Dodaj do ulubionych

Tabliczka sumienia

18.07.09, 17:37
Felietony Franciszka Kucharczaka pt. "Tabliczka sumienia" są (wg ankiet)
najchętniej czytanymi tekstami w "Gościu Niedzielnym" .
Podrzucę więc kilka , w części lub w całości , wraz z linkami .

Obserwuj wątek
    • kaczy.i.indyczy Księża i cześć 18.07.09, 17:39
      goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1246219422&dzi=1104798052&katg=

      Księża i cześć

      Myśl wyrachowana: Szacunek dla kapłanów jest w naszym interesie, bo kapłaństwo
      jest w naszym interesie
      Anna Katarzyna Emmerich w czasie wizji męki Chrystusa bardzo cierpiała. Zdarzyło
      się, że obecny przy tym ksiądz uczynił nad nią znak krzyża. W tym momencie
      błogosławiona z wyrazem wielkiej ulgi wyszeptała: „Kto to zrobił?”. Taki z
      pozoru drobiazg, a jaki skutek. Przeciętny śmiertelnik nie wie, ile razy uniknął
      nieszczęścia, bo go ksiądz pobłogosławił. Nie wiemy, ile zła nas ominęło dzięki
      święconej wodzie, którą się żegnamy. Z tamtej strony zobaczymy, jaką osłonę
      przed złością szatana dały nam pobłogosławione przez księży szkaplerze,
      krzyżyki, medaliki, gromnice. Ujrzymy, jakie to szczęście, że u nas nie ma
      miejscowości bez poświęconych kaplic, krzyży i figur. A księża nie takimi
      rzeczami dysponują. Bóg wyposażył ich w arsenał środków, z których
      błogosławieństwo i sakramentalia to zaledwie początek. Nawet pojęcia nie mamy,
      ile zyskujemy na tym, że w Boże Ciało tyle błogosławieństw wylewa się na kraj.
      Sakramenty – to jest dopiero ciężka artyleria!

      Wściekają się akwizytorzy deprawacji, że „kartoflania” (jak nazywa Polskę
      feministka Kinga Dunin) tak odstaje od „międzynarodowych standardów”. Nie
      rozumieją, dlaczego ich sprawdzone metody małych kroczków tak często okazują się
      u nas dreptaniem w kółko. Nie pojmują, dlaczego tu z marszów robią im się
      tragikomiczne marszyki sfrustrowanych seksiarzy, dlaczego prowokacje biorą w
      łeb, a kłamstwa przyjmują się jak nowe pomysły MEN. Oni tłumaczą to
      „ciemnogrodem” i „obskuranctwem”, ale nie potrafią powiedzieć, co sprawia, że im
      tak z nami nie idzie.

      A przyczyna jest prosta – diabeł potyka się tam, gdzie każdego dnia w tysiącach
      kościołów ofiaruje się za nas Chrystus. Gdyby nie to, pewnie już dawno
      podzielilibyśmy los Sodomy i Gomory. To prawda, że nasza masowa pobożność bywa
      płytka, ale nawet taka sprawia, że drogi do kościołów nie zarastają, a ludzie
      poruszają się w strefie świętości. Dopóki grzesznicy się spowiadają, dopóki
      klękają przed Jezusem Eucharystycznym, dopóty dają Bogu do siebie dostęp. Ale
      nie byłoby tego bez kapłanów. Pewnie, że chciałoby się, żeby oni wszyscy byli
      święci. Ale nawet ci kiepscy noszą w sobie nieprawdopodobną godność. Kto inny ma
      na świecie taką władzę, że na jego słowo sam Bóg schodzi na ołtarz? Kto ma prawo
      człowiekowi powiedzieć: „Odpuszczają ci się grzechy”? W pierwszym dniu Roku
      Kapłańskiego czekałem w kolejce do spowiedzi. Nagle do konfesjonału podeszła
      kobieta, która się tam wcześniej spowiadała. Dyskretnie odchyliła zasłonę i
      położyła przed młodym spowiednikiem koszyczek maleńkich kwiatków.

      Jakoś mi ta scena siedzi w głowie. I nasuwa cytat ze świętego Pawła:
      „Prezbiterzy, którzy dobrze przewodniczą, niech będą uważani za godnych
      podwójnej czci”. Może więc tym, którzy przewodniczą źle, należy się cześć
      pojedyncza? Przecież nawet naczynia liturgiczne, niezależnie od ich jakości i
      kształtu, traktujemy inaczej niż wszystkie inne, bo je dotknął Jezus. Akurat to
      księży nie zepsuje. Przeciwnie – doświadczając szacunku wiernych, łatwiej
      uszanują własne kapłaństwo.
      • kaczy.i.indyczy Ewolucja wiary 18.07.09, 17:42
        goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1246873119&dzi=1104798052&katg=

        Ewolucja wiary

        Myśl wyrachowana: Nie ma ludzi niewierzących, tylko niektórzy wierzą, że są


        W niedawnym felietonie „Prawa nieludzkie” napisałem, że zwierzęta nie mają
        żadnych praw, gdyż prawa mają tylko ludzie. To stwierdzenie spowodowało większe
        wzburzenie, niż gdybym namawiał do mordowania wdów i sierot, a nawet niż gdybym
        powiedział, że PiS to partia lepsza od PO. Zarzucano mi, że nienawidzę zwierząt
        i że jestem wrogiem przyrody. Były też głosy (katolików!), że uznawanie
        człowieka za kogoś wyjątkowego wśród ziemskich stworzeń jest wyrazem pychy.
        Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy mój tekst wziął na warsztat naczelny „Faktów
        i Mitów”. Pominął moje słowa, że ludzie, mając prawa, mają też obowiązki, do
        których należy traktowanie zwierząt po ludzku. I dalejże przerabiać fakty na
        mity. Po ukazaniu się tego numeru FiM otrzymałem ze środowiska wojujących
        „antyklerykałów” kilka ciekawych listów.

        Jeden, zatytułowany „Zero praw dla katoli”, brzmiał: „Jesteście groźniejsi od
        zwierząt. Przysługuje wam naturalne prawo – umrzeć na krzyżu!”. Ktoś inny
        wyraził oburzenie kwestionowaniem praw zwierząt i załączył tekst ustawy o
        ochronie zwierząt, w której… nie ma ani słowa o prawach zwierząt. Odezwała się
        też pani z Warszawy, zaangażowana ateistka. „Wyrażam ubolewanie, że ludzie
        pańskiego pokroju chodzą po Ziemi. A mamy przeludnienie. (...) Zwierzęta
        zasługują na większy szacunek. Właściwie to tylko one, bo Pan nie” – napisała.
        Ponieważ się podpisała, odpowiedziałem i wywiązał się z tego sensowny, a na
        końcu niemal sympatyczny dialog. Przytoczę fragmenty, bo ilustrują zasadniczą
        tezę rzeczonego felietonu – że odrzucenie Boga musi skutkować uznaniem człowieka
        za myślące zwierzę. A że myślące, to gorsze, bo przez to bardziej mordercze.
        „Należę do tych ludzi, którzy twierdzą, że nasza planeta się obroni przed plagą
        ludzkości i wyginiemy jak wiele innych gatunków zwierząt przed nami” – napisała
        moja adwersarka.

        Zapytałem o przyczyny zaangażowania w walkę o poprawę bytu zwierząt. No bo skoro
        ktoś jest ateistą, to – wydawałoby się – musi uznać, że cały wszechświat nie ma
        sensu, bo wziął się z przypadku i zmierza do nicości. Ale nie. „Ja w przypadki
        nie wierzę. Wierzę natomiast w ewolucję i biologię” – otrzymałem odpowiedź. To
        znamienne. Ilekroć korespondowałem z ateistami, zawsze dochodziliśmy do tego
        punktu: wiary w ewolucję. Na tym ma polegać „racjonalizm” i pogląd „naukowy”.
        Ale to jest właśnie nieracjonalne. Bo czym jest ewolucja, jeśli nie przemianą
        istot, dokonującą się według określonego planu? Jeśli jest plan, to musi za nim
        ktoś stać. Jakaś inteligencja. Ateista to czuje, dlatego gdy odrzuca Boga, musi
        w jego miejsce wstawić na przykład ewolucję. To jest namiastka religijności, ale
        ona dowodzi naturalnego przeczucia Boga. Ono jest silniejsze niż najsilniejszy
        instynkt. Niewierzący w Boga jest jak dziecko przed narodzeniem, które nie
        wierzy w matkę, bo nigdy jej nie widziało. Dziecko słyszy bicie jej serca, a
        nawet jej głos, żyje pokarmem z jej organizmu, ale gdyby mogło, napisałoby
        książkę „Matka urojona”. Z pewnością dzieło to stałoby się bestsellerem. Wśród
        nienarodzonych.
        • kaczy.i.indyczy Sumowanie zbrodni 18.07.09, 17:45
          goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1245528632&dzi=1104798052&katg=
          Sumowanie zbrodni

          Myśl wyrachowana: Gdzie dwóch się bije, tam korzysta diabeł.


          Amerykański aborter George Tiller ma na sumieniu 60 tys. dzieci, zabitych
          najczęściej w późnej fazie ciąży. Zabijał w dni powszednie, a w niedziele
          chadzał do luterańskiego kościoła. W tym też kościele został zastrzelony.
          Zabójca Tillera wyobrażał sobie być może, że tym sposobem kładzie kres zbrodni.
          W rzeczywistości do zbrodni abortera dołożył zbrodnię na aborterze. Swoim czynem
          niczego nie naprawił. Powiększył tylko swą osobą grono morderców. Zrobił
          Tillerowi to, co Tiller robił 60 tysięcy razy – radykalnie i nieodwracalnie
          sprzeciwił się planom Boga. Odebrał ofierze szansę naturalnego umierania, które
          wielu zatwardziałych grzeszników przywiodło do nawrócenia. Zwolennicy aborcji od
          dawna już zaliczali ruchy pro life do organizacji terrorystycznych, brakowało im
          tylko drobiazgu: aktu terroryzmu. Wyglądali go jak postkomuniści władzy, łaknęli
          go jak działacze gejowscy skinów z kamieniami. No i wreszcie się zdarzył.

          To gratka dla biznesu aborcyjnego, bo złem karmi się tylko zło – nigdy dobro.
          Karykatura męczennika zmotywuje aborterów i niczym Nike ze skrzydłami nietoperza
          poprowadzi ich na barykady przeciw życiu. Niedawno za sprawą filmu „Walkiria”
          przypomniano historię zamachu Stauffenberga na życie Hitlera. – Wszystko skończy
          się dobrze, Hitler przeżyje – uspokoiłem żonę w kinie. Po ludzku jednak
          wydawałoby się, że zlikwidowanie takiego tyrana to już na pewno złem być nie
          może. Ileż tą śmiercią można było uratować ludzkich istnień! A w tle już widniał
          pokój z zachodnimi aliantami i zatrzymanie pochodu komunistów. A jednak
          zwalczanie zła złem przyniosło jeszcze większe zło. Kolejny nieudany zamach
          utwierdził Hitlera w przekonaniu, że ma szczególną misję. Nabrał pewności, że
          karta wojny, za sprawą tajemnych sił, odwróci się w ostatnim momencie.

          W efekcie wojna trwała dłużej, a Niemcy musieli wypić nawarzone piwo do
          ostatniej kropli. Nie walczy się o dobro zbójecką maczugą. A to się dzieje, gdy
          ludziom nauka Chrystusa wydaje się za mdła, żeby można ją było potraktować
          serio. Zdaje im się, że miłość nieprzyjaciół oznacza przyjmowanie
          nieprzyjacielskich poglądów. Sądzą, że nadstawiać drugi policzek to to samo, co
          polubić ciosy w twarz. Nie pomyślą tacy, że Jezus po prostu wskazał nam jedyną
          skuteczną metodę przeciwstawienia się złu. Bo na zło nie ma innego sposobu, niż
          odrzucenie jego prowokacji. Podjęcie rękawicy rzuconej przez diabła musi
          skończyć się grzechem. Wiedzą to choćby małżonkowie, którzy reagując złością na
          złość, niczego nie rozwiązują, a tylko budują gmaszysko pretensji. Bo odpowiedź
          gniewem na gniew nie likwiduje gniewu, lecz go sumuje. Świnia podłożona
          krzywdzicielowi to nie szansa na wspólne grillowanie, tylko kolejna krzywda.
          Odwet jest jedną z najgłupszych rzeczy na świecie, bo choć wydaje się
          wymierzeniem bezkarnemu sprawiedliwości, w rzeczywistości jest mnożeniem
          niesprawiedliwości. Rezygnacja z agresji to nie broń słabych. Przeciwnie –
          właśnie ona wymaga siły woli. Bo dużo łatwiej pokonać bliźniego niż samego siebie.
          • kaczy.i.indyczy Prawa nieludzkie 18.07.09, 17:54
            goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1244404098&dzi=1104798052&katg=


            Prawa nieludzkie

            Myśl wyrachowana: Uczłowieczanie zwierząt jest objawem zezwierzęcenia człowieka.


            Trzej faceci piją piwo. – Moja żona jest taka gruba, że musiałem kupić większy
            samochód – mówi jeden. – A ja kupiłem busa, żeby się moja zmieściła – mówi
            drugi. – A ja już nie mam żony – pociąga nosem trzeci. – Co się stało? – pytają
            koledzy. Na to on: – Opalała się na plaży, aż tu nagle przylecieli ekolodzy i
            zepchnęli ją do morza. Ostatnio jakby bezpieczniej być zwierzęciem niż
            człowiekiem. Całe gatunki są obejmowane ochroną, szczególnie w okresie lęgowym –
            odwrotnie niż u ludzi. Niedawno w radiu ktoś stwierdził, że gdyby wyginęły
            owady, życie na Ziemi przestałoby istnieć, a gdyby wyginęła ludzkość, natura
            rozkwitłaby w najlepsze. Ta mądrość padła z okazji Dnia Praw Zwierząt, jaki
            przypadł w sąsiedztwie Dnia Matki i Dnia Dziecka. Z telefonów do studia
            wynikało, że sporo ludzi się owymi „prawami” przejmuje. A bo te zwierzaki takie
            dobre, a ludzie tacy źli – psy wiążą przy budzie, do schronisk oddają, konie na
            ubój wysyłają. Jasne, że zwierzęta też mają problemy. Ale mówienie o prawach dla
            nich jest tak samo zasadne, jak debata nad lokalizacją lotniska dla krów.

            Zwierzętom z natury żadne prawa nie przysługują. Prawa to mają ludzie i tym
            samym mają też obowiązki. Traktować zwierzęta po ludzku jest jednym z obowiązków
            ludzi, a nie prawem zwierząt. Kto ma psa albo kota, powinien traktować go jak
            człowiek, a nie jak człowieka. Kto ma świnię, powinien po ludzku dać jej jeść, a
            potem ją zjeść. Uprzednio po ludzku zabiwszy. Tak samo z pozostałą gadziną. Nie
            dajmy się zwariować. Nośmy futra, jedzmy schabowy, chodźmy w skórzanych butach i
            dziękujmy Bogu, że daje nam się czym pożywić i w co ubrać. W tych szopkach z
            „prawami” zwierząt wcale nie chodzi o zwierzęta – to idzie o człowieka. Czy ktoś
            myśli, że hiszpańscy socjaliści z miłości do szympansów przyznali im część praw
            ludzkich? Nie – to skutek nowej wizji człowieczeństwa, opartej na założeniu, że
            nie ma Boga ani żadnej siły wyższej. Tym samym i duszy nieśmiertelnej nie ma.
            Takie stawianie sprawy musi skutkować postawieniem człowieka w szeregu zwierząt
            i uznaniem go za taką samą istotę, jak każda inna, tylko trochę bardziej rozwiniętą.

            Już widać, jakie owoce przynosi to założenie. W imię „powrotu do natury”
            przedstawiciele homo rezygnują z sapiens i poddają się głosowi „instynktu”. To z
            tej przyczyny łażą goło po plażach, na paradach wymachują tym i owym albo
            publicznie biją „seksualne rekordy”. To „wierność naturze” usprawiedliwia mężów
            z niewierności żonom, bo ponoć każdy męski ssak z natury jest poligamistą i
            powinien rozsiać po świecie jak najwięcej plemników. Więc się chłopy łajdaczą,
            rozsiewając te plemniki, choć nie wiedzieć czemu w prezerwatywę. W takiej wizji
            człowieka nie ma miejsca na moralność. Bo rdzeniem moralności jest zdolność
            mówienia samemu sobie „nie”. Spośród wszystkich ziemskich stworzeń tylko
            człowiek to potrafi. Ale gdy ludzie właśnie to uznają za nienaturalne, stają się
            najbardziej żałosnymi użytkownikami tego świata. I wtedy naprawdę zagrażają
            światu, ale najbardziej sobie. Bo skutkiem przyznawania praw zwierzętom jest
            odebranie praw człowiekowi.


            (...)


            Tortura życia
            W Nikaragui od dwóch lat nie wolno dokonywać aborcji. Od tego też czasu rozmaite
            agendy ONZ zajmują się udowadnianiem, jak bardzo taki stan narusza prawa
            człowieka. Jak doniósł „Nasz Dziennik”, tym razem odezwała się komisja ONZ do
            spraw tortur. Jej urzędnicy orzekli, że zakaz aborcji jest „rządowym
            przyzwoleniem na torturę”. Prawdopodobnie chodzi o tortury psychiczne, jakie
            odczuwają pracownicy ONZ, gdy próbują udowodnić szkodliwość zakazu aborcji.
            Trudno im się dziwić, bo od czasu wprowadzenia nowego prawa śmiertelność wśród
            ciężarnych w Nikaragui spadła.
            • kaczy.i.indyczy Musimy bo chcemy 18.07.09, 17:59
              goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1243794668&dzi=1104798052&katg=

              Musimy bo chcemy

              Myśl wyrachowana: Gdzie Bóg przestaje być prawem, tam prawo staje się bogiem.

              Heinrich Himmler przyglądał się żydowskiemu chłopcu o jasnych włosach. – Czy
              któreś z twoich rodziców było aryjczykiem? – zapytał.
              – Nie – odpowiedział chłopak.
              – A może któryś z dziadków?
              – Nie.
              – W takim razie nic nie mogę dla ciebie zrobić.
              Ta scena, opisana przez jednego z oficerów towarzyszących szefowi SS, przyszła
              mi na myśl, gdy czytałem wypowiedź doktora honoris causa Baracka Obamy. Miłujący
              pokój (wieczny) dla najmłodszych dzieci prezydent USA został uhonorowany przez
              katolicki (!) uniwersytet Notre Dame. Dziękując za to solidnie niezasłużone
              wyróżnienie, prezydent Obama prosił, żeby nie demonizować zwolenników aborcji,
              bla bla bla. Zapewnił, że dąży do ograniczenia aborcji, ple ple ple. Zwierzył
              się, że dla niego aborcja też jest złem, tylko że – uwaga! – koniecznym. Biedny,
              bezradny prezydent. Ten, który trzęsie polityką całego globu, stoi w majestacie
              swej władzy przed bezbronnym maleństwem i mówi: „nic nie mogę dla ciebie
              zrobić”. No bo nie może i już. Ktoś urwie dziecku rączki, nóżki, ukręci głowę,
              poczęstuje roztworem soli – no trudno, taka konieczność. A dlaczego to
              konieczność? Dlatego, że takie jest prawo. A „prawo trzeba szanować” (Heinrich
              Himmler).

              Tak to działa. Gdzie tworzy się zbrodnicze prawo, tam zbrodnia staje się
              „koniecznością”. To jest taka konieczność, że nawet w kryzysie Obama musiał
              przeznaczyć miliard dolarów na starania o legalizację aborcji poza USA – w tym w
              Polsce. Jakie to musi być trudne dla kogoś, kto „dąży do ograniczenia aborcji”.
              Ale prezydent musiał to zrobić. Co z tego, że sam to prawo wprowadził, odwołując
              obowiązujący dotąd zakaz finansowania aborcji poza Stanami. Przecież on chce,
              żeby na świecie było mniej głodnych dzieci. Ciekawe, dlaczego taki Obama i jemu
              podobni aż tak bezczelnie pokazują, że uważają nas za gorszych i głupszych? Bo o
              czym, jak nie o pogardzie dla nas i dla naszych zasad świadczy dotowanie
              istniejących u nas organizacji proaborcyjnych? Dlaczego tam, gdzie jeszcze
              względnie szanuje się ludzkie życie wysyła się statki aborcyjne?

              Czemu na młodzież tych krajów nasyła się bandy aborcyjnych agitatorów,
              mieniących się edukatorami seksualnymi? A kara za „brak instytucji odwoławczej
              od decyzji lekarskiej”, jaką obciążył Polskę Trybunał w Strasburgu w związku ze
              sprawą Alicji Tysiąc, to co to jest? To my mamy powołać instytucję odwoławczą od
              tego, czy wolno człowieka zabić lub pozostawić go przy życiu? Taka instytucja
              odwoławcza to już kiedyś była – na rampie w Auschwitz. Jak dobry pieniądz jest
              wypierany przez zły, tak złe prawo wypiera dobre. Dlatego choćby we własnym
              interesie nie możemy się na to godzić. Bo jeśli świat zaleje moneta fałszywej
              moralności, wszyscy pójdą z torbami tam, skąd się nie wraca – choć wrócić
              piekielnie by chcieli.
              • kaczy.i.indyczy Testowanie Boga 18.07.09, 18:02
                Testowanie Boga

                Myśl wyrachowana: Chrystusa poznaje się po tym, co robi z człowiekiem, człowieka
                poznaje się po tym, co robi z Chrystusem.


                Dawna miss Belgii Goedele Liekens wystąpiła na okładce belgijskiego miesięcznika
                „Goedele” w stroju zakonnicy. Do pisma dołączono opakowanie z trzema hostiami,
                opatrzone zdjęciem byłej miss i napisem: „Bierzcie i jedzcie, to jest ciało
                moje”. Serdeczne dzięki dla redakcji, że hostie nie były konsekrowane. Bo różnie
                mogło być. Profanacja Eucharystii jest ostatnio w modzie. Jak doniosła KAI, akty
                znieważenia Najświętszego Sakramentu coraz częściej są filmowane i umieszczane w
                serwisie internetowym YouTube. Na niektórych filmach widać, jak konsekrowane
                hostie wrzucane są do toalety, na innych karmi się nimi zwierzęta, rozbija
                mikserem albo przebija gwoździami.

                Nieraz już znajdowali się świętokradcy, którzy chcieli sprawdzić, czy w
                konsekrowanej hostii naprawdę jest Pan Jezus. A jeśli jest, to jak się zachowa.
                Dzisiejsi profanatorzy chcą chyba sprawdzić, jak zachowają się katolicy. Być
                może wyobrażają sobie, że poniewierając Ciałem Chrystusa, dowiodą, że nasza
                wiara to zabobon. Bo gdyby tam był Bóg, to by przecież nie pozwolił tak się
                traktować.
                Dokładnie tak samo rozumowali oprawcy z Golgoty. „Jeśli jesteś synem Bożym,
                zejdź z krzyża!” – wrzeszczeli. I tak samo Jezusa potraktowali: pobili Go niemal
                na miazgę, przebili gwoździami, obrzucili nieczystościami. Popełnili
                najstraszniejszą profanację wszechświata. I co? I nic. Ale przecież już Izajasz
                to zapowiedział: „Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, nawet nie otworzył ust
                swoich”. To zupełnie zrozumiałe, że i na dzisiejszych bluźnierców nie spada
                deszcz ognia i siarki. Skoro Bóg nie poraził nagłą śmiercią morderców jego Syna,
                to i nic dziwnego, że ziemia nie rozstępuje się pod tymi, co poniewierają Ciałem
                Chrystusa w Eucharystii.

                Dlaczego jednak w ogóle może dochodzić do takich rzeczy? W związku z sezonem
                komunijnym słuchacze radiowej Trójki dzwonili z pomysłami na zmiany w kwestii
                dopuszczania do sakramentu. Przeważał pogląd, że powinno to być później niż
                teraz, „bo co takie dzieci z tego rozumieją”. Ktoś nawet postulował, żeby
                Pierwszą Komunię robić po osiągnięciu pełnoletności. Być może liczył, że wtedy
                „dziecko zrozumie” – i samo poniesie koszty imprezy. – Czemu właściwie mam iść
                do Komunii w kościele, przecież opłatki można kupić w sklepie? – usłyszałem
                kiedyś pytanie. To nie dziecko je zadało – to dwudziestoletnia kobieta,
                „katoliczka niepraktykująca”. Jak widać, do Komunii nie dorasta się z wiekiem.
                Nie dojrzewa się do niej – to bez niej się nie dojrzewa. To przecież pokarm, a
                pokarm nie jest nagrodą za wzrost, tylko warunkiem wzrostu. Eucharystię trzeba
                przyjmować, a nie rozumieć. Do Komunii nie trzeba „dojrzałości”, tylko prostoty
                i zaufania, a w tym dzieci są bezkonkurencyjne. Przecież to nie dzieci testują
                postacie eucharystyczne na obecność Boga. Nie dzieci profanują Komunię, nie one
                przystępują do niej świętokradzko, żyjąc w konkubinatach i w innych ciężkich
                grzechach. Robią to dorośli, którzy nie wiedzą, że Boga możemy tylko przyjąć.
                Myślą, że Boga da się kupić, i to za grosze. Choćby w kiosku – razem z gazetą.
                • kaczy.i.indyczy Potrzeby zaciemnionych 18.07.09, 18:07
                  goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1242243596&dzi=1104798052&katg=

                  Potrzeby zaciemnionych


                  Myśl wyrachowana: Chrześcijanin jest jak świeca. Jest ciemny, póki nie zapłonie


                  W mijającym tygodniu sporo mówiło się o spadku liczby powołań w Polsce i o
                  zmniejszającej się liczbie uczestników Mszy niedzielnych. Niektórzy próbują to
                  pierwsze tłumaczyć niżem demograficznym w kraju, a to drugie niżem
                  atmosferycznym w dniu liczenia wiernych. Pytanie, jaki to niż panuje w Europie
                  Zachodniej. Sądząc po liczbie duchownych i wiernych na Mszy, to tam od półwiecza
                  ludzie się już prawie nie rodzą, a nad kościołami bezustannie trwają ulewy,
                  uniemożliwiające wejście do środka. Nie no, dajcie spokój. Jeśli do udziału we
                  Mszy zniechęca ludzi deszcz, to znaczy, że sprawy duszy znaczą dla nich mniej
                  niż uczucie suchości. Ale to za proste, a nadto całkowicie jałowe, powiedzieć:
                  „winni ludzie”. Znałem księdza, który upodobał sobie słowo „laicyzacja” i przed
                  laty, w czasie wizytacji, tłumaczył z ambony biskupowi, że tu ludzie nie za
                  bardzo chodzą do kościoła, bo wicie, rozumicie, laicyzacja ich ogarnęła. Ciekawa
                  rzecz, że laicyzacja dotknęła akurat jego parafię, a sąsiednie nie, ale cóż,
                  dopust Boży.

                  Nie. Nie dopust Boży. Laicyzacja to nie jest coś zewnętrznego, to nie jakaś
                  ideologia, którą ludzie wybierają jako coś lepszego od religijności. Laicyzacja
                  jest skutkiem braku doświadczenia prawdziwej religijności. Ona spada na ludzi
                  jak noc. Bo noc to nie godziny, w których jest ciemność, tylko czas, w którym
                  nie ma światła. W nocy nie tylko wszystkie koty są czarne. Ludzie też. Zamiast
                  więc utyskiwać, że oni tacy czarni, lepiej zanieść im światło. Ale kto ma to
                  zrobić, jak nie ci, którzy mają do niego dostęp?
                  Wiecie, skąd Jan Paweł II wziął gest ucałowania ziemi? Tak zrobił św. Jan
                  Vianney, gdy z dala zobaczył Ars – parafię, do której skierował go biskup. To
                  była zabita dechami wiocha, w której bieda materialna konkurowała z duchową.
                  Ucałowanie ziemi to nie był pusty gest – Vianney kochał swoich parafian, zanim
                  ich zobaczył. Z góry wiedział, że jacy by nie byli – są dziećmi światłości.
                  Trzeba im tylko przynieść światło, a oni zapłoną. Vianney nie miał żadnego
                  „programu duszpasterskiego”. Jego programem była Ewangelia. Wszystko w niej
                  znalazł, bo wszystko tam jest.

                  Żarliwa modlitwa o parafian, post za nich i tysiące godzin spędzonych w
                  konfesjonale – to cały „sekret” jego duszpasterstwa. I dziwna rzecz – okazało
                  się, że tego właśnie ludzie potrzebowali. Nie nadskakiwania ich upodobaniom, nie
                  zamazywania prawdy i usprawiedliwiania egoizmu. „Zlaicyzowani” z całej Francji
                  rzucili się do Ars tłumnie, zachłannie, żeby wyznawać swoje grzechy i się
                  nawracać. Co ten brzydki i nieszczególnie lotny człowiek zrobił takiego, że sam
                  diabeł nocami przestawiał mu z wściekłości meble i wyzywał od „zjadaczy
                  kartofli”? Proste – proboszcz przyniósł ludziom to, czego naprawdę potrzebowali:
                  światło Chrystusa, a nie proboszcza. Benedykt XVI w czerwcu proklamuje Rok
                  Kapłański, a patronem wszystkich kapłanów na świecie ogłosi św. Jana Vianneya.
                  Wielu pewnie wolałoby Rok Laikatu. Ale pustoszejące kościoły to nie wynik braku
                  świeckich. To skutek braku świętych.
                  • kaczy.i.indyczy Człowieku, orientuj się 18.07.09, 18:12
                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1241475528&dzi=1104798052&katg=
                    Człowieku, orientuj się

                    Myśl wyrachowana: Zdrowie jest jedno - pluralizm panuje wśród chorób

                    Miss Kalifornii, 21-letnia Carrie Prejean, miała pewne zwycięstwo w konkursie na
                    najpiękniejszą Amerykankę. Musiała tylko odpowiedzieć na pytanie członka jury,
                    niejakiego Pereza Hiltona. Pan Hilton, z racji homoseksualnego defektu, jakim
                    się szczyci, zasiadał w komisji w charakterze świętej krowy. Normalna krowa,
                    czego by nie powiedziała, zawsze wychodzi z tego „muuuu”. Z kolei święta krowa,
                    czego nie powie, zawsze musi upomnieć się o prawa dla homoseksualistów. Nie
                    inaczej było tym razem. Hilton zapytał pannę Carrie, czy stany USA powinny
                    zalegalizować małżeństwa osób tej samej płci. Na tak zadane pytanie miss mogła
                    odpowiedzieć: „ależ oczywiście”, „naturalnie”, „z całą pewnością”, albo choćby
                    skromne „tak”. Zamiast tego powiedziała coś niesłychanego, coś, co zakłóciło
                    obroty sfer niebieskich – a jeśli nie niebieskich, to na pewno bardzo wysokich.
                    Powiedziała mianowicie, że jej zdaniem, małżeństwo to… związek mężczyzny i kobiety!

                    W tym momencie dziewczyna zbrzydła. Stała się do tego stopnia odrażająca, że
                    Perez Hilton musiał zablokować jej zwycięstwo. Skutkiem tego wygrała miss
                    Karoliny Północnej. Kilka godzin później Hilton potwierdził na swoim blogu, że
                    ta „głupia suka” przepadła z powodu „niepoprawnej odpowiedzi”. Tak napisał:
                    „głupia suka”. I dodał, że gdyby jednak wygrała, on wskoczyłby na scenę i zerwał
                    jej z głowy koronę. Oczywiście słowa te mu nie zaszkodziły, bo świętej krowie
                    szkodzi tylko brak obiektu do zdemolowania. Amerykanie ze zwykłych sfer okazali
                    się jednak tak samo zboczeni jak panna Carrie, bo podzielili jej opinię na temat
                    małżeństwa. Niedoszła miss otrzymała górę podziękowań i gratulacji za odwagę.
                    Jej popularność w Ameryce osiągnęła szczyty. Ale to marna pociecha. Dlaczego
                    pozwoliliśmy, żeby „odwagą” stało się mówienie rzeczy najbardziej oczywistych?
                    Dlaczego nawet małżeństwo i rodzinę zezwoliliśmy świętym krowom zdegradować do
                    poziomu obory?

