1. Chyba sprzedano wszystkie albo nawet i więcej biletów, bo to, co się
działo w Stodole, chyba dawno się na żadnym koncercie u nas nie działo.
2. Support grał nieco dłużej (albo tak samo długo, dokładnie nie pamiętam) i
chyba nawet lepiej niż główna gwiazda.
3. Oba zespoły były w bardzo dobrej formie i nie zawiodły.
4. Tradycyjna kaszana z chwilową awarią nagłośnienia (brzmiało to, jakby w
środku piosenki TSA zaczęła nagle śpiewać Mariah Carey) została przyjęta
przez publikę jako zwczajowy element rozrywkowy polskich koncertów.
4. Wokalista Budgie nie przeszedł jeszcze mutacji i nadal wygląda jak dziecko
wojny.
5. Ceny gadżetów, związanych z Budgie, były powalające (T-shirt: 80 zł,
bluza: 180 zł, płyta: 90 zł).
6. Nowa płyta TSA zapowiada się nieźle (jeśli ktoś lubi). Marek Piekarczyk
śpiewał świetnie, muzycy też się super spisali - nowe utwory (wyłapałem dwa,
ale może coś mi umknęło) są całkiem niezłe, zwłaszcza singlowy "Proceder",
którego chyba żadne radio nie będzie grało.
7. Oczywiście, ochrona w Stodole, dokładnie obmacująca wszystkich przy
wejściu, nie zwracała uwagi na to, że na salę nie wolno było wnosić napojów
itp., w efekcie czego leżało sobie na ziemi stłuczone szkło oraz piwo,
porozlewane przez kilku pijanych buraków, którzy nawalili się jeszcze chyba
przed występem TSA.
A poza tym, było całkiem sympatycznie (mimo tłoku i braku powietrza) - oba
zespoły stanęły na wysokości zadania i przedstawiły dokładnie taki repertuar,
jakiego można by po nich oczekiwać (tzn. w przypadku Budgie wolałbym,
oczywiście, kilka innych kawałków w miejsce tych, które się pojawiły, ale
trudno). Muzycy Budgie chyba od dawna nie widzieli takiej ilości ludzi na
swoim koncercie. Szkoda tylko, że to wszystko miało miejsce w czwartek
(koncert zakończył się koło północy), a następnego dnia na rano do roboty
Pozdrawiam