury w dachu pod nogi Jezusa zjechał paralityk. Co mu Jezus wtedy powiedział? Przetestujcie to – prawie każdy odpowie: „Wstań, weź swoje łoże i chodź”. A nieprawda! Jezus powiedział: „Odpuszczają ci się twoje grzechy”. Słuchacze Ewangelii do dziś słowa o odpuszczeniu grzechów puszczają mimo uszu, bo co tam jakieś rozgrzeszenie. Cudu chcemy, cudu! Tam, w Kafarnaum, musiało być podobnie. Uszami wyobraźni słyszę ten pomruk: „Łeee, miał uzdrowić, a z jakimiś grzechami tu wyjeżdża”. Jezus to wiedział, dlatego dodał: „Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – wstań, weź swoje łoże i idź do domu!” (por. Mk 2, 10). Jasno z tego wynika, że Boży cud fizycznego uzdrowienia jest tylko znakiem prawdziwego cudu – uzdrowienia wewnętrznego. To tylko środek do celu. Celem jest szczęście wieczne, a nie bezterminowa wegetacja na ziemi w okowach wciąż liftingowanego, starzejącego się pudła. Bóg nigdy nie uzdrawia ciała, jeśli nie uzdrowi wnętrza. Bardzo często za to uzdrawia duszę, ciało pozostawiając w poprzednim stanie. To logiczne – bo z punktu widzenia wieczności (czyli najwłaściwszego punktu obserwacyjnego), znaczenie ma głównie zdrowie duszy. Tu wyraźnie rysuje się różnica między cudem Bożym a diabelskim. Bo zły duch też potrafi czynić znaki, ale one nie leczą duszy. One są jak makijaż na złuszczonej twarzy albo jak radio naprawione kopniakiem. Jakiś czas to będzie działać, ale zamiast dawać szczęście, zwiedzie tylko naiwnych. Zamiast otworzyć człowieka na bliźnich, jeszcze bardziej skupi go na sobie. I co komu po takim życiu, choćby już dziś znał komplet wyników z Euro 2012. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Pouczanie Boga 18.08.09, 21:19 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1211483445&dzi=1104798052&katg= Pouczanie Boga Myśl wyrachowana: Gdyby Bóg robił wszystko, czego życzą sobie ludzie, nie miałby dla kogo tego ro-bić. Rok temu napisałem, że kto idzie w procesji Bożego Ciała, deklaruje tym samym poparcie dla tego wszystkiego, czego uczy Chrystus, a zatem dla życia od poczęcia, dla normalnej rodziny i tak dalej. Do-stałem potem sporo listów. Jeden pan napisał, że jeśli ktoś zechce interpretować jego udział w procesji jako sprzeciw wobec „wolnego wyboru kobiet”, to on na procesję nie pójdzie. Bo nie może zamykać oczu na dramaty matek, na tragedie porzuconych dzieci, tra ta ta. No i mam uważać, co piszę, bo mogę się przyczynić do zmniejszenia frekwencji w procesjach. Nie przeceniam swoich możliwości, ale gdybym się do takiego zmniejszenia przyczynił, to bym wyrzutów sumienia nie miał. Skoro ktoś uważa, że idąc za Jezusem, robi łaskę Kościołowi, no to może niech jednak zostanie w domu. Niech tam sobie popiera „wolny wybór kobiet”, a „dramaty i tragedie” ocalonych dzieci niech przeżywa nad puszką piwa. Dla tego rodzaju opinii to właściwsza scenografia niż monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Sztuczny tłum to się robiło na pochodzie pierwszomajowym. Tam faktycznie chodziło o pokazanie, że wszyscy popierają to, czego nie popierał prawie nikt. To była rewia kłamstwa i święto hipokryzji – maskarada jak olimpiada w Pekinie. Ale na Boże Ciało naprawdę nikt iść nie musi. Proszę nie opowiadać o presji środowiska i naciskach proboszcza. Jeśli ktoś robi coś wbrew przekonaniu, niech nie zwala winy na księdza lub opinię sąsiadów, bo przyczyną jest jego własny brak odwagi cywilnej. Za Jezusem idzie się z własnego wyboru. I powinni iść za Nim – uwaga! – wyłącznie grzesznicy. Wyłącznie! Ale właśnie w tym problem, że dziś mało kto uważa się za grzesznika. Teraz ludzie nie grzeszą – oni mają tylko różne poglądy, preferencje i orientacje. Za Jezusem powinni iść ludzie słabi, ale dziś mamy samych mocarzy. Powinni iść słuchacze, a mamy gadaczy. Zamiast uczniów, ciągnie się za Jezusem tłum jego nauczycieli. Tacy wiedzą lepiej, co jest dobre i zamiast Jezusa słuchać, chcą, żeby firmował ich własne poglądy. Gdyby monstrancja miała odpowiednie gabaryty, pewnie niejeden „autorytet” już by w niej siedział. Dwa lata temu z okładem dostałem list od dziewczyny, którą wessał seks lesbijski. „Byłam rasowym »homikiem«” – napisała. Ale jej mama nie dawała spokoju Panu Bogu. I Bóg zesłał dziewczynie łaskę w dniu śmierci Jana Pawła II. Oto fragment listu: „Otwierały mi się powoli oczy, coraz więcej się modli-łam, a do mojego ówczesnego życia budził się we mnie niesamowity wstręt. Już sobie nie tłumaczyłam, że to normalne, że mam prawo kochać inaczej. Dniem przełomowym było tegoroczne Boże Ciało. Szłam za Jezusem w procesji.... i to było coś niesamowitego. Wtedy ostatecznie pożegnałam się z tamtym życiem i zaczęłam nowe, lepsze, bo z Bogiem”. Musi być coś niezwykłego w uroczystości Bożego Ciała, skoro sam Bóg kilka wieków temu doprowadził do jej ustanowienia. Musi być do niej przywiązana jakaś nadzwyczajna łaska. Ale na pewno nie jest to ta łaska, którą raczą robić Jezusowi ludzie. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Karma lękliwych 18.08.09, 21:23 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1210582328&dzi=1104798052&katg= Karma lękliwych Myśl wyrachowana: „Nie jestem Duchem Świętym” – mówią ludzie. Ale w to nie wierzą. Dowcip z czasów komuny. Facet głośno opowiada w autobusie kawały o władzy ludowej. „Co pan robi, przecież pana zamkną!” - ostrzega go sąsiad. A on: „Ja się nie boję, ja mam raka”. Jest taka odwaga, która bierze się z tego, że człowiek nie ma nic do stracenia. Ale jest i taka, która wynika z tego, że człowiek nagle widzi, że ma wszystko do zyskania. Gdy apostołowie w dniu Pięćdziesiątnicy wychodzili z Wieczernika, ich sytuacja była dokładnie taka sama, jak dzień wcześniej. Dalej groziło im aresztowanie, pobicie, a nawet śmierć. A jednak od chwili, gdy zstąpił na nich Duch Święty, coś się w nich trwale zmieniło: ONI SIĘ NIE BALI. A to znaczy, że od tej chwili byli wolni. Bo wolność, wbrew twierdzeniom kapłanów postępu, nie oznacza możliwości robienia wszystkiego, co się człowiekowi zachce. Wolność to jest niezależność od lęku. Na człowieka, który się nie boi, nie ma rady. Bo to przecież nie represje paraliżują ludzi, ale strach przed nimi. Kobiety z lęku o przyszłość zabijają swoje nienarodzone dzieci, rodziny z lęku przed kłopotami „przyspieszają odejście” swoich chorych bliskich. Urzędnicy biorą łapówki, bo boją się, że inaczej nie starczy im na „godne życie”, a potem boją się, że za tą godność pójdą siedzieć. Politycy lawirują i kupczą zasadami, bo drżą o utratę elektoratu, a tym samym posad. Ludzie żyją w przygodnych związkach, bo boją się samotności, ale nie pobierają się, bo boją się zobowiązań. Ze strachu ludzie sięgają po amulety, szukają pomocy u szarlatanów, u wróżek albo i w biurach posłów lewicy. Właściwie nie ma zła, które nie brałoby się ze strachu. Kiedy przed laty sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki zakładał Krucjatę Wyzwolenia Człowieka, nie myślał tylko o powstrzymaniu się od alkoholu. Tam szło o wolność od wszelkiego lęku. – Tu chodzi o to, żebyście się nie bali nawet tego, że gdy stoicie w kolejce, to dla was zabraknie – mówił na spotkaniu oazy w mojej parafii przyjezdny ksiądz. Dziś to sprzedawcy lękają się, że im zabraknie klientów. Ale choć zmienia się sytuacja, to lęk w ludziach siedzi ten sam. To on każe im myśleć, że w każdej sytuacji muszą sobie sami radzić – choćby po trupach. Życie w lęku służy ludziom tak, jak znużonemu turyście schronisko dla psów. Mimo tego liczni spętani strachem bliźni wolą tkwić na łańcuchu przy psiej budzie. Zadowalają się tam jakimś chappi i powtarzają z rezygnacją: „Cóż, taka karma”. Ale to nie żadna karma – to zły wybór. Jednak nawet niewolnicy lęku mogą zawołać o pomoc. Byle szczerze, a to wystarczy. Reszta będzie darem. Odwaga, jaką apostołowie zadziwili tłumy, nie była skutkiem ich wysiłków. To był efekt tego, że „trwali jednomyślnie na modlitwie”. I pewnie sami byli zadziwieni tym, co się z nimi stało. Bo spodziewali się może, że Bóg zmieni im zewnętrzne warunki. A otrzymali Ducha Świętego, który zmienił ich. To rzecz znamienna, bo Duch Święty raczej rzadko zmienia sytuację – On zmienia ludzi. A odmienieni ludzie zmieniają sytuację. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Nie wiedzą, co jedzą 18.08.09, 21:27 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1210304553&dzi=1104798052&katg= Nie wiedzą, co jedzą Myśl wyrachowana: Głodny nie znaczy godny Sezon komunijny przypomniał mi taką historię sprzed lat. Poszedłem na koncert, który okazał się pretekstem do ewangelizacji, zorganizowanej przez jakąś niekatolicką grupę wyznaniową. Przed wejściem do sali kręcili się ludzie z plakietkami „doradca”. Jedna z „doradczyń” przydybała siedzącego obok mnie nastolatka. – Jak idziesz do Komunii, to mówisz, że jesz Pana Jezusa, taaaak? – pytała z politowaniem w głosie. Chłopak był skonsternowany. Ponieważ wcześniej przez kilka dni tłukł mi się po głowie cytat z Jana 6,55, poczułem, że teraz powinienem go użyć. – Mogę się włączyć? – zapytałem. – Ależ proszę, bracie – rzekła kobieta. Na to ja: – Pozwolę sobie zauważyć, że sam Jezus powiedział: „Ciało Moje jest PRAWDZIWYM po-karmem, a Krew Moja jest PRAWDZIWYM napojem”. Byłem zdumiony piorunującym efektem, jaki odniosły te słowa. „Doradczyni” zrobiła się bezradna, jak ekolog na środku autostrady. Zrazu zaniemówiła, a potem poprosiła pana z plakietką „starszy”. Ten, po wysłuchaniu kwestii, oznajmił że chętnie by porozmawiali, ale muszą już iść. No i poszli. Myślę, że podobnie poszli też dwa tysiące lat wcześniej ludzie, którzy usłyszeli te słowa w oryginale. „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” – oburzyli się, i tyle ich Jezus widział. Rzecz charaktery-styczna: Pan Jezus za nimi nie biegł. Nie wołał: „Halo! Źle mnie zrozumieliście!”. Skoro tego nie zrobił, to dlatego, że oni zrozumieli Go dobrze. Czyli że faktycznie, przyjmując Komunię, jemy Jego Ciało i pijemy Jego Krew. Dosłownie. W kilku sanktuariach przechowuje się tkankę sercową, w którą zamieniły się konsekrowane hostie. Trafiają się też mistycy, dla których Eucharystia całymi latami jest jedynym pokarmem. Wygląda na to, że Jezus chce nam przypomnieć, że Najświętszy Sakrament to nie żadna metafora. Żaden symbol. To Jego prawdziwe, żywe i krwawiące Ciało, a jednocześnie źródło życia – czasem nawet doczesnego. To się, jak mawiali milicjanci, w pale nie mieści, ale tam się mieści niewiele rzeczy. Ta świadomość dobrze robi, bo gdy człowiek wie, że nie wszystko może zrozumieć, rozumie, że czasem musi uwierzyć. Dlatego zgina kolana przed białym opłatkiem, bo wierzy, że to nie jakaś idea Boga, tylko Bóg we własnej osobie. A skoro tak, rozumie też, że Boga nie można przyjmować bez stanu łaski uświęcającej. Czyli że trzeba się dobrze wyspowiadać. Trzeba – bo kto nie uznaje swojego grzechu, ten nie żałuje, a kto nie żałuje, ten nie może przyjąć Bożego przebaczenia. A bez przebaczenia nie można przyjąć Bożej miłości – tak można ją tylko sprofanować. To trudna mowa w czasach, gdy ludziom wydaje się, że im się wszystko należy. Trudna mowa, gdy wszelkiego rodzaju cudzołożnicy domagają się dostępu do sakramentów, choć w miejsce Boga świadomie wybierają życie w grzechu. Trudna mowa, gdy za świętokradztwo uważa się jedynie uszkodzenie skrzeku żaby zielonej i podważenie prawa do aborcji. Wielu z tych, którzy tę mowę słyszą, grozi: „Bo sobie pójdziemy”. Ale tych należałoby zapytać parafrazą z Piotra: Do kogo pójdziecie? Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Ofiary kryzysu 18.08.09, 21:33 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1208953311&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Kryzys bierze się z niewierności, a nie niewierność z kryzysu Tydzień temu Tomasz Lis w swoim programie telewizyjnym zadał pytanie: „Czy polski Kościół przeżywa kryzys?”. Wśród dyskutantów byli dwaj księża, jeden „wyuczony”, ale były, a drugi aktualny, ale Jankowski. W tle była publiczność, robiąca „uuuuu!” na przemian z klaskaniem i śmiechem. Była też ulubiona przez Tomasza Lisa sonda esemesowa, która do prawdziwej opinii społecznej ma się tak, jak Ryszard Kalisz do strajku głodowego. Sporo czasu poświęcono tam rozważaniu, czy objawem tego kryzysu są wystąpienia Jerzego Roberta Nowaka w kościołach, czy też ewentualna nominacja abp. Głodzia na metropolitę gdańskiego. Niezależnie od jakości przykładów, które miały ilustrować tezę o kryzysie Kościoła, myślę, że sama teza jest prawdziwa. Kościół jest w kryzysie od dwóch tysięcy lat. Był już w nim, gdy go Pan Jezus tworzył. Wy wiecie, jakie On przewidział nominacje? Apostołami mieli być tacy faceci, że tylko płakać. Kłótliwi, zazdrośni, tchórzliwi, łasi na zaszczyty. Wypisz, wymaluj biskupi. Jeden w ogóle paskudnie zdradził i z tego wynikł największy kryzys Kościoła. Bo gdy Jezus zawisł na krzyżu, to był dopiero kryzys! To była katastrofa, po której Kościół nie miał prawa zaistnieć. Po czymś takim apostołowie mogli tylko uciec, gdzie papirus rośnie i zatrudnić się na zmywaku. I tak by się stało, bo dzień śmierci Jezusa był chwilą największego triumfu diabła w dziejach wszechświata. Nie wiedział jednak czort, że wyjdzie na tym gorzej niż Demokraci na sojuszu z SLD. Bo to właśnie krew Jezusa miała się stać siłą Kościoła, a nie zalety jego członków. Okazało się, że ludzie będą mieli tylko tyle siły, ile krwi Jezusa pozwolą sobie przetoczyć. Moc apostołów, ich następców i wszystkich chrześcijan nie płynie z nich samych. I duchowni, i świeccy to zwykli ludzie, zamykający się w swoich klitkach „z obawy przed Żydami”, dziennikarzami, a nieraz i przed bolesną prawdą. Ale na szczęście to nie my jesteśmy źródłem Kościoła – źródłem jest przebity bok Jezusa. My jesteśmy tymi, którzy z tego źródła czerpią. Jedni więcej, drudzy mniej, a niektórzy wcale. O ile czerpiemy, o tyle przełamujemy kryzysy. Kiedy jeden z moich kolegów odchodził z kapłaństwa, biskup powiedział mu: „Kościół sobie bez księdza poradzi, ale nie wiem, czy ksiądz sobie poradzi bez Kościoła”. O to chodzi. Kryzysy Kościoła nie zniszczą, bo źródło wybije nawet wtedy, gdy runie postawiona nad nim budowla. Ale zagrożeni są ci, którzy odcinają się od źródła. Którzy dobrowolnie pozbawiają się do-stępu do sakramentów i żyjąc w grzechu, udają bohaterów. Zamiast zrobić coś z sobą, lokują się na widowni i robią zakłady: „utrzyma się ten Kościół czy nie?”. Jak wyznanie ma się mieć dobrze, gdy ma takich wyznawców? Bo jeśli Kościół jest w kryzysie, to na przykład dlatego, że Tomasz Lis jest w kryzysie. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Płać karę za wiarę 18.08.09, 21:34 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1209467815&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Wierność kosztuje czasem parę złotych, za niewierność zawsze płacą srebrnikami. Sześć tysięcy sześćset dolarów musi zapłacić małżeństwo fotografów z USA za odmowę obsługi fotograficznej „ślubu” dwóch lesbijek. Państwo Hugueninowie grzecznie uzasadnili sprzeciw tym, że są chrześcijanami. Urażone lesbijki złożyły zażalenie na „dyskryminację ze względu na orientację seksualną”, powołały się na zakaz szerzenia nienawiści – i gotowe. Rzeczpospolita” przy informacji o tej sprawie zasięgnęła opinii Jacka Hołówki, filozofa i etyka z Uniwersytetu Warszawskiego. Etyk przyznał, że Hugueninowie mieli prawo odmówić, ale uznał, że użyli bardzo niezgrabnego wyjaśnienia. „Równie dobrze ci państwo mogliby zacząć odmawiać fotografowania ludzi o krzywych czy brzydkich twarzach, dlatego nie pochwalam ich decyzji” – powiedział. I dodał: „Można nie wpuścić Murzyna do restauracji, ale pod żadnym pozorem nie można tego uzasadniać tym, że jest czarny”. Ciekawa argumentacja. Gdyby Hugueninowie odmówili fotografowania krzywych twarzy, to by natychmiast splajtowali, bo innych twarzy prawie nie ma. Zdrowa ekonomia sama karze głupców i chamów. Z tym Murzynem to też bez sensu, bo fotografowie nie powiedzieli, jakie są lesbijki, tylko oświadczyli, kim są oni sami. Są mianowicie chrześcijanami. A że lesbijki wyciągnęły z tego wniosek, że chrześcijaństwo stoi w sprzeczności z tym, co one robią (a nie kim są, panie etyku), to tylko się cieszyć. Bo to wniosek prawidłowy – tyle że niezgodny z wizją „postępu”. Wedle tej wizji, gdy do proboszcza przyjdzie parafianin z orangutanem i zażąda ślubu konkordatowego, ksiądz może odmówić, ale uzasadniając to tym, że orangutan nie był bierzmowany. Niech zresztą wymyśli cokolwiek, byle nie mówił, że zoofilia jest grzechem, czy tak? Patrzcie tylko – tak się dziś zachwala asertywność, bezpośredniość i tym podobne „ości”, a tu nagle etyk gani ludzi za to, że powiedzieli prawdę. A co mają powiedzieć chrześcijanie, gdy ktoś chce, żeby asystowali przy obrzydliwym celebrowaniu śmiertelnie grzesznego związku? Że ich głowa boli? Nie, panie etyku. Mają mówić prawdę, bo tak kazał Jezus. Jeśli dziś „poganie bluźnią imieniu Boga”, to dlatego, że chrześcijanie boją się świadczyć – a nawet już i myśleć – prawdę. Że ze strachu przed etykami „niezależnymi” i innymi kapłanami politycznej poprawności gotowi palić kadzidło każdemu wskazanemu przez nich bóstwu. Kto dzisiaj mówi: „Dziś poszczę, bo jestem katolikiem”? Albo kto mówi: „Nie pójdę na imprezę ze striptizem, bo jestem chrześcijaninem”? Kto uzasadnia jakiekolwiek działanie swoją wiarą? Niewielu. I to mimo że na razie u nas za to grozi tylko przygana Jacka Hołówki. To trochę dalekie od postawy apostołów, którzy oberwawszy po grzbiecie za Jezusa, „cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla Jego imienia”. Dzisiejsi katolicy unikają konsekwencji wiary bardziej niż wegetarianie mielonego. W Polsce za chrześcijaństwo jeszcze nie karzą grzywną ani nie wsadzają do więzień. Ale będą, jeśli za ważniejsze od tego, co Jezus mówi do nas, uznamy to, co współcześni poganie mówią o nas. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Miłosierne przegonienie 18.08.09, 21:46 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1206959048&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Bóg przebacza grzechy skruszonym, „tolerancja” pobłaża grzechom Prezydent wystąpił z orędziem w telewizji. Dla zilustrowania przemówienia pokazano parę gejowską na ślubnym kobiercu. Radio ZET dotarło do jednego z bohaterów tej migawki. Panem młodym/panią młodą (niepotrzebne skreślić) okazał się Amerykanin o nazwisku Brendan Fay, który „ślub” wziął w Kanadzie. Pan Brendan bardzo się zdenerwował, gdy dowiedział się o wykorzystaniu jego i męża/żony (niepotrzebne skreślić) wizerunku do „siania nietolerancji”. „Tom i ja jesteśmy katolikami. Poznaliśmy się w kościele podczas niedzielnej mszy” – rzucił druzgocącym argumentem. Och, och, katolicy, a w dodatku chodzą do kościoła. Zachwyt, radość, szczęście w trzech aktach. Pozwolę sobie jednak zauważyć, że byli już tacy, co chodzili do „kościoła”, a konkretnie świątyni, a jednak Pan Jezus zupełnie tego nie docenił. Mało tego – zrobił bicz ze sznurków i przegnał ich stamtąd na cztery wiatry. Co się stało? Ten sam Jezus, który mówił o miłości bliźniego, o nadstawianiu drugiego policzka, nagle krzyczy, bije i wywraca stoły. To tak wygląda to miłosierdzie Boże? Zaraz, zaraz. Przepędzenie przekupniów ze świątyni dowodzi miłosierdzia Boga równie dobrze, jak opowieść o zaginionej owcy czy o synu marnotrawnym. Przecież gdy ludzie robią w świątyni bydło, to chyba w ich interesie jest, żeby zobaczyli, czym to grozi. A najwyraźniej grozi czymś strasznym, skoro Jezus działał tak stanowczo. Bóg jest naszym Ojcem, a każdy rodzic użyłby siły, gdyby jego dziecko pchało się na rozpalony piec. Zrobiłby to chyba nawet Rzecznik Praw Obywatelskich. Nie wiem, jak Państwo, ale ja wolę, żeby mnie Pan Bóg tłukł, ile wlezie, jeśli to miałoby mnie ochronić od prawdziwego nieszczęścia. Bo lepiej poczuć na grzbiecie bicz ze sznurków, niż wpaść w łapy diabła za gorszenie ludzi pejczykiem z seks shopu. A czymś takim jest cała ideologia fałszywej tolerancji, którą chcą nam wpierać przodownicy postępu. Rzekomego postępu, bo w istocie nie ma nic nowoczesnego w zachwalaniu grzechu. Przerabiali to już przed potopem. Jednopłciowe związki, rozbijanie rodzin, seks w dowolnej konfiguracji, deprawacja dzieci, zabijanie niemowląt i starców to nic nowego. Żadna tam Europa. To zwykłe, ordynarne grzechy, w których nurzają się ludzie od czasów Adama i Ewy. Nowością są jednak próby „chrzczenia” tych grzechów i nadawanie im ram prawnych. Takich rzeczy, jak prawne zrównywanie zboczonych związków z małżeństwami, jeszcze nie było. Nikt do niedawna nie był też tak zuchwały, żeby usprawiedliwiać najobrzydliwsze rzeczy tym, że jest katolikiem. U wejścia do świątyni chcą się rozsiadać już nie tylko handlarze każdym badziewiem, ale i stręczyciele w togach sędziów, proroków i nauczycieli. Ci ludzie są tak samo cenni i kochani przez Boga, jak my. Ale właśnie dlatego należy im okazać miłosierdzie i ich stamtąd przegonić. Bo gdy pozwolimy ze świątyni zrobić burdel, a z burdelu świątynię, to grzechów nikt ani im, ani nam nie odpuści, a w końcu wszyscy zaczniemy się spowiadać z dobra.˘ Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Domieszki polityczne 18.08.09, 21:59 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1204105547&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Przyjmowanie Komunii z natury zwalcza komunizm Młoda twarz starej lewicy, Grzegorz Napieralski, wydała z siebie w radiowej Trójce takie napomnienie: „Niech Kościół leczy dusze, niech głosi Ewangelię, niech zajmuje się tym, aby Polacy przestrzegali Dziesięciu Przykazań, ale niech nie wtrąca się do polityki i do państwa – od tego są wybrani politycy”. Prorocze słowa. Gdyby się ziściły, po lewicy zostałaby tylko kupa wstydu i wyroki do odsiedzenia. Apel Napieralskiego przypomniał mi kazanie biskupa z czasów PRL. Było to przed kolejną kłamliwą i przymusową farsą, zwaną wówczas wyborami. – Myśleliście, że dzisiaj będę mówił o polityce – powiedział on. – Zawiodę was. Nie będę mówił o polityce, tylko o moralności. Otóż udział w wyborach jest niemoralny! To jest to. Nie da się oddzielić polityki od moralności, tak jak nie sposób oddzielić szczekania od psa, złota od rybki albo postkomunisty od koryta. Słowa posła Napieralskiego pełne są niezamierzonej mądrości. Rozważmy je po kawałku. „Niech Kościół leczy dusze”. Dlaczego dusze są chore? Bo ulegają grzechowi. Kto prowadzi publiczną propagandę grzechu? Jeśli chodzi o ludzi, to u nas głównie lewica. Czy ten wniosek to polityka? Nie, to moralność. „Niech głosi Ewangelię”. No właśnie. Niech Kościół głosi ją, jak kazał Pan Jezus, po całym świecie i wszelkiemu stworzeniu. W porę i nie w porę. Na dachach, a nawet w parlamencie. Niech i postkomunistom mówi: „Was też Jezus chce zbawić. Porzućcie swoje zgubne poglądy, przestańcie nazywać zło dobrem”. Czy to polityka? Nie, to Ewangelia. I wreszcie: „Niech Kościół zajmuje się tym, aby Polacy przestrzegali Dziesięciu Przykazań”. Otóż to. Gdyby Polacy przestrzegali Dziesięciu Przykazań, taki LiD dostałby nie więcej głosów niż rywale Gołoty po mordzie. Gdyby byli wierni pierwszemu przykazaniu, nie należeliby do partii popierających walkę z religią. Gdyby dochowywali trzeciego, w niedzielę byliby w kościele, a nie w sklepie. Gdyby przestrzegali piątego, nawet nie pomyśleliby o popieraniu aborcji i eutanazji. Gdyby byli wierni szóstemu, gadania o innych związkach niż małżeńskie nawet by nie słuchali. I tak dalej. A wszystkich tych złych rzeczy domaga się lewica. Sprzeciw wobec Dekalogu jest jej programem. Dlatego w program katolika musi być wpisany sprzeciw wobec takiej lewicy. Czy to wszystko polityka? Nie – to praktyka religijna. Bo nauka Jezusa dotyczy wszystkiego. Nie ma takiego miejsca i takiej sytuacji, w której moglibyśmy odpuścić sobie Ewangelię. Czy mowa o podatkach czy wydatkach, o ochronie zdrowia czy pogłowia, o stosunkach międzynarodowych czy seksualnych – wszędzie jesteśmy chrześcijanami. Wszystko podlega ocenie wiary. Wbrew temu, co wpierają napieralscy politycy, rozdział Kościoła od państwa nie polega na oddzieleniu duszy obywatela od jego ciała. Nie polega też na separacji „biskupów” od reszty wierzących. MY, KOŚCIÓŁ, będziemy się „mieszać do polityki”, bo jesteśmy obywatelami państwa nie mniej niż „wybrani politycy”. Którzy, zresztą, bezustannie mieszają się do wiary i moralności. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Komfort ubóstwa 18.08.09, 22:16 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1198747045&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Ludziom chodzi o zdrowy sen, a zabijają się o złote łóżka Maryja rąbek z głowy zdjęła, „bo ubogą była”. Przyjęło się, że Święta Rodzina to biedna rodzina. Że małego Jezusa nawet nie było w co owinąć, choć Ewangelista pisze wyraźnie, że Maryja owinęła Go w pieluszki. Jezusa trzeba było położyć w żłobie, bo „nie było miejsca w gospodzie”. Zatem pieniądze na gospodę były, tylko miejsc noclegowych nie było. Maryja i Józef nie byli najbogatsi, ale do biedaków też nie należeli. Jakoś sobie radzili w Betlejem, a Bóg im nawet wycieczkę do Egiptu zafundował. W Nazarecie też musiało być znośnie – Józef miał tam firmę stolarską. Fakt, że Jezus urodził się w żłobie, nie znaczy, że ideałem chrześcijanina jest być żłobem, nie mieć mieszkania albo przynajmniej mieć w domu chlew. Oznacza raczej, że Boga można spotkać w zupełnie dziwnych miejscach i momentach. Żłóbek podpowiada, że gdy człowiek znajdzie się w tarapatach, to nie znaczy, że Bóg się od niego odwrócił. Nawet przeciwnie – gdy człowiek nie umie sobie znaleźć miejsca, to może znaczyć, że nadchodzi rozwiązanie. Żłóbek to nie ołtarzyk postawiony nędzy. Jest na świecie wielu nędzarzy, którzy o niczym poza bogactwem nie myślą i dla pieniędzy gotowi są zabijać. Nie o takich Jezus powie, gdy dorośnie: „Błogosławieni ubodzy w duchu”. Ubogi to niekoniecznie biedny, a biedny niekoniecznie ubogi. Niektórzy wywodzą słowo „ubogi” od tego, że ten ktoś ma wszystko „u Boga”. Znam człowieka, któremu ukradli portfel z pieniędzmi. – W pierwszym momencie się wściekłem – opowiadał. – A potem nagle przyszło mi do głowy: „No zaraz, przecież to nie był mój portfel!”. I wyjaśnił, dlaczego: bo on oddał życie Jezusowi. Portfel gwizdnęli więc nie jemu, tylko Panu Jezusowi. To jest geniusz ubóstwa – ubogim w duchu jest nie ten, który niczego nie ma, tylko taki, któremu nie można niczego ukraść. Do tego jednak potrzebna jest decyzja oddania życia Bogu. Bez zastrzeżeń. Ze wszystkim, czym się jest i co się posiada. Ludzie, nawet pobożni, powszechnie boją się tego. Myślą, że gdy oddadzą życie Jezusowi, to zaraz dostaną raka ze stwardnieniem rozsianym, stracą zęby i wyłysieją, dzieci im wymrą, a sąsiadowi zacznie się powodzić lepiej niż im. Oddać życie Jezusowi nie znaczy jednak, że trzeba je stracić, bo ono już i tak z góry jest stracone. Ludzie i tak chorują i cierpią, a majątek też zawsze mogą stracić. Nikt nie ma gwarancji szczęścia, zdrowia, pomyślności, za to wszyscy mają gwarancję śmierci, a tym samym utraty wszystkiego, co mieli. Oddając życie Bogu nic nie tracimy, z wyjątkiem lęku przed przyszłością i troski o to, nad czym i tak nie panujemy. A zyskujemy wszystko, o co w istocie każdemu chodzi – trwałe szczęście. Benedykt XVI na inauguracji pontyfikatu zapewniał: „Jezus wam niczego nie zabierze”. No właśnie. Skoro Bóg zadowolił się stajnią, to znaczy, że nie domaga się dla siebie niczego. Wszystko, czego chce, jest w naszym interesie. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Katolicyzm pozaustrojowy 18.08.09, 22:25 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1197294192&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Kto mówi o grzechu, że nie widzi w nim nic złego, ma rację: nie widzi Gdy Gagarin wrócił z kosmosu, Chruszczow zapytał go, czy widział tam Boga. – Nie – powiedział zdziwiony kosmonauta. Przywódca ZSRR zaczął bić brawo. Boga nie widać – Boga niet. Ten typ myślenia zaprezentowało ostatnio kilku polityków, a szczególnie Ewa Kopacz. Minister zdrowia chce Polkom umożliwić za pieniądze podatników poddawanie się zapłodnieniu in vitro. Bo, jak powiedziała, jest katoliczką, ale w sztucznym zapłodnieniu „nie widzi niczego złego”. Była już kiedyś taka Ewa, która też nie widziała niczego złego. Ale to, jak się okazało, nie wyszło na dobre ani jej, ani nam. Bo jak człowiek czegoś nie widzi, to nie znaczy, że tego nie ma. Może patrzy nie tam, gdzie trzeba, albo jest po prostu ślepy. Minister Kopacz oznajmiła, że „nie będzie polemizować z biskupami w kwestii metody in vitro”. Innymi słowy niech się biskupi odczepią, bo nie mają nic do gadania. Jest w tym też sugestia, że sprzeciw wobec in vitro to prywatny pomysł biskupów i gdyby nie byli uparci, to by ustąpili. Niby nic nowego, takie lewackie gadanie. Tylko że pani minister deklaruje głęboką wiarę. Skoro tak, to nie musi polemizować z biskupami – sama powinna wiedzieć, że na in vitro zgadzać się jej nie wolno. Katolik nie może zgadzać się na to, żeby z jego pieniędzy finansowano cudze grzechy. A gdy jest ministrem, to nie wolno mu się na to zgadzać tym bardziej. Tymczasem przyjął się pogląd, że kto służy państwu, nie może robić tego, opierając się na moralności chrześcijańskiej. Za to w imię ustanowionej prawem kaduka politycznej poprawności może jak najbardziej. Gdy z pieniędzy podatnika posłowie chcieli – uważam, że niesłusznie – finansować budowę kościoła, podnosiły się awantury. Ale gdy ktoś chce za moje pieniądze – nieporównanie większe – organizować sobie dziecko metodą in vitro albo pozbywać się go metodą „in wiadro”, to ja mam siedzieć cicho. Katolik nie może siedzieć cicho. Odpowiedzialność za państwo nie zwalnia wierzącego od posłuszeństwa Bogu. Przeciwnie – skoro Bóg mówi, że coś jest złe, to i jego wyznawca winien to mówić – właśnie w duchu odpowiedzialności za państwo. Już słyszę: „Bóg o in vitro nie mówi”. Mówi, mówi. Ale faktycznie, w Biblii nie ma ani o in vitro, ani o klonowaniu, ani o pigułce postkoitalnej. Gdyby Jezus rybakom znad jeziora Genezaret mówił o genetyce, to by się chłopy potopili z rozpaczy, że nic nie kumają. Dlatego tuż przed męką oznajmił: „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie” (J 16, 12). I zapowiedział, że zrobi to Duch Święty. I Duch Święty mówi kolejnym pokoleniom to, czego przodkowie zrozumieć nie mogli. Mówi przez Kościół, który założył, a który wciąż tłumaczy niezmienną prawdę na zmieniające się języki. Również tę prawdę, że Panem ludzkiego życia jest Bóg, a człowiek może tylko o to życie się troszczyć. Troszczyć – a nie manipulować nim. Nie „robić dzieci”, tylko przyjmować je jako owoc miłości. A jeśli ich nie ma, to trzeba przyjąć ich brak, bo żaden człowiek nie ma prawa do dzieci. Prawo do nich ma tylko Pan Bóg. Co? Że to nie argument dla niewierzących? Ale ja do katolików piszę. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Święto sukcesu 22.08.09, 12:32 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1250447784&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Kto żyje niebem, ten ma święto już na ziemi Tadeusz Mazowiecki na Woodstocku wypowiedział się przeciw czynieniu świętem rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, bo „w Polsce mamy za dużo świąt martyrologicznych, za mało radosnych”. Internetowy komentator Marek Błaszkowski zauważył, że spośród świąt państwowych martyrologiczny mamy tylko 1 maja – bo odwołuje się do ofiar strzelaniny w Chicago. Poza tym świętujemy same sukcesy: zwycięstwo nad Sowietami, jedną z pierwszych na świecie konstytucji i odzyskanie niepodległości. Zero martyrologii! Ale tak się przyjęło jęczeć nad jęczeniem Polaków, że mało kto zauważa, iż Polacy nie jęczą. Utarło się, że radość to jest na Zachodzie. Tam kolorowe baloniki, tam radosne korowody, miłość, zabawa, taniec, panowie proszą panów. A u nas tylko szarość, nuda i pola kartofli po zasnuty mgłą horyzont. Polak siedzi i biadoli lub klęczy i płacze, a powstaje tylko w listopadzie i styczniu, żeby paść na reducie albo w okopach – jak woli. My już takie smutasy jesteśmy i jedynym sposobem na podniesienie poziomu radości jest obniżenie poziomu polskości. Podobne przekonanie odnosi się do chrześcijaństwa. Uważa się, że człowiek religijny to duchowy masochista, zakochany w bólu wielbiciel cierpienia. To stereotyp tak silny, jak pogląd, że Aleksander Kwaśniewski jest wyższy niż Lech Kaczyński. Nawet chrześcijanie uwierzyli, że ulubionym zajęciem Boga jest gnębienie swoich wyznawców i kto chce mieć lepiej, musi być mniej chrześcijański. „Nie mogę oddać życia Jezusowi, bo nie chcę cierpieć” – powiedziała mi pewna pani, która bardzo się w życiu nacierpiała, bo nie oddała życia Chrystusowi. Bóg, który wyzwala, stał się w pojęciu ludzi ciemięzcą, który zniewala. Jezus stał się synonimem śmierci, tak jakby nie wskrzeszał. Stał się rozdawcą chorób, tak jakby nie uzdrawiał, tropicielem grzechów, tak jakby nie chciał ich odpuścić. Córka znajomej wróciła z rekolekcji oazowych. Oddała tam życie Jezusowi. „Mamo, ty nie wiesz, jak mi serce skakało. Tak się chyba czują zakochani” – cieszyła się. To jest to. A ludzie marudzą, że Kościół nie zaspokaja ich pragnień, choć zamiast pić z bijącego w nim źródła, gapią się, jakby czekali na ekspertyzę z sanepidu. Tu trzeba skosztować, jak „słodki jest Pan”. Gdy załzawiony penitent usłyszy nad sobą „idź w pokoju”, dopiero wtedy wie coś o spowiedzi i o kapłaństwie. Gdy wdzięczny za ocalenie przyjmie Komunię, wtedy wie coś o Eucharystii. Bez doświadczenia Jezusa Kościół będzie się kojarzył z tacą i samochodami księży, ci zaś z molestowaniem i kobietami na boku. Bez Jezusa nie pojmie się, że Kościół świętuje wyłącznie zwycięstwa, a nie klęski. Wielki Piątek nie jest świętem i nikt by o nim nie pamiętał, gdyby nie Zmartwychwstanie. Z tego zwycięstwa pochodzi nadzieja naszego sukcesu. Ziemskie święta są jak zjedzone wczoraj lody – przypominają, ale już nie smakują. Kościelne zapowiadają i uobecniają sukces. Jedyny wart tej nazwy, bo trwały – zbawienie. Dlatego prawdziwą kobietą sukcesu jest Maryja w niebie, a nie Madonna na lotnisku Bemowo. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Przyjemność sromotnikowa 22.08.09, 13:12 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1190631789&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Lepiej grzechu żałować, niż pożałować Ostatnio wywołałem temat cudzołóstwa. Jakiś pan stwierdził na to, że w jego przypadku to nie może być grzech, bo sumienie niczego mu nie wyrzuca. I że nie może się z tego spowiadać, bo tego nie żałuje. No bo jak może żałować, skoro to jest przyjemne. Oto produkt współczesności. Wydaje się ludziom, że grzech jest tym, czego żałują. A to, czego nie żałują, jest powodem do chwały. Gdyby tak było, łysi musieliby spowiadać się z utraty włosów, zawiedzione żony z wyjścia za mąż, a kibice, że wybrali się na mecz reprezentacji Polski w piłce nożnej. Z kolei na ołtarze należałoby wynosić wszystkich cwaniaków, cyników i dziwkarzy, którzy wytrwali do samego końca bez żadnych znamion skruchy. Ludzie żałują różnych rzeczy, nawet tego, że nie zgrzeszyli. Bo – mówią – ominęła ich taka przyjemność. I tu akurat mają rację, bo grzech zawsze jest przyprószony po wierzchu czymś, co dla kuszonego jest przyjemne. Gdyby było inaczej, ludzie omijaliby pokusę jak Aleksander Kwaśniewski prawdę. Mówi się, że coś jest warte grzechu. A owszem. Grzech nadaje się do popełnienia, tak jak muchomor sromotnikowy do zjedzenia. Zazwyczaj tylko raz, ale jednak. A nadaje się, bo w odróżnieniu od innych muchomorów udaje innego grzyba i jest podobno całkiem smaczny. Jeszcze przyrządzony z cebulką, jajeczkiem – mmm, pycha. Nikt nie żałuje takiego dania, dopóki nie poczuje skutków jego konsumpcji. Wtedy owszem, żałuje, nawet bardzo, ale najczęściej jest za późno. Grzech jest przyjemny w smaku, jak muchomor sromotnikowy. Po zgrzeszeniu delikwent nie musi mieć wyrzutów sumienia, tak jak konsument muchomora nie ma wyrzutów żołądka. Dzięki temu trucizna rozchodzi się po całym organizmie zanim rozlegnie się jakikolwiek sygnał alarmowy. Można nie uznawać za grzech aborcji, cudzołóstwa, złodziejstwa, magii i czego tam jeszcze, tak jak nowotworu można nie uważać za chorobę. Można nawet chorego ogłosić zdrowym, a do lekarza wysłać wszystkich zdrowych. I nawet, opierając się na tej „sromotnikowej” przyjemności, często się takie rzeczy robi. Skoro przyjemne, to dobre. Dobrego będziesz żałował? Tu tkwi podstawowy fałsz. Bóg nie mówi: „Żałuj przyjemności”. Bóg mówi: „Uwierz, że to złe. Nie bierz tego, bo zginiesz. A jeśli wziąłeś, natychmiast biegnij do lekarza. Zanim poczujesz bóle”. Bo w grzech trzeba uwierzyć na słowo. Tak jak dziecko wierzy rodzicom, gdy mówią, że coś jest złe, a coś dobre. Gdyby dzieci bardziej słuchały swojej ciekawości i łapczywości niż rodziców, nikt nie dożyłby wieku dorosłego. To kłamstwo, że drogę do konfesjonału trzeba znaczyć łzami. Kłamstwo, że człowiek ma czekać z nawróceniem, aż ujrzy opłakane skutki swoich świństw. Nawrócenie wtedy ma wartość, gdy odrzucony grzech wydaje się jeszcze przyjemny. To dopiero po nawróceniu człowiek widzi, że nic nie jest warte grzechu. Bo grzech nie jest wart niczego. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Kamień obronny 22.08.09, 13:17 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1190028545&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Cudzołożnika nie wolno kamienować, ale to nie znaczy, że trzeba zaraz zrobić go wicepremierem Odnoszę wrażenie, że najbardziej znanymi tekstami biblijnymi są te o źdźble i belce w oku, o tym, żeby nie sądzić i że kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień. Te fragmenty zna już niemal dziecko w kolebce, a z upodobaniem stosują je – w różnych wersjach – nawet tacy, dla których Jan Chrzciciel to właściciel pobliskiej stacji benzynowej, zaś dekalog to dziesięć kolejek piwa. Niedawno znajomością jednego z tych tekstów popisał się Andrzej Lepper. Przy okazji wyznania w prasie, że zdradzał żonę, pochwalił swą odwagę cywilną i wezwał społeczeństwo do wyrozumiałości słowami: „Kto jest bez grzechu, niech rzuca we mnie kamieniem”. Jest to cytat równie wierny, jak były wicepremier jako małżonek. W oryginale bowiem nie ma „niech rzuca we mnie”. Tam jest: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Powiedział to Pan Jezus o kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie – nie sama przyłapana. Tymczasem tych słów powszechnie używają ludzie w odniesieniu do siebie, gdy znajdą się w sytuacji tamtej pani. Wtedy gwałtownie przypominają im się zasady chrześcijańskie. A właściwie nie im – oni je przypominają otoczeniu. Tym sposobem traktują słowa Jezusa nie jako wskazanie dla siebie, tylko jako tarczę przed skutkami świństw, które popełniają. Chyba nie o to chodzi w Ewangelii. Zdanie o belce w oku, historia z cudzołożnicą i wezwanie „nie sądźcie” są adresowane do tego, kto je słyszy, po to, żeby je zastosował do siebie, a nie wygłaszał je sąsiadowi. Bo takie rady pod adresem innych, to nic innego, jak próba usprawiedliwienia własnych grzechów. – Co się, ludzie, rzucacie? Jestem tylko człowiekiem, więc nic dziwnego, że jestem świnią. A wy jesteście jeszcze gorsi, bo mnie osądzacie. Ano właśnie – osądzanie. Jezus nie każe nam zaprzeczać oczywistym faktom, tak jak nikomu nie wmawiał, że tamta kobieta nie jest cudzołożnicą. Jeśli ktoś coś ukradnie, to jest złodziejem i nazwanie go tak nie jest żadnym sądzeniem ani rzucaniem kamieniami. To jest stwierdzenie faktu. Jan Paweł II nie zaprzeczał, że Ali Agca to ciężki przestępca. Chociaż mu przebaczył, nie twierdził, że Alemu nie należy się kara. Odwiedził go, ale – uwaga! – w więzieniu. Jeśli ktoś zdradza żonę, to jest cudzołożnikiem. W pierwotnym Kościele taki człowiek – jeśli chciał pozostać we wspólnocie – nie moralizował o kamieniach, nie usprawiedliwiał się słabością, tylko publicznie przyznawał, że cudzołożył. Nie ględził o swoim dobrym imieniu i ochronie danych osobowych, tylko odbywał publiczną pokutę jako cudzołożnik właśnie. Dopiero po odprawieniu pokuty, gdy było widać żal, i poprawę, taki delikwent dostawał rozgrzeszenie. Dzięki temu każdy wiedział, co się stało. Każdy rozumiał, że zło grzechu leży w utracie łaski Bożej, a nie szans wyborczych. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Jutro pójdziemy do łóżka 22.08.09, 13:24 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1189459501&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Zamiast troszczyć się o lepsze jutro, wygodniej wymyślić lepsze wczoraj W ubiegłą sobotę TVP1 nadała film „Jutro pójdziemy do kina” o polskich maturzystach w przeddzień II wojny światowej. Młodzież piękna, dynamiczna, patriotyczna. Pewnie taka była. W filmie dominuje jednak wątek zakochanych par, które wówczas takie nie były. Bo wszystkie pary, jakie tam się tworzą, od razu zdążają do łóżka. Jeśli któraś para tam nie trafia, to tylko dlatego że – z powodu wojny – brakło czasu. Pewnie, że przed wojną też trafiały się jednostki „bezpruderyjne”, ale to były właśnie jednostki, absolutny margines. Tymczasem zasady moralne, które wtedy obowiązywały, w filmie praktycznie nie istnieją. Choć wszystko jest tam przedwojenne – fryzury, kreacje, mundury, samochody – to sposób traktowania seksu jest dzisiejszy. Jeśli jakieś dziewczę ma w tym względzie opory, to raczej z przyczyn „feministycznych” niż moralnych i religijnych. Damsko- męskie dialogi o seksie, namiętne pocałunki na ulicy – takie rzeczy wtedy się nie zdarzały. Jasne, że reżyser może sobie nakręcić film o czymkolwiek. Ze świętej Agnieszki może zrobić Anetę K., a z Łyżwińskiego świętą Agnieszkę. Amerykanie na przykład zrobili film o rozpracowaniu Enigmy (niemieckiej maszyny szyfrującej), w którym Polacy nie grają praktycznie żadnej roli, choć w rzeczywistości grali podstawową. Wolno im. Ale tym, którzy ten film obejrzeli, daremnie teraz tłumaczyć, że było inaczej. To, co ludzie wiedzą o historii, nie jest obojętne. Nie bez powodu lobby homoseksualne w Wielkiej Brytanii próbuje poprawiać podręczniki do historii, informując, że Szekspir i inni wielcy ludzie byli gejami, tylko „nie mogli się ujawnić”. Po co to robią? Po to, żeby przekonać ludzi o poglądach tradycyjnych, że to, co wyznają, to żadna tradycja, tylko maskarada. Że moralność nigdy nie była praktyką, tylko teorią dla obłudników. Taki film – świadomie lub nie – doskonale temu służy. Zostanie po nim wniosek: skoro nawet w przedwojennej Polsce, takiej podobno katolickiej, dziewczyny były tak często „rozdziewiczane” (to słowo pada w filmie), to tym bardziej dzisiaj dziewictwo to wstyd. Tylko że to wniosek fałszywy, bo oparty na wymyśle reżysera. To dopiero od niedawna facetom jest wszystko jedno, czy ich „jedyna” nie była już jedyną dziesięciu poprzedników. Dopiero od niedawna noc poślubna znaczy to samo, co przedślubna, a narzeczony to mąż na niekończącą się próbę. Jeśli czegoś kiedyś nie było, a teraz jest, to wcale nie oznacza, że teraz jest lepiej. Bo prawo rozwoju w moralności wcale nie jest takie, jak w technice. Tu kolejne pokolenia nie muszą być lepsze od poprzedników. Nieraz bywa odwrotnie, a świadczą o tym upadki imperiów, które załamywały się pod ciężarem duchowej rozlazłości obywateli. Ludzie bez ideałów – zwłaszcza moralnych – rzadko wzbijają się na wyżyny patriotyzmu, jakiego dowiodła młodzież Września ’39. Bo za ideały trzeba nieraz oddać życie, a po co oddawać, skoro przyjemniej je rozdziewiczyć. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Koncepcja antykatolicka 22.08.09, 13:30 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1188209894&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Prawda nie zależy od tego, co się o niej sądzi Kiedyś byłem na protestanckim wykładzie, w którym ostrzegano przed praktykowaniem magii. Nagle do przodu przykicał starszy mężczyzna i oznajmił: „A ja jestem gorącym zwolennikiem okultyzmu katolickiego”. Odnoszę wrażenie, że istnieje też coś takiego, jak „antykoncepcja katolicka”. Wnoszę to z reakcji, jakie wzbudził mój felieton sprzed dwóch tygodni. Sporo Czytelników próbowało mnie przekonać, że antykoncepcja jest koniecznością. Niektórzy starali się wykazać błędy mojego rozumowania, a jakaś dziewczyna, nie trudząc się argumentacją, oznajmiła, że nie znosi mnie za mój fanatyzm. Muszę jedno wyjaśnić: to nie ma znaczenia, czy mnie ktoś przekona do antykoncepcji, czy nie. Nawet gdyby ktoś to jakimś sposobem osiągnął, to i tak antykoncepcja pozostanie grzechem. Przekonujcie Boga, nie mnie. To nie ja wymyśliłem świat tak, że wszystko powinno czemuś służyć. Ja wiem, katolikom, którzy stosują antykoncepcję, jest przykro, że to grzech. Ale zamiast z antykoncepcją zerwać, próbują zwiększać grono tych, którzy uważają, że to nie grzech. Tylko co to da? W „Małym Gościu” mieliśmy kiedyś zagadkę: „Zanim odkryto Mount Everest, który szczyt był najwyższy na świecie?”. Odpowiedź brzmi: Mount Everest. Tak samo jest z antykoncepcją. Niezależnie od tego, czy ktoś uważa ją za grzech, czy nie, ona i tak grzechem pozostaje. I to nie jest pomysł złośliwych dziadków w purpurze, którzy chcą ludziom obrzydzić życie seksualne. To jest pomysł Pana Boga, a Kościół to tylko powtarza i nie może przestać. Gdyby przestał, byłby jak latarnik, który gasi latarnię morską, żeby ludziom w ślepia nie świeciła. Kościół mówi, gdzie jest brzeg, ale jeśli ktoś koniecznie chce się o niego rozbić, to już jego decyzja. Ta „latarnia” nie jest dla wywoływania wyrzutów sumienia. Ona sama jest sumieniem. Ja w rzeczonym felietonie nie użyłem jedynych argumentów, jakie istnieją przeciw antykoncepcji. Pominąłem na przykład względy medyczne, co zauważył pewien lekarz, przesyłając mi wykaz przyczyn, dla których antykoncepcja rujnuje zdrowie kobiet i zagraża życiu poczętych dzieci. Teologicznie i logicznie też dałoby się napisać lepiej, niż zrobiłem to ja. Ale ja nigdzie nie twierdzę, że to, co piszę, jest jedyne i najlepsze. Jak ktoś chce mieć głębokie uzasadnienie, dlaczego antykoncepcja jest złem, niech sobie poczyta „Miłość i odpowiedzialność” Karola Wojtyły. A jak chce znać oficjalne dokumenty kościelne na ten temat, niech zajrzy do Katechizmu Kościoła Katolickiego, tam są odsyłacze. Oczywiście można dowodzić, że antykoncepcja jest dobra i „katolicka”, tylko po co? To niczego nie zmieni. Nie ma i nie będzie „antykoncepcji katolickiej”, bo nie ma i nie będzie katolickiego grzechu. I nic do rzeczy nie ma powszechność grzeszenia. Bo wtedy z faktu, że połowa Polaków łazi do wróżek, należałoby wnioskować, że istnieje okultyzm katolicki. Ale takie wnioskowanie będzie równie owocne jak sama antykoncepcja. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Złodzieje ludzi 22.08.09, 13:36 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1187273441&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Jeśli uważasz, że seks przed ślubem to nic złego, rób tak dalej: uważaj W„Życiu Warszawy” zamieszczono sondaż CBOS, w którym pytano o edukację seksualną. Przy okazji było pytanie o antykoncepcję i o poglądy na temat czasu inicjacji seksualnej. Gazeta skomentowała wyniki tak: „Badanie pokazało, że nie jesteśmy społeczeństwem purytańskim. Ponad połowa osób biorących udział w badaniu oceniła, że z podjęciem współżycia seksualnego nie trzeba czekać do czasu zawarcia małżeństwa, i że seks przed ślubem jest zupełnie normalny”. Aha. Czyli kto nie uważa, że seks przed ślubem jest normalny, ten jest purytaninem. Innymi słowy stukniętym ascetą, wymachującym krzyżem i krzyczącym chrapliwym głosem: „Bóg was skarze, lubieżni bezbożnicy!”. Dorabianie takiego wizerunku ludziom, którym jeszcze zależy na moralności chrześcijańskiej, przynosi efekty. Wskutek tego pary deklarujące dochowanie czystości do ślubu traktuje się jak ocalałe dinozaury. One same zresztą zachowują się nieraz tak, jakby podejmowały jakieś niezwykłe zobowiązanie. Kiedyś nawet usłyszałem ze szczytu Jasnej Góry „świadectwo”, w którym dziewczyna oznajmiła, że za parę miesięcy wyjdzie za mąż, ale wraz z narzeczonym postanowili, że do tego czasu nie będą współżyć. No nie, ludzie, co to za ofiara? Równie dobrze mogliby oczekiwać oklasków za to, że nikogo nie zgwałcili. To nie żadna asceza, tylko obowiązek. Nie mają się czym chwalić narzeczeni, że się powstrzymują od grzechu. To ci, którzy robią inaczej, powinni się wstydzić. A nie wstydzą się, bo normą zaczyna być stan grzechu, zaś trwanie w łasce uświęcającej staje się czynem tyleż heroicznym, co głupim. Nic zresztą dziwnego, że taki heroizm uważa się za głupotę, skoro w pojęciu większości oznacza on rezygnację z miłości. No bo skoro seks to miłość, to brak seksu jest grzechem. Sam Bóg jest przecież miłością, miłość jest najważniejszym przykazaniem i z miłości zostaniemy rozliczeni. To wszystko byłoby słuszne, gdyby nie to, że seks nie jest miłością. On może wyrażać miłość, ale nie musi – i często jest wyrazem jedynie miłości własnej. Jest wyrazem egoizmu zwłaszcza wtedy, gdy jest podejmowany bez dozgonnego zobowiązania do miłości wyrażonej w formule: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską”. To nie jest tak, że kto czeka z seksem do ślubu, ten powstrzymuje się od miłości. Jest dokładnie odwrotnie – prawdziwą miłość przed ślubem praktykują ci, którzy powstrzymują się od seksu. Dowodzą w ten sposób, że dla osoby kochanej gotowi są do wyrzeczeń. Do czekania. A czekają nie dla głupiej fanaberii, tylko dlatego, że są odpowiedzialni – nie tylko za siebie, ale i za tę drugą osobę. I za dzieci, które powinny mieć rodziców zaślubionych sakramentem, a nie związanych drutem konkubinatu. Prawdziwa miłość, oczywiście, kosztuje i to sporo. Ale ktoś, kto bierze, a nie płaci, ten nie kocha, tylko kradnie. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Religia wyboru 22.08.09, 13:46 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1185385155&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Kto troszczy się dla dziecka o drugie śniadanie, niech pamięta, że każdy zje kiedyś śniadanie ostatnie Będąc kiedyś w obcym mieście, zapytałem przygodnego przechodnia o drogę do centrum. Osobnik z lekkim uśmieszkiem wskazał mi kierunek. Po dłuższej wędrówce zamiast do centrum doszedłem do wniosku, że nie należało tego typa o nic pytać. Ostatnio kolejny raz usłyszałem, że dzieci nie należy posyłać do sakramentów, bo one same sobie powinny wybrać, w co chcą wierzyć. Coraz częściej takie rzeczy mówią katolicy, robiąc przy tym pełne tolerancji miny. Mieliby rację, gdyby wszystkie życiowe kierunki były dobre. I gdyby obojętne było, co człowieka kształtuje. Wtedy faktycznie nie miałoby znaczenia, kogo człowiek spyta o drogę do centrum, bo centrum i tak byłoby wszędzie. Ale tak nie jest. Cel jest zawsze w jednym, konkretnym miejscu. Nieznajomość kierunku wymaga wskazania drogi. O nią trzeba kogoś pytać. Jeszcze nie było takiego, który by nie miał życiowego przewodnika. Jakiegokolwiek. Kto nie idzie za Bogiem, robi boga z tego, za kim idzie. Nawet anarchiści, choć twierdzą, że nie uznają żadnej władzy, padają plackiem przed tymi, co wymyślili ich ideologię. Ludzie wyznający „religię wyboru” tego jednak nie zauważają. Wyobrażają sobie, że powiedzieć dzieciom „Pan Jezus jest drogą”, to zmuszanie do wiary. Nic podobnego. Do wiary zmusić się nie da, da się za to przeszkodzić w pójściu drogą wiary. I to właśnie robią rodzice, którzy mówią dzieciom „wybierzcie sobie”. Oni, najbardziej powołani do wyprowadzenia dzieci na właściwą drogę, zostawiają je na łaskę przypadkowych przewodników. Pociecha ma wtedy duże szanse trafić na takiego, co dobrze potrafi wskazać drogę jedynie na stryczek. Jeśli dorośli mówią dzieciom „wybierzcie, w co chcecie wierzyć”, komunikują im, że to, w co sami (podobno) wierzą, jest im obojętne. Ot, taki wybór, jak każdy inny – ja wybrałem Chrystusa, ale ty możesz wybrać Buddę, Krisznę, pepsi albo prince polo. Kochający rodzice sami wybierają dzieciom podstawówkę, troszczą się dla nich o odpowiednie gimnazjum, trzęsą się nad wyborem liceum. Ciekawe, że nagle jest im obojętne to, co dzieci wybiorą na wieczność. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że sami nigdy nie zakosztowali tego, co rzekomo wybrali. Bo gdy ludzie doznają czegoś dobrego, mówią innym „spróbujcie tego”. Na „Shreka” namawiało mnie może z pół tuzina znajomych. Dlaczego? „Bo jest fajny”. I to jakoś nie była indoktrynacja. Na „Shreka” wolno – na Jezusa nie. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest dużo więcej niż fajny. On zmienia życie i prowadzi ludzi właściwą – choć wąską – drogą. A to nie podoba się tym, którzy rozłożyli swoje kramy przy szerokich, lecz fałszywych drogach. Oczywiście ludzie i tak zdecydują, którędy chcą iść. Sam Bóg pozwala nam wybierać. W Księdze Powtórzonego Prawa mówi: „Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo”. Ale zaraz – co za niespodzianka! – wskazuje, co należy wybrać: „Wybierajcie więc życie, abyście żyli”. Ja nie chcę, żeby moje dzieci wybrały cokolwiek. Chcę, żeby wybrały właściwie. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Jam jest pan bóg swój 22.08.09, 13:49 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1184836093&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Prywatne dekalogi miałyby sens, gdyby istniały prywatne nieba Gazeta Wyborcza zachęca młodzież do tworzenia dekalogów „na własny użytek”. Na początek przedstawiła jeden z nich, wymyślony przez szesnastolatków z liceów w Piszu, Radomiu i Wyszkowie. Młodzi nie dali się prosić. Oto owoc ich trudu: 1. Nie zabijaj innych. 2. Nie zabijaj siebie. 3. Czcij ojca swego i matkę swoją – jeśli na to zasłużyli. 4. Rodzice, rozmawiajcie ze swoimi dziećmi. 5. Kłam, to pozwala łatwiej żyć. 6. Kradnij, gdy musisz; gdy masz okazję. 7. Kochaj się, ale szanuj swoje ciało! Trzeba wiedzieć gdzie, kiedy i z kim. 9. Nie zazdrość szpanerom – nie warto. 10. Szanuj siebie i innych. W stosunku do oryginalnych przykazań zgadza się tylko liczba. Proszę zwrócić uwagę na sformułowanie „dekalog na własny użytek”. Czyli że dekalog, który dał ludziom Pan Bóg, nie jest do własnego użytku. On jest do bajdurzenia na katechezie, do ględzenia z ambony. A do stosowania na co dzień – droga młodzieży – niech będzie kodeks waszego własnego pomysłu. Tak oto małolaty otrzymały szansę wystąpienia w roli Boga i wywiązały się solennie. Nic dziwnego, że w ich „dekalogu” brak jakiegokolwiek odniesienia do siły wyższej. To przecież oni są tą wyższą siłą. Dlatego wymyślają sobie takie zasady, jakich trzymać się mają ochotę. Musi być fajnie („kochaj się”), ale i roztropnie („trzeba wiedzieć gdzie, kiedy i z kim”). A nade wszystko musi być tolerancyjnie – stąd pewnie aż dwa zakazy zabijania (ci „inni” to z pewnością również pawiany czy inne żuczki gnojniki). No i to „szanuj, szanuj, szanuj”. Bardzo pięknie, tylko że taki dekalog fruwa w stanie nieważkości. Nie ma podstawy, żadnego gruntu. Z czego autorzy wnoszą, że nie wolno zabijać? Dlaczego mam kogoś tam szanować? I z jakiej racji mam nie zazdrościć szpanerom? No powiedzcie, czemu ktoś ma mieć jakąkolwiek moralność, choćby tak „lajtową” jak ta, którą proponujecie? Bo jeśli mnie ktoś zapyta, dlaczego uznaję przykazania Boże, to odpowiem: – Właśnie dlatego, że są Boże, a nie wasze. Prawdziwy Dekalog zaczyna się od podstawy: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. I już nie fruwamy. Już mocno stoimy na ziemi. Po odwołaniu do Boga bardzo łatwo odpowiedzieć na pytanie, dlaczego mamy nie cudzołożyć, nie kraść, nie kłamać: Bo Bóg tak sobie życzy. I koniec. I kropka. Bóg wie lepiej, co dla nas dobre. Skoro mówi, żeby nie cudzołożyć, to widocznie cudzołóstwo ludziom szkodzi. Bóg wie, że szkodzi nam nadużywanie Bożego imienia, a służy święcenie dnia świętego. Skoro mówi, że rodziców trzeba czcić, to znaczy, że trzeba ich czcić, a nie sprawdzać, czy zasłużyli. Skoro chce, żeby nie zabijać, nie kraść i nie kłamać, to trzeba mówić prawdę, nie kraść i nie zabijać. A przede wszystkim zakazuje tworzenia prywatnych dekalogów. Gdzie? No właśnie w pierwszym przykazaniu. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Otwarcie wyjściowe 22.08.09, 14:15 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1181621004&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Kościół zbłąkanych to Kościół zbłąkany Od pewnego czasu karierę robi koncepcja „Kościoła otwartego”. Rozumie się przez to otwartość na „myślących inaczej” przez rozpowszechnianie tego myślenia na katolickim podwórku. Zapewne taka idea przyświecała „Tygodnikowi Powszechnemu”, gdy niedawno udostępnił swoje łamy feministce Kindze Dunin. Bojowniczka o wyzwolenie damskich brzuchów od dzieci, małżeństw od płci i chorych od życia, zajęła się tam analizą „Muminków”. A konkretnie torebką Mamy Muminka, która „może być po prostu symbolem waginy, wypartych pragnień seksualnych”. Jak widać seksualna lustracja dobranocek nie zaczęła się od teletubisiów i nie na prawicy. Ale to mało istotne. Znacznie poważniejszą sprawą jest idea wpuszczania w obszar Kościoła ludzi, którzy programowo z nim walczą, tylko po to, żeby „wsłuchać się w ich racje”. Nie, nie, nie. „Racje” przeciwników to każdy ma okazję poznać po tysiąckroć z ich własnych mediów. Nie ma powodu udostępniać im jeszcze „ambony”, jest za to poważny powód, żeby tego nie robić. Ten mianowicie, że Kościół nie jest klubem dyskusyjnym. Jest ciałem Chrystusa. Chrystusa się słucha, a nie wygłasza się Mu własnych kazań. Popatrzcie, co dzieje się z „Kościołem otwartym” na Zachodzie. Takie „otwarcie” sprawia, że się z niego wyłącznie wychodzi. Prawie nikt nie wchodzi, bo i po co? Żeby posłuchać mądrzenia się misjonarzy ateizmu, feministek i innych frustratów? Kościół nie jest i nigdy nie był miejscem dla zbłąkanych. Kościół jest dla tych, którzy już znaleźli. Dla pozostałych jest ewangelizacja. Oczywiście, że o tamtych należy walczyć ile sił. Szukać z Jezusem zbłąkanych owiec, ale gdy się je znajdzie, to już są znalezione, a nie zbłąkane. Ludzie mają poznać Chrystusa i tak trafić do Kościoła. Ale jaki sens ma sprowadzanie ich tam, gdy Chrystusa znać nie chcą? W starożytności to było jasne. Do kościoła mieli wstęp tylko chrześcijanie, czyli ludzie Chrystusa – o ile nie mieli wyznaczonej pokuty. Oczekujący na chrzest katechumeni musieli stać w kruchcie. Jasne zasady, jasne wymagania: „Kto święty, niech przystąpi, kto nim nie jest, niech czyni pokutę”. Taki Kościół był wspólnotą wierzących, a nie zbieraniną członków partii zwalczających cywilizację chrześcijańską, zwolenników aborcji, eutanazji i związków homoseksualnych. Nikt tam nie palił kadzidełek Buddzie i nie wierzył w reinkarnację. Taki Kościół był czytelny i taki Kościół przyciągał. Nie chodzi o wyrzucanie ludzi z Kościoła. Chodzi o to, żeby ludzie mieli gdzie przyjść, gdy już zachwycą się Jezusem. Żeby Kościół był miejscem upragnionym i wytęsknionym, tak jak na to zasługuje. Żeby był domem, a nie jarmarkiem idei i centrum kultu dialogu. Wtedy stanie się jasne, że być w Kościele to przywilej i największa łaska. I że tę łaskę daje Bóg, a nie robi jej Bogu człowiek. Każdy człowiek takiego miejsca szuka i tylko tam odpocznie. Przestańcie robić w Kościele przeciągi, a zobaczycie, że się zapełni. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Pożeranie dziewic 22.08.09, 14:23 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1179733521&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Dobrze jest wyjść na głupka. Znacznie lepiej, niż nim być. Łeee! Prawiczek! – natrząsają się erotomani i inni moralni prowokatorzy, gdy spotkają kogoś niepodzielającego ich punktu widzenia. „Prawiczek” to jedno z tych pogardliwych określeń, które wymyślono po to, żeby ich adresatom było głupio, że są przyzwoici. Tego słowa użył też w niegdysiejszym programie Kuba Wojewódzki. Gdy zorientował się, że jego gość, dwudziestopięcioletni poseł Krzysztof Bosak, nie ma dziewczyny, zapowietrzył się. – A może ty jeszcze nigdy w życiu, Krzychu… – zawiesił głos, wykonując odpowiedni gest. No niezwykłe. Ma chłop ćwierć wieku i jeszcze się nie łajdaczył. Ha, ha, ha. Ośmieszenie to silniejsza broń niż argument. Właściwie cała „dyskusja” nad chrześcijańskimi wartościami sprowadza się do wyszydzania stanowiska Kościoła – i to nawet gdy ono dotyczy tylko katolików. Seks tylko w sakramentalnym małżeństwie? – Ha, ha, trzymajcie mnie. Małżeństwo nierozerwalne?– Hi, hi, chyba pęknę. Antykoncepcja grzechem? – Nie, ludzie, ratujcie mnie. Kiedy się coś wydrwi, to już nie trzeba się z tym mierzyć. Nie ma potrzeby wysilania mózgu, a przeciwnik załatwiony. Tanio, łatwo i przyjemnie. Znamienne, co Benedykt XVI powiedział w Brazylii: „Trzeba powiedzieć »nie« tym mediom, które ośmieszają świętość małżeństwa oraz dziewictwo przed zawarciem małżeństwa”. Słyszeliście? „Ośmieszają”. Co ciekawe, gdy Papież użył słowa „dziewictwo”, nikt się nie śmiał. Ba! Słuchający go młodzi ludzie długo klaskali. A jeszcze niedawno zdawało się, że już nikt tego nie kupi. Tyle dowcipów powiedziano o dziewictwie, że niejedna dziewczyna była gotowa się go pozbyć z samego wstydu przed ośmieszeniem. Bo ośmieszenie odwołuje się do ludzkiej próżności. A to bardzo skuteczne, bo mało kto na tym świecie nie boi się wyjść na głupka. Już dzieci wolą stracić zęby, niż zyskać opinię ofermy. I tu jest jedna z ważniejszych przyczyn słabości dzisiejszego chrześcijaństwa. Bo kto nie jest gotów wyjść na durnia, jest takim chrześcijaninem jak Jolanta Kwaśniewska siostrą miłosierdzia. Co znosił Jezus, jeśli nie kpiny i wyszydzanie? Pluli na Niego nawet dosłownie, policzkowali, stroili Go w szydercze fatałachy. Miał być śmieszny i – w rozumieniu oprawców – był śmieszny. Tylko nieliczni rozumieli, co się naprawdę dzieje, za to w prześmiewczym rechocie wzięły udział tłumy. Kto twierdzi, że naśladuje Jezusa, niech się pożegna z owacjami ogółu. Wierność moralnym zasadom spowoduje, że będziemy musieli sprzeciwić się większości. Nasze słowa i czyny muszą stanąć w poprzek modzie i „postępowi”. Musimy jasno powiedzieć, że dziewictwo jest święte, że czystość przedmałżeńska jest podstawą czystego małżeństwa, że wierność jest imieniem miłości, a „miłość” bez wierności jest zdradą. Wtedy nas wykpią, wyśmieją i sponiewierają. Nazwą ciemnogrodem i bigotami. I... będą nas szanować. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Pokręcona godność 22.08.09, 14:36 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1176210408&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Ludzkiego życia nie da się skrócić, ale pogorszyć i owszem W ubiegłą sobotę „Rzeczpospolita” doniosła, jak w Zurychu wygląda eutanazja. Tamtejsze stowarzyszenie „Dignitas” (godność) pomaga popełnić samobójstwo Szwajcarom i obcokrajowcom, młodym i starym, zdrowym i chorym. Truciznę dostają jak leci: nieszczęśliwie zakochane nastolatki, rodzeństwa, małżeństwa i chorzy psychicznie – indywidualnie lub grupowo. W kolejce czeka 6 tysięcy ludzi. Stowarzyszenie otwiera filię w Niemczech, bo tam też ludziom trzeba pomóc. Założyciel stowarzyszenia Ludwig Minelli, porównuje życie swoich klientów do zepsutego tostera. „Z życiem jest tak samo. Kiedy zaczyna się psuć, wyrzuć je” – mówi autorce tekstu Aleksandrze Rybińskiej. Ależ ludzie o mentalności pana Minelli musieli nienawidzić Jana Pawła II w ostatnich latach jego życia. Przecież to było życie popsute. Najbardziej popsute w dziejach papiestwa, bo nawet jeśli poprzednicy chorowali, nie było środków przekazu, które by to pokazały. Ileż szyderstw wylewało się pod adresem takiego papieża. Karykatury i kukły zniedołężniałego starca w białej sutannie nie schodziły z łamów i ekranów. Gawiedź rechotała, a elity na salonach czuły się „zakłopotane”. To było nienaturalne nawet dla post chrześcijańskiej Europy, która przynajmniej w teorii szanuje niepełnosprawnych.Skąd się to brało? Jakąś odpowiedź na to daje zdarzenie, które po śmierci Jana Pawła II opisał jego fotograf Arturo Mari. Któregoś dnia po audiencji generalnej, gdy Papież wysiadał z samochodu, zaczęła na niego krzyczeć jakaś dziewczyna. Zdradzała oznaki opętania. Kilku rosłych mężczyzn nie dawało jej rady, a ona wpadała w coraz większą furię. Tocząc ciemnozieloną ślinę, wrzeszczała potwornym głosem: „Jesteś chory, staruchu, jesteś pokręcony!”. Papież podszedł do niej i zrobił znak krzyża. Zaczął się modlić po łacinie, a głos dziewczyny słabł i słabł, aż przeszedł prawie w skargę: „Przecież wiesz, że wobec ciebie ja nic nie mogę. Jesteś zbyt mocny, zbyt mocny”. Wreszcie nieludzki krzyk – i dziewczyna zamilkła. Spojrzała na Papieża łagodnym wzrokiem, jakby obudzona po długim śnie. Zauważyli Państwo? To są te słowa: „Jesteś chory, staruchu, jesteś pokręcony”. To diabeł ludzi tak urządza, a potem czyni z tego zarzut i każe „coś z tym zrobić”. Podobnych lub nawet identycznych sformułowań używali prześmiewcy całego świata, wśród nich nasz rodzimy Jerzy Urban. Wydawałoby się, że tak inteligentni ludzie powinni dyskutować z poglądami, które im się nie podobają. A oni tu o wyglądzie, wieku i o stanie zdrowia. Co to za argumenty? Ale też nie o argumenty chodziło, bo to nie była dyskusja. To był krzyk – ten sam, który słyszał Jezus na Golgocie: „Zejdź z krzyża!”. Ostatnia z pokus, na jakie są narażeni ludzie u kresu cierpienia. Słyszą: „Masz wybór. Skróć sobie mękę”. Dziś pokusa stała się silniejsza, bo uzbrojona w „pomocną dłoń” z ampułką. Gdyby Jezus posłuchał tej pokusy, mógłby zejść z krzyża. On jeden mógłby. Ale wtedy my byśmy na tym krzyżu na zawsze zawiśli. I nie byłoby zmartwychwstania. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Dobro złem osiągaj 23.08.09, 17:51 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1168451611&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Gdy cel uświęca środki, cała świętość idzie w środki. Jakiś czas temu wystąpił w radiowej „Jedynce” Wojciech Giełżyński, dziennikarz i podróżnik. Prowadzący audycję zapytał go, dlaczego współpracował z bezpieką PRL. Gość odparł, że przed laty dano mu do wyboru: „Albo będziesz współpracował, albo zostaniesz księgowym”. A on chciał być dziennikarzem. – A czy dziś nie uważa pan, że jednak lepiej było zostać księgowym? – zapytał gospodarz programu. – Wtedy nie napisałbym sześćdziesięciu książek i nie zwiedziłbym osiemdziesięciu krajów – odpowiedział Giełżyński. I wyraził przekonanie, że te jego osiągnięcia pozwoliły mu „nadrobić większą część tamtych błędów”. Ludzkość jest wdzięczna, że w czasach, gdy musiała siedzieć uwięziona za żelazną kurtyną, jeden jej przedstawiciel hasał sobie po osiemdziesięciu krajach i nadrabiał swoje błędy. (Zauważyli Państwo, jak grzechy zmieniły się raptem w błędy?) Wielka to, zaiste, zasługa, napisać sześćdziesiąt książek. Gdyby autor wydawał je własnym sumptem, nie biorąc za nie pieniędzy, można by się jeszcze zastanowić. Ale cóż to za zasługa, że ktoś robi to, co lubi i jeszcze mu za to płacą? Miliony ludzi chętnie by się z nim zamieniły. Iluż jest chorych, którzy muszą leżeć w łóżkach albo siedzieć na wózkach. Oni wszyscy z pocałowaniem ręki przejęliby każde, nawet najbardziej wyczerpujące zajęcie ludzi zdrowych. Żałosna jest skłonność tych „poświęcaczy” do zakładania aureoli na wszystko, co robią. Do opowiadania, jak też to się trudzą „dla chwały Bożej”, do jakich to poświęceń są zdolni „ku chwale Ojczyzny” i „dla dobra publicznego”. Dla chwały Bożej to można jedynie przyjąć trudną wolę Bożą. Na przykład tak, że się zostanie księgowym, a nie dziennikarzem. Bo, sądząc z Biblii, Pan Bóg nie potrzebuje naszych osiągnięć, tylko wierności. Zwycięstwa są Jego sprawą, naszą – tylko walka. I paradoksalnie ci, którzy ze względu na uczciwość rezygnują z zaszczytów i kariery, otrzymują znacznie więcej, niż się wyrzekli. Niejaki Karol Wojtyła nie zabiegał o zaszczyty, nie sprzedawał honoru za paszport, a został papieżem. Taka to już Boża ekonomia. Pan Bóg ma przedziwną słabość do tych, co Mu ufają. Do Abrahamów, którzy są gotowi oddać Mu ukochanych Izaaków, choć wiązali z nimi największe nadzieje. Jeśli się z tym nie zgodzimy, musimy przyznać rację Machiavellemu, który wymyślił, że cel uświęca środki. Jeśli tak uważa ktoś niewierzący, można to jeszcze jakoś zrozumieć. Jeżeli jednak to samo twierdzi osoba religijna, gorszy tych najmniejszych. Mówi im, że Bóg nie panuje nad tym światem. Że nie policzył włosów na naszych głowach ani nawet głów. Że wszystko zależy od naszego sprytu i kombinatorstwa, i każdy sam musi zatroszczyć się o swoją przyszłość. Każdymi środkami. Po trupach. Ale wtedy, niestety, będą tam też trupy wiary i moralności. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Ambicja zastępcza 23.08.09, 17:58 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1167211628&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Ojca rodziny można zastąpić. Ale to będzie rodzina zastępcza Pan Jezus nie musiał być dzieckiem. Mógł spłynąć z obłoków na ognistym rydwanie już jako dorosły człowiek. Mógł pojawić się po prostu między ludźmi i nic nie mówić o swoim pochodzeniu. A skoro już Bóg zdecydował, że Jego Syn będzie dzieckiem zrodzonym z ludzkiej matki, to po co mu był Józef? Ze względu na ludzkie gadanie? Ale Maryja mogła na przykład przed porodem owdowieć. Najwyraźniej jednak Bóg chciał, żeby Jego Syna wychowywała nie tylko matka. Tym samym wskazał na rodzinę jako najwłaściwsze miejsce dorastania człowieka. Gdyby ktoś miał wątpliwości, co to jest rodzina, niech zajrzy do betlejemskiej stajenki. Nie ma tam kolebeczki, poduszeczki, pampersów ani becikowego. Nie ma niczego, co ludzie uważają za niezbędne. Ale jest kobieta i dziecko, i jest mężczyzna. Tego samego mężczyznę widzimy potem w Nazarecie. Józef pracuje w warsztacie, a Maryja zajmuje się domem. Koszmar dla feministek. Choć taki układ działa na nie jak płachta na Szczukę, nic nie wskazuje na to, żeby uwierał Maryi. W rodzinie Jezusa każdy robi swoje i wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli dziś wiele rzeczy stoi na głowie, to dlatego, że daliśmy sobie wmówić, że kobieta musi zostać babochłopem, a mężczyzna chłopobabą. A dziecko jest zabawką, która może być wyhodowana w probówce i wychowywana przez kogokolwiek – jedną kobietę, dwie kobiety, trzech mężczyzn, państwo. Byle nie przez zaślubionych sobie kobietę i mężczyznę. „Nie rozumiem pańskiej wrogości do kobiet ambitnych” – napisała mi studentka, poruszona moim tekstem o kurach domowych. I uściśliła, co rozumie przez działanie ambitne: „realizowanie się kobiet w życiu zawodowym”. Ja nie mam nic przeciwko takiemu realizowaniu się. Mam natomiast dużo przeciw wyśmiewaniu kobiet, które ze względu na dzieci tak się nie „realizują”. Przeciw tworzeniu stereotypu kury domowej właśnie – prymitywnej baby w papilotach i bamboszach, obwieszonej usmarkanymi dziećmi. A przede wszystkim przeciw robieniu wrażenia, że są jakieś zajęcia bardziej ambitne niż wychowywanie człowieka. Bo co jest tak ambitnego w bieganiu między kserografem a ekspresem do kawy? Co jest takiego wspaniałego w zasiadaniu na naradach, jeżdżeniu po rautach, prowadzeniu firmy? Już słyszę: „A dlaczegóż to kobiety nie zastąpi mężczyzna? Dlaczego żona nie pójdzie do pracy, a przy dziecku nie zostanie mąż?”. Ale to nie ja wymyśliłem. I to nie skutek „patriarchalnej” cywilizacji. To pomysł Pana Boga, a świadczą o tym choćby różnice w budowie ciała mężczyzny i kobiety. Faceci raczej piersią dziecka nie wykarmią, choćby Parlament Europejski wprowadził przymus laktacyjny dla mężczyzn. Mężczyźni z kolei są fizycznie silniejsi, ale nie po to, żeby im się łatwiej biło kobiety, tylko dlatego, że w ramach dbania o rodzinę mają inne zadania. Oczywiście można sobie wyobrazić, że Maryja zajmie się stolarką, a Józef karmieniem Jezusa mlekiem w proszku. Ale to nie byłoby ambitne. To byłoby głupie i szkodliwe – dla Maryi, dla Józefa, a zwłaszcza dla Jezusa. Czyli dla nas wszystkich. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Piekło dla wszystkich! 23.08.09, 18:07 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1165305293&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: O piekle kobiet mówią ci, którzy nie wierzą w piekło kobiet i mężczyzn Piekło dla wszystkich! W „Gazecie Wyborczej” zamieszczono tekst profesora Wojciecha Sadurskiego „Piekło kobiet – reaktywacja”. Jest tam taki fragment: „Nie każda forma życia ma jednakową wartość. Nasza intuicja moralna rozróżnia pomiędzy życiem osoby a życiem zygoty. Tę różnicę muszą uznać nawet radykalni przeciwnicy prawa do aborcji”. A zapewne, jest różnica. Gdy pan Sadurski był zygotą, nie miał tytułu naukowego, a nawet nie umiał pisać. Dzięki temu nie wypowiadał się o „naszej” intuicji moralnej. Jest jeszcze parę różnic między „zygotą” a dorosłymi ludźmi. Zygota nie pali, nie pije i nie klnie. To rzeczywiście niepokojąco nieludzkie zachowania. Moralna intuicja Wojciecha Sadurskiego każe mu wstydzić się, że w kwestii aborcji mamy „najbardziej rygorystyczny system w całym zachodnim świecie demokratycznym”. Uważa, że to, co teraz mamy, to nie kompromis, tylko ściana, bo podobno dalej w urządzaniu „piekła kobiet” już pójść nie można. Otóż to. Za mało dotąd mówiliśmy, że obecne prawo jest niewystarczające. Za mało też mówiliśmy, co to jest piekło kobiet. I w ogóle piekło. Usnęliśmy w poczuciu spełnionego obowiązku, bo u nas „chroni się dzieci”. Guzik! Nie chroni się, bo są wyjątki. A najmniejszy wyjątek w zasadzie, że człowieka nie wolno zabijać, powoduje wniosek, że to, co wolno zabijać, nie jest człowiekiem. A zatem nie jest człowiekiem „zygota”, która pojawiła się w wyniku gwałtu, albo „płód” chory lub taki, którego mama przedkłada własne zdrowie nad jego życie. Mieliśmy krzyczeć od początku, że aborcji nie wolno przeprowadzać nigdy, nigdzie i pod żadnym pozorem. Bo taka jest prawda i Kościół zawsze tak uczył. Nawet jednak, gdyby nie uczył, to wystarczy trochę zdrowego rozsądku i odrobina sumienia. Ale my postawiliśmy świeczkę świętemu Kompromisowi i pozwalaliśmy na dzieciach kobiet zgwałconych dokonywać jeszcze większego gwałtu. Przechodziliśmy w spokoju pod murami klinik, w których zabija się dzieci, bo ich matki „miały do tego prawo”. I z tego powodu teraz gada się, że nawet Kościół „zgadza się na przypadki, kiedy może być aborcja” (Monika Olejnik). Otóż nie. Kościół się nie zgadza, tylko za mało o tym mówiliśmy. Gdy arcybiskup Michalik wreszcie to jasno powiedział, podniósł się raban. A on powiedział tylko to, o czym należy mówić bezustannie: nie ma usprawiedliwionej aborcji. Kiedy kogoś napadną w klatce schodowej, nie powinien krzyczeć „ratunku”, bo tylko nieliczni odważą się wystawić nos. Trzeba krzyczeć „Pali się!”. Ludzie najżywiej reagują, gdy zagrożony jest ich własny interes. A w tym wypadku naprawdę się pali. Holocaust, jaki zgotowaliśmy bezbronnym, grozi wynikającą z natury katastrofą. Takie rzeczy się po prostu mszczą. Bo kto nie chce mówić o dzieciach, tylko o zygotach, wkrótce będzie musiał porozmawiać o Wizygotach. Albo innych barbarzyńcach, którzy przyjdą. Muszą przyjść, bo zdegenerowane społeczeństwa, które nie szanują nawet daru własnego potomstwa, nie mogą się utrzymać. Załamią się pod ciężarem tłustych brzuchów i wypasionych portfeli. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Sojowa religijność 23.08.09, 18:14 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1157551251&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Mięso zwierząt należy raczej jeść, niż nim – w ich obronie – rzucać Wiecie, dlaczego Jezus spuścił lanie przekupniom w świątyni? Bo więzili woły, baranki i gołębie. Tak interpretują ten fragment Ewangelii niektórzy zawzięci obrońcy zwierząt. I daremnie byś, człowieku, tłumaczył, że słowa Jezusa niezupełnie na to wskazują. Fakty nie mają większego znaczenia tam, gdzie w grę wchodzi „głębokie przekonanie”. To pewnie takim przekonaniem uskrzydleni, rzucili mi się niedawno do gardła wegetarianie. Pisali, że jestem za mordowaniem zwierząt, bo w którymś felietonie nie potępiłem schabowego z kartoflami (nie chodziło o kartofle). Jeden z czytelników zarzucił mnie argumentacją biblijną, że niby Pan Jezus zakazał zabijać i zjadać „braci naszych najmniejszych”, bo to „Mnieście uczynili”. Co tam, że w Ewangelii bracia najmniejsi to ludzie. Zawsze można nazwać człowieka świnią, a świnię obdarzyć prawami człowieka. Mimo wszystko Ewangelia nie daje większych szans osobom rozciągającym przykazanie „nie zabijaj” na wszystko, co się rusza. Sam Pan Jezus przecież jadł mięso zwierząt bez żadnych ceregieli. Musiał jeść choćby raz do roku baranka paschalnego. Wielokrotnie czytamy w Ewangelii, że jadł ryby. Kiedy poradził Piotrowi, żeby zarzucił sieć z drugiej strony łodzi, ten nabrał tyle ryb, że łódź mało nie zatonęła. Wegetarianin powie może, że Pan Jezus zaraz kazał te ryby wypuścić – tak jak to robią z karpiem działacze ekologiczni przed świętami. Albo że to były cudownie rozmnożone ryby sojowe. Trochę to jednak naciągane, przyznacie Państwo. Żeby była jasność: lubię zwierzęta, i to nie tylko zjadać. Wiem, że pastwienie się nad nimi i niepotrzebne zabijanie to grzech. Ale dowiedziałem się o tym już jako dziecko na religii, a nie z ulotek obrońców każdego życia z wyjątkiem ludzkiego. Nic też nie mam przeciw wegetarianom i innym miłośnikom zwierząt. Niech sobie jedzą sojowe kotlety, rolady i gulasze na zdrowie. Tylko niech nie wmawiają całemu światu, że jedzenie mięsa jest sprzeczne z chrześcijaństwem. Posługiwanie się nauką Jezusa do propagowania dalekowschodnich filozofii jest po prostu nieuczciwe. To jest rozmywanie Ewangelii i roztapianie jej w sosie buddyzmu, hinduizmu i czegoś tam jeszcze. Jak tego nie obracać, wegetarianizm ma związek z religiami Wschodu, a szczególnie z wiarą w reinkarnację. To z niej bierze się przekonanie, że wszystko, co żyje, jest tyle samo warte i nigdy nie wiadomo, czy zabijając komara, nie zatłukłem pradziadka. W efekcie komar pije krew wegetarianina, a on krwi komara nie wypije. Są przecież krewnymi. Wiara w wędrówkę dusz jest bardzo popularna wśród dzisiejszych chrześcijan europejskich. To szczególna odmiana chrześcijan. Niby ochrzczeni, ale odurzeni dymem kadzidełek, które palą cudzym bóstwom. Zamiast zbawienia, oczekują nirwany, zamiast modlitw, mają medytacje w pozycji lotosu, a Jezus to dla nich idea rozmemłanego braterstwa wszystkiego ze wszystkim. Gdyby tacy byli nasi starożytni ojcowie w wierze, uniknęliby prześladowań ze strony pogan. No bo jak to, poganie mieliby swoich prześladować? Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Wyjście pozorne 23.08.09, 18:17 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1157369978&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: W Kościele można się rozwodzić. Nad nierozerwalnością małżeństwa Gdyby człowiek chciał prostować wszystko, co wypisują brukowce, nie mógłby robić nic innego. A i tak nie starczyłoby mu 24 godzin na dobę i musiałby wstawać godzinę wcześniej. Ale czasami są tam takie kawałki, że grzech nie zareagować. W ubiegłym tygodniu „Super Express” wydrukował tekst zatytułowany: „Rozwód kościelny? Dlaczego nie!”. Była tam wypowiedź biskupa polowego Tadeusza Płoskiego. „My nikomu nie robimy łaski. Katolik ma prawo unieważnić swoje małżeństwo kościelne. Tym, których związek się rozpadł, trzeba dać szansę! Jeśli kościelny sąd stwierdzi taki rozpad, to mogą ułożyć sobie życie od nowa” – miał powiedzieć biskup. Miał powiedzieć, ale nie powiedział. W takich sytuacjach brukowce wdrażają plan awaryjny i piszą to, co redakcja chciałaby, żeby powiedział. Muszą tak robić, bo u nich jest zasada, żeby teksty były mocne. Wypowiedź duchownego, że Kościół rozwodów nie uznaje, mocna nie jest. No to trzeba tak wykręcić, żeby wyszło, że uznaje. To bardzo szlachetne, bo przecież wielu ludzi właśnie to chciałoby przeczytać. A cóż może być piękniejszego, niż zaradzanie ludzkim potrzebom. Przekonanie o zjawisku „kościelnych rozwodów” jest powszechne, ale – podobnie jak istnienie yeti – słabo udokumentowane. Kościół nie daje rozwodów i dawał nie będzie, i należy sobie to raz na zawsze wbić do głowy. Nie może być inaczej, a to z prostej przyczyny: Pan Jezus powiedział, że małżeństwo jest nierozerwalne. Powiedział to tak jasno, że tylko „Super Express” zdołałby temu zaradzić. Sądy kościelne, oczywiście, orzekają nieważność małżeństw, ale znaczy to tylko jedno: tych dwoje nigdy małżeństwem nie było. Oni tylko wyglądali jak małżeństwo. Zawarli ślub, ale z pewnych względów on nie był ważny. Na przykład, gdy studentka poślubiła swojego wykładowcę, bo miała takie polecenie z SB, to chyba nie będziemy się upierali, że to było ważne, prawda? Kościół niczego tu nie rozwiązuje, bo nie da się rozwiązać tego, co nigdy związane nie było. Nie da się unieważnić tego, co nie było ważne. Takich przypadków jest stosunkowo niewiele i niczego nie zmieniają w istocie sakramentu – oznaczają przecież, że sakramentu nie było. Ogromnej większości małżeństw to nie dotyczy, bo ich związek jest ważny. U nich nie ma żadnej furtki, choć wielu wydaje się, że jest. To złudzenie bywa zgubne, bo kto myśli o furtce, prędzej czy później zechce z niej skorzystać. Na szczęście są jeszcze świadomi tego małżonkowie. Dlatego nie mówią o rozwodzie nawet w żartach. Nie chcą, żeby się kiedyś okazało, że to ślub był żartem. Jeśli dorośli ludzie, zdrowi na umyśle, składają wobec Boga przysięgę „aż do śmierci”, to trudno się dziwić Panu Bogu, że traktuje to poważnie. Może dlatego, że nie ogląda seriali i nie czyta kolorowych magazynów. Wiedziałby wtedy, że dzisiaj „do śmierci” znaczy „do końca miesiąca miodowego”. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Atrapy wiary 23.08.09, 18:23 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1155804836&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Ludzie potrzebują zbawienia, a nie zwabienia W kościele parafialnym mamy nowe organy. Nowe u nas, ale używane, bo z niemieckiego kościoła. A właściwie już nie kościoła, bo zamknięty. Nie ma wiernych. Wiele polskich kościołów w ten sposób zaopatruje się w organy. Na Zachodzie ubywa chrześcijan, bo – na przykład – chcą zaoszczędzić na podatku kościelnym. Dramatycznie spada też liczba studentów teologii, zwłaszcza protestanckiej – a co za tym idzie, maleje liczba pastorów. Prognozy na najbliższe dwa lata dla Niemiec to utrata kolejnych dwóch milionów wiernych. Tamtejszy Kościół katolicki ma podobne problemy, choć na mniejszą skalę. Ostatnio gazety podały informację, że władze niemieckiego Kościoła ewangelickiego chcą ratować sytuację. Zamierzają w tym celu przeprowadzić reformę „największą od czasów reformacji”. Miałoby to polegać na „uatrakcyjnieniu form uczestniczenia w życiu religijnym”. Mówi się o stworzeniu jakichś kościołów dla młodzieży, jakichś „ofert dla turystów”, zmniejszeniu liczby probostw, redukcji administracji. Są jeszcze lepsze sposoby zapełnienia kościoła. Można w nim zrobić halę targową. Albo kawiarnię. Przyświecałby jej cytat z Listu do Koryntian: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie”. W ofercie byłoby też owo „cokolwiek innego”. Albo dyskotekę można zrobić zamiast nabożeństwa. Będziemy chwalić Boga tańcem. Jak to było? „Kto tańczy, dwa razy się modli” czy jakoś tak. Aha! I koniecznie trzeba prowadzić na bieżąco liczenie wiernych. Ludzie wierzący nie muszą uatrakcyjniać Pana Boga. Wystarczy, żeby Go nie przesłaniali swoimi dostojnymi osobami, tylko umożliwili z Nim spotkanie. Problem w tym, że wielu chrześcijan nie bardzo wierzy, że Bóg na to spotkanie przyjdzie. Dlatego zamiast z Bogiem, organizują spotkania z „ciekawymi ludźmi”. Z braku przekonania, że żywa wiara jest najatrakcyjniejsza na świecie, modlitwę zastępują dyskotekami, Ewangelię pogadankami o kulturze, liturgię wieczorkami słowno-muzycznymi. Znamienne, że do Taizé od lat ciągną tłumy młodych, choć tam bracia nikomu się nie podlizują, o nikogo nie zabiegają. Znamienne, że na brak powołań nie narzekają zakony kontemplacyjne. Młodzież się do nich garnie, choć nikt tam jutrzni nie zastępuje porankiem z kawusią do łóżka. Post znaczy tam umartwienie, nie pocztę elektroniczną, adoracja trwanie przed Jezusem w kaplicy, a nie w fotelu przed telewizorem. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ludzie po prostu potrzebują Boga, a nie zastępujących Go atrap. Bo w jadłodajni trzeba dać ludziom jeść, a nie organizować pokazy dań i spotkania dyskusyjne na temat istotnej roli jedzenia. Problem niemieckich protestantów jest w istocie problemem powszechnym. Każdy potrzebuje reformy. Ale w środku. Do tego nie trzeba się specjalnie gimnastykować, tylko zwyczajnie paść na kolana. Bez ochraniaczy. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Lepiej wiedzieć 23.08.09, 18:35 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1153422764&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Lepiej wiedzieć, co się święci, niż święcić, co się nie wie To dobrze, że wyszła sprawa księży agentów. Dobrze, że przyłapano księży pedofilów. Dobrze, że wpadli duchowni aferzyści finansowi i że prowadzący po pijanemu biskup stanął przed sądem. Nie, nie. To, że oni to robili, to źle. Ale dobrze, że o tym wiemy. Dlaczego? Bo najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa. Kłamstwem zaś byłoby udawanie, że jakakolwiek grupa ludzi jest wolna od grzechu. Łajdakami bywają zarówno piekarze, jak i aptekarze, kanaliami bywają hydraulicy, zarówno polscy, jak i francuscy. Dranie są wśród sprzedawców, sprzedawczyki wśród nauczycieli. No i wśród księży są ludzie o różnym poziomie moralnym. Kościół zawsze mówił, że wszyscy są grzeszni, również duchowni. W średniowieczu nikt specjalnie nie protestował, gdy malarze umieszczali w piekle nawet najwyższych hierarchów. Kiedy jednak Jan Paweł II przepraszał za winy ludzi Kościoła, burzyli się różni „obrońcy wiary”. Nie pomyśleli, że wierze szkodę czyni nie ten, kto wyznaje winę, tylko ten, co winy nie przyjmuje do wiadomości. Nie tak traktuje to Biblia. Bez ogródek pokazuje, jakimi gagatkami bywali nawet ludzie szczerze oddani Bogu. Widzimy tam Dawida, który podprowadza poddanemu żonę, a jego samego zdradziecko wydaje pod miecze wrogów. Ale widzimy też, jak płacze i pokutuje, gdy sprawa wyszła na jaw. Czy zapłakałby, gdyby prorok nie ujawnił jego „teczki”? Dzięki Biblii wiemy, jacy są naprawdę ludzie. Nawet najwięksi. Mojżesz się chwiał, Jakub oszukiwał, prorocy wątpili, sędziowie zdradzali. Nawet Salomon, taki mądry, zgłupiał od nadmiaru żon. Biblia jest historią zbawienia właśnie dlatego, że jest też historią ludzkiego grzechu. Inaczej od czego mielibyśmy być zbawieni? Gdybyśmy nic nie wiedzieli o słabości Apostołów, Ewangelia byłaby dla nas opowieścią o niedoścignionych wzorach. A skoro niedoścignionych, to i ścigać się nie ma sensu. Jaką stratę ponieślibyśmy, gdyby spisujący Ewangelię zmilczeli o tchórzostwie uczniów i Piotrowej zdradzie. Może dzięki temu, że wiemy o grzechu pierwszego papieża, chrześcijanie nie załamali się pod grzechami wielu jego następców? Duchowni zawsze byli różni – jak to ludzie. Religijność i potęga ducha szła w parze z małostkowością i głupotą. Wystarczy zajrzeć choćby do kroniki Jana Długosza. Można tam poczytać o kłótniach biskupów, ich bufonadzie, rywalizacji o zaszczyty. Tenże kronikarz opisuje przypadek biskupa Zawiszy z Kurozwęk, który zmarł w wyniku upadku ze stogu siana, na którym próbował dopaść dziewkę. Gorszy to kogoś? No to jak zniesie zdradę arcybiskupa Milingo, który właśnie wrócił do swojej poślubionej w sekcie Moona „żony”? No trudno. Taka jest rzeczywistość i skoro Jezus musi to znosić, to dlaczego nie możemy Mu towarzyszyć? Jeśli Kościół trwa, to nie dlatego, że komuś udało się ukryć prawdę o jego członkach, tylko dlatego, że Chrystus jest jego głową. Piotr Najsztub przeprowadził dla „Przekroju” wywiad ze Zbigniewem Nosowskim. Naczelny „Więzi” opowiada tam o księdzu agencie Czajkowskim: „Ksiądz Michał powiedział nam, że wobec Boga on już tę sprawę załatwił, i był zaskoczony, że teraz jeszcze trzeba to załatwić wobec ludzi”. Ano, jednak trzeba. Skoro się wobec społeczeństwa zawiniło, to sprawiedliwie jest zwrócić mu przywłaszczony sobie jego szacunek. I lepiej po tej stronie życia, bo z tamtej strony zaległości moralne doskwierają chyba znacznie bardziej. Lepiej tu nie robić z siebie pomnika, bo tam spiż kruszą razem z ukrytym w nim faryzeizmem. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Zakazy łamliwe 23.08.09, 18:39 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1152819986&dzi=1104798052&katg= Myśl wyrachowana: Katolik niejedno musi, ale jednego nie musi: być katolikiem Ostatnio wiele krytyki spadło na mnie z powodu tekstów o antykoncepcji (byłem przeciw) i naturalnych metodach planowania rodziny (byłem za). Szczególnie rozbawiły mnie szyderstwa internautów na Wirtualnej Polsce. Ależ się tam towarzystwo wściekało, że niby jestem idiotą, bo naturalne metody to zaścianek, metoda o zerowej skuteczności dla dewotów. Tylko nikt nie napisał, skąd ta wiedza. Bo jakoś niespecjalnie wierzę, żeby osoby podpisujące się „niewierząca”, „heretyk” czy „klecha” kiedykolwiek próbowały stosować metody naturalne. Skoro zaś nie stosowały, to skąd wiedzą, że nieskuteczne? To zrozumiałe, że wskazania Kościoła są wyśmiewane, gdy każą z czegoś zrezygnować, zadać sobie trudu, coś przetrwać lub czegoś się wyrzec. A jeśli jeszcze chrześcijańska moralność stoi na drodze do biznesu (w tym wypadku „gumowego”) – o, to już kompletny ciemnogród. Wtedy trzeba czym prędzej pokazać, jak to banda wypasionych hipokrytów w sutannach zmusza do czegoś lud wierny, pobożny, a naiwny. Trzeba unaocznić, jak to Kościół cię krępuje, ogranicza wolność i coś ci tam uniemożliwia. Wielu to kupuje bez mrugnięcia okiem. Pełno jest takich, co żałują, że Kościół nie zgadza się na seks pozamałżeński, tak jakby księża do nich strzelali, gdy skaczą na boki. Płaczą nad stanowiskiem Kościoła w sprawie antykoncepcji, jakby im przez to w aptece nie chcieli sprzedać prezerwatyw i globulek. Strasznie uwiera ich nierozerwalność sakramentalnego małżeństwa, choć takowego w ogóle nie zawierają. To podstawowy fałsz, bo Kościół do niczego nie zmusza, choć, owszem, mówi, co należy robić, a czego się wystrzegać. Każdy jednak sam zdecyduje, czy chce zdać się na wielowiekową mądrość Kościoła, czy posłuchać cynicznego gadania żałosnych władców jednego sezonu. Towarzysz broni zapytał Szwejka, czy wolno strzelać do wagonów czerwonego krzyża. „Nie wolno, ale można” – odpowiedział dzielny wojak. I tak jest z kościelnymi zakazami. Kościół mówi katolikowi (katolikowi!), czego mu robić nie wolno, ale jak ten chce, to przecież może to zrobić. Każdy może oglądać świńskie obrazki, odwiedzać domy publiczne, czytać „Nie”, „Fakty i Mity”, a nawet gorsze rzeczy. Kościół nie podstawi nogi temu, kto idzie do wróżki czy innego szarlatana, nie spuści bomby na takiego, co zapisuje się do SLD, Zielonych czy innych bolszewików. Każdy może żyć w dowolnym związku, niekoniecznie z człowiekiem, każda kobieta może przerwać ciążę, a każdy facet się wysterylizować. Każdy może sobie załatwić dziecko z probówki, a jak mu się życie znudzi, strzelić sobie w łeb. Jeśli ktoś chce codziennie do obiadu strzelić sobie pół szklanki wody z Wisły (w jej dolnym biegu), to Kościół siłą mu ręki nie powstrzyma. Jeśli ktoś koniecznie chce się truć, to co jeszcze można zrobić? Każdy może nazwać brudną wodę miodem, ale ten „miód” po wypiciu zaszkodzi dokładnie jak brudna woda. Kościół naprawdę nie zabrania nikomu grzeszyć. Mówi tylko, że z tego będą same nieszczęścia. I są. Zawsze. Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Cudowna sprawa 19.01.10, 21:31 Myśl wyrachowana: Jeśli katolik nie wierzy w cuda, to cud, że jest katolikiem. goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1262870578&dzi=1104798052&katg= Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Wygrany zmarnowany 07.02.10, 00:50 goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1264967063&dzi=1104798052&katg= Odpowiedz Link Zgłoś
kaczy.i.indyczy Niewiedza rozumu 20.02.10, 18:15 "Myśl wyrachowana: Dzięki nauce coraz lepiej wiemy, że rozum to za mało." www.goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1265833849&dzi=1104798052&katg= Odpowiedz Link Zgłoś