                    Lata lekceważenia małych kroczków kłamstwa zrobiły swoje. Zajrzyjcie do
                    encyklopedii sprzed 30 lat. Za to, co tam wtedy pisali o homoseksualizmie, w
                    Szwecji pisaliby dzisiaj prośbę o złagodzenie kary. A w samej rzeczy nic się nie
                    zmieniło, nie ma nowej wiedzy na temat homoseksualizmu – jest za to wola
                    polityczna, żeby taka wiedza była. Jej bazą jest powszechny brak wiedzy na temat
                    stanu wiedzy. Wskutek uporczywego jazgotu ideologów nowego totalitaryzmu świat
                    uznał, że ludzie dzielą się nie według płci, tylko na heteroseksualistów (kto 20
                    lat temu znał to słowo?) i homoseksualistów. Ideologom udało się narzucić
                    kłamliwe pojęcie „homofobii” i przekonać, że najgłębsza ciemność ma barwy tęczy.
                    To oni kazali używać słowa „orientacja” na określenie zarówno zdrowych, jak i
                    chorych skłonności seksualnych. A przecież orientacja oznacza skierowanie ku
                    Orientowi, czyli ku Wschodowi. Kiedyś kościoły były orientowane, skierowane w
                    jedną stronę – ku świętemu miastu Jeruzalem. Bo Jerozolima jest jedna, Zbawiciel
                    jest jeden i prawda jest jedna. Orientacja też jest jedna. Reszta to dezorientacje.

                    Maluchu, dowód!
                    Skandal! W drogeriach sieci Rossmann nieletni nie mogli kupować prezerwatyw!
                    Sprzedawcy domagali się od młodzieży okazania dowodu osobistego. „Gazeta
                    Wyborcza” dowiedziała się, że praktyka ta była skutkiem apelu Ewy Sowińskiej,
                    która dwa lata temu, jako Rzecznik Praw Dziecka, chciała chronić dzieci przed
                    demoralizacją. Teraz już Rossmann się poprawi. Przyciśnięty przez „Wyborczą”
                    rzecznik sieci Roman Lewandowski tłumaczy się, że to wynik złego zrozumienia
                    apelu, bo „chodziło o to, by nie sprzedawać prezerwatyw kilkuletnim dzieciom, a
                    nie nastolatkom”. Jaka ulga. Wiadomo przecież, że kilkulatki za niczym tak nie
                    przepadają jak za prezerwatywami. Niechby taki przedszkolak zrobił sobie z
                    kondomu balonik – toby dopiero była demoralizacja!
                    • kaczy.i.indyczy Sens przypadku 18.07.09, 18:20
                      goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1240303456&dzi=1104798052&katg=

                      Sens przypadku

                      Myśl wyrachowana: Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za
                      złe karze… swojego Syna


                      Trzy lata temu byłem w Jerozolimie. Jak w amoku chodziłem po Bazylice Grobu
                      Pańskiego. Pękając od wzruszeń, trafiłem do kaplicy Adama. To niewielkie
                      pomieszczenie u stóp Golgoty. Rzadko tam zachodzą pielgrzymi. Ja jednak długo
                      tam siedziałem. Myślałem o tradycji, która już w chrześcijańskiej starożytności
                      kazała Golgotę uważać za miejsce pochówku naszego praojca. Widać tam szczelinę,
                      która miała powstać wskutek trzęsienia ziemi w chwili śmierci Jezusa. Starożytni
                      twierdzili, że krew „drugiego Adama”, czyli Mesjasza, spłynęła wtedy na czaszkę
                      pierwszego Adama. Nieposłuszny Bogu został obmyty krwią posłusznego. Symbolika
                      taka, że ciarki chodzą po grzbiecie.

                      Aż tu nagle wchodzi grupa Polaków. Przewodnik beznamiętnym głosem mówi: „Według
                      legendy, tu był pochowany pierwszy człowiek Adam. Ale to nieprawda”. Ludzie
                      rozejrzeli się obojętnie i poszli. A ja pomyślałem: „Skąd ty, chłopie, wiesz, że
                      nieprawda?”. Zauważyliście, że Bóg bardzo lubi symbole? Operując tym, co
                      nazywamy przypadkami, aranżuje łaski w sposób nieprzypadkowy. Cała historia
                      zbawienia to ciąg symboli. Izraelici w niewoli oznaczyli krwią baranka bez skazy
                      swoje domy. Uchroniło ich to przed mieczem anioła śmierci. Ale działając według
                      wskazówek Mojżesza, nie mieli pojęcia, dlaczego ma być baranek, czemu bez skazy,
                      z jakiej przyczyny nie należy mu łamać kości i po co te ceregiele z krwią. Nie
                      mieli pojęcia, dlaczego przeznaczona im Ziemia Obiecana to obszar nad małym
                      Jordanem, a nie nad dostojnym Nilem czy wielkim Eufratem. Nie wiedzieli,
                      dlaczego wybranym przez Boga miastem ma być akurat Jerozolima. Nie kojarzyli,
                      dlaczego to tam właśnie, jeszcze za Abrahama, król Melchizedek złożył ofiarę
                      dziwnie przypominającą Mszę. I tak dalej. A gdy „czas się wypełnił”, Maryja z
                      Józefem nie rozumieli pewnie, dlaczego spis ludności wypadł akurat w Betlejem i
                      w tak niedogodnym czasie.

                      W Chrystusie symbole nabrały sensu. Skoro Mesjasz miał się narodzić w Mieście
                      Dawida, dlaczego nie miałby umrzeć na grobie Adama? To Jezus okazał się
                      barankiem bez skazy, którego kości nie były łamane. To Jego krew ocala życie
                      tych, którzy się nią osłonili. Bóg nie działa przypadkowo. Nie przypadkiem
                      akurat w Krakowie zmarła niepozorna zakonnica Faustyna Kowalska i nie
                      przypadkiem w tym samym mieście mieszkał niejaki Karol Wojtyła. I akurat on
                      przejął się przesłaniem miłosierdzia Bożego. Gdy został papieżem, wyniósł
                      Faustynę na ołtarze i ustanowił święto Miłosierdzia Bożego jako nadzwyczajny
                      ratunek dla świata. I zmarł w wigilię tego święta. Czy to nie dowód, że Bóg nie
                      opuścił naszego świata? Choć wzmaga się szaleństwo, coraz obficiej płynie krew z
                      Golgoty. Jedyne, co trzeba zrobić, to zaufać w ciemno, jak Izraelici, gdy
                      smarowali krwią baranka odrzwia domów. Trzeba będzie nieraz zrobić coś tak
                      głupiego, jak Noe, gdy budował statek na suchym lądzie. Ale nic innego nie
                      możemy Bogu dać od siebie, jak tylko zaufanie. Jezus już poniósł należną nam
                      karę i jedyne, co możemy Bogu ofiarować, to Ciało i Krew Jego najmilszego Syna,
                      a Pana naszego, na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata.
                      • kaczy.i.indyczy Szczęście w skorupie 18.07.09, 18:26
                        goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1239694885&dzi=1104798052&katg=
                        Szczęście w skorupie

                        Myśl wyrachowana: Wiara jest ryzykiem poddania się prowadzeniu, brak ryzyka daje
                        pewność błądzenia


                        Za młodu uważałem, że kury to najgłupsze ptaki na świecie. Nawet płoszyły się
                        jakoś głupio. Aż kiedyś idę sobie koło przydomowego kurnika, a na mnie jak nie
                        wyskoczy taka jedna! Nastroszona jak feministka na manifie. Skrzydła uniesione.
                        Dziób rozwarty, godzący w moją integralność cielesną. Odskoczyłem odruchowo. –
                        Co jest? – pomyślałem i zaraz dostrzegłem: pisklęta są. Kura wysiedziała jajka i
                        została kwoką. Od razu nabrałem dla niej szacunku. Temu ptaszysku na czymś
                        bardzo zależało. To już nie był opierzony kawał mięsa, myślący tylko o własnym
                        kuprze. Kwoka miała POWÓD, żeby walczyć. Wcześniej nie miała, więc nic dziwnego,
                        że zachowywała się jak katolik niepraktykujący.

                        Przyznam się do czegoś: Myślałem, że będę ojcem do bani. Bałem się, że nie
                        podołam nowym obowiązkom, że będę musiał to i tamto, a nie będę mógł tego i
                        owego. Ten lęk nie opuścił mnie nawet wtedy, gdy urodził się mój pierwszy syn.
                        Wszystko zmieniło się po miesiącu, gdy w półmroku pokoju pochyliłem się nad jego
                        łóżeczkiem. Zobaczyłem wpatrzone we mnie czarne oczka i szeroki, bezzębny
                        uśmiech. On uśmiechał się DO MNIE, najcudowniejszym, bezinteresownym uśmiechem
                        niemowlęcia. Byłem załatwiony. W tym momencie wiedziałem już, że jestem ojcem.
                        Wiedziałem, że dam się za niego pokroić, bo go kocham. Ale – rzecz ciekawa – on
                        był pierwszy. Moja miłość była odpowiedzią na jego miłość. Ja zobaczyłem, że on
                        mnie kocha.

                        Tak jest z naszym stosunkiem do Boga. Człowiek przed Bogiem ucieka, a nawet z
                        Nim walczy, bo nie ujrzał Jego uśmiechu. Dopóki się to nie stanie, wszelkie
                        objawy religijności będą jak wymuszone przewijanie cudzego dziecka. Msza,
                        sakramenty, modlitwa – wszystko będzie przykrym obowiązkiem do odwalenia.
                        Przykazania będą kratami, rady ewangeliczne batami, a cnota obciachem. Dlatego
                        liczni chrześcijanie są jak bezdzietne kury. Wiara jawi im się w postaci
                        twardego jajka. Trzeba ją znosić, a potem bez celu wysiadywać w kościelnej
                        ławce. Nie mają pojęcia, że gdy spotkają Boga, prędzej dadzą się przerobić na
                        sieczkę, niż się Go wyrzekną. No dobra – powie ktoś. – Ale jak Go spotkać?

                        Pamiętam, jak kiedyś, jadąc ze znajomym księdzem przez Czechy, wzięliśmy
                        autostopowicza. Rozmowa zeszła na sprawy wiary. W pewnym momencie ksiądz zapytał
                        młodego Czecha, czy nie chciałby oddać swojego życia Jezusowi. – O nie, nie mogę
                        – odpowiedział tamten. – Dlaczego? – zapytaliśmy chórem. Na to młody: – Bo ja za
                        dużo złego w życiu zrobiłem. Oto jak wszystko stoi na głowie. Ludzie wyobrażają
                        sobie, że Jezusa otrzymuje się w nagrodę za dobre życie. Tymczasem nikt nie
                        zdoła dobrze żyć, jeśli Jezusa nie przyjmie. Wystarczy otworzyć Mu drzwi, bo
                        stoi za nimi i kołacze. Robi się to aktem woli i konkretną modlitwą oddania
                        Jezusowi życia. Bez zastrzeżeń i aneksów. To jedyna cena. A co się zyskuje?
                        Niedawno zmarły ksiądz Czesław Podleski pokazywał to na przykładzie niedowiarka
                        Tomasza. Apostoł, nie wierząc, że Jezus naprawdę żyje, mówi: „Pokaż, a ja
                        uwierzę”. A Jezus mówi: „Uwierz, a ja pokażę”.
                        • kaczy.i.indyczy Misja braku 19.07.09, 12:16
                          goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1247638826&dzi=1104798052&katg=
                          Misja braku

                          Myśl wyrachowana: Wiara w brak Boga jest wiarą w rzekę bez źródła
                          Zaatakował mnie czytelnik, który przedstawił się jako ateista. Rozeźliło go moje
                          stwierdzenie, że nie ma ludzi, którzy nie wierzą w żadną siłę wyższą, bo on –
                          stwierdził – właśnie do takich osób należy. Moje teksty nazwał bzdurami, zaś
                          swoje poglądy określił jako racjonalistyczne, naukowe i płynące z oświecenia.
                          Sprawdziłem internetowy dorobek swojego adwersarza. I tu ciekawostka – w
                          dyskusji o Harrym Potterze wypowiedział się z dumą fachowca: „Ja, jako mag z
                          kilkuletnią praktyką…”.
                          Nie twierdzę, że każdy ateista zajmuje się magią, ale podtrzymuję opinię, że nie
                          da się żyć bez Boga lub choćby tyciego bożka. Nie da się istnieć bez uznania
                          czegoś wyższego od siebie. Profesor Religa, choć deklarował ateizm, nie operował
                          w piątki trzynastego. To też wyraz wiary – zabobonnej, owszem, ale przecież jakiejś.

                          Nawet gdy ktoś uważa siebie za pępek świata, zawsze powołuje się na jakiś inny
                          pępek, na przykład na filozofów oświecenia. Musi tak być, bo każda rzecz na tym
                          świecie z czegoś się bierze. Każdy Napieralski ma swojego Zapatero, a każdy
                          Zapatero ma swojego Marksa. Marks też kogoś miał, jak i ten, którego miał Marks.
                          Człowiek musi mieć jakiś ideał, jakiś powód do walki, bo całkiem bez sensu
                          działać – no, może z wyjątkiem posła Palikota – nie może. Tym powodem może być
                          na przykład walka o prawa człowieka do zabicia innego człowieka. Albo do jego
                          posiadania. A wszystko to musi się odbywać w autorytecie naukowości, humanizmu i
                          racjonalizmu. Tylko że to dziwny racjonalizm, który nie wskazuje ostatecznego
                          celu aktywności. Czy kogoś zbawią obrażające chrześcijan wystawy „ateistyczne”?
                          Czy propagujące ateizm reklamy sprawią, że ktoś odnajdzie sens życia? To jest
                          zachwalanie dziury, z której zieje najczarniejsza pustka. Jaką ofertę mają ci,
                          którzy twierdzą, że wszystko zaczęło się bez przyczyny i skończy się w grobie?
                          Gdyby tak było, nie miałoby sensu dokładnie nic, nawet prawda. Ba! Nawet
                          schroniska dla zwierząt!

                          Jeden z ateistów poradził mi, żebym był bardziej pokorny. Podziękowałem za radę,
                          bo słuszna, ale zapytałem też, dlaczego z punktu widzenia ateisty miałbym być
                          pokorny. Bo jeśli Boga nie ma, to po co rozwijać jakiekolwiek cnoty? Nie
                          otrzymałem odpowiedzi. Nie mam pretensji do ateistów, że nie są chrześcijanami.
                          Nie mogę domagać się od człowieka tego, co może dać mu tylko Bóg. Mam natomiast
                          pretensję do tych, którzy, deklarując wiarę w brak Boga, chcą być jej
                          misjonarzami. Bo to misja braku. Odradzający się agresywny ateizm ideologiczny
                          nie proponuje niczego pozytywnego. Domaganie się zdejmowania krzyży w urzędach i
                          szpitalach, wypychanie religii ze szkół albo wpychanie dzieciom
                          nieodpowiedzialnego seksu to nie żadne uwalnianie ludzi od przesądów. To
                          narzucanie społeczeństwu fanatycznej religii, w której jedyną trwałą zasadą
                          byłby brak trwałych zasad. W opanowanym tą religią świecie wartości określaliby
                          koncesjonowani etycy, a najwyższym kapłanem byłby ktoś, kto najskuteczniej
                          utwierdzałby ludzi w zwątpieniu. A najbardziej zakazane pytanie brzmiałoby: „Po
                          co?”.
                          • kaczy.i.indyczy Miłość ograniczona 19.07.09, 12:19
                            goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1234884086&dzi=1104798052&katg=
                            Miłość ograniczona

                            Myśl wyrachowana: Kto z gruchania robi cel życia, ten życie będzie miał
                            pogruchotane.
                            Słyszeliście, co nawyrabiała „Milka”? Ta od czekolady. Firma ogłosiła konkurs na
                            najlepsze, oryginalne hasło walentynkowe. Wśród przyjętych na listę haseł
                            znalazło się takie: „Kocham Cię. Ja też. I Ja. Ojciec, Syn i Duch Święty”. I
                            właśnie na nie zagłosowało najwięcej internautów. Organizatorów najwyraźniej
                            ogarnęła panika. Prędziutko zmajstrowali sobie paru takich, którym to hasło
                            obraziło uczucia religijne i jeszcze prędzej te uczucia uszanowali. Hasła z
                            posmakiem religijnym wycięto w pień, a pozostały – i wygrały – takie tam:
                            „Kocham cię, Łosiaczku…” ple ple ple (więcej na stronie 10).

                            Popatrzcie, jak polityczna poprawność określa, co jest dozwolonym sposobem
                            celebracji „święta zakochanych”. W kółko leci tylko „miłość, miłość, miłość”,
                            ale nie wolno wspomnieć o celu, a tym bardziej o źródle miłości, z którego
                            płynie każda miłość godna tego słowa. Kto chce się bawić w walentynki, nie może
                            wykraczać poza poetykę zakochania, czyli takie wiecznie gruchające gołąbki.
                            Gołąbki to ładny obrazek, warto jednak pamiętać, że dla prawdziwych ptaków
                            gruchanie jest wstępem do uwicia gniazda, a gniazdo dla wysiedzenia i wychowania
                            potomstwa. Popkultura chce, żeby ludzie zatrzymali się na poziomie gruchania, bo
                            jest z tego – na krótką metę – niezły biznes. To dlatego robi się wrażenie,
                            jakby zakochanie było celem i szczytem ludzkich zachowań. Dalej nic już tam być
                            nie musi, a nawet nie powinno. I podobno to jest właśnie miłość. Całowanie,
                            przytulanie, cała ta gra wstępna i proszę – miłość gotowa. I jest nawet owoc
                            miłości – zużyta prezerwatywa. I tak społeczeństwo należy wychować. Człowiek
                            albo będzie całuśny, albo niech spada. Teraz są takie atrakcyjne promocje na
                            eutanazję.

                            Takie myślenie sprawia, że młodzi żyją bez zobowiązań, a starzy zobowiązania
                            łamią, bo im byle powiew drugiej – a nawet trzeciej – wiosny burzy krew i lasuje
                            wapno. Mężowie odchodzą od żon i dzieci, bo „serce nie sługa”, żony porzucają
                            mężów – bo mają „prawo do szczęścia”. I żyje się potem byle jak, z byle kim.
                            Alimenty, procesy, dzieci rozdarte między mamą z „wujkiem”, tatą z „ciocią” albo
                            już i tatą z „wujkiem”. Spróbuj powiedzieć, że to nie miłość, tylko
                            najobrzydliwszy egoizm. Zaraz się rzucą do oczu. Mnie już niejeden oponent
                            potraktował cytatem ze św. Augustyna: „Kochaj i rób co chcesz”. To ulubiony
                            tekst „gruchotów”. Co prawda oni nie znają żadnych innych tekstów tego świętego
                            i nie mają zielonego pojęcia, kim on w ogóle był. Ale po co, skoro hasło takie
                            fajne. Hasło, zgoda, świetne. Ale za czasów Augustyna nie było „Milki” i
                            niczyich uczuć religijnych nie obrażało twierdzenie, że miłość ma jakiś związek
                            z Bogiem. Dla Augustyna to było oczywiste. Wiedział, że kto naprawdę kocha, ten
                            może robić, co chce, bo taki ktoś nie chce niczego, czego nie chciałby Bóg. I
                            nic dziwnego – prawdziwa Miłość to jest właśnie Bóg. Ojciec, Syn i Duch Święty.
                          • kaczy.i.indyczy Zgrzytanie Kościoła 19.07.09, 12:24
                            goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1233521686&dzi=1104798052&katg=
                            Zgrzytanie Kościoła


                            Myśl wyrachowana: Gdyby Kościół szedł za ludźmi, ludzie nie szliby za Bogiem.
                            Właśnie przeczytałem wywiad z panią, która zorganizowała sobie dziecko metodą in
                            vitro. Uśmiecha się na zdjęciu, przytulając chłopczyka. Opowiada, że Bóg dał jej
                            to dziecko. Rozstała się z drugim mężem, więc mały będzie jak znalazł.

                            Szczęśliwa matka z dzieckiem. Na taki widok topnieją serca niewieście, a
                            mężczyźni czują ściskanie w gardle. W tej sytuacji za potwora robi każdy, kto
                            ośmieli się powiedzieć, że za tym sielankowym obrazkiem kryje się coś złego. Bo
                            to taki zgrzyt usłyszeć, że to dziecko ma jeszcze rodzeństwo na śmietniku albo w
                            lodówce, prawda? Niemiło usłyszeć, że dzieci nie są niczyim prawem i nie można
                            ich traktować jak lekarstwa na kompleksy. A ludzie nie lubią zgrzytów. Jakaż to
                            więc piękna okazja, żeby uderzyć w sprawcę zgrzytu. – Patrzcie, oto wasz
                            Kościół. Organizacja oszustów i wyzyskiwaczy, zakała nauki i postępu. Tam się
                            tylko zbija kasę na naiwności potulnego ludu – jazgoczą senyszynoidy.

                            Nie tak prędko. Skoro Kościół jest zgrupowaniem wyzyskiwaczy i cwaniaków, to
                            jaki zysk ma z tego, że sprzeciwia się in vitro? Jeśli tak mu zależy na tłumach
                            płatników, to nie mógł zrobić gorszej rzeczy! Gdyby Kościół zatrudniał
                            piarowców, toby się zaraz powiesili. Z góry przecież było wiadomo, że lobby
                            „miłosiernych” wykorzysta to, żeby Kościół zdyskredytować. Wiadomo było, że
                            prasę zaleją zdjęcia matek z bobasami, szczęśliwych, bo nie słuchały Kościoła.
                            Oczywiste było, że na pniu kupi to spora część społeczeństwa, a niejeden
                            katolik-ale znajdzie w tym okazję do opuszczenia Kościoła w glorii szlachetnego
                            protestu. Dlaczego w takim razie Kościół zajął tak niepopularne stanowisko?
                            Odpowiedź jest prosta: bo to stanowisko WŁAŚCIWE. Bo tego wymaga wierność
                            prawdzie, a więc Bogu.

                            Gdyby Bóg popierał in vitro, papieżem byłaby Kluzik-Rostkowska, a nie Joseph
                            Ratzinger. Czy myślicie, że Duch Święty dozwoliłby Kościołowi błądzić w tak
                            ważnej sprawie? Gdyby Kościół szukał doraźnego zysku i popularności,
                            błogosławiłby wszystko, czego zażyczyliby sobie kapłani politycznej poprawności
                            – aborcję, kondomy, seks w każdej wersji, eutanazję, sztuczne zapłodnienia. I
                            upadłby, bo przegrałby w konkurencji z przeciętnym sex-shopem i byle kliniką w
                            Holandii. Ale, z łaski Boga, Kościół pozostanie opoką. Skałą, która nie ulega
                            zmiennym prądom opinii społecznej. I choć w tę skałę uderzają spienione fale, to
                            one się na skale rozbiją – nie odwrotnie. A wtedy schronienie znajdą na niej
                            nawet rozbitkowie z wrogich okrętów, którzy po sparzeniu się na rządach,
                            partiach i ideologiach, staną wreszcie w prawdzie. Czy jednak musi to być znów
                            po szkodzie? Czy wskutek in vitro ludzkość koniecznie musi się zmagać z
                            problemem kazirodczych małżeństw? Czy musi fundować pokoleniom zmajstrowanych
                            ludzi kompleksy tożsamości? Czy musi narażać się na eskalację niepłodności?
                            Lepiej z mądrym stracić, niż z głupim znaleźć. Ale to już każdy musi sam
                            rozstrzygnąć, kogo uważa za mądrego – skałę Kościoła czy pianę, toczoną przez
                            fałszywych proroków
                            • kaczy.i.indyczy Obowiązek rodzenia 19.07.09, 12:27
                              goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1233056908&dzi=1104798052&katg=
                              Obowiązek rodzenia



                              Myśl wyrachowana: Kto nikogo nie rodzi, ten umie tylko ronić pomysły.
                              Serial „Ojciec Mateusz” o księdzu detektywie bije rekordy oglądalności. Nie
                              słabnie popularność powtarzanego trzeci raz „Rancza”, w którym jedną z głównych
                              ról gra ksiądz. No i wciąż sporą widownię ma „Plebania”. To zła wiadomość dla
                              bojowników postępu, którzy w pocie czoła zwalczają polski klerofaszyzm i
                              przesądy światło ćmiące. Bo tak jakoś jest, że sympatia społeczna jest po
                              stronie pozytywnych bohaterów lubianych filmów. Tysiąc tekstów na blogu Joanny
                              Senyszyn nie zrównoważy jednego uśmiechu Artura Żmijewskiego w sutannie. Tysiąc
                              wpisów zapluwających się ze złości forumowiczów nie przeważy jednej sentencji
                              wygłoszonej przez Cezarego Żaka jako proboszcza.

                              Parafrazując Ewangelię, rzec można z pewnym uproszczeniem, że ktoś, komu
                              podobają się filmowi księża, nie może zaraz źle mówić o prawdziwych. A w tych
                              filmach księża się podobają. Grają różne charaktery, ale jedną cechę mają
                              wspólną – są szczerze religijni i stosunek do Boga wyznacza ich sposób
                              działania. Sukces „Ojca Mateusza” chyba kogoś przestraszył, bo w prasie odezwały
                              się pojękiwania, że ludzie naiwnie wierzą w księdza ideała. Tymczasem tacy
                              duchowni naprawdę się trafiają, sam takich znam. Oni są ojcowscy w najlepszym
                              tego słowa znaczeniu. Do takich ludzi chce się uciec, gdy jest źle, a gdy jest
                              dobrze, chce się im pochwalić swoim szczęściem. Niestety, takich ludzi jest za
                              mało, bo deficyt ojców przenosi się na wszelkie dziedziny życia.

                              Nic dziwnego, że nie w każdej parafii mamy ojca, skoro nie mamy ojców w tak
                              wielu rodzinach. Są tam, owszem, jacyś faceci, ale co z tego, skoro to w duszy
                              starzy kawalerowie. Bo stary kawaler to nie człowiek, który się nie ożenił. To
                              ktoś, kto nie ma dzieci – uwaga! – duchowych. Każdy chrześcijanin musi mieć
                              takie dzieci, niezależnie od tego, czy ma biologiczne potomstwo, czy nie. Czy to
                              duchowny, czy świecki – mężczyzna musi być ojcem, a kobieta matką. Każdy musi
                              kogoś zrodzić, a to dzieje się zawsze, gdy się bezinteresownie robi coś dla
                              czyjegoś prawdziwego dobra. Wszyscy mamy taką możliwość, bo nawet ślepi, głusi,
                              bez rąk i nóg możemy się jeszcze modlić.

                              W niebie się okaże, jak płodna była taka modlitwa.Jeśli ojciec biologiczny nie
                              dba o zbawienie swoich dzieci, jest starym kawalerem, nawet gdy jest młody i
                              żonaty. Jeśli ksiądz myśli o wszystkim, tylko nie o zbawieniu swoich parafian,
                              też jest starym kawalerem, w dodatku uprawiającym duchową antykoncepcję. Trwa
                              rok jubileuszowy św. Jana Marii Vianneya, ogłoszony w 150-lecie jego śmierci.
                              Ten ksiądz niemal całe kapłańskie życie spędził w zapadłej wiosce Ars. Był mały
                              i brzydki, a nauka szła mu ciężej niż Polsce przygotowania do Euro 2012. A
                              jednak do jego konfesjonału cisnęły się takie tłumy, że do Ars musiano
                              poprowadzić linię kolejową. I to w porewolucyjnej Francji! To powinno dać do
                              myślenia każdemu, kto utyskuje na „postępującą laicyzację”. Bo laicyzacja to nie
                              jest jakiś smok, który pożera tłumy chrześcijan. To raczej choroba sieroca,
                              wywołana brakiem prawdziwych – bo duchowych – ojców i matek.
                            • kaczy.i.indyczy Schody wiary 19.07.09, 12:31
                              goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1232381542&dzi=1104798052&katg=

                              Schody wiary


                              Myśl wyrachowana: Bóg przemawia głosem sumienia, a nie stacją jego zagłuszania.


                              Kilka lat temu ktoś dał mi książkę byłego amerykańskiego pastora Scotta Hahna, w
                              której autor opisał swoją drogę do Kościoła katolickiego. Myślałem, że to będzie
                              coś jak opowieści byłych katolików, tylko na odwrót. A ci byli katolicy z reguły
                              opowiadają, że się „nawrócili”, bo im Kościół katolicki zrobił krzywdę. Jeśli
                              pogrzebać głębiej w motywach, dziwnie często okazuje się, że tą krzywdą jest
                              własny grzech, którego delikwent nie chce uznać. Niewierność kapłaństwu, ślubom
                              zakonnym albo małżeńskim – takie rzeczy. Wszyscy są wtedy winni, tylko nie
                              sprawca. No bo co taki Kowalski winien, że zakochał się w mężatce i porzucił
                              własną żonę z trojgiem dzieci? Kościół winien, bo nie daje rozwodu. Inkwizycja
                              winna. Stosy, klątwy, trybunały. Co tam moje niedoskonałości wobec takiego morza
                              krwi i draństw. Ja przy zbrodniach Kościoła to jak Tusk przy Kaczyńskim.

                              Myślałem więc, że ten były pastor też będzie kalał gniazdo, tyle że swoje. To
                              mnie nie pociągało, zwłaszcza że znam wielu szczerze wierzących protestantów.
                              Ale nic z tych rzeczy. Przeczytałem historię człowieka do końca posłusznego
                              głosowi Ducha Świętego i dlatego właśnie porzucającego wszystko, w czym wyrósł i
                              co było mu drogie. Nie było tam odrobiny żalu do wspólnoty, którą opuścił –
                              przeciwnie, była duchowa szarpanina, żeby w niej zostać. Hahn musiał do
                              ostatniego ziarenka uznać wszystko, czego Kościół uczy, a o czym my, obecni w
                              Kościele od becika, nawet nie myślimy. Musiał zaakceptować wszystko, od
                              prawdziwej obecności Jezusa w Eucharystii do odrzucenia antykoncepcji.

                              Ta książka była dla mnie jak świeży powiew ortodoksji. Nieco później poznałem
                              Piotra Jaskiernię z USA. Okazało się, że ma identyczne przemyślenia. To on
                              właśnie, spotykając się często z przypadkami wyznaniowych „transferów”, zauważył
                              tę różnicę między motywacjami odchodzących z Kościoła, a motywami przychodzących
                              do niego. Na swojej stronie polon.us, tak kiedyś napisał o tych ostatnich: „Są
                              to zazwyczaj ludzie bardzo uczciwi i oddani całkowicie Jezusowi. Odkrywszy raz,
                              że Kościół katolicki jest tym, który On założył, odkrywszy Jego prawdziwą
                              obecność w Najświętszym Sakramencie, muszą przejść na katolicyzm. Inaczej byliby
                              hipokrytami, mieliby zakłamane życie. Na pewno jednak przejścia te nie są z
                              błahych powodów i nie dla własnej wygody”.

                              Zaczyna się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Wielu wyobraża sobie, że
                              jedność będzie wtedy, gdy uznamy, że to wszystko jedno, w co się wierzy. Nie.
                              Myślę, że wyznania chrześcijańskie są jak schody. Kto po nich wchodzi, nie ma
                              pretensji do niższych stopni. Nie obraża się na nie, bo one wyniosły go wyżej -
                              tam, skąd więcej widać. Co innego, gdy ktoś schodzi z najwyższego stopnia. Ktoś
                              taki rzuca gromy na ten stopień, bo on jest świadectwem jego cofnięcia się.
                              Wierzę głęboko, że ostatnim stopniem jest święty Kościół katolicki. W nim jest
                              pełnia prawdy objawionej ludziom przez Boga. I szanuję to, że przedstawiciele
                              innych wyznań nie podzielają mojego przekonania. To uważam za właściwy ekumenizm.
                              • kaczy.i.indyczy Katolik u wróżki 19.07.09, 12:40
                                goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1231109779&dzi=1104798052&katg=
                                Katolik u wróżki

                                Myśl wyrachowana: Ludzie chcą koniecznie wiedzieć, co będzie, bo nie wiedzą, co
                                jest.
                                Facet chciał się ożenić. W biurze matrymonialnym otrzymał dwie oferty. – Ta pani
                                jest ładna, ale głupia. A ta jest brzydka, ale bardzo pięknie śpiewa – mówi
                                pracownik biura. Klient wybrał tę drugą. Poszedł z kwiatami pod wskazany adres.
                                Na widok właścicielki mieszkania, zaczął błagać: „śpiewaj, śpiewaj, śpiewaj!”.

