Dodaj do ulubionych

"Błogosławieni ubodzy w duchu"

27.07.09, 21:05
www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_03.html
"Błogosławieni ubodzy w duchu"


Ten, kto szuka przede wszystkim królestwa Bożego, a więc szuka świętości,
znajdzie i ją, i wszystko inne, a więc wszystkie duchowe i doczesne dary
potrzebne do życia. "Błogosławieni ubodzy w duchu", nie przywiązani do
niczego, nie mający nic i oczekujący wszystkiego od Boga. Błogosławieni,
ponieważ w ich sercach jest miejsce dla Pana. Do nich należy królestwo
niebieskie, ponieważ oni mają Boga. To jest ta radosna Ewangelia o ludziach
błogosławionych, których serca są wolne dla Pana.

Na tyle wierzysz, na ile jesteś ubogi w duchu. Słowo "ubogi" w sensie
biblijnym niekoniecznie oznacza ubóstwo w znaczeniu materialnym. Ubogim w
duchu był na przykład król Dawid, człowiek postawiony na szczycie drabiny
społecznej. Człowiek ubogi duchem to człowiek ogołocony z pewności siebie, to
ktoś, kto wie, że nie może liczyć na siebie, na własne siły. Taki człowiek
ukierunkowany jest na oczekiwanie wszystkiego od Boga, a nie zakorzenianie się
w doczesności.

Jeżeli czujesz się mocny w sensie naturalnych możliwości, którymi dysponujesz,
twoja wiara nie może rozwinąć się i pogłębić. To dlatego musisz odczuć swoją
słabość, musisz zobaczyć, że czegoś nie możesz. Będzie to wezwanie do wiary.
Twoja słabość, niemożność i bezradność staną się jakby szczeliną, przez którą
będzie przeciskała się do twojego serca łaska wiary. Poprzez nasze zranienia
Bóg daje nam łaskę pogłębienia wiary. Charles Péguy, wielki konwertyta, pisze:
"Spotyka się niewiarygodne światła łaski przenikające do duszy złej, a nawet
zepsutej. Widzi się zbawionym tego, kto wydawał się być straconym, ale nigdy
nie widziano przesiąkniętym tego, co zostało okryte lakierem, aby
przepuszczało to, co jest nieprzemakalne, aby zostało zmiękczone to, co
stwardniało. [�] Stąd pochodzą tak liczne braki, które stwierdzamy w
skuteczności łaski, która, podczas gdy odnosi niespodziewane zwycięstwa nad
duszami największych grzeszników, często pozostaje bez żadnego skutku w
stosunku do tzw. porządnych" (Note conjointe, sur M. Descartes et la
philosophie cartesienne - 1er aout 1914). Jest tak dlatego, że ci "porządni",
ci dorośli w sensie ewangelicznym nie mają żadnych braków, nie są zranieni, są
silni, mocni, samowystarczalni, dorośli. "Ich skóra moralna, stale nietknięta
- stwierdza dalej Peguy - stała się dla nich skorupą i pancerzem bez skazy.
Oni nie przedstawiają tego otwarcia spowodowanego jakąś straszną raną, jakąś
niezapomnianą udręką, jakimś niepokonanym żalem, jakimś szwem wiecznie źle
zrobionym, jakimś śmiertelnym niepokojem, jakąś ukrytą goryczą, jakąś ruiną
stale maskowaną, jakąś raną nigdy nie zagojoną. Nie ofiarowują otwarcia się na
łaskę, co jest w swojej istocie grzechem. Ponieważ nie są zranieni, nie są już
podatni na zranienia. Ponieważ nie brakuje im niczego, nie otrzymują więc nic.
Nie mogą otrzymać tego, co jest wszystkim. Sama miłość Boga nie leczy tego,
który nie ma ran. Właśnie dlatego, że człowiek leżał na ziemi, Samarytanin go
podniósł. [�] Otóż, kto nie upadł - pisze dalej Peguy - nigdy nie powstanie, a
kto nie był oblany potem, nigdy nie będzie otarty". Tak zwani porządni,
dorośli są nieprzenikliwi dla łaski.

Może i w twoim życiu jest jakaś straszna niegojąca się rana, może jakaś nie
zapomniana udręka, nie pokonany żal czy śmiertelny niepokój, może jakaś ukryta
gorycz, którą tyle rzeczy tego świata może być zaprawionych, jakieś zawalenie
się czegoś. - Ty wtedy uważasz, że wszystko się już skończyło, a jest
odwrotnie. To wszystko ma być dla ciebie kanałem łaski. Pan Bóg musi dopuścić
tyle zranień, tyle trudnych chwil, abyś poczuł się słaby i przez to otwarty na
łaskę. Gdy poczujesz się dotknięty bardzo boleśnie, pamiętaj, że jest to
błogosławiony ból, który w twoim pancerzu dorosłości i porządności robi
miejsce dla łaski. To wszystko jest dla ciebie szansą pogłębienia wiary. Twoja
słabość sprawia, że przez wiarę może zamieszkać w tobie moc Boga. Bóg,
zbliżając się do ciebie, musi uczynić cię słabszym, abyś Go potrzebował, byś
wierząc i coraz bardziej Mu ufając w Nim szukał oparcia. Musi cię uniżyć, bo
jesteś za duży, a zranienie uniża. Stąd każde zranienie przynosi ci szansę, że
będziesz stawał się coraz bardziej ewangelicznym dzieckiem. Nieraz trzeba aż
tylu zranień, aby stać się dzieckiem, by kroczyć "małą drogą".
Obserwuj wątek
    • kaczy.i.indyczy Moc Boża potrzebuje słabości człowieka 27.07.09, 21:08
      www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_03.html


      " Moc Boża potrzebuje słabości człowieka

      Bóg zbliżając się do człowieka osłabia go. Czyni więc odwrotnie, niż my byśmy
      się spodziewali. Tobie wydaje się, że to ty kroczysz ku Niemu i że w tej
      sytuacji winieneś stawać się coraz bardziej mocny, coraz lepiej dawać sobie
      radę. Tymczasem to On przybliża się do ciebie, a przybliżając się czyni cię
      słabszym, czy to fizycznie, czy psychicznie, czy duchowo. Czyni to po to, by
      mógł zamieszkać w tobie ze swoją mocą, ponieważ to twoja słabość robi miejsce na
      Jego moc. Wówczas, gdy jesteś słaby, nie możesz sobie ufać, nie możesz wierzyć
      sobie, i wtedy jest szansa, byś zwrócił się ku Niemu i na Nim zechciał się
      oprzeć. Tak często bronisz się przed tą największą łaską, łaską słabości, a
      przecież już św. Paweł pisał: "Moc w słabości się doskonali. Najchętniej więc
      będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. [�]
      Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny" (2 Kor 12, 9-10). Twoja moc
      i siła wcześniej czy później muszą się załamać. W rzeczywistości bowiem nie ma
      twojej siły, ponieważ ona jest darem - darem, który ty sobie przywłaszczasz,
      dlatego musi ci być zabrany.

      Św. Maksymilian Kolbe podczas wielu swoich niezwykłych wypraw apostolskich czuł
      się zupełnie bezradny. Często klimat był bardzo nieodpowiedni dla jego chorych
      płuc, źle znosił uciążliwości podróży zamorskich i wilgoć, z powodu której
      niekiedy nie mógł oddychać. To wszystko nie powstrzymywało jednak jego
      pragnienia, by głosić królestwo Niepokalanej w całym świecie, choć
      niejednokrotnie zdawało się, że godziny nie przeżyje na statku. Może mówił wtedy
      do Maryi: Ja chyba nie wytrzymam jeszcze tej godziny, jak więc będę Twoje
      królestwo rozszerzał? - A przecież ta słabość była całą jego siłą.

      Jeżeli Bóg zechce się tobą posłużyć, to na zasadzie twojej słabości. Kiedy
      próbujesz apostołować w poczuciu siły i mocy, stajesz się antyznakiem. Ludzie
      nie chcą twojej mocy, twojej własnej mocy, ponieważ jest ona dla nich
      upokarzająca. Pan Bóg też, aby uczynić cię znakiem i posługiwać się tobą, nie
      potrzebuje twojej siły, wręcz przeciwnie, potrzebuje twojej słabości. Myśl ta
      została niezwykle dobitnie wyrażona już w Starym Testamencie na przykładzie
      Gedeona (Sdz 7, 1-8. 10). Przeciwnik Gedeona ma 135 tys. wojska, a Gedeon 32
      tys. - cztery razy mniej. Jednak w historii zdarzały się zwycięstwa przy takich
      dysproporcjach. Dla Pana Boga jest to więc dysproporcja za mała. Poleca
      zmniejszyć liczbę wojowników Gedeona. Pierwsza próba to zmniejszenie tych 32
      tys. wojska do 10 tys. Teraz liczba wojsk Gedeona jest trzynaście razy mniejsza.
      W historii strategii zwycięstwo przy takiej dysproporcji już się nie zdarza, ale
      człowiek mógłby jeszcze je sobie przywłaszczyć i przypisać własnemu geniuszowi.
      Gedeon jest więc wciąż za silny, może jeszcze liczyć na własne możliwości. Bóg
      poddaje go jeszcze jednej próbie: poleca, by te 10 tys. wojska zredukował do 300
      osób. I teraz sytuacja jest, właściwie nie wiadomo, czy dramatyczna, czy
      komiczna. To przecież naprawdę śmieszne wychodzić z taką liczbą przeciwko
      wrogowi, który jest 450 razy silniejszy. W tym przypadku już tylko Bóg może
      zwyciężyć, nie Gedeon. - I Gedeon pójdzie z tą garstką, i odniesie zwycięstwo.
      Ta przygniatająca dysproporcja sprawi, że nie będzie miał nawet pokusy, by
      przypisać je sobie. Cała sytuacja jest tak absurdalna, jakby Pan Bóg uśmiechając
      się mówił: Widzisz Gedeonie, chciałeś zwyciężyć dzięki swoim umiejętnościom i
      sile wojska. Patrz, pozostało ci trzystu ludzi na 135 tys. wroga. Co ty na to? -
      Gedeon zaufał Panu i odniósł zwycięstwo, jakiego nie zna historia.

      Pan składa swój skarb w kruche, gliniane naczynie, aby z mocy Boga było to, co
      robimy, nie z nas (zob. 2 Kor 4, 7). Bóg ogołocił Gedeona z jego ludzkiej mocy,
      uczynił go małym i słabym, zrobił coś, co po ludzku wydaje się absurdem.
      Podobnie może zdarzyć się i w twoim życiu. Jeżeli jest w tobie takie 32 tys.
      elementów ludzkiej mocy, to Pan Bóg zrobi z tego najpierw 10 tys., a potem 300.
      Będziesz wtedy rzeczywiście bardzo słaby, prawie jak poległy, i taki właśnie -
      słaby - będziesz mógł zwyciężać. Będą to zwycięstwa nie twoją mocą, ale mocą Boga. "

    • kaczy.i.indyczy Ubóstwo duchowe jako postawa dziecięctwa 27.07.09, 21:19
      www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_03.html

      Ubóstwo duchowe jako postawa dziecięctwa

      Wiara jako uznanie własnej bezradności i oczekiwanie wszystkiego od Boga oznacza
      postawę dziecka. Dziecko w pełni uznaje, że nie ma nic, że nic nie potrafi. Ono
      jest pełne oczekiwań i wiary, że wszystko, co jest mu potrzebne, otrzyma. "Jeśli
      się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa
      niebieskiego" - mówi Pan (Mt 18, 3). Nawrócenie do postawy dziecka jest
      warunkiem koniecznym wejścia do Bożego królestwa. Kiedyś musisz stać się
      dzieckiem: ufnym, pokornym, oczekującym wszystkiego od Pana. Jeśli nie staniesz
      się nim tutaj, to będzie to musiało nastąpić w czyśćcu. Stan dziecięctwa jest
      bezwzględnie konieczny nie tylko do uświęcenia, ale i do zbawienia.

