Czwarta już studyjna płyta Ritchiego Blackmore’a I jego towarzyszki życia
Candice Night nie przynosi jakichś drastycznych zmian repertuarowych ani
niespodzianek. Wprawdzie, powiedzmy, że więcej słychać tu gitary niż na
poprzednich albumach, ale mając w pamięci rewelacyjny, dynamiczny koncert w
Warszawie miesiąc temu, odbieram album jako zbyt zachowawczy. Co nie znaczy,
że źle się go słucha... ale po kolei.
Album otwierają uwielbiane przez Ryszarda Trudnego („Richard the Difficult,
as he likes to be known” – Candice podczas koncertu) orientalizmy w “Way To
Mandalay”. Następne kilka utworów to typowe Blackmore’s Night z przerywnikiem
na przeróbkę „Diamonds And Rust” Joan Baez. Moim ulubionym utworem z albumu
jest „Cartouche”, od którego rozpoczął się warszawski występ grupy.
Żywiołowy, dynamiczny, w typie „Fires At Midnight”. Reszta, aż do pieśni
tytułowej, również całkiem chwytliwej, raczej się zlewa (Candice słodzi
niemiłosiernie i nawet najbardziej wytrwali miłośnicy słodyczy będą musieli
nieco przystopować). Wyróżniają się te najszybsze, skoczne utwory („Loreley”,
przeróbka mniej znanego utworu Jethro Tull „Rainbow Blues”

, a te
spokojniejsze najzwyczajniej w świecie są do siebie zbyt podobne, żeby miały
czymś zachwycać poza oczywiście pięknymi melodiami i starannym wykonaniem.
Taki ładny cukierek do puszczania zamiast rąbanki radiowej. Miejscami
bardziej, miejscami mniej kiczowate, czasem całkiem niezłe. Trzy z plusem,
nie więcej...