                                W tygodniku „Gala” ukazał się wywiad z Natalią Kukulską i jej przyjaciółką Violą
                                Śpiechowicz. Kukulska opowiada, jak to było z urodzeniem jej drugiego dziecka.
                                Ponieważ okazało się, że musi być cesarskie cięcie, piosenkarka mogła wybrać
                                termin porodu. Wybrała datę 5.05.2005. Tu wmieszała się Viola Śpiechowicz. –
                                Rozmawiałam z numerolożką. Zbadałyśmy tę datę w połączeniu z imieniem i
                                nazwiskiem Ani. I niestety… – zawiesiła głos. I podała datę właściwszą – 4 maja.
                                Po tym telefonie Natalia Kukulska nie mogła „zaznać spokoju”. Pomyślała, że
                                „pewne rzeczy dzieją się po coś” – i urodziła zgodnie z sugestią przyjaciółki.
                                Ta bardzo się ucieszyła, bo to „niepowtarzalna szansa, żeby sprawdzić układ planet”.

                                Lubię Natalię Kukulską, ale czytając to, miałem ochotę zawyć: „śpiewaj, śpiewaj,
                                śpiewaj!”.
                                Pani Natalio, litości. Pani jest katoliczką. Dlaczego uwierzyła Pani gusłom? To
                                racja, że pewne rzeczy dzieją się po coś. Na przykład po coś Pan Bóg dał ludziom
                                przykazania, a wśród nich pierwsze – „Nie będziesz miał bogów cudzych przede
                                mną”. Już w podstawówce na religii uczą dzieci, że zabobon to grzech. A co
                                dopiero magia. Co z tego, że pełno dziś „numerolożek” i innych „logów”, skoro
                                pod mądrymi nazwami kryją się wiedźmy i szarlatani. To w najlepszym razie
                                naciągacze, ale zazwyczaj też kanały przerzutowe złych mocy.

                                Żadne planety i gwiazdy nie mają wpływu na ludzi. Wpływ ma diabeł na tych,
                                którzy zamiast Bogu, wolą wierzyć w jakieś siły niezależne od Boga. To on stoi
                                za pseudonaukowymi praktykami astrologów i za rzekomym oddziaływaniem gwiazd.
                                Wierząc w ten duchowy chłam, ludzie sami pozbawiają się wolności, o której tak
                                chętnie trąbią. Pani Kukulska mogła urodzić dowolnego dnia miesiąca, a Bóg by
                                dziecku tak samo błogosławił. Była wolna – ale dała się usidlić. Stąd ten
                                niepokój i nierozumna zmiana planów. Nierozumna, bo i rozum Bóg też dał nam po
                                coś. Po to, żeby człowiek rozeznawał i decydował według racjonalnych przesłanek,
                                a nie pozwalał się wodzić za nos obcym siłom.

                                To kompromitujące, że chrześcijanie, mając Bożą opiekę, szukają zabezpieczeń w
                                amuletach i liczą na opiekę nieznanych mocy. To rozpaczliwe, że ludzie odkupieni
                                krwią Chrystusa, sprawdzają, czy ktoś nie ma dla nich czegoś jeszcze lepszego.
                                Korzystanie z usług wróżek, kierowanie się horoskopami i wszelkie tego typu
                                praktyki są śmiertelnie niebezpieczne dla duszy, bo mają posmak pierwszego
                                grzechu. Człowiek mówi wtedy Bogu: „Nie ufam Ci. Sprawdzę Cię u konkurencji”. To
                                zjawisko nasila się w okolicach Nowego Roku, gdy ludzie, mając komplet
                                potrzebnych informacji, chcą poznać wiedzę, która może ich zniszczyć. Znów
                                sięgają po owoc drzewa poznania, niepomni, że ocala tylko owoc drzewa krzyża.
                                • kaczy.i.indyczy Dziecko w dobre ręce 19.07.09, 12:53
                                  goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1230567912&dzi=1104798052&katg=
                                  Dziecko w dobre ręce

                                  Myśl wyrachowana: Dlaczego trzeba oddać dzieci Bogu? Bo to Jego własność


                                  Jestem pół roku po ślubie. I bardzo boję się mieć dzieci – napisała mi 25-letnia
                                  czytelniczka. A boi się, bo nie wie, co stanie się z jej dziećmi w tym świecie,
                                  który pogrąża się w coraz większej paranoi. Obawia się o los dzieci, którym
                                  przyjdzie żyć w społeczeństwie pozbawionym poczucia dobra i zła, gdzie liczyć
                                  się będzie tylko przyjemność bez sensu i celu. I gdzie za ułomność zostanie
                                  uznana wierność Bogu. „Boję się, co usłyszy moje dziecko, kiedy ktoś je zobaczy
                                  w pierwszokomunijnym ubranku. A co usłyszy, kiedy będzie nosiło na szyi
                                  krzyżyk!?” – obawia się autorka listu. Myślę, że ten lęk to skutek przekonania,
                                  że cokolwiek od nas zależy. A nie zależy.

                                  Nie mamy żadnej gwarancji – ani tego, że za godzinę będziemy żyli, ani tego, że
                                  w ogóle ten świat jeszcze dziś nie rozleci się w drzazgi. Chcemy zaplanować i
                                  zabezpieczyć całe życie naszych dzieci, choć kompletnie nie panujemy nad
                                  własnym. Boimy się o przyszłość potomków, a nie wiemy, czy ich w ogóle będziemy
                                  mieli. Nie jesteśmy stworzycielami dzieci. One mają swojego Stworzyciela. I nie
                                  jesteśmy ich zbawicielami. One mają swojego Zbawiciela. To nieważne, co dziecko
                                  usłyszy z powodu noszonego krzyżyka. Ważne, że ten krzyżyk będzie nosiło.
                                  Nieważne, że wyśmiałby je ktoś z powodu ubranka komunijnego. Ważne, że przyjmie
                                  Pierwszą Komunię, a potem kolejne. To jest coś, za czym tęsknią rozmaici
                                  wojujący antyklerykałowie, „racjonaliści” czy ateiści. Bo choć oni szykanują
                                  chrześcijan, to jednak wyją o prawdziwych chrześcijan.

                                  Całe te tabuny ludzi, ziejących na forach internetowych nienawiścią przeciw
                                  „czarnym”, w gruncie rzeczy błagają o ludzi prawdziwej wiary. O kogoś, kto
                                  zaskoczy ich reakcją na ich własną agresję, kto pokaże, że Jezus naprawdę działa
                                  i chce wypełnić pustkę ich życia. Kto jak kto, ale właśnie chrześcijanie powinni
                                  mieć dzieci. Bo choć nie wiemy, jak potoczy się ich życie, możemy je
                                  zabezpieczyć, jak nikt inny. Jedyna sensowna polisa, jaką możemy dzieciom
                                  założyć, to powierzenie ich Bogu. Aktem woli. Mocną decyzją. Przed urodzeniem
                                  albo przy urodzeniu. Kto tego nie zrobił, niech zrobi to teraz. Oddanie naszych
                                  dzieci Bogu to konieczność, bo sami ich nie ochronimy, choćbyśmy je w domu
                                  obstawili kamerami, odcięli od komputera, a do szkoły wozili w transporterach
                                  opancerzonych.

                                  Człowiek sam dla siebie jest niebezpieczny i zgrzeszyć może nawet na bezludnej
                                  wyspie w środku oceanu. Jeśli Bóg nie weźmie się do wychowania człowieka, nie
                                  wychowają go na ludzi najlepsi rodzice, nawet wsparci batalionem hiperniań. To
                                  prawda, że ten świat wpada w obłęd, ale sam Bóg nie zawahał się na taki świat
                                  wydać swojego Syna. I zrobił to właśnie dlatego, że ten świat jest taki. Wydał
                                  Go na poniewierkę, tułaczkę i mękę, bo miał w tym cel sobie wiadomy. Najlepsza
                                  mama na świecie, Maryja z Nazaretu, nie pytała, jaki to cel. Wiedziała, że Bóg
                                  nikogo nie krzywdzi i ma tylko dobre cele. Po prostu przyjęła Dziecko. A to
                                  jedno Dziecko sprawiło, że warto wydać na świat każde dziecko.
    • kaczy.i.indyczy Decyzja wyboru 02.08.09, 21:07
      goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1247997992&dzi=1104798052&katg=
      Decyzja wyboru

      Myśl wyrachowana: Bóg jest zawsze po naszej stronie. My jesteśmy tam dużo rzadziej
      Pewien bioenergoterapeuta rzucał się kiedyś o tekst w „Gościu”, bo przeczytał o
      swej profesji nie to, co przeczytać sobie życzył. Zajrzałem na jego stronę
      internetową. Do haczyka „uzdrowień” dopiął całą gamę opartych na magii usług, a
      wśród nich „podejmowanie życiowych decyzji”. Internet roi się od takich ofert.
      Szarlatani żerują na lęku ludzi, zwłaszcza tych, którzy wchodzą w dorosłe życie.
      Teraz mają żniwa. Młodzież kończy szkoły, maturzyści szukają uczelni, absolwenci
      pracy. To rzeczywiście ciężki czas. Pamiętam, że przed egzaminami i w chwilach
      niepokoju o przyszłość nachodził mnie fragment z Baczyńskiego: „prześpię czas
      wielkiej rzeźby z głową ciężką na karabinie”. Ale choć chciałem, nie mogłem
      niczego przespać – musiałem mierzyć się z życiem krok po kroku.

      I całe szczęście, bo ta „wielka rzeźba” jakoś ludzi rzeźbi. Między innymi uczy
      prawdziwości przysłowia „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Bo nie ma
      czegoś takiego jak przeznaczenie. Jeśli drapię się w głowę, to nie dlatego, że
      tak mi było przeznaczone, tylko dlatego, że chcę. I tak z każdą rzeczą, bo w
      decyzjach naprawdę jesteśmy wolni. Niczyja przyszłość nie jest nigdzie zapisana
      i żadne gwiazdy nie mają na nikogo wpływu. Wpływ może mieć diabeł – gdy człowiek
      w to nie wierzy i chce zajrzeć za zasłonę przyszłości. Zdolność podejmowania
      samodzielnego wyboru to nasz niesłychany przywilej. Samemu Bogu możemy
      powiedzieć „tak” albo „nie”. Archanioł nie pytałby Maryi o zgodę na zostanie
      matką Mesjasza, gdyby musiała się zgodzić. Bo przeznaczenia nie ma – jest wola
      Boża. A to zupełnie co innego, bo Bóg ma plan, a nie sztywny scenariusz. Księga
      Rodzaju opowiada, że Bóg przyprowadził do Adama zwierzęta, „aby przekonać się,
      jaką on da im nazwę”. Czy to nie znaczy, że Bóg jest „ciekaw”, co człowiek
      odkryje i jak zdecyduje? Bóg kocha nasze decyzje – byle nie były grzeszne.

      Kiedyś widziałem w telewizji program o św. Ojcu Pio. Jakiś mężczyzna opowiadał
      tam, jak po maturze wahał się, czy zostać muzykiem, czy matematykiem. Zapytał
      więc o to przechodzącego świętego. Ten rzucił tylko „rób, co chcesz” i poszedł.
      Mężczyzna został muzykiem. – Choć minęło wiele lat, do dziś nie wiem, czy
      zrobiłem dobrze, bo może powinienem zostać matematykiem? – zastanawiał się przed
      kamerą.
      Zadziwiające, że chłop niczego nie zrozumiał. Ojciec Pio powiedział mu dużymi
      wołami, że jego decyzja będzie dobra, niezależnie od tego, czy zostanie muzykiem
      czy matematykiem. Bo człowiekowi dużo wolno. Wolno mu pójść w lewo, na prawo, na
      psychologię albo na kawę i lody. Mężczyźnie wolno pojąć żonę, byle nie cudzą,
      kobiecie (na podobnych warunkach) wolno poślubić męża. Gdy nie wiemy, czego Bóg
      chce, to – z wyjątkiem grzechu – możemy wybrać, co chcemy. I Bóg tego właśnie chce.
      • kaczy.i.indyczy Jak żyć, to wiecznie 02.08.09, 21:10
        goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1248513942&dzi=1104798052&katg=
        Jak żyć, to wiecznie

        Myśl wyrachowana: Kto mówi tylko to, co mówić pozwolą, ten nie ma nic do
        powiedzenia.
        Czy pan się nie boi? – słyszę coraz częściej, otrzymując wyrazy poparcia. Bo
        podobno „drażnię takich, którzy dużo mogą”. I wiecie co? Boję się – że
        chrześcijanie zadają takie pytania. Bo w tle brzmi: „Ja bym się bał”. Czyżby
        wyzwoleni przez Chrystusa mieli mówić nie to, co należy, lecz to, co niczym nie
        grozi? Do czego to doszło, że za odważnego uchodzi ktoś, kto mówi najoczywistsze
        rzeczy: że aborcja i eutanazja to zabójstwo, że seksualne związki ludzi tej
        samej płci to nie małżeństwo, lecz zboczenie, i że zbrodnią jest powierzanie
        takim ludziom dzieci. Oj, łatwo dajemy się zastraszyć. I to przez kogo! Przez
        krzykliwych szaleńców, niezdolnych nawet określić celu, w jakim wywracają świat.
        Chcą ludzkość wychować, choć sami – sądząc po obrazkach z „parad” – nie potrafią
        się nawet zachować.
        Król pruski Fryderyk Wielki zasłynął hasłem, które rzucił, okładając kijem
        cofających się pod morderczym ogniem żołnierzy: „Cóż u diabła, chcecie żyć
        wiecznie?”. O ile bardziej należałoby zawołać do cofających się przed deszczem
        plwocin i błota chrześcijan: „Cóż na Boga, czy nie chcecie żyć wiecznie?”.

        Ludzie! Czy my mamy dusze z galarety? Co oni nam mogą zrobić? Wydrwić w gazecie,
        sądem postraszyć? – ojej, jaka straszna rzecz! A gdyby nawet przyszło i życie
        stracić, to i co z tego? My tu naprawdę żyjemy tylko chwilę. Św. Tomasz More
        odmówił uznania króla za głowę Kościoła, choć wiedział, że za to straci własną
        głowę. Pamiętam literacki opis jego spotkania z żoną w więzieniu.
        – Podpisz, w sercu zostaniesz katolikiem – mówi żona.
        – A jak długo, myślisz, będę jeszcze żył? – pyta More.
        – Może dwadzieścia lat?
        – I ty chcesz, żebym dla dwudziestu lat poświęcił wieczność?

        Każdą sprawę musimy widzieć w perspektywie wieczności. Inaczej nie warto się
        młotkować o cokolwiek. Jeśli nie mamy na uwadze zbawienia swojego i nawet tych,
        którym się sprzeciwiamy, nie znajdziemy dość motywacji, żeby nadstawiać karku. A
        nadstawiać będziemy musieli. Widać to po pierwszych procesach. Lobby aborcyjne
        skarżące „Gościa” za nazywanie zabójstwa po imieniu to balon próbny. To
        testowanie, czy można już sobie pozwolić na następny cios w fundamenty zdrowego
        społeczeństwa. Tę samą funkcję ma proces karny, jaki aborcjoniści wszczęli wobec
        Joanny Najfeld (szczegóły na str. 32–34). Podziw wobec tej dziewczyny to za
        mało. Trzeba modlitwy, gestów poparcia dla niej i sprzeciwu wobec działań
        talibów „postępu”. Trzeba jasnego świadectwa: „Ona mnie reprezentuje. Uderzacie
        w nią – uderzacie we mnie”. Musi być jasne, że tacy jak ona to nie prywatni
        straceńcy, tylko nasz głos i nasze sumienie. Św. Ignacy Loyola pisał, że diabeł
        jest jak wróg, który chcąc zdobyć twierdzę, najpierw szuka w niej słabych
        miejsc. Robi swoiste „rozpoznanie walką”. Dlatego musimy twardo walczyć. Bez
        woli Boga, który każdy nasz włos policzył, nic nam nie mogą zrobić. A jeśli wolą
        Boga będzie, żeby nam coś zrobili? No cóż – On wie lepiej, co dla nas dobre. A i
        dla prześladowców, bo przecież – jak rzekł ksiądz Popiełuszko – walczymy ze
        złem, a nie z jego ofiarami.
        • kaczy.i.indyczy Boże, szanuj parytet 15.08.09, 14:57
          goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1249017131&dzi=1104798052&katg=
          Boże, szanuj parytet

          Myśl wyrachowana: Gdyby człowiek miał prawo do wszystkiego, życie byłoby do niczego


          Tygodnik Powszechny podniósł sprawę kapłaństwa kobiet. „Powstrzymywanie kobiet
          od dostępu do kapłaństwa nie da się utrzymać, ponieważ nie licuje z godnością
          kobiety” – czytamy we wstępie do tekstu ks. Alfonsa Skowronka. „Nie ma ani
          jednego przekonującego argumentu przeciwko równouprawnieniu kobiety w Kościele”
          – pisze autor. Ależ w Kościele wszyscy jesteśmy równouprawnieni! Zarówno
          kobiety, jak i mężczyźni – na równi nie mamy prawa do kapłaństwa. Bo kapłaństwo
          nie jest prawem, tylko łaską. A Bóg mówi w Księdze Wyjścia: „Ja wyświadczam
          łaskę, komu chcę”. Skoro Bóg chce, żeby tylko mężczyźni byli kapłanami, to co
          nam do tego? Mężczyźni zresztą też nie są uprawnieni do bycia kapłanami – mogą
          nimi zostać tylko ci, których wybrał Bóg. Jezus mówi: „TY pójdź za Mną”. Ty,
          konkretny człowieku, a nie: „chodźcie za Mną kto tam chce, byle według
          parytetu”. Kościół, udzielając święceń, potwierdza prawdziwość powołania. Czy z
          faktu, że inni – ci niepowołani – mężczyźni kapłanami zostać nie mogą, wynika,
          że to nie licuje również z ich godnością?

          Bóg stworzył nas równymi, ale zadania dał nam różne. Prawdziwa równość polega na
          równym dostępie do świętości (czyli do nieba), a nie na równym dostępie do
          urzędów kościelnych. Demokracja poprzewracała ludziom w głowach. Wszyscy
          wyobrażają sobie, że mają do wszystkiego prawo. Ale nic z tego. Jesteśmy –
          używając biblijnego porównania – garnkami w ręku garncarza. Jak garnek śmie
          mówić: „czemuś mnie takim stworzył”? Jak garnek śmie mówić garncarzowi: „Mam
          prawo mieścić w sobie to samo i tyle samo, co każdy inny twój wytwór”? O
          kapłaństwie kobiet można by mówić, gdyby Jezus do grona Dwunastu włączył
          kobietę. Ale tego nie zrobił. Daremnie to tłumaczyć „ówczesną kulturą”. Gdyby
          Bóg chciał kapłaństwa kobiet, to ówczesna kultura byłaby inna.

          Dyskusja na temat kapłaństwa kobiet jest bezprzedmiotowa. Sprawę zamknął Jan
          Paweł II Listem apostolskim Ordinatio sacerdotalis: „Aby zatem usunąć wszelką
          wątpliwość w sprawie tak wielkiej wagi, która dotyczy samego Boskiego
          ustanowienia Kościoła, mocą mojego urzędu utwierdzania braci (por. Łk 22,32)
          oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy udzielania święceń kapłańskich
          kobietom oraz że orzeczenie to powinno być przez wszystkich wiernych Kościoła
          uznane za ostateczne”. To jedna z najmocniejszych i najbardziej stanowczych
          wypowiedzi Papieża od czasu ogłoszenia dogmatu o nieomylności papieskiej. Więc o
          czym tu jeszcze rozmawiać? Kobiety kapłanami nie będą, choćby Parlament
          Europejski wydał na ten temat sto rezolucji, popartych autorytetem Kongresu
          Kobiet Polskich. Nie ma to jednak żadnego związku z godnością kobiet. Z Biblii
          wiemy, że Bóg „wybrał to, co niemocne”, skarb złożył w „naczyniach glinianych”.
          Nawet na apostołów wybrał nieszczególnie mądrych i niespecjalnie lotnych ludzi.
          Dzięki temu jaśniej wyszło, że Bóg zbawia, a nie żaden ludzki guru. Może więc
          Bóg kapłanami czyni mężczyzn, bo są gorsi od kobiet?
          • kaczy.i.indyczy Obiektywizm tendencyjny 16.08.09, 14:51
            goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1229272693&dzi=1104798052&katg=
            Obiektywizm tendencyjny
            Franciszek Kucharczak

            Myśl wyrachowana: Z odmiennymi przekonaniami należy się mierzyć, a nie czynić je
            przedmiotem kultu

            Pan pisze tak, jakby dla pana chrześcijaństwo było jedyną słuszną religią –
            napisał mi czytelnik. Odpisałem, że od niego, jako niechrześcijanina, nikt nie
            oczekuje, żeby uznawał chrześcijaństwo za słuszną religię. W odpowiedzi
            otrzymałem klasyczne: „jestem katolikiem, ale…”. Że on niby taki otwarty,
            zwrócony ku odmiennym przekonaniom i „obiektywny”. O właśnie – obiektywizm. To
            teraz ideał. Miałby polegać na dystansie do rzeczywistości i zimnym ocenianiu
            wszystkiego – nawet wyznawanej przez siebie religii. Bardzo to ambitne, tyle że
            na ziemi osiągalne jedynie przez nieboszczyka. On wszystko ocenia na zimno i
            wszystkich traktuje z jednakowym, sztywnym dystansem. Żywi tego nie potrafią.
            Oni tylko mówią, że są obiektywni, nawet gdy angażują się po jakiejś stronie po
            same uszy. Taka Monika Olejnik uważana jest za wzór obiektywizmu, ale tylko
            przez tych, którzy mają poglądy zbliżone do jej poglądów. Wystarczy posłuchać,
            jak rozmawia z Donaldem Tuskiem, a jak ze Zbigniewem Ziobro. Albo jak mówi z
            przeciwnikiem lustracji, a jak z jej zwolennikiem. Zawsze robi to obiektywnie,
            lecz w pierwszych przypadkach jest to obiektywizm przychylny, a w drugich
            obiektywizm obiektywny.

            Nie żebym wytykał dziennikarzom – czy w ogóle komukolwiek – tendencyjność.
            Przeciwnie, uważam, że ludzie muszą być tendencyjni. Są przecież żywi i jako
            tacy mają poglądy. Niemożliwe, żeby te poglądy nie miały wpływu na ich
            działalność. Problem w tym, że oni udają obiektywnych. Tym samym włączają się w
            wyścig o certyfikat obiektywizmu. Kto wyraża poglądy zgodne z obowiązującą
            linią, zostaje uznany za człowieka rozsądnego i wyważonego, i taki certyfikat
            otrzymuje, kto zaś obowiązującą linię podważa, ten jest oszołom, faszysta,
            ksenofob i nie ma z nim co gadać.

            Wielu ludzi ze strachu przed uznaniem za tendencyjnego schowało swoje poglądy
            tak głęboko, że ich teraz nie umie znaleźć. A ponieważ polityczne słuszniactwo
            na czoło listy poglądów nieobiektywnych wciągnęło przekonania religijne,
            niejeden chrześcijanin wyparł się Chrystusa. Bo gdy ktoś obiektywizmem nazywa
            pogląd, że inne religie są równie „słuszne” jak chrześcijaństwo, to z niego
            żaden katolik, tylko wyznawca bogów cudzych. Chrześcijanin musi uznawać
            chrześcijaństwo za jedyną w pełni prawdziwą religię i jej wskazaniami kierować
            się dokładnie we wszystkim. Dlaczego? Bo chrześcijaństwo JEST „jedyną słuszną”
            religią. A że wielu uważa inaczej? Nic dziwnego, skoro tylu mamy katolików
            owładniętych obsesją obiektywizmu. Wystarczy spojrzeć na katolickich posłów,
            którzy głosują i przeciw ochronie życia, i za in vitro, bo „nie można kierować
            się przesłankami teologicznymi”, za to marksistowskimi i im podobnymi jak
            najbardziej. Ludzki obiektywizm to mit, bo obiektywny może być tylko ktoś, kto
            ma komplet informacji. Nie, nie chodzi o Trybunał w Strasburgu. O Pana Boga
            chodzi. Ja tam nie będę ukrywał: my w „Gościu Niedzielnym” jesteśmy tendencyjni
            – popieramy Jezusa.
            • kaczy.i.indyczy Czekanie na rozwiązanie 16.08.09, 14:58
              goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1228134679&dzi=1104798052&katg=

              Czekanie na rozwiązanie
              Franciszek Kucharczak

              Myśl wyrachowana: Problemom trzeba zaradzać, a nie zabijać ich nośniki


              Zaręczyli się. Ona zaszła w ciążę, ale nie powiedziała mu o tym. Jak to
              powiedzieć, skoro… to nie on był ojcem. Ale dowie się i tak, bo nic między nimi
              nie było. A gdy się ludzie zwiedzą, najdosłowniej zatłuką.
              W końcu się dowiedział. – Ona? Taka święta? – nie mógł pojąć. Ale dowód zdrady
              był oczywisty. Więc co? Nie mógł zamieszkać z wiarołomną, ale wydać ją na śmierć
              też nie potrafił. Postanowił wziąć winę na siebie. Zerwie z nią. Niech ludzie
              gadają, że łajdak, że zostawił kobietę w ciąży. Będzie na niego, ale ją ocali.
              Ona nazywała się Maria. Mieszkała w Nazarecie. Co mogła zrobić? Powiedzieć, że
              to Dziecko to z Ducha Świętego? No nie, takie rzeczy to… nawet nie w Erze. W coś
              podobnego nawet Michnik Jaruzelskiemu by nie uwierzył. Więc milczała. I co?
              Zainterweniował sam Bóg. Któregoś ranka Józef obudził się jako mąż Dziewicy i
              ojciec Syna Bożego. Wiedział.

              Nie byłoby tego, gdyby Maryja straciła zaufanie, że skoro Bóg coś zaczął, to
              dokończy. Bo mogła „wziąć sprawy w swoje ręce”. A miała wszelkie dane, żeby –
              nawet zgodnie z polskim prawem – dokonać aborcji. Przecież ta ciąża ewidentnie
              „zagrażała życiu matki”. A Ona nic. Czekała. O czekanie ludziom najtrudniej –
              szczególnie, gdy mają problem. I zwłaszcza, gdy dotyczy poczętych dzieci. „Co
              robić?” – panikują rodzice, gdy nieletnia córka informuje, że będą dziadkami.
              „Co robić?” – kombinują małżonkowie, gdy mają dorosłe dzieci, a tu buch –
              kolejna ciąża. „Co robić?” – gorączkują się pary, gdy lekarz powie: „Płód jest
              chory”. Bo trzeba coś zrobić, i to już, już, już! Wyobraźnia pracuje na
              najwyższych obrotach. Strach taki, że nawet Oleksemu zjeżyłby włosy na głowie.
              „Zmyślimy, że córkę zgwałcił kolega”. „Namówimy lekarza, żeby napisał, że ciąża
              szkodzi sercu, nogom, oczom”. „Poszukamy czegoś na lewo, wyjedziemy za granicę”.
              Jest coś diabelskiego w tym strachu, który wszystko każe uważać za lepsze niż
              dziecko. Który mówi, że każde rozwiązanie jest lepsze niż szczęśliwe rozwiązanie.

              Genialny był twórca przysłowia „Co nagle, to po diable”. Bo to jest naprawdę po
              diable. To diabeł pogania, że trzeba coś robić, gdy właśnie nic robić nie wolno.
              Bo nie można brać sprawy w swoje ręce, gdy ta „sprawa” też ma ręce. To zły każe
              się śpieszyć, bo „potem będzie za późno”. Będzie za późno, ale dla niego. Bo on
              kocha wpychać nas w decyzje nieodwracalne. Zabójstwo człowieka – to jest dla
              niego rarytas! Najpierw roztacza tysiąc powodów, dla których trzeba „uporać się
              z problemem”, a gdy się to zrobi, nagle się wycofuje. I zrozpaczony człowiek
              słyszy tylko dudniący rechot: „Patrz, coś zrobił”.
              Na pytanie „co robić”, gdy człowiek już jest, odpowiedź jest jedna: nic. Kto
              przeczeka czas burzy i lęku, widzi, że nie było się czego bać. Gdy wielkie oczy
              strachu okazują się ślicznymi oczkami dziecka, wszystko staje się proste i
              jasne. Bo każde dziecko jest błogosławieństwem. Zawsze. Piszę to, bo zaczyna się
              Adwent, a to jest właśnie czas czekania na Dziecko. Gdyby Maryja nie umiała
              czekać, my nie mielibyśmy na co czekać.
              • kaczy.i.indyczy Moralność, głupcze! 16.08.09, 15:09
                goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1226870563&dzi=1104798052&katg=
                Moralność, głupcze!
                Franciszek Kucharczak

                Myśl wyrachowana: Kto mówi „gospodarka, głupcze”, a nie myśli o moralności,
                gwarantuje tylko głupotę

                Podobno wszyscy cieszą się ze zwycięstwa Obamy. Pewnie to prawda. Ja na przykład
                się nie cieszę, bo nie jestem wszyscy. Ale też wygraną Obamy strasznie się nie
                martwię. To nie takie istotne, kto został wybrany. Istotniejsze jest, kto go
                wybierał. Na przykład Obamę poparła ponad połowa głosujących katolików. Pewnie,
                że oni mieli różne powody, żeby go wybrać – bo czarny, bo młody, bo nie Bush.
                Problem w tym, że uznali te przyczyny za ważniejsze od tych, dla których wybrać
                go nie powinni. Bo co z tego, że Obama ma wiele nieobowiązkowych zalet, skoro
                nie ma tej jednej koniecznej – szacunku dla prawa naturalnego. Zgoda – jest
                sprawny, ale on opowiada się za aborcją! Zgoda – jest dobrym mówcą, ale popiera
                związki homoseksualne! Dla każdego człowieka sumienia, zwłaszcza dla
                chrześcijanina, takie poglądy powinny wykluczać poparcie. Jeśli nie wykluczają,
                to znaczy, że z wyborcami jest jeszcze gorzej niż z wybrańcem. No bo jeśli
                społeczeństwo popiera człowieka, który neguje sprawy podstawowe, to znaczy, że
                dla społeczeństwa przestały to być sprawy podstawowe. Tuż po wyborach słuchałem
                komentarzy w radiowej jedynce. – Obama niczego nie zmieni. Nie będzie żadnych
                ryzykownych ruchów w gospodarce – prognozowali publicyści. – Jeśli coś zmieni,
                to jedynie w sprawach kulturowych, obyczajowych. Prawdopodobnie będzie tylko
                dążył do ułatwienia aborcji i legalizacji jednopłciowych związków – uspokajali.