      Dziecko ewangeliczne oczekuje wszystkiego od Boga, dosłownie wszystkiego. Wymiar
      dziecięctwa naszej wiary oznacza nieopieranie się na zwykłych, ludzkich
      kalkulacjach, a oczekiwanie na coś, co dziecko nazwie niespodzianką,
      oczekiwaniem na cud. Na ile jesteś dzieckiem, na tyle jesteś młody duchem.
      Człowiek może być starcem już w wieku dwudziestu lat. A może mieć lat
      osiemdziesiąt i dzięki duchowi dziecięctwa pozostawać młodym. Bóg jest zawsze
      młody i ustanowiony przez Chrystusa Kościół jest zawsze młody, dlatego
      potrzebuje on młodych w duchu, potrzebuje w tobie dziecka, które zdolne jest
      uwierzyć we wszystko. Człowiek "stary", nastawiony na rachunkowość, na liczenie
      za i przeciw, ogranicza Bogu możliwość działania, stawia granice Jego miłości i
      miłosierdziu. Rachunkowość i ciągłe obliczanie, czy coś może, czy nie może się
      udać, czy to ma szansę, czy nie, jest cechą starości. Dziecko poszukuje księżyca
      i wierzy, że może go otrzymać - a przecież Pan Bóg chce ci dać więcej niż
      księżyc. On chce ci dać swoje królestwo, ale jeśli nie będziesz dzieckiem, to
      zwiążesz Mu ręce.

      Dzieci to również typowi ewangeliczni gwałtownicy, o których Jezus mówi, że
      porywają królestwo niebieskie (por. Mt 11, 12). Kiedy dziecko chce dostać się do
      mieszkania, to musi się dostać: będzie tak długo biło piąstkami czy nóżkami, aż
      mu otworzą. Pan Jezus powiedział: "Kołaczcie, a otworzą wam" (Łk 11, 9).
      Gdybyśmy umieli tak bić w zamknięte przed nami drzwi, które po to są zamknięte,
      byśmy się do nich dobijali jak dzieci, to one musiałyby się otworzyć. Bóg
      potrzebuje twojej dziecięcej wiary, by mógł w tobie i przez ciebie czynić cuda,
      bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. "Wszystko możliwe jest dla tego, kto
      wierzy" (Mk 9, 23). Wszystko jest możliwe dla tego, kto jest ewangelicznym
      dzieckiem.

      Ewangelia ukazuje nam dwa zwiastowania: zwiastowanie Zachariaszowi i
      zwiastowanie Maryi. Zachariasz okazał się człowiekiem starym zarówno wiekiem,
      jak i duchem, człowiekiem, który związuje Bogu ręce, bo nie potrafi uwierzyć w
      cud. Musiał więc być dotknięty innym, bolesnym dla siebie cudem, jakim było
      odebranie mu możności mówienia - po to by uwierzył. Taka duchowa starość
      człowieka, który nie potrafi uwierzyć w cud, jest dla Boga czymś strasznym.
      Człowiek, któremu brak postawy dziecka, zwykle jakby z góry przekreślał
      skuteczność swoich modlitw, ponieważ jest w nim coś z postawy Zachariasza. Ten
      "sprawiedliwy wobec Boga" i nienaganny starzec nie miał potomstwa i prosił o
      dziecko. Modlił się i właściwie jednocześnie nie wierzył w to, że Bóg go
      wysłucha. Kiedy anioł oznajmił mu: "Twoja prośba została wysłuchana: żona twoja
      Elżbieta urodzi ci syna" (Łk 1, 13), on jak gdyby nie chciał tego syna przyjąć,
      nie uwierzył w cud. Cały czas modlił się o syna, a kiedy Bóg go wysłuchał, nie
      uwierzył. Wytoczył argument przeciwko swojej modlitwie: "Bo ja jestem już stary
      i moja żona jest w podeszłym wieku" (Łk 1, 18). Człowiek "stary", już nie
      wierzący Panu. My też najczęściej jesteśmy podobni do Zachariasza. - Pewien
      ksiądz - opowiada A. Pronzato - który zwołał parafian na specjalne nabożeństwo,
      by prosić o deszcz, skierował do nich bardzo wymowne upomnienie: "Przyszliście
      prosić o deszcz, a gdzie macie parasole?"

      Drugie zwiastowanie to zwiastowanie Maryi, która tak bardzo jest dzieckiem, że
      gotowa jest przyjąć wszystko. Maryja tak była dyspozycyjna, że Bóg mógł dla Niej
      "wyczarować" rzeczy niezwykłe. Ona wszystko by przyjęła, we wszystko by
      uwierzyła, bo Jej postawa wobec Boga przeniknięta była duchem dziecięctwa - a to
      jest potęga. Czy myślisz czasem, że światem rządzą dzieci, nie starcy? - Tak,
      światem rządzą dzieci, ponieważ człowiek, który ma ducha dziecięctwa, ma "moc
      nad Bogiem" - Bóg nie może się jemu oprzeć, nie może oprzeć się oczom dziecka,
      które naprawdę wierzą.

      Piotr, gdy szedł do Chrystusa po wodzie, w pewnym momencie przestał być
      dzieckiem. Przyszło zwykłe rachowanie: dotąd szedłem, bo powierzchnia wody była
      równa, ale oto napływa fala - czy mogę iść dalej? Przyszła ludzka kalkulacja,
      ludzkie rozumowanie i wiara znikła. Piotr w tym momencie przestał być dzieckiem,
      dlatego zaczął tonąć. Okazał się człowiekiem starym i później jeszcze długo
      będzie stary, dlatego zdradzi Jezusa. Można powiedzieć, że grzeszysz, ponieważ
      jesteś "stary", bo starość duchowa zamyka cię na łaskę, zawiązuje Bogu ręce. Bóg
      jest młody i chce wyczarować ci księżyc. Jeśli św. Teresie z Lisieux dał w dniu
      jej obłóczyn śnieg, czy to nie był dla niej jej księżyc? Pan Bóg kocha się w
      takiej postawie, która nie widzi ograniczeń, a taką postawę ma dziecko. Ono nie
      zna granic możliwości, jest wytrwałe aż do szaleństwa, otwarte na to, co nowe -
      dziecko potrafi wierzyć.

      Bóg jest zawsze młody i zawsze zdumiewa człowieka. Doświadczenie Boga to
      doświadczenie rzeczywistości zdumiewającej, a człowiek o postawie ewangelicznego
      dziecka potrafi się zdumiewać. Taki człowiek patrząc na świat potrafi zdumiewać
      się wszystkim, co go otacza. W momencie, w którym przestaniesz być dzieckiem
      przed Panem, przyjdzie kryzys w twoim życiu wewnętrznym, zaczniesz cofać się,
      przestaniesz wierzyć i kochać.

      W cuda wierzą tylko dwie kategorie ludzi - święci i dzieci. Właściwie jednak
      jest to jedna kategoria, ponieważ święci są w duchu dziećmi. Sam Bóg w Jezusie
      Chrystusie stał się dzieckiem. Stał się nim nie tylko w Betlejem, ale również na
      krzyżu, gdzie był zupełnie bezbronny i we wszystkim uzależniony od ludzi. Ten
      Bóg, który stał się dzieckiem, chce, by nasza bezradność i słabość skłaniała nas
      do zdania się we wszystkim na Niego, by skłaniała nas do bezgranicznej ufności w
      Jego miłosierdzie.

      Przypowieść o synu marnotrawnym należałoby raczej nazwać przypowieścią o ojcu
      miłosiernym. Starszy syn, jedna z trzech postaci dramatu, nie wzbudza w nas
      sympatii; jest zazdrosny i impertynencki wobec ojca. Nasza sympatia kieruje się
      ku temu marnotrawnemu, który wrócił, tym bardziej, że jest to nasz typ. W typie
      syna marnotrawnego odnajdujemy niemal spontanicznie samych siebie. Czy jednak
      jest to rzeczywiście typ postaci prawdziwie ewangelicznej? Ewangelia mówi, że
      jego powrót do ojca był wykalkulowany. Wrócił w nadziei, że u ojca będzie mu
      lepiej, ponieważ wiedział, że ojciec płacił więcej swoim najemnikom niż pan, u
      którego on się najął. "Pójdę do mego ojca i powiem mu: [�] nie jestem godzien
      nazywać się synem, uczyń mnie choćby jednym z najemników" (Łk 15, 18-19n).
      Przypowieść o synu marnotrawnym wydaje się być nie dokończona. Jest w niej
      dalszy dramat syna marnotrawnego - dramat wynikający z przewagi postawy
      najemnika na postawą dziecka. On chce być wobec ojca kimś, z kim można się
      umówić, tak jak umówili się z gospodarzem robotnicy wynajęci za denara (Mt 20,
      1-26). Jeżeli zaś syn marnotrawny nie wraca jako dziecko, ale jako najemnik, to
      będzie musiał znowu odejść - drugi, trzeci, nie wiadomo który raz.

      • kaczy.i.indyczy Re: Ubóstwo duchowe jako postawa dziecięctwa 27.07.09, 21:20
        Syn, w którym jest duch najemnika, nie potrafi zdumiewać się miłością. Syn
        marnotrawny nie odkrył zranienia ojca, nie widział jego bólu, widział tylko
        własne nieszczęście i szukał dróg wyjścia z niego. W przypowieści o wynajętych
        robotnikach dobrocią gospodarza zdumiewali się ci z ostatniej godziny, a nie
        umówieni za określoną sumę najemnicy. Zdumiewać się potrafi tylko ewangeliczne
        dziecko, ponieważ zdumienie zakłada kontrast. Dziecko wie, że jest takim małym
        "nic" i że jest nieustannie obdarowywane czymś wielkim. Ten ogromny kontrast
        własnego "ja" i obdarowania rodzi w nim zdumienie.

        Człowiek staje się chrześcijaninem, kiedy staje się dzieckiem, kiedy zaczyna go
        zdumiewać szaleństwo miłości Boga Ojca. Odnajdujemy tu nowy aspekt dziecięctwa
        ewangelicznego - pewną tożsamość między dzieckiem a skruszonym grzesznikiem. Na
        czym polega skrucha? Skrucha to żal, ale żal w obliczu krzyża, kiedy świadomy
        własnej nędzy i grzeszności patrzysz na krzyż i na rany Jezusa, kiedy próbujesz
        w duchu całować te rany, które sam przecież Jezusowi zadałeś - to jest skrucha.
        U syna marnotrwnego takiej skruchy nie było. Dopiero wtedy, gdy skruszony
        całujesz rany Jezusa i wierzysz w Jego miłość, powracasz do Boga w postawie
        dziecka, i tylko taki powrót ma sens. Nigdy nie wracaj do Boga jako najemnik, bo
        znowu Go zdradzisz.

        Prawdziwą skruchę widzimy u jawnogrzesznicy podczas jej spotkania z Jezusem w
        domu faryzeusza Szymona. Jej prostota, spontaniczność i autentyczna skrucha
        świadczą o postawie ewangelicznego dziecka. Aby wyrazić Jezusowi swoją skruchę,
        podeszła do Niego, nie oglądając się na względy ludzkie, wylała nardowy olejek,
        łzami zrosiła Jego stopy i włosami je otarła (Łk 7, 38). Oto prostota,
        spontaniczność i skrucha grzesznika, który jest dzieckiem ewangelicznym. Tak
        naprawdę Boga kochają skruszeni grzesznicy, którym wiele przebaczono, i święci,
        bo jedni i drudzy mają naturę dziecka - potrafią zdumiewać się miłością Boga,
        szaleństwem Jego miłości ku nim. Nie najemnicy, a dzieci, nie ci, którzy
        zbierają zasługi i usiłują zawierać z Bogiem kontrakty, ale ci, którzy wierzą w
        Jego miłosierdzie. - Bo tak naprawdę wierzy tylko dziecko. "

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka