vulture
06.01.04, 00:11
Ta płyta to jeden wielki skandal. Wyszła we wrześniu 2003 i na szczęście
jakoś nie wypromowano z niej żadnych singli. Jak się można domyślić, album
zawiera elektroniczne, dyskotekowe wręcz przeróbki utworów Iron Maiden. Mimo,
iż płytę przygotowali różni „artyści”, piosenki brzmią bardzo podobnie do
siebie.
Już na początek załamuje totalnie „Fear Of The Dark” z głosem, przepuszczonym
przez wokoder i solówką na klawiszach. Oczywiście, w podkładzie jest chamskie
disco. Nie lepiej jest kolejnych utworach: „Wrathchild” brzmi jak utwór
Scootera z jakimś robotem, recytującym tekst. Riff gitarowy zastępuje
bulgotanie syntezatora. W środku dźwięki typowe dla niemieckiej Vivy.
Następne jest „Purgatory” w stylu „Das Model” Kraftwerk, śpiewane przez
kobietę – czyli w zasadzie coś w stylu ostatniego singla boskiej Kylie
Minogue. „Aces High” w stylu The Prodigy; loopy perkusyjne, przez które
przebija się znów głos robota, jeszcze mniej naturalny niż Cher na ostatnich
płytach. „Flash Of The Blade” ma brzmienie kretyńskiego Casio, do którego
dorwało się czteroletnie dziecko. „Running Free” to podkład dźwiękowy do gry
komputerowej z serii „jadę czołgiem i rozwalam wszystkich” + żeński głos,
przy którym wysiada Madonna śpiewająca na żywo. „Wasted Years” mają znów riff
wygrywany w stylu kraftwerkowym, głos jak przybysze z Matplanety i potężny
potencjał załamkowy. „Run To The Hills” przypomina nieco odgłosy z salonu
gier, jakaś pani beznamiętnym głosem recytuje tekst na tle dyskotekowych
rytmów…”Die With Your Boots On” z przyspieszonym głosem jak na składance Love
Parade vol. XXXVIII powoduje, że faktycznie można umrzeć w butach. „Mother
Russia” to bulgotanie klawiszy rodem z płyt ś.p. 2 plus 1, a „The Trooper” ma
mieć niby brzmienie syntezatora stylizowane na lata osiemdziesiąte i to chyba
w tym najbardziej obciachowym wydaniu. „Killers”, bo starszym utworom też nie
przepuszczono, brzmi jak niezbyt przemyślana melodyjka do telefonu
komórkowego, w który to telefon ktoś sapie. Najgorsze jest „Number Of The
Beast”, w którym autorom zabrakło zupełnie inwencji i w ciągu trzech minut
słyszymy kakofonię wszystkich efektów specjalnych naraz, puszczonych bez ładu
i składu jak popadnie. Na koniec wydawca serwuje nam „Powerslave”, które znów
brzmi jak Kraftwerk. Uszy więdną, ręce opadają i nie tylko.
Dość celną, choć niezamierzoną ilustracją zawartej tu twórczości jest okładka
płyty, na której znany nam Eddie męczony jest na krześle elektrycznym przez
jakiegoś dość prymitywnie wyglądającego robota. Całości towarzyszy wielki
napis „Powerslaves”, stylizowany na logo Iron Maiden. Naprawdę, jestem pod
wrażeniem. Dużo głupich rzeczy w życiu słyszałem, ale nie aż do tego stopnia…