                JEDYNIE sprawy kulturowe! Prezydent największego mocarstwa zechce TYLKO poprzeć
                „nowy model” rodziny! Ale co tam rodzina – ważne, żeby benzyna była tania.
                Ważne, żeby ocalił konsumpcję, bo wszystkich konsumentów już nie musi. Bill
                Clinton może nie dbał o gospodarkę bardziej niż inni prezydenci, ale tak się
                wydawało, bo mniej niż tamci dbał o moralność. Nad biurkiem powiesił sobie napis
                „gospodarka, głupcze!”, a pod biurkiem zabawiał się z Moniką Lewinski. A potem
                kłamał, że się nie zabawiał. Ludzie mieli do niego pretensje. Ale o co? Przecież
                napisał „gospodarka” a nie „moralność” albo „przyzwoitość”. No i sam przyznał,
                że jest głupcem. Tacy ludzie są coraz bardziej w cenie nie tylko w USA. To
                skutek założenia, że moralność jest czymś dodatkowym i mało istotnym, bo bez
                wpływu na życie. Takie myślenie znamionuje schyłek imperiów. Bo co z tego, że
                twardzi Rzymianie stworzyli wspaniałą sieć akweduktów, skoro ich rozlazłe
                potomstwo nie było w stanie przeszkodzić barbarzyńcom w przerwaniu dopływu wody.
                Odcięcie od źródeł wystarczy, żeby zawalić najwspanialszą cywilizację.
                Pewnie, że może być inaczej. Ludzie mogą otrzeźwieć i zmienić poglądy, a wtedy i
                Obama je zmieni. Jest przecież „pragmatykiem”. Różne rzeczy mogą się zdarzyć,
                ale ludzie nie mają prawa liczyć na cud Boski, jeśli sami działają wbrew Bogu.
                Pewna kobieta, sponiewierana przez męża, zadała mi kiedyś pytanie: „Dlaczego Bóg
                dopuścił, żebym za niego wyszła?”. Tak to jest – ludzie wybierają jak chcą, a
                potem mają pretensje do Boga, że im na to pozwolił
                • kaczy.i.indyczy Katolicyzm niestrawny 16.08.09, 15:15
                  goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1226334807&dzi=1104798052&katg=
                  Katolicyzm niestrawny
                  Franciszek Kucharczak

                  Myśl wyrachowana: Kto uzależnia wiarę od trendów, ten ma wiarę "trendowatą".

                  Tydzień temu były u mnie małe kościotrupy. „Cukierek albo psikus” – zawołały. Ja
                  na to, że ani jedno, ani drugie, bo nie uznaję tego „święta”. Kościotrupy
                  posmutniały (patrzcie, nawet truposz może posmutnieć) i poszły. Odprowadziłem je
                  wzrokiem, bacząc, czy nie zrobią „psikusa”. Ale nie zrobiły, bo u nas są jeszcze
                  dobre kościotrupy. Idę do domu i zaglądam do poczty. Jest list od pani Ewy z
                  Hamburga. Jej syn chodzi tam do szkoły katolickiej, najlepszej w mieście. „Mam
                  tego dość. Dzisiaj dziecko wróciło ze szkoły i opowiedziało mi podniecone o
                  Halloween. W zeszycie słowo dnia (z którym trzeba ułożyć zdanie) – Halloween” –
                  pisze pani Ewa.

                  W „Gościu” nr 43 ukazał się list pani Ewy. Opowiedziała tam o swoim odkryciu,
                  jakiego dokonała, przeglądając czytankę, z której uczy się jej syn,
                  drugoklasista. Na którejś stronie tekst o rodzinie. Rodzina to grono ludzi,
                  którzy się kochają – tatuś, mamusia i dzieci albo dwie mamusie, dwaj tatusiowie…
                  Zbulwersowana zadzwoniła do znajomych, których dzieci też chodzą do tej szkoły.
                  I co? Pełna „tolerancja”: żyjemy w innych czasach, trzeba rozumieć, nie można
                  przesadzać. Interwencja u dyrektorki – to samo: nie można dzieci z rodzin
                  „niestandardowych” stygmatyzować, należy szanować, rozumieć, a do szkoły trzeba
                  mieć zaufanie. „Kiedy zagwarantowałam jej moje zaufanie pod warunkiem, że
                  program szkolny nie odbiega od 10 przykazań, odrzekła, że w szkole próbuje się
                  połączyć rozmaite katolickie prądy i nie można zamykać oczu na inne wartości”.
                  No i przecież można poszukać innej szkoły.
                  A jakiej szkoły ma szukać katolik, jeśli nie katolickiej? Gdzie jego dziecko ma
                  być ochronione przed „rozmaitymi prądami”, jeśli nie tam właśnie? Gdy już taka
                  szkoła zdradza Chrystusa, to gdzie jeszcze można się zwrócić? Pani Ewa poszła do
                  księdza. Starszy kapłan dostrzegł w niej walecznego ducha i… odradził
                  waleczność. Upieranie się przy zasadach nazwał zgorzknieniem. Doradził „pogodę
                  ducha” i rezygnację ze sporów ze szkołą, bo „i tak nic pani nie zdziała”.

                  Tak właśnie sól ziemi traci smak. Ona jeszcze wygląda jak dawniej. Pozbawieni
                  smaku katolicy deklarują jeszcze wiarę, ale to wiara w siebie. Bezsmakowi księża
                  sprawują jeszcze święte ceremonie, ale celebrują już tylko święty spokój.
                  Bezsmakowe instytucje katolickie wciąż jeszcze noszą katolicki szyld, ale na tym
                  koniec. To nie jest żadne chrześcijaństwo, to jest jak Polski Związek Piłki
                  Nożnej – wypasieni działacze, którym szczytne hasła służą do robienia interesów.
                  PZPN i tak jest w lepszej sytuacji, bo tam jest przynajmniej do czego kopnąć.
                  Zwietrzały katolicyzm nie nadaje się nawet do tego. Nie ma się co łudzić, że u
                  nas będzie inaczej, jeśli pozwolimy bezkarnie działać agentom moralnego
                  nihilizmu. Jeśli nie będziemy wymagać od tych, którzy mają uczyć wymagań, może
                  się okazać, że nie ma dokąd uciec. Co? Że do katakumb? Naiwni! Tam dzieci bawią
                  się w Halloween.

                  PS. Pani Ewa chciałaby wrócić z synem do Polski. „Czy ktoś mi pomoże?” –
                  zapytała w liście.
                  • kaczy.i.indyczy A ty byś tak zrobił? 16.08.09, 15:20
                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1225795155&dzi=1104798052&katg=
                    A ty byś tak zrobił?
                    Franciszek Kucharczak

                    Myśl wyrachowana: Dlaczego nie wolno „używać dzieci do walki z aborcją”, skoro
                    wolno je używać do aborcji?


                    W tym roku „Mały Gość” rozprowadzał obrazki na nabożeństwa różańcowe,
                    przedstawiające w żartobliwy sposób etapy życia płodowego człowieka.
                    Zaproponowaliśmy, żeby dzieci modliły się za swoich poczętych kolegów i
                    koleżanki. A właściwie za ich matki, żeby nie uległy pokusom i pozwoliły im się
                    urodzić. Parę dni temu zadzwonił do redakcji rozgniewany pan. – Czemu służy taka
                    akcja? – dopytywał, usiłując wydobyć ze mnie, że walce z aborcją. Gdy
                    potwierdziłem, że ten cel też nam przyświecał, pan uznał to za niedopuszczalną
                    indoktrynację dzieci, bo „co taki dziewięciolatek może z tego zrozumieć”. – Ale
                    ja z katolikiem rozmawiam? – upewniłem się. A on na to: – Tak, proszę pana, ale
                    czasy się zmieniły. Kościół nie jest już alfą i omegą. Prawda, że ładne? Piszę o
                    tym, bo nasza różańcowa intencja modlitewna wywołała furię większej liczby
                    ludzi. Naczelna „Małego Gościa” dostała maila o treści: „Poczytaj i się
                    zastanów, co piszesz, głupia babo”. I link do strony internetowej, na której
                    widnieje napis: „Czy używanie dzieci do walki z aborcją to skandal?”. Poniżej
                    sonda: „Tak” – 1201 głosów, „Nie” – 169. Dalej artykuł o „ideologicznej
                    wojence”, w którą „Kościół wplątuje dzieci”. Internet jest pełen głupstw, ale
                    akurat to wydaje mi się warte komentarza. A to dlatego, że i wielu katolików
                    powtarza za fanatykami aborcji, że życie ludzi poczętych to sprawa ideologii i
                    polityki, i że matka ma prawo wybrać, czy urodzić poczęte dziecko.

                    Wybrać to sobie można, czy współżyć seksualnie, czy nie. Gdy pojawia się nowy
                    człowiek, to już nie ma żadnego wybierania. Życie człowieka nie jest wyborem,
                    tylko efektem wyboru. Trudno to przyjąć dorosłym, którzy z seksu uczynili sport
                    i zabawę. Dzieci są dziś jeszcze w stanie pojąć, że przyczyna rodzi skutek. One
                    jeszcze zrozumieją, że pan wygląda inaczej od pani dlatego, żeby on mógł zostać
                    tatusiem, a ona mamusią. Dzieci jeszcze zrozumieją, że płód to człowiek, skoro
                    każda ciężarna kobieta rodzi człowieka, a nie nosorożca. Dorosłym tak oczywiste
                    rzeczy już trudno wytłumaczyć. Kto dał sobie wbić w głowę ideologię
                    antykoncepcji, ten myśli, że seks jest tylko po to, żeby było fajnie. A
                    odmienność płciowa jest po to, żeby była zabawa, gdy facetowi znudzi się
                    kobieta, i odwrotnie. Dla takich dziecko jest jak AIDS. Uważają je za skutek
                    braku „zabezpieczenia”, a nie za naturalny efekt swoich zachowań. Gdy półtora
                    roku temu Sejm głosował nad wzmocnieniem obrony życia w konstytucji, mój 4-letni
                    wówczas syn koniecznie chciał wiedzieć, dlaczego mama z takim napięciem wpatruje
                    się w ekran. – Ci ludzie decydują o tym, czy będzie wolno zabijać dzieci w
                    brzuszkach matek – padła odpowiedź. – Będą strzelać do brzuszków? – zdumiał się.
                    – Nie, są na przykład takie tabletki, które powodują usunięcie dzidziusia z
                    brzuszka. Małemu zadrżała broda. – A ty byś tak zrobiła? To nie jest pytanie o
                    aborcję. To pytanie o miłość i każdy dorosły musi na nie odpowiedzieć.

                    • kaczy.i.indyczy Pytanie o pytanie 16.08.09, 15:24
                      goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1225099605&dzi=1104798052&katg=
                      Pytanie o pytanie
                      Franciszek Kucharczak

                      Myśl wyrachowana: Jakość mówcy poznaje się nie po jego słowach, tylko po
                      skutkach u słuchaczy

                      Francuski tygodnik „Pèlerin” w porozumieniu z archidiecezją paryską rozpisał
                      ankietę w sprawie jakości kazań. Jak podaje KAI, katolicy mają odpowiedzieć na
                      takie pytania: Czy kazania są zbyt długie, czy za krótkie? Czy są interesujące,
                      czy też nudne? Czy są bliskie problemów ludzi? Czego katolicy oczekują od
                      kazania? U nas nie Paryż, ale też umiemy rozpisać równie niepotrzebną ankietę.
                      Wyniki można przewidzieć z góry, bo to jest jak z pewnym bardzo posłusznym psem.
                      Gdy jego pan wołał: „Będziesz ty cicho, albo nie!”, to on zaraz był cicho albo
                      nie. Z ankietą czy bez, wiadomo, że kazania są za krótkie albo za długie, albo w
                      sam raz.

                      Są interesujące albo nudne, są bliskie problemów słuchaczy albo są problemem
                      słuchaczy. Wszystko zależy od człowieka. Przecież z jednego rocznika seminarium
                      wychodzą i dobrzy kaznodzieje, i kaznodzieje. I wychodzą. Widziałem kiedyś, jak
                      pewien kleryk po ostatnim wykładzie z homiletyki palnął się dłonią w łeb. –
                      Przecież on nam nie powiedział, jak my mamy mówić kazania! – zawołał olśniony. I
                      bardzo dobrze, bo nie w schematach rzecz. I nie w tym, żeby pytać ludzi, co chcą
                      usłyszeć. Za dużo dziś pytania wszystkich o wszystko. Za dużo nadskakiwania
                      „opinii publicznej”. Drodzy księża, błagam – nie mówcie nam tego, co my chcemy
                      usłyszeć.

                      Wy musicie mówić właśnie to, czego my słyszeć nie chcemy. Musicie mówić to,
                      czego nawet wy sami nie chcecie słyszeć. Nie pytajcie nas, czego oczekujemy.
                      Gdyby lekarze pytali pacjentów, jak ich leczyć, powinni by ich najpierw posłać
                      na medycynę. Pana Jezusa pytajcie, bo to On wie, czego nam i wam potrzeba.
                      Kazanie, jeśli ma ludzi nawracać (inne nie ma sensu), musi być nieoczekiwane.
                      Kaznodzieja musi słuchaczy zaskoczyć, tak jak zaskakiwał słuchaczy Jezus.
                      Inaczej nie ma prawa twierdzić, że to, co produkuje z ambony, jest słowem Bożym.
                      A co mówił Jezus? A to, co usłyszał od Ojca. Dlatego Jego słowa pociągały i
                      porażały, wstrząsały, radowały i wywoływały płacz. Ludzie się zdumiewali, że On
                      „mówi jak ten, który ma władzę”. Ale przecież w sprawach wiary właśnie tej
                      władzy potrzebujemy. Władzy absolutnej, a nie demokracji.

                      Słów mocnych i pewnych, bo od Boga pochodzących, a nie teologicznego bełkotu,
                      wyważania otwartych drzwi, roztrząsania pustki albo celebrowania wątpliwości.
                      Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby duchowny, który się naprawdę modli, mówił złe
                      kazania. One, owszem, mogą być nieporadne, bo nie każdy ma wielki talent
                      oratorski, ale istotna jest treść. Łatwo zauważyć, który ksiądz mówi to, czym
                      żyje, a który powtarza to, co wyczytał w gotowcu z biblioteki kaznodziejskiej.
                      Bo osobiste przekonanie mówiącego jakoś spływa na ludzi między słowami. Jest
                      tak, bo do słów człowieka, który słucha Pana Jezusa (to jest przecież modlitwa)
                      przywiązana jest łaska. A ludzie właśnie tej łaski potrzebują. Słowa ją tylko
                      niosą. Albo, niestety, czasem nie niosą. Dlatego kaznodziejstwo – i w ogóle
                      duszpasterstwo – to nie jest pytanie o technikę. To jest pytanie o to, kogo
                      kaznodzieja pyta.
                      • kaczy.i.indyczy Kariera sumienia 16.08.09, 15:32
                        goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1223887203&dzi=1104798052&katg=
                        Kariera sumienia
                        Franciszek Kucharczak

                        Myśl wyrachowana: Kto dla Boga rezygnuje z kariery, temu Bóg robi karierę

                        Jerzy Urban stwierdził kiedyś, że Jan Paweł II był jedynym Polakiem, który
                        zrobił karierę. Chodziło mu o to, że Polacy w ogóle są do niczego i zaledwie
                        jeden – i to niewłaściwy – do czegoś doszedł. Być może przemówiła tu zazdrość,
                        że to nie Urban zasiadł w Watykanie. Jednak niesłusznie, bo choć tylko jeden
                        Polak został papieżem, to Urbanów na Stolicy Piotrowej było już kilku. Nie da
                        się jednak zaprzeczyć, że to ten Polak zmienił świat. To, co stało się 16
                        października 30 lat temu, przestawiło wiele zwrotnic. Nic dziwnego, że
                        maszyniści komunistycznych reżimów byli ciężko przerażeni. Czuli, że ich pociągi
                        jadą w kierunku, którego nie są już w stanie kontrolować. Ale poza nimi nie było
                        prawie nikogo, kto nie cieszyłby się jak… No właśnie, trudno to do czegoś
                        porównać. Ja nigdy, ani wcześniej, ani później, nie odczuwałem czegoś równie
                        radosnego. Nawet w liceum, gdy podczas lekcji matematyki podano wiadomość, że
                        szkoła się pali. Tamtego październikowego wieczora biegałem jak wariat po ulicy
                        z głową zadartą ku niebu. Pamiętam migające korony przydrożnych drzew, dziw, że
                        się w żadne z nich nie wkomponowałem. Ktoś z sąsiedztwa do późnej nocy grał na
                        gitarze, choć grać nie potrafił. Ktoś śpiewał jeszcze gorzej, niż tamten grał,
                        ale z równym zapałem.

                        Radość z kariery? Ludzie z własnego awansu by się tak nie cieszyli, a co dopiero
                        z wyniesienia człowieka, bądź co bądź, obcego. Karierę to robią ludzie, którzy
                        zabiegają o stołki, bo myślą, że w życiu można osiągnąć tylko to, co się spod
                        kogoś wykopie. Karierę robią ci, którzy w imię rzekomych wyższych wartości
                        sprzedają przyzwoitość za sukces. Bo kto się sam o wszystko nie postara, ten frajer.
                        Przypadek Karola Wojtyły jasno pokazuje, że jest odwrotnie. Człowiek nie musi –
                        i nawet nie powinien – o nic zabiegać, z wyjątkiem poznania woli Bożej. Nie jest
                        to, wbrew pozorom, takie trudne. Bo choć często nie wiemy, co jest wolą Bożą, to
                        zawsze wiemy, co nią nie jest – grzech. Jeśli bez popełnienia grzechu nie można
                        czegoś zrobić, to znaczy, że mamy robić co innego. O ile chrześcijanin bez
                        zrobienia z siebie szmaty nie mógł wyjechać na studia zagraniczne, miał
                        studiować w kraju. Jeśli bez wstąpienia do komunistycznej partii nie mógł dostać
                        wymarzonej pracy, miał pracować gdzie indziej. Jeśli bez grzechu nie mógł być
                        dyrektorem, miał nim nie być. Nie inaczej jest dzisiaj. Jeśli stołek da się
                        załatwić tylko za łapówkę, to znaczy, że mam go nie załatwiać. Jeśli za
                        przyzwoitość wyrzucają z pracy, należy wybrać przyzwoitość. Nie jesteśmy
                        odpowiedzialni za zrobienie kariery – jesteśmy odpowiedzialni za sumienie. Bo
                        jeśli Bóg chce nas gdzieś mieć, to sam przewróci każdy mur, który nam stoi na
                        drodze. Wojna, żelazna kurtyna, tabuny tajniaków, utrudnienia w wyjazdach
                        zagranicznych – nic nie zagrodziło drogi Karola Wojtyły do Watykanu. Dlaczego?
                        Bo Bóg chciał go tam mieć. I już.
                        • kaczy.i.indyczy Paciorki burzące 16.08.09, 15:40
                          goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1223278200&dzi=1104798052&katg=
                          Paciorki burzące
                          Franciszek Kucharczak

                          Myśl wyrachowana: Różańca nie wystarczy trzymać – trzeba się go trzymać.

                          Kuba Wojewódzki gościł ostatnio w swoim programie Szymona Hołownię. Gospodarz, z
                          mizernym skutkiem, próbował nabijać się z religijności gościa. Wygłaszał wywody
                          o wzwodach, parodiował też biczowanie różańcem z motywów bynajmniej nie
                          ascetycznych. Różaniec to rekwizyt poręczny przy wykpiwaniu. Gdy ktoś chce
                          nakreślić karykaturę katolika, najczęściej sięga po wizerunek smutnego niedojdy
                          ze wzniesionymi oczami, kłapiącą wargą i z dłońmi ściskającymi – no właśnie –
                          różaniec.
                          Ale proszę pomyśleć o konkretnych osobach, które różańca używają. Używają – a
                          nie oplatają nim, w charakterze amuletu, lusterka w samochodzie. Więc czy te
                          osoby rzeczywiście pasują do tej karykatury?
                          Jeden z moich przyjaciół odmawia dziennie cały Różaniec – wszystkie cztery
                          części, czyli dwadzieścia tajemnic. Prawda, że słysząc coś takiego, widzimy w
                          wyobraźni jakąś anemiczną mimozę? Głos cichy, dłonie wiotkie, oczy podkrążone. A
                          figa! To chłop jak dąb, wesoły, konkretny. Jeździ potężnym tirem po całych
                          Stanach Zjednoczonych, obstawiony sprzętem komputerowym i satelitarnym. Pisze
                          felietony na swojej stronie internetowej katolik.us. Nie pytałem go o zgodę na
                          ujawnienie, że tyle się modli, ale dzięki temu nie musi mi odmawiać. Problem
                          katolików polega nie na tym, że mają różańce, tylko na tym, że wielu na „maniu”
                          poprzestaje. Niejeden katolicki nieboszczyk musi się po przejściu na tamtą
                          stronę dziwić, czym też mu krewni ręce związali. A jak taki musi świecić oczami,
                          gdy go tam zapytają: „Czy to twój?”.

                          Jest w różańcu coś potężnego. Egzorcyści opowiadają czasem o histerii, w jaką
                          wpada diabeł, gdy ludzie zaczynają się modlić na tych niepozornych paciorkach.
                          Pewnie dlatego też „natycha” prześmiewców do kpin z tego narzędzia, które mu tak
                          rozwala robotę. Ale my różańca nie musimy bronić. To on służy do obrony – i do
                          ataku. Nieprzypadkowo pierwsi jego propagatorzy, dominikanie, przypasali go do
                          lewego boku, tam gdzie wówczas rycerze nosili miecze. On jest dużo lepszy od
                          miecza. Działa nieinwazyjnie, a przenika do serca. Wiele lat temu ksiądz na
                          religii mówił nam, że Robert Kennedy, postrzelony przez zamachowca, wyciągnął
                          różaniec i przesuwając jego paciorki, zmarł. Myślałem, że to pobożny bajer dla
                          naiwnych, zwłaszcza że bracia Kennedy gigantami pobożności nie byli. Aż kiedyś
                          przeglądałem książkę „Encyklopedia XX wieku”. A tam widzę zdjęcie umierającego
                          Roberta Kennedy’ego, który trzyma w ręku… różaniec. No tak. W sytuacjach
                          granicznych okazuje się, czego naprawdę w życiu warto się trzymać. Dobrze, gdy
                          można się tego chwycić choćby w ostatniej chwili. 150 lat temu w Lourdes Maryja
                          wiele mówiła o Różańcu. Polecała tę modlitwę ludziom, którzy za pośrednictwem
                          świętej Bernadetty prosili Ją o wysłuchanie próśb. Uderzyły mnie kiedyś Jej
                          słowa: „Dobrze, ale niech w rodzinie przez rok odmawiają Różaniec”. Dlaczego
                          przez rok? Pewnie dlatego, że po roku takiej modlitwy człowiek rozumie, że
                          najlepszym, co go mogło spotkać, jest właśnie modlitwa.
                          • kaczy.i.indyczy Teologia lasu 16.08.09, 16:23
                            goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1219060322&dzi=1104798052&katg=
                            Teologia lasu
                            Franciszek Kucharczak

                            Myśl wyrachowana: Człowiek wybierający las zamiast Mszy ma się tak do katolika,
                            jak obleśny do leśniczego


                            Jeden z moich czytelników, polski ksiądz pracujący w Niemczech, opisał mi kiedyś
                            rozmowę, jakiej był uczestnikiem. Grono składało się z katolików – wśród
                            obecnych był nawet bliski współpracownik kanclerza Helmuta Kohla z CDU, czyli
                            chrześcijańskiej demokracji. W pewnym momencie któryś z gości zwrócił się do
                            księdza: „A czy u was w Polsce księża mówią jeszcze, że opuszczenie niedzielnej
                            Mszy to grzech?”. – Kiedy potwierdziłem, towarzystwo po prostu się roześmiało” –
                            napisał mi ksiądz. Owo „ha, ha, ha”, to wyraz takiej teologii, praktykowanej –
                            choć w mniejszej skali – również u nas. Ona ma dwa elementy. Pierwszy to
                            założenie, że każdy sam sobie określa, co jest grzechem. Skutkuje to zazwyczaj
                            tym, że nie grzeszy się religijnością.

                            Drugi element to przypływ romantyzmu. Wyraża się on w nagłej chęci modlitwy na
                            łonie natury. „Po co mam iść do kościoła, ja się lepiej modlę w lesie” – mówią
                            najczęściej tego rodzaju „teolodzy”. Las można traktować zamiennie z górami,
                            jeziorami, morzem, rozgwieżdżonym niebem. Wszystko jedno z czym, byle nie z
                            kościołem. Nie myśl więc, nieuważny turysto, że masz przed sobą spacerowiczów,
                            plażowiczów, grzybiarzy, wędkarzy. Nie – to rozmodleni wierni. Cóż, że
                            szczebiocą do siebie wesoło, cóż że popijają piwo – czy modlitwa ma polegać na
                            składaniu rąk i wznoszeniu oczu ku niebu? Oni się modlą społecznie, celebrują
                            wspólnotę międzyludzką, podziwiają piękno stworzenia, zwłaszcza gdy stworzenia
                            prezentują swe walory – czy to wszystko nie jest modlitwa? Kiedyś słyszałem, jak
                            pewna pani wyjechała z tym swoim lasem, nieświadoma, że rozmawia z księdzem. Na
                            to ów ksiądz: „Ale w lesie pani Komunii nie dostanie”. Dosyć proste, ale
                            skuteczne. Pani się zapowietrzyła, coś wyjąkała i poszła, zapewne dokształcić
                            się z teologii lasu. Ale daremnie będzie się dokształcać – jeśli katolik nie
                            chodzi do kościoła, to z reguły jest to skutek pospolitego lenistwa,
                            wzmocnionego równie pospolitą diabelską pokusą robienia czegoś innego. Gadanie o
                            lesie to tylko zasłona dymna, fotomontaż, dorabianie szczytnej motywacji do
                            religijnego prymitywizmu albo po prostu braku jakiejkolwiek religijności.

                            Bo prawdziwe chrześcijaństwo w sprawach wiary i moralności zawsze opiera się na
                            posłuszeństwie Kościołowi. Jeśli Kościół zobowiązuje wierzącego do udziału we
                            Mszy św. niedzielnej, to on ma obowiązek na niej być. Również wtedy, gdy nie
                            rozumie sensu tej obecności. A i wtedy, gdy celebrans głupio wygląda, głupio
                            gada i źle się prowadzi. Msza jest ważna ze względu na Chrystusa, który dla nas
                            w niej się ofiaruje, a nie ze względu na księdza. A dlaczego mamy Kościoła
                            słuchać? – Bo tak zarządził Pan Jezus. Kiedy? A choćby wtedy, gdy powiedział
                            Piotrowi: „Cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co
                            rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 19). Ale gdy ktoś
                            zamiast być na Mszy, „modli się” w lesie, to tego fragmentu Ewangelii nie
                            usłyszy. Ani zresztą jakiegokolwiek innego. Bo katolik, dopóki nie zacznie
                            słuchać Kościoła, dopóty z lasu nie wyjdzie.
                            • kaczy.i.indyczy Odkręcanie śruby 16.08.09, 16:32
                              goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1217567209&dzi=1104798052&katg=

                              Odkręcanie śruby
                              Franciszek Kucharczak

                              Myśl wyrachowana: Z łatwych rozwiązań bierze się rozwiązłość


                              Gdy tylko usłyszałem o sprawie ks. Wieńczysława Ł., który – jeśli wierzyć
                              doniesieniom – chciał śmierci swojego dziecka, byłem pewien, że zaraz zacznie
                              się gadanie o żeniaczce dla duchownych. No i buch – nazajutrz w dzienniku
                              „Polska” najświeższy sondaż: Czy Kościół katolicki powinien znieść obowiązek
                              celibatu dla księży. „Tak” – 55 procent, „nie” – 39 procent. Ludziom się chyba
                              wydaje, że zniesienie celibatu jest dobre na wszystko. Nie zdziwię się, gdy ktoś
                              zechce tym leczyć hemoroidy. Gdy tylko wybuchnie jakiś skandal w Kościele, zaraz
                              społeczeństwo wie, co robić – niech się księża żenią i nastanie era
                              szczęśliwości. Wilk zamieszka z barankiem, Tusk z Kaczyńskim razem paść się
                              będą, a byle obywatel będzie ich poganiał.

                              Cóż to za naiwność myśleć, że ksiądz niewierny celibatowi na pewno będzie wierny
                              żonie. Kto łamie zobowiązania w jednej sprawie, łatwo złamie je i w innej. Halo!
                              Katolicy! To taka jest wasza odpowiedź na grzech? Złagodzić wymagania? Z dobrych
                              kapłanów, jakich jeszcze mamy, zrobić zarabiających na dom urzędników? Kapłani
                              mają niewyobrażalną władzę. Została im dana dla nas. Gdyby z niej w pełni
                              korzystali, mogliby rozwalić piekło. W naszym interesie jest więc, żeby
                              korzystali jak najwięcej.
                              Kiedyś trafiłem na przedwojennego „Posłańca Serca Jezusowego”. Czytam: „Święty
                              ksiądz czyni parafię dobrą parafią, dobry ksiądz czyni ją przeciętną parafią,
                              przeciętny ksiądz czyni ją złą parafią”. Czy to już nieaktualne? A to też ma
                              związek z celibatem. Bo celibat – jak stwierdził kiedyś brat Roger z Taizé –
                              utrzymuje Kościół katolicki w nurcie mistycznym, w odróżnieniu od
                              protestantyzmu, który postawił na funkcjonalizm.

                              Mistycyzm kapłanów jest nam wszystkim dużo bardziej potrzebny niż księżom żony.
                              Gdy ksiądz walczy o swoich parafian na kolanach, parafianie to czują. Gdy nie
                              walczy, też, niestety, czują. Ale gdy my, zamiast oczekiwać od kapłanów
                              świętości, domagamy się ich banalnej nijakości, sami pozbawiamy się ich mocy. A
                              i oni, nie widząc spragnionych dusz, łatwiej dają posłuch diabelskiej pokusie:
                              „jesteś niepotrzebny”. Tu nie zniesienia celibatu trzeba. Trzeba zgiętych kolan,
                              oderwania od bogactw, postu o chlebie i wodzie. Bo ożenek nie doda ognia
                              prorokowi, nie ułatwi mu modlitwy, nie wyczuli na duchowe biedy. Potrzebujemy
                              męczenników konfesjonału, a nie telewizora, strażników domu Pańskiego, a nie
                              plebanii. Potrzebujemy znaków sprzeciwu w sutannach, habitach, koloratkach, a
                              nie gogusiów, którzy świadczą o Jezusie tylko wtedy, gdy mają nastrój.

                              Jak świat światem, jeszcze żadna prawdziwa odnowa nie przyszła przez złagodzenie
                              wymagań.
                              Widziałem w kościele bernardynów w Opatowie przedziwną rzeźbę z XVII wieku.
                              Nazywa się „tłocznia mistyczna”. Jezus cierpi z rozkrzyżowanymi ramionami, a nad
                              nim Bóg Ojciec z gwintowanym narzędziem do wyciskania winnych gron „dokręca Mu
                              śrubę”. Wyciska krew posłusznego Syna dla naszego zbawienia. Kto chce naśladować
                              Zbawiciela, niech nie biadoli, gdy Bóg zechce wycisnąć zeń trochę potu.
                              Zwłaszcza gdy jest księdzem.
                              • kaczy.i.indyczy Dawać mi Jezusa 16.08.09, 16:40
                                goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1216572461&dzi=1104798052&katg=
                                Dawać mi Jezusa
                                Franciszek Kucharczak

                                Myśl wyrachowana: Ludzie mówią „Panie, nie jestem godzien”, ale biada im to
                                powiedzieć


                                Silvio Berlusconi zabłysnął niedawno pytaniem skierowanym podczas Mszy św. do
                                biskupa. – Kiedy wreszcie zmienicie regułę, która zabrania nam przyjmować
                                Komunię? – wypalił z pierwszej ławki.
                                Włoski premier nie może przystępować do sakramentów, bo jest rozwiedziony i
                                powtórnie żonaty. Jego wyskok wpisuje się w nagłaśniany przez media postulat,
                                żeby „wreszcie Kościół dopuścił rozwiedzionych do Komunii”. – Jest dla nas
                                bardzo przykre, że Kościół uniemożliwia nam udział w sakramentach – mówi
                                „Gazecie Wyborczej” pani Joanna, żyjąca z panem Robertem „na cywilnym”.

                                „Kościół nam uniemożliwia” – jak to pasuje do współczesnej mentalności, która
                                każe widzieć winnych wszędzie, tylko nie w sobie. To nie Kościół zamyka osobom
                                żyjącym w związkach niesakramentalnych dostęp do Komunii. Oni sami go sobie
                                zamykają. Nie rozwodem, bo czasem człowiek, choć chce, nie zdoła utrzymać
                                swojego małżeństwa. Drogę do sakramentów zamyka ponowny związek. A zamyka nie z
                                powodu widzimisię hierarchów, tylko dlatego, że to grzech przeciw wierności
                                małżeńskiej. Bo małżeństwo sakramentalne trwa mimo rozwodu. Pan Berlusconi, mimo
                                że uchodzi za męża pani Weroniki, w dalszym ciągu jest mężem pani Carli Elwiry,
                                i w dalszym ciągu zdradza tę pierwszą z tą drugą.

                                Teraz takie czasy, że każde wiarołomstwo zbywa się hasłem „to nie takie proste”.
                                Życie w stanie łaski uświęcającej „nie jest takie proste”, ale przyjmowanie
                                Komunii bez stanu łaski ma być proste. Tylko czekać na skargi do stosownego
                                rzecznika, że Kościół dyskryminuje, bo odmawia ludziom Pana Jezusa. Ale to
                                właśnie ten Pan Jezus powiedział: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną,
                                popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za
                                innego, popełnia cudzołóstwo” Mk 10, 11–12.
                                Czy coś tu brzmi niejasno? Powtórne małżeństwo, gdy żyje małżonek, jest
                                cudzołóstwem. Kto trwa w stanie grzechu, nie deklarując gotowości poprawy, nie
                                może dostać rozgrzeszenia. Tym bardziej więc nie może przystępować do Komunii,
                                bo ściągnąłby na siebie jeszcze grzech świętokradztwa.

                                Gdyby rozmaitym „Berlusconim” wolno było przystępować do Komunii, konsekwentnie
                                należałoby dopuścić do stołu Pańskiego wszystkich „konkubentów” i inne pary,
                                włącznie z homoseksualnymi.
                                Komunia nie służy do udowadniania, że wszystko jest w porządku, gdy nie jest w
                                porządku. Gdyby Kościół dopuścił do Komunii osoby żyjące w grzechu, moglibyśmy
                                zapomnieć o czymś takim, jak nierozerwalność małżeństwa. Chrystusa przyjmuje się
                                nie po to, żeby nie odstawać od reszty, tylko po to, żeby On przemieniał nasze
                                życie. A jak ma przemieniać, gdy to my dyktujemy Mu warunki? Znam osoby żyjące w
                                związkach niesakramentalnych. Mam wśród nich nawet przyjaciół. Ale oni wiedzą,
                                że ponoszą konsekwencje własnych wyborów. Tęsknią za Jezusem, ale nie zgłaszają
                                do Niego roszczeń. Myślę, że prędzej czy później Jezus znajdzie dla nich
                                rozwiązanie. Ale to będzie wynik Jego miłosierdzia, a nie ich życzeń i
                                pretensji. Bo kto chce Pana Jezusa przyjąć do serca, najpierw musi Jego naukę
                                przyjąć do wiadomości.
                                • kaczy.i.indyczy Wyznawcy cudaczności 18.08.09, 21:12
                                  goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1213601950&dzi=1104798052&katg=
                                  Wyznawcy cudaczności
                                  Franciszek Kucharczak

                                  Myśl wyrachowana: Po co komu zdrowe nogi, gdy go niosą na ścięcie


                                  Polska reprezentacja, zanim opuściła kraj, została napełniona dobrą energią.
                                  Goszczący piłkarzy bioenergoterapeuta obdarzył ich mocą czakramów i
                                  napromieniował piłkę, co miało zadziałać na jej koleżankę, użytą w meczu z
                                  Niemcami. „Super Express” dał na pierwszej stronie przepowiednię wróżki, że
                                  wygramy 2:0. No i było 2:0. Co prawda dla Niemców, ale zawsze. Ten pan od
                                  czarowania jednak kiedyś podał wynik meczu i sprawdziło się. Zachwyt był wtedy
                                  taki, jakby sam Donald Tusk do gminy przyjechał.
                                  Patrzcie, jak ten niby racjonalny świat ekscytuje się odpadkami z tamtego
                                  świata, nie myśląc zupełnie nad tym, że ktoś mu te ochłapy rzuca. – Ale to
                                  działa! – emocjonują się „racjonaliści”, którzy gusłami i ciemnotą zwykli
                                  nazywać każdy objaw religijności chrześcijańskiej. Wpadają w mistyczną ekstazę,
                                  gdy komuś zniknie wrzód na… kilka dni albo gdy chory na raka odczuje ciepło i
                                  mrowienie. A jak taki jeszcze ozdrowieje!

                                  No dobra, niechby i ozdrowiał. I co z tego? – Jak to? – oburzy się ktoś. –
                                  Przecież zdrowie… No właśnie – co zdrowie? Na cmentarzach leży komplet tych, co
                                  ongiś dbali o zdrowie. Leżą tam nawet tacy, którzy zostali uzdrowieni cudem. Ba!
                                  Wśród kamieni Palestyny wietrzeją nawet szczątki wskrzeszonego Łazarza. Gdyby
                                  doczesna kondycja ludzi była celem Jezusa, przynajmniej ci przezeń uzdrowieni
                                  powinni żyć do dzisiaj. A oni też jakoś, jeden po drugim, pomarli. Wszyscy znają
                                  tę ewangeliczną scenę, gdy z dziury w dachu pod nogi Jezusa zjechał paralityk.
                                  Co mu Jezus wtedy powiedział? Przetestujcie to – prawie każdy odpowie: „Wstań,
                                  weź swoje łoże i chodź”. A nieprawda! Jezus powiedział: „Odpuszczają ci się
                                  twoje grzechy”. Słuchacze Ewangelii do dziś słowa o odpuszczeniu grzechów
                                  puszczają mimo uszu, bo co tam jakieś rozgrzeszenie. Cudu chcemy, cudu! Tam, w
                                  Kafarnaum, musiało być podobnie. Uszami wyobraźni słyszę ten pomruk: „Łeee, miał
                                  uzdrowić, a z jakimiś grzechami tu wyjeżdża”.

                                  Jezus to wiedział, dlatego dodał: „Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy
                                  ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – wstań, weź swoje łoże i idź do domu!”
                                  (por. Mk 2, 10). Jasno z tego wynika, że Boży cud fizycznego uzdrowienia jest
                                  tylko znakiem prawdziwego cudu – uzdrowienia wewnętrznego. To tylko środek do
                                  celu. Celem jest szczęście wieczne, a nie bezterminowa wegetacja na ziemi w
                                  okowach wciąż liftingowanego, starzejącego się pudła. Bóg nigdy nie uzdrawia
                                  ciała, jeśli nie uzdrowi wnętrza. Bardzo często za to uzdrawia duszę, ciało
                                  pozostawiając w poprzednim stanie. To logiczne – bo z punktu widzenia wieczności
                                  (czyli najwłaściwszego punktu obserwacyjnego), znaczenie ma głównie zdrowie
                                  duszy. Tu wyraźnie rysuje się różnica między cudem Bożym a diabelskim. Bo zły
                                  duch też potrafi czynić znaki, ale one nie leczą duszy. One są jak makijaż na
                                  złuszczonej twarzy albo jak radio naprawione kopniakiem. Jakiś czas to będzie
                                  działać, ale zamiast dawać szczęście, zwiedzie tylko naiwnych. Zamiast otworzyć
                                  człowieka na bliźnich, jeszcze bardziej skupi go na sobie. I co komu po takim
                                  życiu, choćby już dziś znał komplet wyników z Euro 2012.
                                  • kaczy.i.indyczy Pouczanie Boga 18.08.09, 21:19
                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1211483445&dzi=1104798052&katg=
                                    Pouczanie Boga


                                    Myśl wyrachowana: Gdyby Bóg robił wszystko, czego życzą sobie ludzie, nie miałby
                                    dla kogo tego ro-bić.

                                    Rok temu napisałem, że kto idzie w procesji Bożego Ciała, deklaruje tym samym
                                    poparcie dla tego wszystkiego, czego uczy Chrystus, a zatem dla życia od
                                    poczęcia, dla normalnej rodziny i tak dalej. Do-stałem potem sporo listów. Jeden
                                    pan napisał, że jeśli ktoś zechce interpretować jego udział w procesji jako
                                    sprzeciw wobec „wolnego wyboru kobiet”, to on na procesję nie pójdzie. Bo nie
                                    może zamykać oczu na dramaty matek, na tragedie porzuconych dzieci, tra ta ta.
                                    No i mam uważać, co piszę, bo mogę się przyczynić do zmniejszenia frekwencji w
                                    procesjach.

                                    Nie przeceniam swoich możliwości, ale gdybym się do takiego zmniejszenia
                                    przyczynił, to bym wyrzutów sumienia nie miał. Skoro ktoś uważa, że idąc za
                                    Jezusem, robi łaskę Kościołowi, no to może niech jednak zostanie w domu. Niech
                                    tam sobie popiera „wolny wybór kobiet”, a „dramaty i tragedie” ocalonych dzieci
                                    niech przeżywa nad puszką piwa. Dla tego rodzaju opinii to właściwsza
                                    scenografia niż monstrancja z Najświętszym Sakramentem. Sztuczny tłum to się
                                    robiło na pochodzie pierwszomajowym. Tam faktycznie chodziło o pokazanie, że
                                    wszyscy popierają to, czego nie popierał prawie nikt. To była rewia kłamstwa i
                                    święto hipokryzji – maskarada jak olimpiada w Pekinie. Ale na Boże Ciało
                                    naprawdę nikt iść nie musi. Proszę nie opowiadać o presji środowiska i naciskach
                                    proboszcza. Jeśli ktoś robi coś wbrew przekonaniu, niech nie zwala winy na
                                    księdza lub opinię sąsiadów, bo przyczyną jest jego własny brak odwagi cywilnej.

                                    Za Jezusem idzie się z własnego wyboru. I powinni iść za Nim – uwaga! –
                                    wyłącznie grzesznicy. Wyłącznie! Ale właśnie w tym problem, że dziś mało kto
                                    uważa się za grzesznika. Teraz ludzie nie grzeszą – oni mają tylko różne
                                    poglądy, preferencje i orientacje. Za Jezusem powinni iść ludzie słabi, ale dziś
                                    mamy samych mocarzy. Powinni iść słuchacze, a mamy gadaczy. Zamiast uczniów,
                                    ciągnie się za Jezusem tłum jego nauczycieli. Tacy wiedzą lepiej, co jest dobre
                                    i zamiast Jezusa słuchać, chcą, żeby firmował ich własne poglądy. Gdyby
                                    monstrancja miała odpowiednie gabaryty, pewnie niejeden „autorytet” już by w
                                    niej siedział.

                                    Dwa lata temu z okładem dostałem list od dziewczyny, którą wessał seks
                                    lesbijski. „Byłam rasowym »homikiem«” – napisała. Ale jej mama nie dawała
                                    spokoju Panu Bogu. I Bóg zesłał dziewczynie łaskę w dniu śmierci Jana Pawła II.
                                    Oto fragment listu: „Otwierały mi się powoli oczy, coraz więcej się modli-łam, a
                                    do mojego ówczesnego życia budził się we mnie niesamowity wstręt. Już sobie nie
                                    tłumaczyłam, że to normalne, że mam prawo kochać inaczej. Dniem przełomowym było
                                    tegoroczne Boże Ciało. Szłam za Jezusem w procesji.... i to było coś
                                    niesamowitego. Wtedy ostatecznie pożegnałam się z tamtym życiem i zaczęłam nowe,
                                    lepsze, bo z Bogiem”. Musi być coś niezwykłego w uroczystości Bożego Ciała,
                                    skoro sam Bóg kilka wieków temu doprowadził do jej ustanowienia. Musi być do
                                    niej przywiązana jakaś nadzwyczajna łaska. Ale na pewno nie jest to ta łaska,
                                    którą raczą robić Jezusowi ludzie.
                                    • kaczy.i.indyczy Karma lękliwych 18.08.09, 21:23
                                      goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1210582328&dzi=1104798052&katg=
                                      Karma lękliwych

                                      Myśl wyrachowana: „Nie jestem Duchem Świętym” – mówią ludzie. Ale w to nie wierzą.

                                      Dowcip z czasów komuny. Facet głośno opowiada w autobusie kawały o władzy
                                      ludowej. „Co pan robi, przecież pana zamkną!” - ostrzega go sąsiad. A on: „Ja
                                      się nie boję, ja mam raka”. Jest taka odwaga, która bierze się z tego, że
                                      człowiek nie ma nic do stracenia. Ale jest i taka, która wynika z tego, że
                                      człowiek nagle widzi, że ma wszystko do zyskania. Gdy apostołowie w dniu
                                      Pięćdziesiątnicy wychodzili z Wieczernika, ich sytuacja była dokładnie taka
                                      sama, jak dzień wcześniej. Dalej groziło im aresztowanie, pobicie, a nawet
                                      śmierć. A jednak od chwili, gdy zstąpił na nich Duch Święty, coś się w nich
                                      trwale zmieniło: ONI SIĘ NIE BALI. A to znaczy, że od tej chwili byli wolni. Bo
                                      wolność, wbrew twierdzeniom kapłanów postępu, nie oznacza możliwości robienia
                                      wszystkiego, co się człowiekowi zachce. Wolność to jest niezależność od lęku.

                                      Na człowieka, który się nie boi, nie ma rady. Bo to przecież nie represje
                                      paraliżują ludzi, ale strach przed nimi. Kobiety z lęku o przyszłość zabijają
                                      swoje nienarodzone dzieci, rodziny z lęku przed kłopotami „przyspieszają
                                      odejście” swoich chorych bliskich. Urzędnicy biorą łapówki, bo boją się, że
                                      inaczej nie starczy im na „godne życie”, a potem boją się, że za tą godność
                                      pójdą siedzieć. Politycy lawirują i kupczą zasadami, bo drżą o utratę
                                      elektoratu, a tym samym posad. Ludzie żyją w przygodnych związkach, bo boją się
                                      samotności, ale nie pobierają się, bo boją się zobowiązań. Ze strachu ludzie
                                      sięgają po amulety, szukają pomocy u szarlatanów, u wróżek albo i w biurach
                                      posłów lewicy. Właściwie nie ma zła, które nie brałoby się ze strachu.

                                      Kiedy przed laty sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki zakładał Krucjatę
                                      Wyzwolenia Człowieka, nie myślał tylko o powstrzymaniu się od alkoholu. Tam szło
                                      o wolność od wszelkiego lęku. – Tu chodzi o to, żebyście się nie bali nawet
                                      tego, że gdy stoicie w kolejce, to dla was zabraknie – mówił na spotkaniu oazy w
                                      mojej parafii przyjezdny ksiądz. Dziś to sprzedawcy lękają się, że im zabraknie
                                      klientów. Ale choć zmienia się sytuacja, to lęk w ludziach siedzi ten sam. To on
                                      każe im myśleć, że w każdej sytuacji muszą sobie sami radzić – choćby po
                                      trupach. Życie w lęku służy ludziom tak, jak znużonemu turyście schronisko dla
                                      psów. Mimo tego liczni spętani strachem bliźni wolą tkwić na łańcuchu przy psiej
                                      budzie. Zadowalają się tam jakimś chappi i powtarzają z rezygnacją: „Cóż, taka
                                      karma”.

                                      Ale to nie żadna karma – to zły wybór. Jednak nawet niewolnicy lęku mogą zawołać
                                      o pomoc. Byle szczerze, a to wystarczy. Reszta będzie darem. Odwaga, jaką
                                      apostołowie zadziwili tłumy, nie była skutkiem ich wysiłków. To był efekt tego,
                                      że „trwali jednomyślnie na modlitwie”. I pewnie sami byli zadziwieni tym, co się
                                      z nimi stało. Bo spodziewali się może, że Bóg zmieni im zewnętrzne warunki. A
                                      otrzymali Ducha Świętego, który zmienił ich. To rzecz znamienna, bo Duch Święty
                                      raczej rzadko zmienia sytuację – On zmienia ludzi. A odmienieni ludzie zmieniają
                                      sytuację.
                                      • kaczy.i.indyczy Nie wiedzą, co jedzą 18.08.09, 21:27
                                        goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1210304553&dzi=1104798052&katg=
                                        Nie wiedzą, co jedzą

                                        Myśl wyrachowana: Głodny nie znaczy godny


                                        Sezon komunijny przypomniał mi taką historię sprzed lat. Poszedłem na koncert,
                                        który okazał się pretekstem do ewangelizacji, zorganizowanej przez jakąś
                                        niekatolicką grupę wyznaniową. Przed wejściem do sali kręcili się ludzie z
                                        plakietkami „doradca”. Jedna z „doradczyń” przydybała siedzącego obok mnie
                                        nastolatka. – Jak idziesz do Komunii, to mówisz, że jesz Pana Jezusa, taaaak? –
                                        pytała z politowaniem w głosie. Chłopak był skonsternowany. Ponieważ wcześniej
                                        przez kilka dni tłukł mi się po głowie cytat z Jana 6,55, poczułem, że teraz
                                        powinienem go użyć. – Mogę się włączyć? – zapytałem. – Ależ proszę, bracie –
                                        rzekła kobieta. Na to ja: – Pozwolę sobie zauważyć, że sam Jezus powiedział:
                                        „Ciało Moje jest PRAWDZIWYM po-karmem, a Krew Moja jest PRAWDZIWYM napojem”.

                                        Byłem zdumiony piorunującym efektem, jaki odniosły te słowa. „Doradczyni”
                                        zrobiła się bezradna, jak ekolog na środku autostrady. Zrazu zaniemówiła, a
                                        potem poprosiła pana z plakietką „starszy”. Ten, po wysłuchaniu kwestii,
                                        oznajmił że chętnie by porozmawiali, ale muszą już iść. No i poszli. Myślę, że
                                        podobnie poszli też dwa tysiące lat wcześniej ludzie, którzy usłyszeli te słowa
                                        w oryginale. „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” – oburzyli się, i
                                        tyle ich Jezus widział. Rzecz charaktery-styczna: Pan Jezus za nimi nie biegł.
                                        Nie wołał: „Halo! Źle mnie zrozumieliście!”. Skoro tego nie zrobił, to dlatego,
                                        że oni zrozumieli Go dobrze. Czyli że faktycznie, przyjmując Komunię, jemy Jego
                                        Ciało i pijemy Jego Krew. Dosłownie.

                                        W kilku sanktuariach przechowuje się tkankę sercową, w którą zamieniły się
                                        konsekrowane hostie. Trafiają się też mistycy, dla których Eucharystia całymi
                                        latami jest jedynym pokarmem. Wygląda na to, że Jezus chce nam przypomnieć, że
                                        Najświętszy Sakrament to nie żadna metafora. Żaden symbol. To Jego prawdziwe,
                                        żywe i krwawiące Ciało, a jednocześnie źródło życia – czasem nawet doczesnego.
                                        To się, jak mawiali milicjanci, w pale nie mieści, ale tam się mieści niewiele
                                        rzeczy. Ta świadomość dobrze robi, bo gdy człowiek wie, że nie wszystko może
                                        zrozumieć, rozumie, że czasem musi uwierzyć. Dlatego zgina kolana przed białym
                                        opłatkiem, bo wierzy, że to nie jakaś idea Boga, tylko Bóg we własnej osobie. A
                                        skoro tak, rozumie też, że Boga nie można przyjmować bez stanu łaski
                                        uświęcającej. Czyli że trzeba się dobrze wyspowiadać. Trzeba – bo kto nie uznaje
                                        swojego grzechu, ten nie żałuje, a kto nie żałuje, ten nie może przyjąć Bożego
                                        przebaczenia. A bez przebaczenia nie można przyjąć Bożej miłości – tak można ją
                                        tylko sprofanować.

                                        To trudna mowa w czasach, gdy ludziom wydaje się, że im się wszystko należy.
                                        Trudna mowa, gdy wszelkiego rodzaju cudzołożnicy domagają się dostępu do
                                        sakramentów, choć w miejsce Boga świadomie wybierają życie w grzechu. Trudna
                                        mowa, gdy za świętokradztwo uważa się jedynie uszkodzenie skrzeku żaby zielonej
                                        i podważenie prawa do aborcji. Wielu z tych, którzy tę mowę słyszą, grozi: „Bo
                                        sobie pójdziemy”. Ale tych należałoby zapytać parafrazą z Piotra: Do kogo
                                        pójdziecie?

                                        • kaczy.i.indyczy Ofiary kryzysu 18.08.09, 21:33
                                          goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1208953311&dzi=1104798052&katg=
                                          Myśl wyrachowana: Kryzys bierze się z niewierności, a nie niewierność z kryzysu


                                          Tydzień temu Tomasz Lis w swoim programie telewizyjnym zadał pytanie: „Czy
                                          polski Kościół przeżywa kryzys?”. Wśród dyskutantów byli dwaj księża, jeden
                                          „wyuczony”, ale były, a drugi aktualny, ale Jankowski. W tle była publiczność,
                                          robiąca „uuuuu!” na przemian z klaskaniem i śmiechem. Była też ulubiona przez
                                          Tomasza Lisa sonda esemesowa, która do prawdziwej opinii społecznej ma się tak,
                                          jak Ryszard Kalisz do strajku głodowego. Sporo czasu poświęcono tam rozważaniu,
                                          czy objawem tego kryzysu są wystąpienia Jerzego Roberta Nowaka w kościołach, czy
                                          też ewentualna nominacja abp. Głodzia na metropolitę gdańskiego.

                                          Niezależnie od jakości przykładów, które miały ilustrować tezę o kryzysie
                                          Kościoła, myślę, że sama teza jest prawdziwa. Kościół jest w kryzysie od dwóch
                                          tysięcy lat. Był już w nim, gdy go Pan Jezus tworzył. Wy wiecie, jakie On
                                          przewidział nominacje? Apostołami mieli być tacy faceci, że tylko płakać.
                                          Kłótliwi, zazdrośni, tchórzliwi, łasi na zaszczyty. Wypisz, wymaluj biskupi.
                                          Jeden w ogóle paskudnie zdradził i z tego wynikł największy kryzys Kościoła. Bo
                                          gdy Jezus zawisł na krzyżu, to był dopiero kryzys! To była katastrofa, po której
                                          Kościół nie miał prawa zaistnieć. Po czymś takim apostołowie mogli tylko uciec,
                                          gdzie papirus rośnie i zatrudnić się na zmywaku.

                                          I tak by się stało, bo dzień śmierci Jezusa był chwilą największego triumfu
                                          diabła w dziejach wszechświata. Nie wiedział jednak czort, że wyjdzie na tym
                                          gorzej niż Demokraci na sojuszu z SLD. Bo to właśnie krew Jezusa miała się stać
                                          siłą Kościoła, a nie zalety jego członków. Okazało się, że ludzie będą mieli
                                          tylko tyle siły, ile krwi Jezusa pozwolą sobie przetoczyć. Moc apostołów, ich
                                          następców i wszystkich chrześcijan nie płynie z nich samych. I duchowni, i
                                          świeccy to zwykli ludzie, zamykający się w swoich klitkach „z obawy przed
                                          Żydami”, dziennikarzami, a nieraz i przed bolesną prawdą. Ale na szczęście to
                                          nie my jesteśmy źródłem Kościoła – źródłem jest przebity bok Jezusa. My jesteśmy
                                          tymi, którzy z tego źródła czerpią. Jedni więcej, drudzy mniej, a niektórzy
                                          wcale. O ile czerpiemy, o tyle przełamujemy kryzysy.

                                          Kiedy jeden z moich kolegów odchodził z kapłaństwa, biskup powiedział mu:
                                          „Kościół sobie bez księdza poradzi, ale nie wiem, czy ksiądz sobie poradzi bez
                                          Kościoła”. O to chodzi. Kryzysy Kościoła nie zniszczą, bo źródło wybije nawet
                                          wtedy, gdy runie postawiona nad nim budowla. Ale zagrożeni są ci, którzy
                                          odcinają się od źródła. Którzy dobrowolnie pozbawiają się do-stępu do
                                          sakramentów i żyjąc w grzechu, udają bohaterów. Zamiast zrobić coś z sobą,
                                          lokują się na widowni i robią zakłady: „utrzyma się ten Kościół czy nie?”. Jak
                                          wyznanie ma się mieć dobrze, gdy ma takich wyznawców? Bo jeśli Kościół jest w
                                          kryzysie, to na przykład dlatego, że Tomasz Lis jest w kryzysie.
                                          • kaczy.i.indyczy Płać karę za wiarę 18.08.09, 21:34
                                            goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1209467815&dzi=1104798052&katg=
                                            Myśl wyrachowana: Wierność kosztuje czasem parę złotych, za niewierność zawsze
                                            płacą srebrnikami.


                                            Sześć tysięcy sześćset dolarów musi zapłacić małżeństwo fotografów z USA za
                                            odmowę obsługi fotograficznej „ślubu” dwóch lesbijek. Państwo Hugueninowie
                                            grzecznie uzasadnili sprzeciw tym, że są chrześcijanami. Urażone lesbijki
                                            złożyły zażalenie na „dyskryminację ze względu na orientację seksualną”,
                                            powołały się na zakaz szerzenia nienawiści – i gotowe. Rzeczpospolita” przy
                                            informacji o tej sprawie zasięgnęła opinii Jacka Hołówki, filozofa i etyka z
                                            Uniwersytetu Warszawskiego. Etyk przyznał, że Hugueninowie mieli prawo odmówić,
                                            ale uznał, że użyli bardzo niezgrabnego wyjaśnienia. „Równie dobrze ci państwo
                                            mogliby zacząć odmawiać fotografowania ludzi o krzywych czy brzydkich twarzach,
                                            dlatego nie pochwalam ich decyzji” – powiedział. I dodał: „Można nie wpuścić
                                            Murzyna do restauracji, ale pod żadnym pozorem nie można tego uzasadniać tym, że
                                            jest czarny”.

                                            Ciekawa argumentacja. Gdyby Hugueninowie odmówili fotografowania krzywych
                                            twarzy, to by natychmiast splajtowali, bo innych twarzy prawie nie ma. Zdrowa
                                            ekonomia sama karze głupców i chamów. Z tym Murzynem to też bez sensu, bo
                                            fotografowie nie powiedzieli, jakie są lesbijki, tylko oświadczyli, kim są oni
                                            sami. Są mianowicie chrześcijanami. A że lesbijki wyciągnęły z tego wniosek, że
                                            chrześcijaństwo stoi w sprzeczności z tym, co one robią (a nie kim są, panie
                                            etyku), to tylko się cieszyć. Bo to wniosek prawidłowy – tyle że niezgodny z
                                            wizją „postępu”. Wedle tej wizji, gdy do proboszcza przyjdzie parafianin z
                                            orangutanem i zażąda ślubu konkordatowego, ksiądz może odmówić, ale uzasadniając
                                            to tym, że orangutan nie był bierzmowany. Niech zresztą wymyśli cokolwiek, byle
                                            nie mówił, że zoofilia jest grzechem, czy tak?

                                            Patrzcie tylko – tak się dziś zachwala asertywność, bezpośredniość i tym podobne
                                            „ości”, a tu nagle etyk gani ludzi za to, że powiedzieli prawdę. A co mają
                                            powiedzieć chrześcijanie, gdy ktoś chce, żeby asystowali przy obrzydliwym
                                            celebrowaniu śmiertelnie grzesznego związku? Że ich głowa boli? Nie, panie
                                            etyku. Mają mówić prawdę, bo tak kazał Jezus. Jeśli dziś „poganie bluźnią
                                            imieniu Boga”, to dlatego, że chrześcijanie boją się świadczyć – a nawet już i
                                            myśleć – prawdę. Że ze strachu przed etykami „niezależnymi” i innymi kapłanami
                                            politycznej poprawności gotowi palić kadzidło każdemu wskazanemu przez nich bóstwu.

                                            Kto dzisiaj mówi: „Dziś poszczę, bo jestem katolikiem”? Albo kto mówi: „Nie
                                            pójdę na imprezę ze striptizem, bo jestem chrześcijaninem”? Kto uzasadnia
                                            jakiekolwiek działanie swoją wiarą? Niewielu. I to mimo że na razie u nas za to
                                            grozi tylko przygana Jacka Hołówki. To trochę dalekie od postawy apostołów,
                                            którzy oberwawszy po grzbiecie za Jezusa, „cieszyli się, że stali się godni
                                            cierpieć dla Jego imienia”. Dzisiejsi katolicy unikają konsekwencji wiary
                                            bardziej niż wegetarianie mielonego. W Polsce za chrześcijaństwo jeszcze nie
                                            karzą grzywną ani nie wsadzają do więzień. Ale będą, jeśli za ważniejsze od
                                            tego, co Jezus mówi do nas, uznamy to, co współcześni poganie mówią o nas.
                                            • kaczy.i.indyczy Miłosierne przegonienie 18.08.09, 21:46
                                              goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1206959048&dzi=1104798052&katg=
                                              Myśl wyrachowana: Bóg przebacza grzechy skruszonym, „tolerancja” pobłaża grzechom


                                              Prezydent wystąpił z orędziem w telewizji. Dla zilustrowania przemówienia
                                              pokazano parę gejowską na ślubnym kobiercu. Radio ZET dotarło do jednego z
                                              bohaterów tej migawki. Panem młodym/panią młodą (niepotrzebne skreślić) okazał
                                              się Amerykanin o nazwisku Brendan Fay, który „ślub” wziął w Kanadzie. Pan
                                              Brendan bardzo się zdenerwował, gdy dowiedział się o wykorzystaniu jego i
                                              męża/żony (niepotrzebne skreślić) wizerunku do „siania nietolerancji”. „Tom i ja
                                              jesteśmy katolikami. Poznaliśmy się w kościele podczas niedzielnej mszy” –
                                              rzucił druzgocącym argumentem. Och, och, katolicy, a w dodatku chodzą do
                                              kościoła. Zachwyt, radość, szczęście w trzech aktach. Pozwolę sobie jednak
                                              zauważyć, że byli już tacy, co chodzili do „kościoła”, a konkretnie świątyni, a
                                              jednak Pan Jezus zupełnie tego nie docenił. Mało tego – zrobił bicz ze sznurków
                                              i przegnał ich stamtąd na cztery wiatry. Co się stało? Ten sam Jezus, który
                                              mówił o miłości bliźniego, o nadstawianiu drugiego policzka, nagle krzyczy, bije
                                              i wywraca stoły. To tak wygląda to miłosierdzie Boże?

                                              Zaraz, zaraz. Przepędzenie przekupniów ze świątyni dowodzi miłosierdzia Boga
                                              równie dobrze, jak opowieść o zaginionej owcy czy o synu marnotrawnym. Przecież
                                              gdy ludzie robią w świątyni bydło, to chyba w ich interesie jest, żeby
                                              zobaczyli, czym to grozi. A najwyraźniej grozi czymś strasznym, skoro Jezus
                                              działał tak stanowczo. Bóg jest naszym Ojcem, a każdy rodzic użyłby siły, gdyby
                                              jego dziecko pchało się na rozpalony piec. Zrobiłby to chyba nawet Rzecznik Praw
                                              Obywatelskich.

                                              Nie wiem, jak Państwo, ale ja wolę, żeby mnie Pan Bóg tłukł, ile wlezie, jeśli
                                              to miałoby mnie ochronić od prawdziwego nieszczęścia. Bo lepiej poczuć na
                                              grzbiecie bicz ze sznurków, niż wpaść w łapy diabła za gorszenie ludzi
                                              pejczykiem z seks shopu. A czymś takim jest cała ideologia fałszywej tolerancji,
                                              którą chcą nam wpierać przodownicy postępu. Rzekomego postępu, bo w istocie nie
                                              ma nic nowoczesnego w zachwalaniu grzechu. Przerabiali to już przed potopem.
                                              Jednopłciowe związki, rozbijanie rodzin, seks w dowolnej konfiguracji,
                                              deprawacja dzieci, zabijanie niemowląt i starców to nic nowego. Żadna tam
                                              Europa. To zwykłe, ordynarne grzechy, w których nurzają się ludzie od czasów
                                              Adama i Ewy.

                                              Nowością są jednak próby „chrzczenia” tych grzechów i nadawanie im ram prawnych.
                                              Takich rzeczy, jak prawne zrównywanie zboczonych związków z małżeństwami,
                                              jeszcze nie było. Nikt do niedawna nie był też tak zuchwały, żeby
                                              usprawiedliwiać najobrzydliwsze rzeczy tym, że jest katolikiem. U wejścia do
                                              świątyni chcą się rozsiadać już nie tylko handlarze każdym badziewiem, ale i
                                              stręczyciele w togach sędziów, proroków i nauczycieli. Ci ludzie są tak samo
                                              cenni i kochani przez Boga, jak my. Ale właśnie dlatego należy im okazać
                                              miłosierdzie i ich stamtąd przegonić. Bo gdy pozwolimy ze świątyni zrobić
                                              burdel, a z burdelu świątynię, to grzechów nikt ani im, ani nam nie odpuści, a w
                                              końcu wszyscy zaczniemy się spowiadać z dobra.˘
                                              • kaczy.i.indyczy Domieszki polityczne 18.08.09, 21:59
                                                goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1204105547&dzi=1104798052&katg=


                                                Myśl wyrachowana: Przyjmowanie Komunii z natury zwalcza komunizm

                                                Młoda twarz starej lewicy, Grzegorz Napieralski, wydała z siebie w radiowej
                                                Trójce takie napomnienie: „Niech Kościół leczy dusze, niech głosi Ewangelię,
                                                niech zajmuje się tym, aby Polacy przestrzegali Dziesięciu Przykazań, ale niech
                                                nie wtrąca się do polityki i do państwa – od tego są wybrani politycy”.
                                                Prorocze słowa. Gdyby się ziściły, po lewicy zostałaby tylko kupa wstydu i
                                                wyroki do odsiedzenia.
                                                Apel Napieralskiego przypomniał mi kazanie biskupa z czasów PRL. Było to przed
                                                kolejną kłamliwą i przymusową farsą, zwaną wówczas wyborami. – Myśleliście, że
                                                dzisiaj będę mówił o polityce – powiedział on. – Zawiodę was. Nie będę mówił o
                                                polityce, tylko o moralności. Otóż udział w wyborach jest niemoralny!

                                                To jest to. Nie da się oddzielić polityki od moralności, tak jak nie sposób
                                                oddzielić szczekania od psa, złota od rybki albo postkomunisty od koryta. Słowa
                                                posła Napieralskiego pełne są niezamierzonej mądrości. Rozważmy je po kawałku.
                                                „Niech Kościół leczy dusze”. Dlaczego dusze są chore? Bo ulegają grzechowi. Kto
                                                prowadzi publiczną propagandę grzechu? Jeśli chodzi o ludzi, to u nas głównie
                                                lewica. Czy ten wniosek to polityka? Nie, to moralność. „Niech głosi Ewangelię”.
                                                No właśnie. Niech Kościół głosi ją, jak kazał Pan Jezus, po całym świecie i
                                                wszelkiemu stworzeniu. W porę i nie w porę. Na dachach, a nawet w parlamencie.
                                                Niech i postkomunistom mówi: „Was też Jezus chce zbawić. Porzućcie swoje zgubne
                                                poglądy, przestańcie nazywać zło dobrem”. Czy to polityka? Nie, to Ewangelia.

                                                I wreszcie: „Niech Kościół zajmuje się tym, aby Polacy przestrzegali Dziesięciu
                                                Przykazań”. Otóż to. Gdyby Polacy przestrzegali Dziesięciu Przykazań, taki LiD
                                                dostałby nie więcej głosów niż rywale Gołoty po mordzie. Gdyby byli wierni
                                                pierwszemu przykazaniu, nie należeliby do partii popierających walkę z religią.
                                                Gdyby dochowywali trzeciego, w niedzielę byliby w kościele, a nie w sklepie.
                                                Gdyby przestrzegali piątego, nawet nie pomyśleliby o popieraniu aborcji i
                                                eutanazji. Gdyby byli wierni szóstemu, gadania o innych związkach niż małżeńskie
                                                nawet by nie słuchali. I tak dalej. A wszystkich tych złych rzeczy domaga się
                                                lewica. Sprzeciw wobec Dekalogu jest jej programem. Dlatego w program katolika
                                                musi być wpisany sprzeciw wobec takiej lewicy.

                                                Czy to wszystko polityka? Nie – to praktyka religijna. Bo nauka Jezusa dotyczy
                                                wszystkiego. Nie ma takiego miejsca i takiej sytuacji, w której moglibyśmy
                                                odpuścić sobie Ewangelię. Czy mowa o podatkach czy wydatkach, o ochronie zdrowia
                                                czy pogłowia, o stosunkach międzynarodowych czy seksualnych – wszędzie jesteśmy
                                                chrześcijanami. Wszystko podlega ocenie wiary. Wbrew temu, co wpierają
                                                napieralscy politycy, rozdział Kościoła od państwa nie polega na oddzieleniu
                                                duszy obywatela od jego ciała. Nie polega też na separacji „biskupów” od reszty
                                                wierzących. MY, KOŚCIÓŁ, będziemy się „mieszać do polityki”, bo jesteśmy
                                                obywatelami państwa nie mniej niż „wybrani politycy”. Którzy, zresztą,
                                                bezustannie mieszają się do wiary i moralności.
                                                • kaczy.i.indyczy Komfort ubóstwa 18.08.09, 22:16
                                                  goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1198747045&dzi=1104798052&katg=
                                                  Myśl wyrachowana: Ludziom chodzi o zdrowy sen, a zabijają się o złote łóżka


                                                  Maryja rąbek z głowy zdjęła, „bo ubogą była”. Przyjęło się, że Święta Rodzina to
                                                  biedna rodzina. Że małego Jezusa nawet nie było w co owinąć, choć Ewangelista
                                                  pisze wyraźnie, że Maryja owinęła Go w pieluszki. Jezusa trzeba było położyć w
                                                  żłobie, bo „nie było miejsca w gospodzie”. Zatem pieniądze na gospodę były,
                                                  tylko miejsc noclegowych nie było. Maryja i Józef nie byli najbogatsi, ale do
                                                  biedaków też nie należeli. Jakoś sobie radzili w Betlejem, a Bóg im nawet
                                                  wycieczkę do Egiptu zafundował. W Nazarecie też musiało być znośnie – Józef miał
                                                  tam firmę stolarską.

                                                  Fakt, że Jezus urodził się w żłobie, nie znaczy, że ideałem chrześcijanina jest
                                                  być żłobem, nie mieć mieszkania albo przynajmniej mieć w domu chlew. Oznacza
                                                  raczej, że Boga można spotkać w zupełnie dziwnych miejscach i momentach. Żłóbek
                                                  podpowiada, że gdy człowiek znajdzie się w tarapatach, to nie znaczy, że Bóg się
                                                  od niego odwrócił. Nawet przeciwnie – gdy człowiek nie umie sobie znaleźć
                                                  miejsca, to może znaczyć, że nadchodzi rozwiązanie. Żłóbek to nie ołtarzyk
                                                  postawiony nędzy. Jest na świecie wielu nędzarzy, którzy o niczym poza bogactwem
                                                  nie myślą i dla pieniędzy gotowi są zabijać. Nie o takich Jezus powie, gdy
                                                  dorośnie: „Błogosławieni ubodzy w duchu”. Ubogi to niekoniecznie biedny, a
                                                  biedny niekoniecznie ubogi. Niektórzy wywodzą słowo „ubogi” od tego, że ten ktoś
                                                  ma wszystko „u Boga”.

                                                  Znam człowieka, któremu ukradli portfel z pieniędzmi. – W pierwszym momencie się
                                                  wściekłem – opowiadał. – A potem nagle przyszło mi do głowy: „No zaraz, przecież
                                                  to nie był mój portfel!”. I wyjaśnił, dlaczego: bo on oddał życie Jezusowi.
                                                  Portfel gwizdnęli więc nie jemu, tylko Panu Jezusowi.
                                                  To jest geniusz ubóstwa – ubogim w duchu jest nie ten, który niczego nie ma,
                                                  tylko taki, któremu nie można niczego ukraść. Do tego jednak potrzebna jest
                                                  decyzja oddania życia Bogu. Bez zastrzeżeń. Ze wszystkim, czym się jest i co się
                                                  posiada. Ludzie, nawet pobożni, powszechnie boją się tego. Myślą, że gdy oddadzą
                                                  życie Jezusowi, to zaraz dostaną raka ze stwardnieniem rozsianym, stracą zęby i
                                                  wyłysieją, dzieci im wymrą, a sąsiadowi zacznie się powodzić lepiej niż im.

                                                  Oddać życie Jezusowi nie znaczy jednak, że trzeba je stracić, bo ono już i tak z
                                                  góry jest stracone. Ludzie i tak chorują i cierpią, a majątek też zawsze mogą
                                                  stracić. Nikt nie ma gwarancji szczęścia, zdrowia, pomyślności, za to wszyscy
                                                  mają gwarancję śmierci, a tym samym utraty wszystkiego, co mieli.
                                                  Oddając życie Bogu nic nie tracimy, z wyjątkiem lęku przed przyszłością i troski
                                                  o to, nad czym i tak nie panujemy. A zyskujemy wszystko, o co w istocie każdemu
                                                  chodzi – trwałe szczęście. Benedykt XVI na inauguracji pontyfikatu zapewniał:
                                                  „Jezus wam niczego nie zabierze”. No właśnie. Skoro Bóg zadowolił się stajnią,
                                                  to znaczy, że nie domaga się dla siebie niczego. Wszystko, czego chce, jest w
                                                  naszym interesie.
                                                  • kaczy.i.indyczy Katolicyzm pozaustrojowy 18.08.09, 22:25
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1197294192&dzi=1104798052&katg=
                                                    Myśl wyrachowana: Kto mówi o grzechu, że nie widzi w nim nic złego, ma rację:
                                                    nie widzi


                                                    Gdy Gagarin wrócił z kosmosu, Chruszczow zapytał go, czy widział tam Boga. – Nie
                                                    – powiedział zdziwiony kosmonauta. Przywódca ZSRR zaczął bić brawo. Boga nie
                                                    widać – Boga niet. Ten typ myślenia zaprezentowało ostatnio kilku polityków, a
                                                    szczególnie Ewa Kopacz. Minister zdrowia chce Polkom umożliwić za pieniądze
                                                    podatników poddawanie się zapłodnieniu in vitro. Bo, jak powiedziała, jest
                                                    katoliczką, ale w sztucznym zapłodnieniu „nie widzi niczego złego”. Była już
                                                    kiedyś taka Ewa, która też nie widziała niczego złego. Ale to, jak się okazało,
                                                    nie wyszło na dobre ani jej, ani nam. Bo jak człowiek czegoś nie widzi, to nie
                                                    znaczy, że tego nie ma. Może patrzy nie tam, gdzie trzeba, albo jest po prostu
                                                    ślepy.

                                                    Minister Kopacz oznajmiła, że „nie będzie polemizować z biskupami w kwestii
                                                    metody in vitro”. Innymi słowy niech się biskupi odczepią, bo nie mają nic do
                                                    gadania. Jest w tym też sugestia, że sprzeciw wobec in vitro to prywatny pomysł
                                                    biskupów i gdyby nie byli uparci, to by ustąpili. Niby nic nowego, takie
                                                    lewackie gadanie. Tylko że pani minister deklaruje głęboką wiarę. Skoro tak, to
                                                    nie musi polemizować z biskupami – sama powinna wiedzieć, że na in vitro zgadzać
                                                    się jej nie wolno. Katolik nie może zgadzać się na to, żeby z jego pieniędzy
                                                    finansowano cudze grzechy. A gdy jest ministrem, to nie wolno mu się na to
                                                    zgadzać tym bardziej. Tymczasem przyjął się pogląd, że kto służy państwu, nie
                                                    może robić tego, opierając się na moralności chrześcijańskiej. Za to w imię
                                                    ustanowionej prawem kaduka politycznej poprawności może jak najbardziej.

                                                    Gdy z pieniędzy podatnika posłowie chcieli – uważam, że niesłusznie – finansować
                                                    budowę kościoła, podnosiły się awantury. Ale gdy ktoś chce za moje pieniądze –
                                                    nieporównanie większe – organizować sobie dziecko metodą in vitro albo pozbywać
                                                    się go metodą „in wiadro”, to ja mam siedzieć cicho.
                                                    Katolik nie może siedzieć cicho. Odpowiedzialność za państwo nie zwalnia
                                                    wierzącego od posłuszeństwa Bogu. Przeciwnie – skoro Bóg mówi, że coś jest złe,
                                                    to i jego wyznawca winien to mówić – właśnie w duchu odpowiedzialności za państwo.

                                                    Już słyszę: „Bóg o in vitro nie mówi”. Mówi, mówi. Ale faktycznie, w Biblii nie
                                                    ma ani o in vitro, ani o klonowaniu, ani o pigułce postkoitalnej. Gdyby Jezus
                                                    rybakom znad jeziora Genezaret mówił o genetyce, to by się chłopy potopili z
                                                    rozpaczy, że nic nie kumają. Dlatego tuż przed męką oznajmił: „Jeszcze wiele mam
                                                    wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie” (J 16, 12). I
                                                    zapowiedział, że zrobi to Duch Święty. I Duch Święty mówi kolejnym pokoleniom
                                                    to, czego przodkowie zrozumieć nie mogli. Mówi przez Kościół, który założył, a
                                                    który wciąż tłumaczy niezmienną prawdę na zmieniające się języki. Również tę
                                                    prawdę, że Panem ludzkiego życia jest Bóg, a człowiek może tylko o to życie się
                                                    troszczyć. Troszczyć – a nie manipulować nim. Nie „robić dzieci”, tylko
                                                    przyjmować je jako owoc miłości. A jeśli ich nie ma, to trzeba przyjąć ich brak,
                                                    bo żaden człowiek nie ma prawa do dzieci. Prawo do nich ma tylko Pan Bóg. Co? Że
                                                    to nie argument dla niewierzących? Ale ja do katolików piszę.
                                                  • kaczy.i.indyczy Święto sukcesu 22.08.09, 12:32
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1250447784&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Kto żyje niebem, ten ma święto już na ziemi

                                                    Tadeusz Mazowiecki na Woodstocku wypowiedział się przeciw czynieniu
                                                    świętem rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, bo „w Polsce mamy
                                                    za dużo świąt martyrologicznych, za mało radosnych”. Internetowy
                                                    komentator Marek Błaszkowski zauważył, że spośród świąt państwowych
                                                    martyrologiczny mamy tylko 1 maja – bo odwołuje się do ofiar
                                                    strzelaniny w Chicago. Poza tym świętujemy same sukcesy: zwycięstwo
                                                    nad Sowietami, jedną z pierwszych na świecie konstytucji i
                                                    odzyskanie niepodległości. Zero martyrologii! Ale tak się przyjęło
                                                    jęczeć nad jęczeniem Polaków, że mało kto zauważa, iż Polacy nie
                                                    jęczą. Utarło się, że radość to jest na Zachodzie.

                                                    Tam kolorowe baloniki, tam radosne korowody, miłość, zabawa, taniec,
                                                    panowie proszą panów. A u nas tylko szarość, nuda i pola kartofli po
                                                    zasnuty mgłą horyzont. Polak siedzi i biadoli lub klęczy i płacze, a
                                                    powstaje tylko w listopadzie i styczniu, żeby paść na reducie albo w
                                                    okopach – jak woli. My już takie smutasy jesteśmy i jedynym sposobem
                                                    na podniesienie poziomu radości jest obniżenie poziomu polskości.
                                                    Podobne przekonanie odnosi się do chrześcijaństwa. Uważa się, że
                                                    człowiek religijny to duchowy masochista, zakochany w bólu
                                                    wielbiciel cierpienia.

                                                    To stereotyp tak silny, jak pogląd, że Aleksander Kwaśniewski jest
                                                    wyższy niż Lech Kaczyński. Nawet chrześcijanie uwierzyli, że
                                                    ulubionym zajęciem Boga jest gnębienie swoich wyznawców i kto chce
                                                    mieć lepiej, musi być mniej chrześcijański. „Nie mogę oddać życia
                                                    Jezusowi, bo nie chcę cierpieć” – powiedziała mi pewna pani, która
                                                    bardzo się w życiu nacierpiała, bo nie oddała życia Chrystusowi.
                                                    Bóg, który wyzwala, stał się w pojęciu ludzi ciemięzcą, który
                                                    zniewala. Jezus stał się synonimem śmierci, tak jakby nie
                                                    wskrzeszał. Stał się rozdawcą chorób, tak jakby nie uzdrawiał,
                                                    tropicielem grzechów, tak jakby nie chciał ich odpuścić. Córka
                                                    znajomej wróciła z rekolekcji oazowych. Oddała tam życie
                                                    Jezusowi. „Mamo, ty nie wiesz, jak mi serce skakało.

                                                    Tak się chyba czują zakochani” – cieszyła się. To jest to. A ludzie
                                                    marudzą, że Kościół nie zaspokaja ich pragnień, choć zamiast pić z
                                                    bijącego w nim źródła, gapią się, jakby czekali na ekspertyzę z
                                                    sanepidu. Tu trzeba skosztować, jak „słodki jest Pan”. Gdy
                                                    załzawiony penitent usłyszy nad sobą „idź w pokoju”, dopiero wtedy
                                                    wie coś o spowiedzi i o kapłaństwie. Gdy wdzięczny za ocalenie
                                                    przyjmie Komunię, wtedy wie coś o Eucharystii. Bez doświadczenia
                                                    Jezusa Kościół będzie się kojarzył z tacą i samochodami księży, ci
                                                    zaś z molestowaniem i kobietami na boku. Bez Jezusa nie pojmie się,
                                                    że Kościół świętuje wyłącznie zwycięstwa, a nie klęski. Wielki
                                                    Piątek nie jest świętem i nikt by o nim nie pamiętał, gdyby nie
                                                    Zmartwychwstanie. Z tego zwycięstwa pochodzi nadzieja naszego
                                                    sukcesu. Ziemskie święta są jak zjedzone wczoraj lody –
                                                    przypominają, ale już nie smakują. Kościelne zapowiadają i
                                                    uobecniają sukces. Jedyny wart tej nazwy, bo trwały – zbawienie.
                                                    Dlatego prawdziwą kobietą sukcesu jest Maryja w niebie, a nie
                                                    Madonna na lotnisku Bemowo.
                                                  • kaczy.i.indyczy Przyjemność sromotnikowa 22.08.09, 13:12

                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1190631789&dzi=1104798052&katg=


                                                    Myśl wyrachowana: Lepiej grzechu żałować, niż pożałować

                                                    Ostatnio wywołałem temat cudzołóstwa. Jakiś pan stwierdził na to, że
                                                    w jego przypadku to nie może być grzech, bo sumienie niczego mu nie
                                                    wyrzuca. I że nie może się z tego spowiadać, bo tego nie żałuje. No
                                                    bo jak może żałować, skoro to jest przyjemne. Oto produkt
                                                    współczesności. Wydaje się ludziom, że grzech jest tym, czego
                                                    żałują. A to, czego nie żałują, jest powodem do chwały.

                                                    Gdyby tak było, łysi musieliby spowiadać się z utraty włosów,
                                                    zawiedzione żony z wyjścia za mąż, a kibice, że wybrali się na mecz
                                                    reprezentacji Polski w piłce nożnej. Z kolei na ołtarze należałoby
                                                    wynosić wszystkich cwaniaków, cyników i dziwkarzy, którzy wytrwali
                                                    do samego końca bez żadnych znamion skruchy.

                                                    Ludzie żałują różnych rzeczy, nawet tego, że nie zgrzeszyli. Bo –
                                                    mówią – ominęła ich taka przyjemność. I tu akurat mają rację, bo
                                                    grzech zawsze jest przyprószony po wierzchu czymś, co dla kuszonego
                                                    jest przyjemne. Gdyby było inaczej, ludzie omijaliby pokusę jak
                                                    Aleksander Kwaśniewski prawdę.
                                                    Mówi się, że coś jest warte grzechu. A owszem. Grzech nadaje się do
                                                    popełnienia, tak jak muchomor sromotnikowy do zjedzenia. Zazwyczaj
                                                    tylko raz, ale jednak. A nadaje się, bo w odróżnieniu od innych
                                                    muchomorów udaje innego grzyba i jest podobno całkiem smaczny.
                                                    Jeszcze przyrządzony z cebulką, jajeczkiem – mmm, pycha. Nikt nie
                                                    żałuje takiego dania, dopóki nie poczuje skutków jego konsumpcji.
                                                    Wtedy owszem, żałuje, nawet bardzo, ale najczęściej jest za późno.

                                                    Grzech jest przyjemny w smaku, jak muchomor sromotnikowy. Po
                                                    zgrzeszeniu delikwent nie musi mieć wyrzutów sumienia, tak jak
                                                    konsument muchomora nie ma wyrzutów żołądka. Dzięki temu trucizna
                                                    rozchodzi się po całym organizmie zanim rozlegnie się jakikolwiek
                                                    sygnał alarmowy.
                                                    Można nie uznawać za grzech aborcji, cudzołóstwa, złodziejstwa,
                                                    magii i czego tam jeszcze, tak jak nowotworu można nie uważać za
                                                    chorobę. Można nawet chorego ogłosić zdrowym, a do lekarza wysłać
                                                    wszystkich zdrowych. I nawet, opierając się na tej „sromotnikowej”
                                                    przyjemności, często się takie rzeczy robi. Skoro przyjemne, to
                                                    dobre. Dobrego będziesz żałował?

                                                    Tu tkwi podstawowy fałsz. Bóg nie mówi: „Żałuj przyjemności”. Bóg
                                                    mówi: „Uwierz, że to złe. Nie bierz tego, bo zginiesz. A jeśli
                                                    wziąłeś, natychmiast biegnij do lekarza. Zanim poczujesz bóle”.
                                                    Bo w grzech trzeba uwierzyć na słowo. Tak jak dziecko wierzy
                                                    rodzicom, gdy mówią, że coś jest złe, a coś dobre. Gdyby dzieci
                                                    bardziej słuchały swojej ciekawości i łapczywości niż rodziców, nikt
                                                    nie dożyłby wieku dorosłego.

                                                    To kłamstwo, że drogę do konfesjonału trzeba znaczyć łzami.
                                                    Kłamstwo, że człowiek ma czekać z nawróceniem, aż ujrzy opłakane
                                                    skutki swoich świństw. Nawrócenie wtedy ma wartość, gdy odrzucony
                                                    grzech wydaje się jeszcze przyjemny. To dopiero po nawróceniu
                                                    człowiek widzi, że nic nie jest warte grzechu. Bo grzech nie jest
                                                    wart niczego.
                                                  • kaczy.i.indyczy Kamień obronny 22.08.09, 13:17
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1190028545&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Cudzołożnika nie wolno kamienować, ale to nie
                                                    znaczy, że trzeba zaraz zrobić go wicepremierem

                                                    Odnoszę wrażenie, że najbardziej znanymi tekstami biblijnymi są te o
                                                    źdźble i belce w oku, o tym, żeby nie sądzić i że kto jest bez
                                                    grzechu, niech pierwszy rzuci kamień. Te fragmenty zna już niemal
                                                    dziecko w kolebce, a z upodobaniem stosują je – w różnych wersjach –
                                                    nawet tacy, dla których Jan Chrzciciel to właściciel pobliskiej
                                                    stacji benzynowej, zaś dekalog to dziesięć kolejek piwa.

                                                    Niedawno znajomością jednego z tych tekstów popisał się Andrzej
                                                    Lepper. Przy okazji wyznania w prasie, że zdradzał żonę, pochwalił
                                                    swą odwagę cywilną i wezwał społeczeństwo do wyrozumiałości
                                                    słowami: „Kto jest bez grzechu, niech rzuca we mnie kamieniem”.

                                                    Jest to cytat równie wierny, jak były wicepremier jako małżonek. W
                                                    oryginale bowiem nie ma „niech rzuca we mnie”. Tam jest: „Kto z was
                                                    jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Powiedział to
                                                    Pan Jezus o kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie – nie sama
                                                    przyłapana. Tymczasem tych słów powszechnie używają ludzie w
                                                    odniesieniu do siebie, gdy znajdą się w sytuacji tamtej pani. Wtedy
                                                    gwałtownie przypominają im się zasady chrześcijańskie. A właściwie
                                                    nie im – oni je przypominają otoczeniu.

                                                    Tym sposobem traktują słowa Jezusa nie jako wskazanie dla siebie,
                                                    tylko jako tarczę przed skutkami świństw, które popełniają. Chyba
                                                    nie o to chodzi w Ewangelii. Zdanie o belce w oku, historia z
                                                    cudzołożnicą i wezwanie „nie sądźcie” są adresowane do tego, kto je
                                                    słyszy, po to, żeby je zastosował do siebie, a nie wygłaszał je
                                                    sąsiadowi. Bo takie rady pod adresem innych, to nic innego, jak
                                                    próba usprawiedliwienia własnych grzechów. – Co się, ludzie,
                                                    rzucacie? Jestem tylko człowiekiem, więc nic dziwnego, że jestem
                                                    świnią. A wy jesteście jeszcze gorsi, bo mnie osądzacie.

                                                    Ano właśnie – osądzanie. Jezus nie każe nam zaprzeczać oczywistym
                                                    faktom, tak jak nikomu nie wmawiał, że tamta kobieta nie jest
                                                    cudzołożnicą. Jeśli ktoś coś ukradnie, to jest złodziejem i nazwanie
                                                    go tak nie jest żadnym sądzeniem ani rzucaniem kamieniami. To jest
                                                    stwierdzenie faktu. Jan Paweł II nie zaprzeczał, że Ali Agca to
                                                    ciężki przestępca. Chociaż mu przebaczył, nie twierdził, że Alemu
                                                    nie należy się kara. Odwiedził go, ale – uwaga! – w więzieniu.

                                                    Jeśli ktoś zdradza żonę, to jest cudzołożnikiem. W pierwotnym
                                                    Kościele taki człowiek – jeśli chciał pozostać we wspólnocie – nie
                                                    moralizował o kamieniach, nie usprawiedliwiał się słabością, tylko
                                                    publicznie przyznawał, że cudzołożył. Nie ględził o swoim dobrym
                                                    imieniu i ochronie danych osobowych, tylko odbywał publiczną pokutę
                                                    jako cudzołożnik właśnie. Dopiero po odprawieniu pokuty, gdy było
                                                    widać żal, i poprawę, taki delikwent dostawał rozgrzeszenie. Dzięki
                                                    temu każdy wiedział, co się stało. Każdy rozumiał, że zło grzechu
                                                    leży w utracie łaski Bożej, a nie szans wyborczych.
                                                  • kaczy.i.indyczy Jutro pójdziemy do łóżka 22.08.09, 13:24
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1189459501&dzi=1104798052&katg=


                                                    Myśl wyrachowana: Zamiast troszczyć się o lepsze jutro, wygodniej
                                                    wymyślić lepsze wczoraj

                                                    W ubiegłą sobotę TVP1 nadała film „Jutro pójdziemy do kina” o
                                                    polskich maturzystach w przeddzień II wojny światowej. Młodzież
                                                    piękna, dynamiczna, patriotyczna. Pewnie taka była. W filmie
                                                    dominuje jednak wątek zakochanych par, które wówczas takie nie były.
                                                    Bo wszystkie pary, jakie tam się tworzą, od razu zdążają do łóżka.
                                                    Jeśli któraś para tam nie trafia, to tylko dlatego że – z powodu
                                                    wojny – brakło czasu.
                                                    Pewnie, że przed wojną też trafiały się jednostki „bezpruderyjne”,
                                                    ale to były właśnie jednostki, absolutny margines. Tymczasem zasady
                                                    moralne, które wtedy obowiązywały, w filmie praktycznie nie
                                                    istnieją. Choć wszystko jest tam przedwojenne – fryzury, kreacje,
                                                    mundury, samochody – to sposób traktowania seksu jest dzisiejszy.
                                                    Jeśli jakieś dziewczę ma w tym względzie opory, to raczej z
                                                    przyczyn „feministycznych” niż moralnych i religijnych. Damsko-
                                                    męskie dialogi o seksie, namiętne pocałunki na ulicy – takie rzeczy
                                                    wtedy się nie zdarzały.

                                                    Jasne, że reżyser może sobie nakręcić film o czymkolwiek. Ze świętej
                                                    Agnieszki może zrobić Anetę K., a z Łyżwińskiego świętą Agnieszkę.
                                                    Amerykanie na przykład zrobili film o rozpracowaniu Enigmy
                                                    (niemieckiej maszyny szyfrującej), w którym Polacy nie grają
                                                    praktycznie żadnej roli, choć w rzeczywistości grali podstawową.
                                                    Wolno im. Ale tym, którzy ten film obejrzeli, daremnie teraz
                                                    tłumaczyć, że było inaczej.
                                                    To, co ludzie wiedzą o historii, nie jest obojętne. Nie bez powodu
                                                    lobby homoseksualne w Wielkiej Brytanii próbuje poprawiać
                                                    podręczniki do historii, informując, że Szekspir i inni wielcy
                                                    ludzie byli gejami, tylko „nie mogli się ujawnić”. Po co to robią?
                                                    Po to, żeby przekonać ludzi o poglądach tradycyjnych, że to, co
                                                    wyznają, to żadna tradycja, tylko maskarada. Że moralność nigdy nie
                                                    była praktyką, tylko teorią dla obłudników.

                                                    Taki film – świadomie lub nie – doskonale temu służy. Zostanie po
                                                    nim wniosek: skoro nawet w przedwojennej Polsce, takiej podobno
                                                    katolickiej, dziewczyny były tak często „rozdziewiczane” (to słowo
                                                    pada w filmie), to tym bardziej dzisiaj dziewictwo to wstyd.

                                                    Tylko że to wniosek fałszywy, bo oparty na wymyśle reżysera. To
                                                    dopiero od niedawna facetom jest wszystko jedno, czy ich „jedyna”
                                                    nie była już jedyną dziesięciu poprzedników. Dopiero od niedawna noc
                                                    poślubna znaczy to samo, co przedślubna, a narzeczony to mąż na
                                                    niekończącą się próbę.
                                                    Jeśli czegoś kiedyś nie było, a teraz jest, to wcale nie oznacza, że
                                                    teraz jest lepiej. Bo prawo rozwoju w moralności wcale nie jest
                                                    takie, jak w technice. Tu kolejne pokolenia nie muszą być lepsze od
                                                    poprzedników. Nieraz bywa odwrotnie, a świadczą o tym upadki
                                                    imperiów, które załamywały się pod ciężarem duchowej rozlazłości
                                                    obywateli. Ludzie bez ideałów – zwłaszcza moralnych – rzadko
                                                    wzbijają się na wyżyny patriotyzmu, jakiego dowiodła młodzież
                                                    Września ’39. Bo za ideały trzeba nieraz oddać życie, a po co
                                                    oddawać, skoro przyjemniej je rozdziewiczyć.
                                                  • kaczy.i.indyczy Koncepcja antykatolicka 22.08.09, 13:30
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1188209894&dzi=1104798052&katg=


                                                    Myśl wyrachowana: Prawda nie zależy od tego, co się o niej sądzi

                                                    Kiedyś byłem na protestanckim wykładzie, w którym ostrzegano przed
                                                    praktykowaniem magii. Nagle do przodu przykicał starszy mężczyzna i
                                                    oznajmił: „A ja jestem gorącym zwolennikiem okultyzmu katolickiego”.
                                                    Odnoszę wrażenie, że istnieje też coś takiego, jak „antykoncepcja
                                                    katolicka”. Wnoszę to z reakcji, jakie wzbudził mój felieton sprzed
                                                    dwóch tygodni. Sporo Czytelników próbowało mnie przekonać, że
                                                    antykoncepcja jest koniecznością. Niektórzy starali się wykazać
                                                    błędy mojego rozumowania, a jakaś dziewczyna, nie trudząc się
                                                    argumentacją, oznajmiła, że nie znosi mnie za mój fanatyzm.
                                                    Muszę jedno wyjaśnić: to nie ma znaczenia, czy mnie ktoś przekona do
                                                    antykoncepcji, czy nie. Nawet gdyby ktoś to jakimś sposobem
                                                    osiągnął, to i tak antykoncepcja pozostanie grzechem. Przekonujcie
                                                    Boga, nie mnie. To nie ja wymyśliłem świat tak, że wszystko powinno
                                                    czemuś służyć. Ja wiem, katolikom, którzy stosują antykoncepcję,
                                                    jest przykro, że to grzech. Ale zamiast z antykoncepcją zerwać,
                                                    próbują zwiększać grono tych, którzy uważają, że to nie grzech.
                                                    Tylko co to da? W „Małym Gościu” mieliśmy kiedyś zagadkę: „Zanim
                                                    odkryto Mount Everest, który szczyt był najwyższy na świecie?”.
                                                    Odpowiedź brzmi: Mount Everest.

                                                    Tak samo jest z antykoncepcją. Niezależnie od tego, czy ktoś uważa
                                                    ją za grzech, czy nie, ona i tak grzechem pozostaje. I to nie jest
                                                    pomysł złośliwych dziadków w purpurze, którzy chcą ludziom obrzydzić
                                                    życie seksualne. To jest pomysł Pana Boga, a Kościół to tylko
                                                    powtarza i nie może przestać. Gdyby przestał, byłby jak latarnik,
                                                    który gasi latarnię morską, żeby ludziom w ślepia nie świeciła.
                                                    Kościół mówi, gdzie jest brzeg, ale jeśli ktoś koniecznie chce się o
                                                    niego rozbić, to już jego decyzja. Ta „latarnia” nie jest dla
                                                    wywoływania wyrzutów sumienia. Ona sama jest sumieniem.

                                                    Ja w rzeczonym felietonie nie użyłem jedynych argumentów, jakie
                                                    istnieją przeciw antykoncepcji. Pominąłem na przykład względy
                                                    medyczne, co zauważył pewien lekarz, przesyłając mi wykaz przyczyn,
                                                    dla których antykoncepcja rujnuje zdrowie kobiet i zagraża życiu
                                                    poczętych dzieci. Teologicznie i logicznie też dałoby się napisać
                                                    lepiej, niż zrobiłem to ja. Ale ja nigdzie nie twierdzę, że to, co
                                                    piszę, jest jedyne i najlepsze. Jak ktoś chce mieć głębokie
                                                    uzasadnienie, dlaczego antykoncepcja jest złem, niech sobie
                                                    poczyta „Miłość i odpowiedzialność” Karola Wojtyły. A jak chce znać
                                                    oficjalne dokumenty kościelne na ten temat, niech zajrzy do
                                                    Katechizmu Kościoła Katolickiego, tam są odsyłacze. Oczywiście można
                                                    dowodzić, że antykoncepcja jest dobra i „katolicka”, tylko po co? To
                                                    niczego nie zmieni. Nie ma i nie będzie „antykoncepcji katolickiej”,
                                                    bo nie ma i nie będzie katolickiego grzechu. I nic do rzeczy nie ma
                                                    powszechność grzeszenia. Bo wtedy z faktu, że połowa Polaków łazi do
                                                    wróżek, należałoby wnioskować, że istnieje okultyzm katolicki. Ale
                                                    takie wnioskowanie będzie równie owocne jak sama antykoncepcja.
                                                  • kaczy.i.indyczy Złodzieje ludzi 22.08.09, 13:36
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1187273441&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Jeśli uważasz, że seks przed ślubem to nic złego,
                                                    rób tak dalej: uważaj

                                                    W„Życiu Warszawy” zamieszczono sondaż CBOS, w którym pytano o
                                                    edukację seksualną. Przy okazji było pytanie o antykoncepcję i o
                                                    poglądy na temat czasu inicjacji seksualnej. Gazeta skomentowała
                                                    wyniki tak: „Badanie pokazało, że nie jesteśmy społeczeństwem
                                                    purytańskim. Ponad połowa osób biorących udział w badaniu oceniła,
                                                    że z podjęciem współżycia seksualnego nie trzeba czekać do czasu
                                                    zawarcia małżeństwa, i że seks przed ślubem jest zupełnie normalny”.

                                                    Aha. Czyli kto nie uważa, że seks przed ślubem jest normalny, ten
                                                    jest purytaninem. Innymi słowy stukniętym ascetą, wymachującym
                                                    krzyżem i krzyczącym chrapliwym głosem: „Bóg was skarze, lubieżni
                                                    bezbożnicy!”.

                                                    Dorabianie takiego wizerunku ludziom, którym jeszcze zależy na
                                                    moralności chrześcijańskiej, przynosi efekty. Wskutek tego pary
                                                    deklarujące dochowanie czystości do ślubu traktuje się jak ocalałe
                                                    dinozaury. One same zresztą zachowują się nieraz tak, jakby
                                                    podejmowały jakieś niezwykłe zobowiązanie. Kiedyś nawet usłyszałem
                                                    ze szczytu Jasnej Góry „świadectwo”, w którym dziewczyna oznajmiła,
                                                    że za parę miesięcy wyjdzie za mąż, ale wraz z narzeczonym
                                                    postanowili, że do tego czasu nie będą współżyć.

                                                    No nie, ludzie, co to za ofiara? Równie dobrze mogliby oczekiwać
                                                    oklasków za to, że nikogo nie zgwałcili. To nie żadna asceza, tylko
                                                    obowiązek. Nie mają się czym chwalić narzeczeni, że się powstrzymują
                                                    od grzechu. To ci, którzy robią inaczej, powinni się wstydzić. A nie
                                                    wstydzą się, bo normą zaczyna być stan grzechu, zaś trwanie w łasce
                                                    uświęcającej staje się czynem tyleż heroicznym, co głupim. Nic
                                                    zresztą dziwnego, że taki heroizm uważa się za głupotę, skoro w
                                                    pojęciu większości oznacza on rezygnację z miłości. No bo skoro seks
                                                    to miłość, to brak seksu jest grzechem. Sam Bóg jest przecież
                                                    miłością, miłość jest najważniejszym przykazaniem i z miłości
                                                    zostaniemy rozliczeni.

                                                    To wszystko byłoby słuszne, gdyby nie to, że seks nie jest miłością.
                                                    On może wyrażać miłość, ale nie musi – i często jest wyrazem jedynie
                                                    miłości własnej. Jest wyrazem egoizmu zwłaszcza wtedy, gdy jest
                                                    podejmowany bez dozgonnego zobowiązania do miłości wyrażonej w
                                                    formule: „Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską”.

                                                    To nie jest tak, że kto czeka z seksem do ślubu, ten powstrzymuje
                                                    się od miłości. Jest dokładnie odwrotnie – prawdziwą miłość przed
                                                    ślubem praktykują ci, którzy powstrzymują się od seksu. Dowodzą w
                                                    ten sposób, że dla osoby kochanej gotowi są do wyrzeczeń. Do
                                                    czekania. A czekają nie dla głupiej fanaberii, tylko dlatego, że są
                                                    odpowiedzialni – nie tylko za siebie, ale i za tę drugą osobę. I za
                                                    dzieci, które powinny mieć rodziców zaślubionych sakramentem, a nie
                                                    związanych drutem konkubinatu.

                                                    Prawdziwa miłość, oczywiście, kosztuje i to sporo. Ale ktoś, kto
                                                    bierze, a nie płaci, ten nie kocha, tylko kradnie.
                                                  • kaczy.i.indyczy Religia wyboru 22.08.09, 13:46
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1185385155&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Kto troszczy się dla dziecka o drugie śniadanie,
                                                    niech pamięta, że każdy zje kiedyś śniadanie ostatnie

                                                    Będąc kiedyś w obcym mieście, zapytałem przygodnego przechodnia o
                                                    drogę do centrum. Osobnik z lekkim uśmieszkiem wskazał mi kierunek.
                                                    Po dłuższej wędrówce zamiast do centrum doszedłem do wniosku, że nie
                                                    należało tego typa o nic pytać. Ostatnio kolejny raz usłyszałem, że
                                                    dzieci nie należy posyłać do sakramentów, bo one same sobie powinny
                                                    wybrać, w co chcą wierzyć. Coraz częściej takie rzeczy mówią
                                                    katolicy, robiąc przy tym pełne tolerancji miny. Mieliby rację,
                                                    gdyby wszystkie życiowe kierunki były dobre. I gdyby obojętne było,
                                                    co człowieka kształtuje. Wtedy faktycznie nie miałoby znaczenia,
                                                    kogo człowiek spyta o drogę do centrum, bo centrum i tak byłoby
                                                    wszędzie. Ale tak nie jest. Cel jest zawsze w jednym, konkretnym
                                                    miejscu. Nieznajomość kierunku wymaga wskazania drogi. O nią trzeba
                                                    kogoś pytać. Jeszcze nie było takiego, który by nie miał życiowego
                                                    przewodnika. Jakiegokolwiek. Kto nie idzie za Bogiem, robi boga z
                                                    tego, za kim idzie. Nawet anarchiści, choć twierdzą, że nie uznają
                                                    żadnej władzy, padają plackiem przed tymi, co wymyślili ich
                                                    ideologię. Ludzie wyznający „religię wyboru” tego jednak nie
                                                    zauważają. Wyobrażają sobie, że powiedzieć dzieciom „Pan Jezus jest
                                                    drogą”, to zmuszanie do wiary.

                                                    Nic podobnego. Do wiary zmusić się nie da, da się za to przeszkodzić
                                                    w pójściu drogą wiary. I to właśnie robią rodzice, którzy mówią
                                                    dzieciom „wybierzcie sobie”. Oni, najbardziej powołani do
                                                    wyprowadzenia dzieci na właściwą drogę, zostawiają je na łaskę
                                                    przypadkowych przewodników. Pociecha ma wtedy duże szanse trafić na
                                                    takiego, co dobrze potrafi wskazać drogę jedynie na stryczek. Jeśli
                                                    dorośli mówią dzieciom „wybierzcie, w co chcecie wierzyć”,
                                                    komunikują im, że to, w co sami (podobno) wierzą, jest im obojętne.
                                                    Ot, taki wybór, jak każdy inny – ja wybrałem Chrystusa, ale ty
                                                    możesz wybrać Buddę, Krisznę, pepsi albo prince polo. Kochający
                                                    rodzice sami wybierają dzieciom podstawówkę, troszczą się dla nich o
                                                    odpowiednie gimnazjum, trzęsą się nad wyborem liceum. Ciekawe, że
                                                    nagle jest im obojętne to, co dzieci wybiorą na wieczność. Dlaczego?
                                                    Prawdopodobnie dlatego, że sami nigdy nie zakosztowali tego, co
                                                    rzekomo wybrali. Bo gdy ludzie doznają czegoś dobrego, mówią
                                                    innym „spróbujcie tego”. Na „Shreka” namawiało mnie może z pół
                                                    tuzina znajomych. Dlaczego? „Bo jest fajny”.

                                                    I to jakoś nie była indoktrynacja. Na „Shreka” wolno – na Jezusa
                                                    nie. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest dużo więcej niż fajny. On
                                                    zmienia życie i prowadzi ludzi właściwą – choć wąską – drogą. A to
                                                    nie podoba się tym, którzy rozłożyli swoje kramy przy szerokich,
                                                    lecz fałszywych drogach. Oczywiście ludzie i tak zdecydują, którędy
                                                    chcą iść. Sam Bóg pozwala nam wybierać. W Księdze Powtórzonego Prawa
                                                    mówi: „Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i
                                                    przekleństwo”. Ale zaraz – co za niespodzianka! – wskazuje, co
                                                    należy wybrać: „Wybierajcie więc życie, abyście żyli”. Ja nie chcę,
                                                    żeby moje dzieci wybrały cokolwiek. Chcę, żeby wybrały właściwie.
                                                  • kaczy.i.indyczy Jam jest pan bóg swój 22.08.09, 13:49
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1184836093&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Prywatne dekalogi miałyby sens, gdyby istniały
                                                    prywatne nieba

                                                    Gazeta Wyborcza zachęca młodzież do tworzenia dekalogów „na własny
                                                    użytek”. Na początek przedstawiła jeden z nich, wymyślony przez
                                                    szesnastolatków z liceów w Piszu, Radomiu i Wyszkowie. Młodzi nie
                                                    dali się prosić.

                                                    Oto owoc ich trudu:
                                                    1. Nie zabijaj innych.
                                                    2. Nie zabijaj siebie.
                                                    3. Czcij ojca swego i matkę swoją – jeśli na to zasłużyli.
                                                    4. Rodzice, rozmawiajcie ze swoimi dziećmi.
                                                    5. Kłam, to pozwala łatwiej żyć.
                                                    6. Kradnij, gdy musisz; gdy masz okazję.
                                                    7. Kochaj się, ale szanuj swoje ciało! Trzeba wiedzieć gdzie, kiedy
                                                    i z kim.
                                                    9. Nie zazdrość szpanerom – nie warto.
                                                    10. Szanuj siebie i innych.

                                                    W stosunku do oryginalnych przykazań zgadza się tylko liczba. Proszę
                                                    zwrócić uwagę na sformułowanie „dekalog na własny użytek”. Czyli że
                                                    dekalog, który dał ludziom Pan Bóg, nie jest do własnego użytku. On
                                                    jest do bajdurzenia na katechezie, do ględzenia z ambony. A do
                                                    stosowania na co dzień – droga młodzieży – niech będzie kodeks
                                                    waszego własnego pomysłu. Tak oto małolaty otrzymały szansę
                                                    wystąpienia w roli Boga i wywiązały się solennie. Nic dziwnego, że w
                                                    ich „dekalogu” brak jakiegokolwiek odniesienia do siły wyższej. To
                                                    przecież oni są tą wyższą siłą. Dlatego wymyślają sobie takie
                                                    zasady, jakich trzymać się mają ochotę. Musi być fajnie („kochaj
                                                    się”), ale i roztropnie („trzeba wiedzieć gdzie, kiedy i z kim”). A
                                                    nade wszystko musi być tolerancyjnie – stąd pewnie aż dwa zakazy
                                                    zabijania (ci „inni” to z pewnością również pawiany czy inne żuczki
                                                    gnojniki). No i to „szanuj, szanuj, szanuj”.

                                                    Bardzo pięknie, tylko że taki dekalog fruwa w stanie nieważkości.
                                                    Nie ma podstawy, żadnego gruntu. Z czego autorzy wnoszą, że nie
                                                    wolno zabijać? Dlaczego mam kogoś tam szanować? I z jakiej racji mam
                                                    nie zazdrościć szpanerom? No powiedzcie, czemu ktoś ma mieć
                                                    jakąkolwiek moralność, choćby tak „lajtową” jak ta, którą
                                                    proponujecie? Bo jeśli mnie ktoś zapyta, dlaczego uznaję przykazania
                                                    Boże, to odpowiem: – Właśnie dlatego, że są Boże, a nie wasze.
                                                    Prawdziwy Dekalog zaczyna się od podstawy: „Nie będziesz miał bogów
                                                    cudzych przede Mną”. I już nie fruwamy. Już mocno stoimy na ziemi.
                                                    Po odwołaniu do Boga bardzo łatwo odpowiedzieć na pytanie, dlaczego
                                                    mamy nie cudzołożyć, nie kraść, nie kłamać: Bo Bóg tak sobie życzy.
                                                    I koniec. I kropka.

                                                    Bóg wie lepiej, co dla nas dobre. Skoro mówi, żeby nie cudzołożyć,
                                                    to widocznie cudzołóstwo ludziom szkodzi. Bóg wie, że szkodzi nam
                                                    nadużywanie Bożego imienia, a służy święcenie dnia świętego. Skoro
                                                    mówi, że rodziców trzeba czcić, to znaczy, że trzeba ich czcić, a
                                                    nie sprawdzać, czy zasłużyli. Skoro chce, żeby nie zabijać, nie
                                                    kraść i nie kłamać, to trzeba mówić prawdę, nie kraść i nie zabijać.
                                                    A przede wszystkim zakazuje tworzenia prywatnych dekalogów. Gdzie?
                                                    No właśnie w pierwszym przykazaniu.
                                                  • kaczy.i.indyczy Otwarcie wyjściowe 22.08.09, 14:15
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1181621004&dzi=1104798052&katg=


                                                    Myśl wyrachowana: Kościół zbłąkanych to Kościół zbłąkany

                                                    Od pewnego czasu karierę robi koncepcja „Kościoła otwartego”.
                                                    Rozumie się przez to otwartość na „myślących inaczej” przez
                                                    rozpowszechnianie tego myślenia na katolickim podwórku. Zapewne taka
                                                    idea przyświecała „Tygodnikowi Powszechnemu”, gdy niedawno
                                                    udostępnił swoje łamy feministce Kindze Dunin. Bojowniczka o
                                                    wyzwolenie damskich brzuchów od dzieci, małżeństw od płci i chorych
                                                    od życia, zajęła się tam analizą „Muminków”. A konkretnie torebką
                                                    Mamy Muminka, która „może być po prostu symbolem waginy, wypartych
                                                    pragnień seksualnych”. Jak widać seksualna lustracja dobranocek nie
                                                    zaczęła się od teletubisiów i nie na prawicy. Ale to mało istotne.
                                                    Znacznie poważniejszą sprawą jest idea wpuszczania w obszar Kościoła
                                                    ludzi, którzy programowo z nim walczą, tylko po to, żeby „wsłuchać
                                                    się w ich racje”.

                                                    Nie, nie, nie. „Racje” przeciwników to każdy ma okazję poznać po
                                                    tysiąckroć z ich własnych mediów. Nie ma powodu udostępniać im
                                                    jeszcze „ambony”, jest za to poważny powód, żeby tego nie robić. Ten
                                                    mianowicie, że Kościół nie jest klubem dyskusyjnym. Jest ciałem
                                                    Chrystusa. Chrystusa się słucha, a nie wygłasza się Mu własnych
                                                    kazań. Popatrzcie, co dzieje się z „Kościołem otwartym” na
                                                    Zachodzie. Takie „otwarcie” sprawia, że się z niego wyłącznie
                                                    wychodzi. Prawie nikt nie wchodzi, bo i po co? Żeby posłuchać
                                                    mądrzenia się misjonarzy ateizmu, feministek i innych frustratów?
                                                    Kościół nie jest i nigdy nie był miejscem dla zbłąkanych. Kościół
                                                    jest dla tych, którzy już znaleźli. Dla pozostałych jest
                                                    ewangelizacja. Oczywiście, że o tamtych należy walczyć ile sił.
                                                    Szukać z Jezusem zbłąkanych owiec, ale gdy się je znajdzie, to już
                                                    są znalezione, a nie zbłąkane. Ludzie mają poznać Chrystusa i tak
                                                    trafić do Kościoła. Ale jaki sens ma sprowadzanie ich tam, gdy
                                                    Chrystusa znać nie chcą?

                                                    W starożytności to było jasne. Do kościoła mieli wstęp tylko
                                                    chrześcijanie, czyli ludzie Chrystusa – o ile nie mieli wyznaczonej
                                                    pokuty. Oczekujący na chrzest katechumeni musieli stać w kruchcie.
                                                    Jasne zasady, jasne wymagania: „Kto święty, niech przystąpi, kto nim
                                                    nie jest, niech czyni pokutę”. Taki Kościół był wspólnotą
                                                    wierzących, a nie zbieraniną członków partii zwalczających
                                                    cywilizację chrześcijańską, zwolenników aborcji, eutanazji i
                                                    związków homoseksualnych. Nikt tam nie palił kadzidełek Buddzie i
                                                    nie wierzył w reinkarnację. Taki Kościół był czytelny i taki Kościół
                                                    przyciągał. Nie chodzi o wyrzucanie ludzi z Kościoła. Chodzi o to,
                                                    żeby ludzie mieli gdzie przyjść, gdy już zachwycą się Jezusem. Żeby
                                                    Kościół był miejscem upragnionym i wytęsknionym, tak jak na to
                                                    zasługuje. Żeby był domem, a nie jarmarkiem idei i centrum kultu
                                                    dialogu. Wtedy stanie się jasne, że być w Kościele to przywilej i
                                                    największa łaska. I że tę łaskę daje Bóg, a nie robi jej Bogu
                                                    człowiek. Każdy człowiek takiego miejsca szuka i tylko tam
                                                    odpocznie.
                                                    Przestańcie robić w Kościele przeciągi, a zobaczycie, że się zapełni.
                                                  • kaczy.i.indyczy Pożeranie dziewic 22.08.09, 14:23
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1179733521&dzi=1104798052&katg=


                                                    Myśl wyrachowana: Dobrze jest wyjść na głupka. Znacznie lepiej, niż
                                                    nim być.

                                                    Łeee! Prawiczek! – natrząsają się erotomani i inni moralni
                                                    prowokatorzy, gdy spotkają kogoś niepodzielającego ich punktu
                                                    widzenia. „Prawiczek” to jedno z tych pogardliwych określeń, które
                                                    wymyślono po to, żeby ich adresatom było głupio, że są przyzwoici.
                                                    Tego słowa użył też w niegdysiejszym programie Kuba Wojewódzki. Gdy
                                                    zorientował się, że jego gość, dwudziestopięcioletni poseł Krzysztof
                                                    Bosak, nie ma dziewczyny, zapowietrzył się. – A może ty jeszcze
                                                    nigdy w życiu, Krzychu… – zawiesił głos, wykonując odpowiedni gest.
                                                    No niezwykłe. Ma chłop ćwierć wieku i jeszcze się nie łajdaczył. Ha,
                                                    ha, ha.

                                                    Ośmieszenie to silniejsza broń niż argument. Właściwie
                                                    cała „dyskusja” nad chrześcijańskimi wartościami sprowadza się do
                                                    wyszydzania stanowiska Kościoła – i to nawet gdy ono dotyczy tylko
                                                    katolików. Seks tylko w sakramentalnym małżeństwie? – Ha, ha,
                                                    trzymajcie mnie. Małżeństwo nierozerwalne?– Hi, hi, chyba pęknę.
                                                    Antykoncepcja grzechem? – Nie, ludzie, ratujcie mnie. Kiedy się coś
                                                    wydrwi, to już nie trzeba się z tym mierzyć. Nie ma potrzeby
                                                    wysilania mózgu, a przeciwnik załatwiony. Tanio, łatwo i przyjemnie.
                                                    Znamienne, co Benedykt XVI powiedział w Brazylii: „Trzeba
                                                    powiedzieć »nie« tym mediom, które ośmieszają świętość małżeństwa
                                                    oraz dziewictwo przed zawarciem małżeństwa”.
                                                    Słyszeliście? „Ośmieszają”. Co ciekawe, gdy Papież użył
                                                    słowa „dziewictwo”, nikt się nie śmiał. Ba! Słuchający go młodzi
                                                    ludzie długo klaskali.

                                                    A jeszcze niedawno zdawało się, że już nikt tego nie kupi. Tyle
                                                    dowcipów powiedziano o dziewictwie, że niejedna dziewczyna była
                                                    gotowa się go pozbyć z samego wstydu przed ośmieszeniem. Bo
                                                    ośmieszenie odwołuje się do ludzkiej próżności. A to bardzo
                                                    skuteczne, bo mało kto na tym świecie nie boi się wyjść na głupka.
                                                    Już dzieci wolą stracić zęby, niż zyskać opinię ofermy. I tu jest
                                                    jedna z ważniejszych przyczyn słabości dzisiejszego chrześcijaństwa.
                                                    Bo kto nie jest gotów wyjść na durnia, jest takim chrześcijaninem
                                                    jak Jolanta Kwaśniewska siostrą miłosierdzia. Co znosił Jezus, jeśli
                                                    nie kpiny i wyszydzanie? Pluli na Niego nawet dosłownie,
                                                    policzkowali, stroili Go w szydercze fatałachy. Miał być śmieszny i –
                                                    w rozumieniu oprawców – był śmieszny. Tylko nieliczni rozumieli, co
                                                    się naprawdę dzieje, za to w prześmiewczym rechocie wzięły udział
                                                    tłumy.

                                                    Kto twierdzi, że naśladuje Jezusa, niech się pożegna z owacjami
                                                    ogółu. Wierność moralnym zasadom spowoduje, że będziemy musieli
                                                    sprzeciwić się większości. Nasze słowa i czyny muszą stanąć w
                                                    poprzek modzie i „postępowi”. Musimy jasno powiedzieć, że dziewictwo
                                                    jest święte, że czystość przedmałżeńska jest podstawą czystego
                                                    małżeństwa, że wierność jest imieniem miłości, a „miłość” bez
                                                    wierności jest zdradą. Wtedy nas wykpią, wyśmieją i sponiewierają.
                                                    Nazwą ciemnogrodem i bigotami. I... będą nas szanować.
                                                  • kaczy.i.indyczy Pokręcona godność 22.08.09, 14:36
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1176210408&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Ludzkiego życia nie da się skrócić, ale pogorszyć
                                                    i owszem

                                                    W ubiegłą sobotę „Rzeczpospolita” doniosła, jak w Zurychu wygląda
                                                    eutanazja. Tamtejsze stowarzyszenie „Dignitas” (godność) pomaga
                                                    popełnić samobójstwo Szwajcarom i obcokrajowcom, młodym i starym,
                                                    zdrowym i chorym. Truciznę dostają jak leci: nieszczęśliwie
                                                    zakochane nastolatki, rodzeństwa, małżeństwa i chorzy psychicznie –
                                                    indywidualnie lub grupowo. W kolejce czeka 6 tysięcy ludzi.
                                                    Stowarzyszenie otwiera filię w Niemczech, bo tam też ludziom trzeba
                                                    pomóc. Założyciel stowarzyszenia Ludwig Minelli, porównuje życie
                                                    swoich klientów do zepsutego tostera. „Z życiem jest tak samo. Kiedy
                                                    zaczyna się psuć, wyrzuć je” – mówi autorce tekstu Aleksandrze
                                                    Rybińskiej.

                                                    Ależ ludzie o mentalności pana Minelli musieli nienawidzić Jana
                                                    Pawła II w ostatnich latach jego życia. Przecież to było życie
                                                    popsute. Najbardziej popsute w dziejach papiestwa, bo nawet jeśli
                                                    poprzednicy chorowali, nie było środków przekazu, które by to
                                                    pokazały. Ileż szyderstw wylewało się pod adresem takiego papieża.
                                                    Karykatury i kukły zniedołężniałego starca w białej sutannie nie
                                                    schodziły z łamów i ekranów. Gawiedź rechotała, a elity na salonach
                                                    czuły się „zakłopotane”. To było nienaturalne nawet dla post
                                                    chrześcijańskiej Europy, która przynajmniej w teorii szanuje
                                                    niepełnosprawnych.Skąd się to brało?

                                                    Jakąś odpowiedź na to daje zdarzenie, które po śmierci Jana Pawła II
                                                    opisał jego fotograf Arturo Mari. Któregoś dnia po audiencji
                                                    generalnej, gdy Papież wysiadał z samochodu, zaczęła na niego
                                                    krzyczeć jakaś dziewczyna. Zdradzała oznaki opętania. Kilku rosłych
                                                    mężczyzn nie dawało jej rady, a ona wpadała w coraz większą furię.
                                                    Tocząc ciemnozieloną ślinę, wrzeszczała potwornym głosem: „Jesteś
                                                    chory, staruchu, jesteś pokręcony!”. Papież podszedł do niej i
                                                    zrobił znak krzyża. Zaczął się modlić po łacinie, a głos dziewczyny
                                                    słabł i słabł, aż przeszedł prawie w skargę: „Przecież wiesz, że
                                                    wobec ciebie ja nic nie mogę. Jesteś zbyt mocny, zbyt mocny”.
                                                    Wreszcie nieludzki krzyk – i dziewczyna zamilkła. Spojrzała na
                                                    Papieża łagodnym wzrokiem, jakby obudzona po długim śnie.

                                                    Zauważyli Państwo? To są te słowa: „Jesteś chory, staruchu, jesteś
                                                    pokręcony”. To diabeł ludzi tak urządza, a potem czyni z tego zarzut
                                                    i każe „coś z tym zrobić”. Podobnych lub nawet identycznych
                                                    sformułowań używali prześmiewcy całego świata, wśród nich nasz
                                                    rodzimy Jerzy Urban. Wydawałoby się, że tak inteligentni ludzie
                                                    powinni dyskutować z poglądami, które im się nie podobają. A oni tu
                                                    o wyglądzie, wieku i o stanie zdrowia. Co to za argumenty?

                                                    Ale też nie o argumenty chodziło, bo to nie była dyskusja. To był
                                                    krzyk – ten sam, który słyszał Jezus na Golgocie: „Zejdź z krzyża!”.
                                                    Ostatnia z pokus, na jakie są narażeni ludzie u kresu cierpienia.
                                                    Słyszą: „Masz wybór. Skróć sobie mękę”. Dziś pokusa stała się
                                                    silniejsza, bo uzbrojona w „pomocną dłoń” z ampułką.
                                                    Gdyby Jezus posłuchał tej pokusy, mógłby zejść z krzyża. On jeden
                                                    mógłby. Ale wtedy my byśmy na tym krzyżu na zawsze zawiśli. I nie
                                                    byłoby zmartwychwstania.
                                                  • kaczy.i.indyczy Dobro złem osiągaj 23.08.09, 17:51
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1168451611&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Gdy cel uświęca środki, cała świętość idzie w
                                                    środki.

                                                    Jakiś czas temu wystąpił w radiowej „Jedynce” Wojciech Giełżyński,
                                                    dziennikarz i podróżnik. Prowadzący audycję zapytał go, dlaczego
                                                    współpracował z bezpieką PRL. Gość odparł, że przed laty dano mu do
                                                    wyboru: „Albo będziesz współpracował, albo zostaniesz księgowym”. A
                                                    on chciał być dziennikarzem.
                                                    – A czy dziś nie uważa pan, że jednak lepiej było zostać księgowym? –
                                                    zapytał gospodarz programu.
                                                    – Wtedy nie napisałbym sześćdziesięciu książek i nie zwiedziłbym
                                                    osiemdziesięciu krajów – odpowiedział Giełżyński. I wyraził
                                                    przekonanie, że te jego osiągnięcia pozwoliły mu „nadrobić większą
                                                    część tamtych błędów”.

                                                    Ludzkość jest wdzięczna, że w czasach, gdy musiała siedzieć
                                                    uwięziona za żelazną kurtyną, jeden jej przedstawiciel hasał sobie
                                                    po osiemdziesięciu krajach i nadrabiał swoje błędy. (Zauważyli
                                                    Państwo, jak grzechy zmieniły się raptem w błędy?)

                                                    Wielka to, zaiste, zasługa, napisać sześćdziesiąt książek. Gdyby
                                                    autor wydawał je własnym sumptem, nie biorąc za nie pieniędzy, można
                                                    by się jeszcze zastanowić. Ale cóż to za zasługa, że ktoś robi to,
                                                    co lubi i jeszcze mu za to płacą? Miliony ludzi chętnie by się z nim
                                                    zamieniły. Iluż jest chorych, którzy muszą leżeć w łóżkach albo
                                                    siedzieć na wózkach. Oni wszyscy z pocałowaniem ręki przejęliby
                                                    każde, nawet najbardziej wyczerpujące zajęcie ludzi zdrowych.

                                                    Żałosna jest skłonność tych „poświęcaczy” do zakładania aureoli na
                                                    wszystko, co robią. Do opowiadania, jak też to się trudzą „dla
                                                    chwały Bożej”, do jakich to poświęceń są zdolni „ku chwale Ojczyzny”
                                                    i „dla dobra publicznego”.

                                                    Dla chwały Bożej to można jedynie przyjąć trudną wolę Bożą. Na
                                                    przykład tak, że się zostanie księgowym, a nie dziennikarzem. Bo,
                                                    sądząc z Biblii, Pan Bóg nie potrzebuje naszych osiągnięć, tylko
                                                    wierności. Zwycięstwa są Jego sprawą, naszą – tylko walka.

                                                    I paradoksalnie ci, którzy ze względu na uczciwość rezygnują z
                                                    zaszczytów i kariery, otrzymują znacznie więcej, niż się wyrzekli.
                                                    Niejaki Karol Wojtyła nie zabiegał o zaszczyty, nie sprzedawał
                                                    honoru za paszport, a został papieżem. Taka to już Boża ekonomia.
                                                    Pan Bóg ma przedziwną słabość do tych, co Mu ufają. Do Abrahamów,
                                                    którzy są gotowi oddać Mu ukochanych Izaaków, choć wiązali z nimi
                                                    największe nadzieje.
                                                    Jeśli się z tym nie zgodzimy, musimy przyznać rację Machiavellemu,
                                                    który wymyślił, że cel uświęca środki. Jeśli tak uważa ktoś
                                                    niewierzący, można to jeszcze jakoś zrozumieć. Jeżeli jednak to samo
                                                    twierdzi osoba religijna, gorszy tych najmniejszych. Mówi im, że Bóg
                                                    nie panuje nad tym światem. Że nie policzył włosów na naszych
                                                    głowach ani nawet głów. Że wszystko zależy od naszego sprytu i
                                                    kombinatorstwa, i każdy sam musi zatroszczyć się o swoją przyszłość.
                                                    Każdymi środkami. Po trupach.
                                                    Ale wtedy, niestety, będą tam też trupy wiary i moralności.
                                                  • kaczy.i.indyczy Ambicja zastępcza 23.08.09, 17:58
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1167211628&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Ojca rodziny można zastąpić. Ale to będzie rodzina
                                                    zastępcza

                                                    Pan Jezus nie musiał być dzieckiem. Mógł spłynąć z obłoków na
                                                    ognistym rydwanie już jako dorosły człowiek. Mógł pojawić się po
                                                    prostu między ludźmi i nic nie mówić o swoim pochodzeniu. A skoro
                                                    już Bóg zdecydował, że Jego Syn będzie dzieckiem zrodzonym z
                                                    ludzkiej matki, to po co mu był Józef? Ze względu na ludzkie
                                                    gadanie? Ale Maryja mogła na przykład przed porodem owdowieć.
                                                    Najwyraźniej jednak Bóg chciał, żeby Jego Syna wychowywała nie tylko
                                                    matka. Tym samym wskazał na rodzinę jako najwłaściwsze miejsce
                                                    dorastania człowieka.

                                                    Gdyby ktoś miał wątpliwości, co to jest rodzina, niech zajrzy do
                                                    betlejemskiej stajenki. Nie ma tam kolebeczki, poduszeczki,
                                                    pampersów ani becikowego. Nie ma niczego, co ludzie uważają za
                                                    niezbędne. Ale jest kobieta i dziecko, i jest mężczyzna.

                                                    Tego samego mężczyznę widzimy potem w Nazarecie. Józef pracuje w
                                                    warsztacie, a Maryja zajmuje się domem. Koszmar dla feministek. Choć
                                                    taki układ działa na nie jak płachta na Szczukę, nic nie wskazuje na
                                                    to, żeby uwierał Maryi. W rodzinie Jezusa każdy robi swoje i
                                                    wszystko jest na swoim miejscu. Jeśli dziś wiele rzeczy stoi na
                                                    głowie, to dlatego, że daliśmy sobie wmówić, że kobieta musi zostać
                                                    babochłopem, a mężczyzna chłopobabą. A dziecko jest zabawką, która
                                                    może być wyhodowana w probówce i wychowywana przez kogokolwiek –
                                                    jedną kobietę, dwie kobiety, trzech mężczyzn, państwo. Byle nie
                                                    przez zaślubionych sobie kobietę i mężczyznę.

                                                    „Nie rozumiem pańskiej wrogości do kobiet ambitnych” – napisała mi
                                                    studentka, poruszona moim tekstem o kurach domowych. I uściśliła, co
                                                    rozumie przez działanie ambitne: „realizowanie się kobiet w życiu
                                                    zawodowym”.

                                                    Ja nie mam nic przeciwko takiemu realizowaniu się. Mam natomiast
                                                    dużo przeciw wyśmiewaniu kobiet, które ze względu na dzieci tak się
                                                    nie „realizują”. Przeciw tworzeniu stereotypu kury domowej właśnie –
                                                    prymitywnej baby w papilotach i bamboszach, obwieszonej usmarkanymi
                                                    dziećmi. A przede wszystkim przeciw robieniu wrażenia, że są jakieś
                                                    zajęcia bardziej ambitne niż wychowywanie człowieka.
                                                    Bo co jest tak ambitnego w bieganiu między kserografem a ekspresem
                                                    do kawy? Co jest takiego wspaniałego w zasiadaniu na naradach,
                                                    jeżdżeniu po rautach, prowadzeniu firmy?

                                                    Już słyszę: „A dlaczegóż to kobiety nie zastąpi mężczyzna? Dlaczego
                                                    żona nie pójdzie do pracy, a przy dziecku nie zostanie mąż?”.

                                                    Ale to nie ja wymyśliłem. I to nie skutek „patriarchalnej”
                                                    cywilizacji. To pomysł Pana Boga, a świadczą o tym choćby różnice w
                                                    budowie ciała mężczyzny i kobiety. Faceci raczej piersią dziecka nie
                                                    wykarmią, choćby Parlament Europejski wprowadził przymus laktacyjny
                                                    dla mężczyzn. Mężczyźni z kolei są fizycznie silniejsi, ale nie po
                                                    to, żeby im się łatwiej biło kobiety, tylko dlatego, że w ramach
                                                    dbania o rodzinę mają inne zadania.

                                                    Oczywiście można sobie wyobrazić, że Maryja zajmie się stolarką, a
                                                    Józef karmieniem Jezusa mlekiem w proszku. Ale to nie byłoby
                                                    ambitne. To byłoby głupie i szkodliwe – dla Maryi, dla Józefa, a
                                                    zwłaszcza dla Jezusa. Czyli dla nas wszystkich.
                                                  • kaczy.i.indyczy Piekło dla wszystkich! 23.08.09, 18:07
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1165305293&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: O piekle kobiet mówią ci, którzy nie wierzą w
                                                    piekło kobiet i mężczyzn

                                                    Piekło dla wszystkich!
                                                    W „Gazecie Wyborczej” zamieszczono tekst profesora Wojciecha
                                                    Sadurskiego „Piekło kobiet – reaktywacja”. Jest tam taki
                                                    fragment: „Nie każda forma życia ma jednakową wartość. Nasza
                                                    intuicja moralna rozróżnia pomiędzy życiem osoby a życiem zygoty. Tę
                                                    różnicę muszą uznać nawet radykalni przeciwnicy prawa do aborcji”.

                                                    A zapewne, jest różnica. Gdy pan Sadurski był zygotą, nie miał
                                                    tytułu naukowego, a nawet nie umiał pisać. Dzięki temu nie
                                                    wypowiadał się o „naszej” intuicji moralnej. Jest jeszcze parę
                                                    różnic między „zygotą” a dorosłymi ludźmi. Zygota nie pali, nie pije
                                                    i nie klnie. To rzeczywiście niepokojąco nieludzkie zachowania.
                                                    Moralna intuicja Wojciecha Sadurskiego każe mu wstydzić się, że w
                                                    kwestii aborcji mamy „najbardziej rygorystyczny system w całym
                                                    zachodnim świecie demokratycznym”. Uważa, że to, co teraz mamy, to
                                                    nie kompromis, tylko ściana, bo podobno dalej w urządzaniu „piekła
                                                    kobiet” już pójść nie można.

                                                    Otóż to. Za mało dotąd mówiliśmy, że obecne prawo jest
                                                    niewystarczające. Za mało też mówiliśmy, co to jest piekło kobiet. I
                                                    w ogóle piekło. Usnęliśmy w poczuciu spełnionego obowiązku, bo u
                                                    nas „chroni się dzieci”. Guzik! Nie chroni się, bo są wyjątki. A
                                                    najmniejszy wyjątek w zasadzie, że człowieka nie wolno zabijać,
                                                    powoduje wniosek, że to, co wolno zabijać, nie jest człowiekiem. A
                                                    zatem nie jest człowiekiem „zygota”, która pojawiła się w wyniku
                                                    gwałtu, albo „płód” chory lub taki, którego mama przedkłada własne
                                                    zdrowie nad jego życie.

                                                    Mieliśmy krzyczeć od początku, że aborcji nie wolno przeprowadzać
                                                    nigdy, nigdzie i pod żadnym pozorem. Bo taka jest prawda i Kościół
                                                    zawsze tak uczył. Nawet jednak, gdyby nie uczył, to wystarczy trochę
                                                    zdrowego rozsądku i odrobina sumienia. Ale my postawiliśmy świeczkę
                                                    świętemu Kompromisowi i pozwalaliśmy na dzieciach kobiet zgwałconych
                                                    dokonywać jeszcze większego gwałtu. Przechodziliśmy w spokoju pod
                                                    murami klinik, w których zabija się dzieci, bo ich matki „miały do
                                                    tego prawo”. I z tego powodu teraz gada się, że nawet
                                                    Kościół „zgadza się na przypadki, kiedy może być aborcja” (Monika
                                                    Olejnik). Otóż nie. Kościół się nie zgadza, tylko za mało o tym
                                                    mówiliśmy. Gdy arcybiskup Michalik wreszcie to jasno powiedział,
                                                    podniósł się raban. A on powiedział tylko to, o czym należy mówić
                                                    bezustannie: nie ma usprawiedliwionej aborcji.

                                                    Kiedy kogoś napadną w klatce schodowej, nie powinien
                                                    krzyczeć „ratunku”, bo tylko nieliczni odważą się wystawić nos.
                                                    Trzeba krzyczeć „Pali się!”. Ludzie najżywiej reagują, gdy zagrożony
                                                    jest ich własny interes. A w tym wypadku naprawdę się pali.
                                                    Holocaust, jaki zgotowaliśmy bezbronnym, grozi wynikającą z natury
                                                    katastrofą. Takie rzeczy się po prostu mszczą. Bo kto nie chce mówić
                                                    o dzieciach, tylko o zygotach, wkrótce będzie musiał porozmawiać o
                                                    Wizygotach. Albo innych barbarzyńcach, którzy przyjdą. Muszą
                                                    przyjść, bo zdegenerowane społeczeństwa, które nie szanują nawet
                                                    daru własnego potomstwa, nie mogą się utrzymać. Załamią się pod
                                                    ciężarem tłustych brzuchów i wypasionych portfeli.
                                                  • kaczy.i.indyczy Sojowa religijność 23.08.09, 18:14
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1157551251&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Mięso zwierząt należy raczej jeść, niż nim – w ich
                                                    obronie – rzucać

                                                    Wiecie, dlaczego Jezus spuścił lanie przekupniom w świątyni? Bo
                                                    więzili woły, baranki i gołębie.
                                                    Tak interpretują ten fragment Ewangelii niektórzy zawzięci obrońcy
                                                    zwierząt. I daremnie byś, człowieku, tłumaczył, że słowa Jezusa
                                                    niezupełnie na to wskazują. Fakty nie mają większego znaczenia tam,
                                                    gdzie w grę wchodzi „głębokie przekonanie”. To pewnie takim
                                                    przekonaniem uskrzydleni, rzucili mi się niedawno do gardła
                                                    wegetarianie. Pisali, że jestem za mordowaniem zwierząt, bo w
                                                    którymś felietonie nie potępiłem schabowego z kartoflami (nie
                                                    chodziło o kartofle). Jeden z czytelników zarzucił mnie argumentacją
                                                    biblijną, że niby Pan Jezus zakazał zabijać i zjadać „braci naszych
                                                    najmniejszych”, bo to „Mnieście uczynili”. Co tam, że w Ewangelii
                                                    bracia najmniejsi to ludzie. Zawsze można nazwać człowieka świnią, a
                                                    świnię obdarzyć prawami człowieka. Mimo wszystko Ewangelia nie daje
                                                    większych szans osobom rozciągającym przykazanie „nie zabijaj” na
                                                    wszystko, co się rusza.

                                                    Sam Pan Jezus przecież jadł mięso zwierząt bez żadnych ceregieli.
                                                    Musiał jeść choćby raz do roku baranka paschalnego. Wielokrotnie
                                                    czytamy w Ewangelii, że jadł ryby. Kiedy poradził Piotrowi, żeby
                                                    zarzucił sieć z drugiej strony łodzi, ten nabrał tyle ryb, że łódź
                                                    mało nie zatonęła. Wegetarianin powie może, że Pan Jezus zaraz kazał
                                                    te ryby wypuścić – tak jak to robią z karpiem działacze ekologiczni
                                                    przed świętami. Albo że to były cudownie rozmnożone ryby sojowe.
                                                    Trochę to jednak naciągane, przyznacie Państwo. Żeby była jasność:
                                                    lubię zwierzęta, i to nie tylko zjadać. Wiem, że pastwienie się nad
                                                    nimi i niepotrzebne zabijanie to grzech. Ale dowiedziałem się o tym
                                                    już jako dziecko na religii, a nie z ulotek obrońców każdego życia z
                                                    wyjątkiem ludzkiego. Nic też nie mam przeciw wegetarianom i innym
                                                    miłośnikom zwierząt. Niech sobie jedzą sojowe kotlety, rolady i
                                                    gulasze na zdrowie. Tylko niech nie wmawiają całemu światu, że
                                                    jedzenie mięsa jest sprzeczne z chrześcijaństwem.

                                                    Posługiwanie się nauką Jezusa do propagowania dalekowschodnich
                                                    filozofii jest po prostu nieuczciwe. To jest rozmywanie Ewangelii i
                                                    roztapianie jej w sosie buddyzmu, hinduizmu i czegoś tam jeszcze.
                                                    Jak tego nie obracać, wegetarianizm ma związek z religiami Wschodu,
                                                    a szczególnie z wiarą w reinkarnację. To z niej bierze się
                                                    przekonanie, że wszystko, co żyje, jest tyle samo warte i nigdy nie
                                                    wiadomo, czy zabijając komara, nie zatłukłem pradziadka. W efekcie
                                                    komar pije krew wegetarianina, a on krwi komara nie wypije. Są
                                                    przecież krewnymi. Wiara w wędrówkę dusz jest bardzo popularna wśród
                                                    dzisiejszych chrześcijan europejskich. To szczególna odmiana
                                                    chrześcijan. Niby ochrzczeni, ale odurzeni dymem kadzidełek, które
                                                    palą cudzym bóstwom. Zamiast zbawienia, oczekują nirwany, zamiast
                                                    modlitw, mają medytacje w pozycji lotosu, a Jezus to dla nich idea
                                                    rozmemłanego braterstwa wszystkiego ze wszystkim. Gdyby tacy byli
                                                    nasi starożytni ojcowie w wierze, uniknęliby prześladowań ze strony
                                                    pogan. No bo jak to, poganie mieliby swoich prześladować?
                                                  • kaczy.i.indyczy Wyjście pozorne 23.08.09, 18:17
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1157369978&dzi=1104798052&katg=


                                                    Myśl wyrachowana: W Kościele można się rozwodzić. Nad
                                                    nierozerwalnością małżeństwa

                                                    Gdyby człowiek chciał prostować wszystko, co wypisują brukowce, nie
                                                    mógłby robić nic innego. A i tak nie starczyłoby mu 24 godzin na
                                                    dobę i musiałby wstawać godzinę wcześniej.

                                                    Ale czasami są tam takie kawałki, że grzech nie zareagować. W
                                                    ubiegłym tygodniu „Super Express” wydrukował tekst
                                                    zatytułowany: „Rozwód kościelny? Dlaczego nie!”. Była tam wypowiedź
                                                    biskupa polowego Tadeusza Płoskiego. „My nikomu nie robimy łaski.
                                                    Katolik ma prawo unieważnić swoje małżeństwo kościelne. Tym, których
                                                    związek się rozpadł, trzeba dać szansę! Jeśli kościelny sąd
                                                    stwierdzi taki rozpad, to mogą ułożyć sobie życie od nowa” – miał
                                                    powiedzieć biskup.

                                                    Miał powiedzieć, ale nie powiedział. W takich sytuacjach brukowce
                                                    wdrażają plan awaryjny i piszą to, co redakcja chciałaby, żeby
                                                    powiedział.

                                                    Muszą tak robić, bo u nich jest zasada, żeby teksty były mocne.
                                                    Wypowiedź duchownego, że Kościół rozwodów nie uznaje, mocna nie
                                                    jest. No to trzeba tak wykręcić, żeby wyszło, że uznaje.
                                                    To bardzo szlachetne, bo przecież wielu ludzi właśnie to chciałoby
                                                    przeczytać. A cóż może być piękniejszego, niż zaradzanie ludzkim
                                                    potrzebom.

                                                    Przekonanie o zjawisku „kościelnych rozwodów” jest powszechne, ale –
                                                    podobnie jak istnienie yeti – słabo udokumentowane. Kościół nie daje
                                                    rozwodów i dawał nie będzie, i należy sobie to raz na zawsze wbić do
                                                    głowy. Nie może być inaczej, a to z prostej przyczyny: Pan Jezus
                                                    powiedział, że małżeństwo jest nierozerwalne. Powiedział to tak
                                                    jasno, że tylko „Super Express” zdołałby temu zaradzić.

                                                    Sądy kościelne, oczywiście, orzekają nieważność małżeństw, ale
                                                    znaczy to tylko jedno: tych dwoje nigdy małżeństwem nie było. Oni
                                                    tylko wyglądali jak małżeństwo. Zawarli ślub, ale z pewnych względów
                                                    on nie był ważny. Na przykład, gdy studentka poślubiła swojego
                                                    wykładowcę, bo miała takie polecenie z SB, to chyba nie będziemy się
                                                    upierali, że to było ważne, prawda? Kościół niczego tu nie
                                                    rozwiązuje, bo nie da się rozwiązać tego, co nigdy związane nie
                                                    było. Nie da się unieważnić tego, co nie było ważne.

                                                    Takich przypadków jest stosunkowo niewiele i niczego nie zmieniają w
                                                    istocie sakramentu – oznaczają przecież, że sakramentu nie było.
                                                    Ogromnej większości małżeństw to nie dotyczy, bo ich związek jest
                                                    ważny. U nich nie ma żadnej furtki, choć wielu wydaje się, że jest.
                                                    To złudzenie bywa zgubne, bo kto myśli o furtce, prędzej czy później
                                                    zechce z niej skorzystać. Na szczęście są jeszcze świadomi tego
                                                    małżonkowie. Dlatego nie mówią o rozwodzie nawet w żartach. Nie
                                                    chcą, żeby się kiedyś okazało, że to ślub był żartem.

                                                    Jeśli dorośli ludzie, zdrowi na umyśle, składają wobec Boga
                                                    przysięgę „aż do śmierci”, to trudno się dziwić Panu Bogu, że
                                                    traktuje to poważnie. Może dlatego, że nie ogląda seriali i nie
                                                    czyta kolorowych magazynów. Wiedziałby wtedy, że dzisiaj „do
                                                    śmierci” znaczy „do końca miesiąca miodowego”.
                                                  • kaczy.i.indyczy Atrapy wiary 23.08.09, 18:23
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1155804836&dzi=1104798052&katg=

                                                    Myśl wyrachowana: Ludzie potrzebują zbawienia, a nie zwabienia

                                                    W kościele parafialnym mamy nowe organy. Nowe u nas, ale używane, bo
                                                    z niemieckiego kościoła. A właściwie już nie kościoła, bo zamknięty.
                                                    Nie ma wiernych.

                                                    Wiele polskich kościołów w ten sposób zaopatruje się w organy.

                                                    Na Zachodzie ubywa chrześcijan, bo – na przykład – chcą zaoszczędzić
                                                    na podatku kościelnym. Dramatycznie spada też liczba studentów
                                                    teologii, zwłaszcza protestanckiej – a co za tym idzie, maleje
                                                    liczba pastorów. Prognozy na najbliższe dwa lata dla Niemiec to
                                                    utrata kolejnych dwóch milionów wiernych. Tamtejszy Kościół
                                                    katolicki ma podobne problemy, choć na mniejszą skalę.

                                                    Ostatnio gazety podały informację, że władze niemieckiego Kościoła
                                                    ewangelickiego chcą ratować sytuację. Zamierzają w tym celu
                                                    przeprowadzić reformę „największą od czasów reformacji”. Miałoby to
                                                    polegać na „uatrakcyjnieniu form uczestniczenia w życiu religijnym”.
                                                    Mówi się o stworzeniu jakichś kościołów dla młodzieży,
                                                    jakichś „ofert dla turystów”, zmniejszeniu liczby probostw, redukcji
                                                    administracji.

                                                    Są jeszcze lepsze sposoby zapełnienia kościoła. Można w nim zrobić
                                                    halę targową. Albo kawiarnię. Przyświecałby jej cytat z Listu do
                                                    Koryntian: „Czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie,
                                                    wszystko na chwałę Bożą czyńcie”. W ofercie byłoby też
                                                    owo „cokolwiek innego”. Albo dyskotekę można zrobić zamiast
                                                    nabożeństwa. Będziemy chwalić Boga tańcem. Jak to było? „Kto tańczy,
                                                    dwa razy się modli” czy jakoś tak. Aha! I koniecznie trzeba
                                                    prowadzić na bieżąco liczenie wiernych.

                                                    Ludzie wierzący nie muszą uatrakcyjniać Pana Boga. Wystarczy, żeby
                                                    Go nie przesłaniali swoimi dostojnymi osobami, tylko umożliwili z
                                                    Nim spotkanie. Problem w tym, że wielu chrześcijan nie bardzo
                                                    wierzy, że Bóg na to spotkanie przyjdzie. Dlatego zamiast z Bogiem,
                                                    organizują spotkania z „ciekawymi ludźmi”. Z braku przekonania, że
                                                    żywa wiara jest najatrakcyjniejsza na świecie, modlitwę zastępują
                                                    dyskotekami, Ewangelię pogadankami o kulturze, liturgię wieczorkami
                                                    słowno-muzycznymi.

                                                    Znamienne, że do Taizé od lat ciągną tłumy młodych, choć tam bracia
                                                    nikomu się nie podlizują, o nikogo nie zabiegają. Znamienne, że na
                                                    brak powołań nie narzekają zakony kontemplacyjne. Młodzież się do
                                                    nich garnie, choć nikt tam jutrzni nie zastępuje porankiem z kawusią
                                                    do łóżka. Post znaczy tam umartwienie, nie pocztę elektroniczną,
                                                    adoracja trwanie przed Jezusem w kaplicy, a nie w fotelu przed
                                                    telewizorem.
                                                    Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ludzie po prostu potrzebują Boga, a
                                                    nie zastępujących Go atrap. Bo w jadłodajni trzeba dać ludziom jeść,
                                                    a nie organizować pokazy dań i spotkania dyskusyjne na temat
                                                    istotnej roli jedzenia.

                                                    Problem niemieckich protestantów jest w istocie problemem
                                                    powszechnym. Każdy potrzebuje reformy. Ale w środku. Do tego nie
                                                    trzeba się specjalnie gimnastykować, tylko zwyczajnie paść na
                                                    kolana. Bez ochraniaczy.


                                                  • kaczy.i.indyczy Lepiej wiedzieć 23.08.09, 18:35
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1153422764&dzi=1104798052&katg=




                                                    Myśl wyrachowana: Lepiej wiedzieć, co się święci, niż święcić, co
                                                    się nie wie

                                                    To dobrze, że wyszła sprawa księży agentów. Dobrze, że przyłapano
                                                    księży pedofilów. Dobrze, że wpadli duchowni aferzyści finansowi i
                                                    że prowadzący po pijanemu biskup stanął przed sądem. Nie, nie. To,
                                                    że oni to robili, to źle. Ale dobrze, że o tym wiemy. Dlaczego? Bo
                                                    najgorsza prawda jest lepsza od najlepszego kłamstwa. Kłamstwem zaś
                                                    byłoby udawanie, że jakakolwiek grupa ludzi jest wolna od grzechu.
                                                    Łajdakami bywają zarówno piekarze, jak i aptekarze, kanaliami bywają
                                                    hydraulicy, zarówno polscy, jak i francuscy. Dranie są wśród
                                                    sprzedawców, sprzedawczyki wśród nauczycieli. No i wśród księży są
                                                    ludzie o różnym poziomie moralnym. Kościół zawsze mówił, że wszyscy
                                                    są grzeszni, również duchowni. W średniowieczu nikt specjalnie nie
                                                    protestował, gdy malarze umieszczali w piekle nawet najwyższych
                                                    hierarchów. Kiedy jednak Jan Paweł II przepraszał za winy ludzi
                                                    Kościoła, burzyli się różni „obrońcy wiary”. Nie pomyśleli, że
                                                    wierze szkodę czyni nie ten, kto wyznaje winę, tylko ten, co winy
                                                    nie przyjmuje do wiadomości.

                                                    Nie tak traktuje to Biblia. Bez ogródek pokazuje, jakimi gagatkami
                                                    bywali nawet ludzie szczerze oddani Bogu. Widzimy tam Dawida, który
                                                    podprowadza poddanemu żonę, a jego samego zdradziecko wydaje pod
                                                    miecze wrogów. Ale widzimy też, jak płacze i pokutuje, gdy sprawa
                                                    wyszła na jaw. Czy zapłakałby, gdyby prorok nie ujawnił
                                                    jego „teczki”?

                                                    Dzięki Biblii wiemy, jacy są naprawdę ludzie. Nawet najwięksi.
                                                    Mojżesz się chwiał, Jakub oszukiwał, prorocy wątpili, sędziowie
                                                    zdradzali. Nawet Salomon, taki mądry, zgłupiał od nadmiaru żon.
                                                    Biblia jest historią zbawienia właśnie dlatego, że jest też historią
                                                    ludzkiego grzechu. Inaczej od czego mielibyśmy być zbawieni?
                                                    Gdybyśmy nic nie wiedzieli o słabości Apostołów, Ewangelia byłaby
                                                    dla nas opowieścią o niedoścignionych wzorach. A skoro
                                                    niedoścignionych, to i ścigać się nie ma sensu. Jaką stratę
                                                    ponieślibyśmy, gdyby spisujący Ewangelię zmilczeli o tchórzostwie
                                                    uczniów i Piotrowej zdradzie. Może dzięki temu, że wiemy o grzechu
                                                    pierwszego papieża, chrześcijanie nie załamali się pod grzechami
                                                    wielu jego następców?

                                                    Duchowni zawsze byli różni – jak to ludzie. Religijność i potęga
                                                    ducha szła w parze z małostkowością i głupotą. Wystarczy zajrzeć
                                                    choćby do kroniki Jana Długosza. Można tam poczytać o kłótniach
                                                    biskupów, ich bufonadzie, rywalizacji o zaszczyty. Tenże kronikarz
                                                    opisuje przypadek biskupa Zawiszy z Kurozwęk, który zmarł w wyniku
                                                    upadku ze stogu siana, na którym próbował dopaść dziewkę. Gorszy to
                                                    kogoś? No to jak zniesie zdradę arcybiskupa Milingo, który właśnie
                                                    wrócił do swojej poślubionej w sekcie Moona „żony”? No trudno. Taka
                                                    jest rzeczywistość i skoro Jezus musi to znosić, to dlaczego nie
                                                    możemy Mu towarzyszyć? Jeśli Kościół trwa, to nie dlatego, że komuś
                                                    udało się ukryć prawdę o jego członkach, tylko dlatego, że Chrystus
                                                    jest jego głową.

                                                    Piotr Najsztub przeprowadził dla „Przekroju” wywiad ze Zbigniewem
                                                    Nosowskim. Naczelny „Więzi” opowiada tam o księdzu agencie
                                                    Czajkowskim: „Ksiądz Michał powiedział nam, że wobec Boga on już tę
                                                    sprawę załatwił, i był zaskoczony, że teraz jeszcze trzeba to
                                                    załatwić wobec ludzi”. Ano, jednak trzeba. Skoro się wobec
                                                    społeczeństwa zawiniło, to sprawiedliwie jest zwrócić mu
                                                    przywłaszczony sobie jego szacunek. I lepiej po tej stronie życia,
                                                    bo z tamtej strony zaległości moralne doskwierają chyba znacznie
                                                    bardziej. Lepiej tu nie robić z siebie pomnika, bo tam spiż kruszą
                                                    razem z ukrytym w nim faryzeizmem.
                                                  • kaczy.i.indyczy Zakazy łamliwe 23.08.09, 18:39
                                                    goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1152819986&dzi=1104798052&katg=


                                                    Myśl wyrachowana: Katolik niejedno musi, ale jednego nie musi: być
                                                    katolikiem

                                                    Ostatnio wiele krytyki spadło na mnie z powodu tekstów o
                                                    antykoncepcji (byłem przeciw) i naturalnych metodach planowania
                                                    rodziny (byłem za). Szczególnie rozbawiły mnie szyderstwa
                                                    internautów na Wirtualnej Polsce. Ależ się tam towarzystwo
                                                    wściekało, że niby jestem idiotą, bo naturalne metody to zaścianek,
                                                    metoda o zerowej skuteczności dla dewotów. Tylko nikt nie napisał,
                                                    skąd ta wiedza. Bo jakoś niespecjalnie wierzę, żeby osoby
                                                    podpisujące się „niewierząca”, „heretyk” czy „klecha” kiedykolwiek
                                                    próbowały stosować metody naturalne. Skoro zaś nie stosowały, to
                                                    skąd wiedzą, że nieskuteczne?
                                                    To zrozumiałe, że wskazania Kościoła są wyśmiewane, gdy każą z
                                                    czegoś zrezygnować, zadać sobie trudu, coś przetrwać lub czegoś się
                                                    wyrzec. A jeśli jeszcze chrześcijańska moralność stoi na drodze do
                                                    biznesu (w tym wypadku „gumowego”) – o, to już kompletny ciemnogród.
                                                    Wtedy trzeba czym prędzej pokazać, jak to banda wypasionych
                                                    hipokrytów w sutannach zmusza do czegoś lud wierny, pobożny, a
                                                    naiwny. Trzeba unaocznić, jak to Kościół cię krępuje, ogranicza
                                                    wolność i coś ci tam uniemożliwia.

                                                    Wielu to kupuje bez mrugnięcia okiem. Pełno jest takich, co żałują,
                                                    że Kościół nie zgadza się na seks pozamałżeński, tak jakby księża do
                                                    nich strzelali, gdy skaczą na boki. Płaczą nad stanowiskiem Kościoła
                                                    w sprawie antykoncepcji, jakby im przez to w aptece nie chcieli
                                                    sprzedać prezerwatyw i globulek. Strasznie uwiera ich
                                                    nierozerwalność sakramentalnego małżeństwa, choć takowego w ogóle
                                                    nie zawierają.
                                                    To podstawowy fałsz, bo Kościół do niczego nie zmusza, choć, owszem,
                                                    mówi, co należy robić, a czego się wystrzegać. Każdy jednak sam
                                                    zdecyduje, czy chce zdać się na wielowiekową mądrość Kościoła, czy
                                                    posłuchać cynicznego gadania żałosnych władców jednego sezonu.
                                                    Towarzysz broni zapytał Szwejka, czy wolno strzelać do wagonów
                                                    czerwonego krzyża. „Nie wolno, ale można” – odpowiedział dzielny
                                                    wojak.

                                                    I tak jest z kościelnymi zakazami. Kościół mówi katolikowi
                                                    (katolikowi!), czego mu robić nie wolno, ale jak ten chce, to
                                                    przecież może to zrobić. Każdy może oglądać świńskie obrazki,
                                                    odwiedzać domy publiczne, czytać „Nie”, „Fakty i Mity”, a nawet
                                                    gorsze rzeczy. Kościół nie podstawi nogi temu, kto idzie do wróżki
                                                    czy innego szarlatana, nie spuści bomby na takiego, co zapisuje się
                                                    do SLD, Zielonych czy innych bolszewików. Każdy może żyć w dowolnym
                                                    związku, niekoniecznie z człowiekiem, każda kobieta może przerwać
                                                    ciążę, a każdy facet się wysterylizować. Każdy może sobie załatwić
                                                    dziecko z probówki, a jak mu się życie znudzi, strzelić sobie w łeb.

                                                    Jeśli ktoś chce codziennie do obiadu strzelić sobie pół szklanki
                                                    wody z Wisły (w jej dolnym biegu), to Kościół siłą mu ręki nie
                                                    powstrzyma. Jeśli ktoś koniecznie chce się truć, to co jeszcze można
                                                    zrobić? Każdy może nazwać brudną wodę miodem, ale ten „miód” po
                                                    wypiciu zaszkodzi dokładnie jak brudna woda.
                                                    Kościół naprawdę nie zabrania nikomu grzeszyć. Mówi tylko, że z tego
                                                    będą same nieszczęścia. I są. Zawsze.
    • kaczy.i.indyczy Cudowna sprawa 19.01.10, 21:31
      Myśl wyrachowana: Jeśli katolik nie wierzy w cuda, to cud, że jest
      katolikiem.

      goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1262870578&dzi=1104798052&katg=
      • kaczy.i.indyczy Wygrany zmarnowany 07.02.10, 00:50
        goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&art=1264967063&dzi=1104798052&katg=
    • kaczy.i.indyczy Niewiedza rozumu 20.02.10, 18:15
      "Myśl wyrachowana: Dzięki nauce coraz lepiej wiemy, że rozum to za
      mało."

      www.goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1265833849&dzi=1104798052&katg=

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka