Gość: szopen
IP: 204.79.89.*
17.11.04, 09:02
Tak sie sklada, ze mieszkam w miejscu gdzie swiezosc skladnikow jest lokalna
obsesja.
Ludzie na rynku kupuja tylko tyle ile im potrzeba na nastepny posilek.
To znaczy np, 2 marchewki, malutki peczek szczypiorku, 200g kawalek miesa czy
ryby, 2 ziemniaki, garsc grzybow, maly peczek lisci.
Szczegolnie wlasnie ryby i owoce morza.
Te co mozliwe to sprzedawame sa zywe: krewtki, kraby, wiele ryb
(slodkowodnych), zaby, weze, slimaki, rozmaite muszelki.
Wieksze ryby glownie tolpyga i amur sprzedawane sa po kawalku ale tez
doslownie moment po zabiciu, leza na ladach rynkowych przeciete wzdluz na pol
tak by widac bylo jeszcze bijace serce.
Z jednej strony moze i to dosc "dziwne" ale z drugiej chyba ta swiezosc ma
spore znaczenie.