Dodaj do ulubionych

Wakacyjny konkurs - Skarbnica wiedzy

28.08.06, 10:28
Zapraszamy do udziału w konkursie na relacje z wakacji. Napiszcie gdzie warto
jechać, co zobaczyć, jakich miejsc unikać i dlaczego. Nagrodą w konkursie jest
aparat cyfrowy Olympus MJu 720 SW.

Zadanie konkursowe polega na opisaniu na tym forum, historii zawierającej
wiele przydatnych dla innych turystów informacji dotyczących miejsca
odwiedzonego przez Was w czasie wakacji.

Konkurs trwa od 28 sierpnia 2006 roku do 10 września 2006 roku.
Szczegółowe informacje na jego temat znajdują się na
Stronie konkursu.
Obserwuj wątek
    • iowka Słowacki Raj 29.08.06, 12:00
      Przygotowania do wyjazdu rozpoczęliśmy prawie pół roku wcześniej. Wybór miejsca
      wakacji dokonany został tuż po wakacjach w roku 2005. Zwiedziliśmy wtedy piękne
      okolice Muszyny i wtedy już postanowiliśmy, że kolejny rok poświęcimy
      zwiedzaniu Słowacji, a dokładnie Słowackiego Raju. Dlaczego? Kochamy góry.
      Tylko wakacyjne wędrówki po górach pozwalają nam na relaks i odpoczynek.
      Odwiedziliśmy wiele miejsc gór Polski, tym razem postanowiliśmy przekroczyć
      granice nasze kraju. Zdecydowaliśmy. Wakacje roku 2006 spędzimy w Słowackim
      Raju.
      Od chwili podjęcia decyzji o wyjeździe trudno nam było czekać na kolejny urlop.
      Heh, setki przejrzanych stron, zdjęć, relacji osób, które już odwiedziły to
      miejsce. Każda nowa wypowiedź przekonywała nas, że dokonaliśmy dobrego wyboru.
      W lutym 2006 roku rozpoczęliśmy poszukiwania miejscowości w której zatrzymamy
      się. To było naprawdę trudne. Wcześniej nie byliśmy w tym miejscu.
      Przekopaliśmy kupę stron internetowych, przeczytaliśmy setki rad i porad
      zamieszczonych na przeróżnych forach. Koniec marca/początek kwietnia był czasem
      gdy już wiedzieliśmy co chcieliśmy wiedzieć:
      - miejscowość w której będziemy wypoczywać – Smiżany bądź Hrabusice
      - kwaterki wynajmujemy jedynie u rodowitych Słowaków
      - nie zadawać się z Cyganami.
      Tak, to nie żart na 10 osób 9 przestrzegało nas przed Cyganami. I to był jeden
      z podstawowych kryteriów podczas poszukiwania kwatery.
      Wreszcie udało się. Pod koniec kwietnia zarezerwowaliśmy kwaterę poleconą przez
      Polaków w miejscowości Hrabušice, u pana Ivana Kleina. Warunki podobno miały
      być w porządku, właściciele też, i co najważniejsze – rodowici Słowacy. Byliśmy
      uradowani, że wszystko potoczyło się tak fajnie. Rozmowy i rezerwacje z p.
      Kleinem przebiegły bezproblemowo. Czekaliśmy już tylko na początek lipca i
      wyjazd na urlop.
      Nadszedł ten dzień. Spakowany samochód, przewodniki, mapy, ubezpieczenia
      zdrowotne (NFZ) i dodatkowe w PZU, ubezpieczenie samochodu, wszystko, co
      mogłoby nam się przydać w najmniej oczekiwanym momencie. Nadszedł ten dzień.
      Wyruszyliśmy. Długa droga przed nami. Z Białegostoku do Hrabušic drogę
      pokonaliśmy z noclegiem w Krakowie. 1 lipca 2006 przekroczyliśmy granicę
      Polski. Nie mogliśmy się doczekać, a do przejechania mieliśmy jeszcze ok. 60km.
      Jechaliśmy i podziwialiśmy piękne widoki, góry, góry, góry. Coś wspaniałego.
      Przejeżdżaliśmy też przez miasta, które systematycznie dopisywaliśmy do listy
      miejsc, które należałoby zwiedzić podczas planowanego dwutygodniowego pobytu w
      Słowackim Raju.
      Dojechaliśmy. Hrabušice. Wjazd do miejscowości okupowany był przez Cyganów,
      którzy oferowali miejsca noclegowe. Jednak my – ku przestrodze innych, nawet
      nie zatrzymywaliśmy się. Po prostu baliśmy się, jak wilka i baby Jagi z bajek z
      lat dziecinnych. A widać było zarówno Cyganów bogatszych, jak i tych, którzy
      klepią biedę.
      Wyciągnęliśmy karteczkę z adresem i zaczęliśmy szukać naszej kwaterki. Po ok. 5-
      7 minutach znaleźliśmy. Domek jak na zdjęciu – wszystko jak miało być.
      Uradowani wyszliśmy z samochodu i zadzwoniliśmy do bramki.
      Właściciel przywitał nas bardzo mile i od razu zaproponował, że zamiast u niego
      proponuje nam nocleg u swojej matki, która mieszka dom dalej. Warunki –
      identyczne. Ok., zgodziliśmy się obejrzeć domek. Heh i tu nasz entuzjazm opadł.
      Dom ogólnie sprzątnięty, ale chyba sprzątnięty tuż przed naszym przyjazdem. Bez
      kurzu, ale widać było miejsca zaniedbane, jak to bywa u starszych ludzi.
      Byliśmy zaskoczeni i … głodni. Właściciel widział chyba nasze zaskoczenie i aby
      nas zachęcić powiedział, że spuści nam cenę noclegu na 180 SK. Tu niestety nie
      wytrzymaliśmy. Wypomnieliśmy, iż telefonicznie właśnie na taką cenę umawialiśmy
      się, więc to nie jest dla nas żadna zachęta. Poza tym każda nasza rozmowa
      dotyczyła dwóch osobnych dwuosobowych pokoi, a tu na miejscu dostaliśmy do
      wyboru pokój pięcioosobowy, bądź dwa dwuosobowe, ale przechodnie. Szok. Niezły
      początek urlopu.
      Powiedzieliśmy, iż ostateczną decyzję podejmiemy, gdy dojadą jeszcze pozostali
      uczestnicy wyjazdu. Zostawiliśmy samochód na podwórku i poszliśmy posilić się.
      Ponieważ do miejsca, w którym chcieliśmy się posilić mieliśmy ok. 7-10 minut
      spacerkiem, postanowiliśmy po drodze zajść i zobaczyć warunki w innych
      kwaterach. I co się okazało? W innych miejscach cena była nieznacznie niższa,
      bądź wyższa, warunki o niebo lepsze. Niestety większość była zajęta bądź
      zarezerwowana. No nic, tak bywa czasami.
      Tuż przed miejscem, w którym chcieliśmy się posilić zauważyliśmy dom, przed
      którym na bramce wisiała informacja o kwaterach. Postanowiliśmy zajść i
      zobaczyć, tym bardziej, że informacja była także w języku polskim.
      Zadzwoniliśmy do bramki. Drzwi do mu otworzyły się i … pojawiła się w nich
      Cyganka. Hm, zdziwienia nasze wręcz sięgnęło zenitu, ale staraliśmy się nie dać
      tego poznać po sobie. Zapytaliśmy o cenę – 250 SK za osobą. Hm, trochę dużo,
      więc powiedzieliśmy, że dziękujemy. Ale osoba rozmawiająca z nami nie dawała za
      wygraną, powiedziała, że może spuścić cenę. Hm, nie byliśmy zdecydowani, ale
      powiedzieliśmy, że obejrzymy co mają nam do zaoferowania. Jakież było nasze
      zdziwienie, gdy zobaczyliśmy pokoje. Komfort nieporównywalny. Mieliśmy tylko
      jedną obawę – to byli Cyganie. Powiedzieliśmy więc, że nam podoba się i jak
      przywieziemy znajomych, to razem obejrzymy i podejmiemy decyzję.
      Trudna decyzja. Co robić. Ciągle w głowie mieliśmy przestrogi innych osób. No
      nic, posililiśmy się i pojechaliśmy do Popradu oddalonego o 10 km od Hrabušic
      odebrać kompanów naszych wojaży. W drodze opowiedzieliśmy im całą historię i
      postanowiliśmy od razu razem zajechać do kwaterki u Cyganów. Spodobało się.
      Porozmawialiśmy i wspólnie podjęliśmy decyzję o tym, iż zaryzykujemy. Panu
      Kleinowi grzecznie podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że znaleźliśmy dwa
      dwuosobowe pokoje, jak chcieliśmy i tam zatrzymamy się. O dziwo p. Klein nie
      miał żadnych pretensji. Czyżby postępował tak z większością turystów,
      proponując im coś, czego nie ma? Tego nie wiemy, ale my zawiedliśmy się i
      postanowiliśmy znaleźć sobie coś, co by spełniało nasze oczekiwania. Zabraliśmy
      rzeczy i przenieśliśmy się kilka domów dalej.
      Byliśmy już tak zmęczeni tym pierwszym dniem urlopu, że tylko kąpiel i sen
      mogły poprawić nam humor.
      W kolejnych dniach pobytu zaczęliśmy zwiedzanie Słowackiego Raju i okolic:
      przełom Hornadu – szlak biegnie raz jednym raz drugim brzegiem Hornadu
      przechodząc przez liczne mostki, punkt widokowy Tomášovský výhľad, w kształcie
      skalnej półki zawieszonej nad Hornadem, wąwozy Kláštorská roklina, Vyšny, Malý
      i Veľký Kyseľ , Piecky, Sokolia Dolina, Suchá Belá, Veľky Sokol, każdy z nich
      wyróżniający się szczególnymi widokami wodospadów, i jak każdy posiadający
      przejścia po drabinach, mostkach, stopniach przy asekuracji łańcuchów. Nie
      można także pominąć okolicznych miejscowości wartych poświęcenia choć chwili na
      ich zwiedzenie i obejrzenia ich licznych zabytków, m.in.: Spišská Nová Ves,
      Spišský Štvrtok, Betlanovce, Kežmarok, Levoča, Poprad, Vrbov (słynne baseny
      termalne), Spišské Podhradie, Spišský hrad – przepiękny zamek i oczywiście
      Dobszyńskej Lodowej Jaskinii (Dobšinská ľadová jaskyňa).
      Było wspaniale. Po kilku dniach pobytu nasza kwatera zapełniła się naszymi
      rodakami. Polacy widząc na podwórku rodzime rejestracje za wszelką cenę chcieli
      mieszkać w naszej kwaterze. Było nas tak wielu, że Renata (właścicielka)
      odstąpiła nawet swoje apartamenty turystom. Nasze obawy związane z Cyganami z
      dnia na dzień stawały się coraz mniejsze. Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu
      wieczorami, rozmawialiśmy, śmieliśmy się. Było wspaniale. Renata czasami
      piekła „czerstwe” ciasto i nas częstowała. W dzień wędrowaliśmy szlakami,
      zwiedzaliśmy miasta, wieczorem kwaterowicze zbierali się za domem, wymieniali
      wrażenia, p
      • Gość: g.p. Re: Słowacki Raj IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.09.06, 15:35
        Ja tez spędziłam urlop w Słowackim Raju. Też parę miesięcy wstecz
        zarezerwowałam pokój w miejscowości Hrabusice u Pana Petera Repki. I co sie
        okazało po przyjeździe na miejsce - wolnego pokoju brak!!!!!Polecił nam swoja
        sąsiadkę, a że były to jedne z ładniejszych sierpniowych dni wszystkie kwatery
        były zajęcte, a nasz pobyt trzydniowy to niewielu chciało na dwie noce przyjąć
        na kwaterę. Widocznie zwyczaj u nich taki że rezerwują wszystkim a poźniej
        rozsyłaja po znajomych, gdzie komfort odbiega od tego co widać było na zdjęcia
        podczas rezerwacji.
    • iowka Słowacki Raj - c.d. 29.08.06, 12:05
      poznawaliśmy siebie, po prostu było obdlotowo. Oczywiście każde wieczorne
      spotkanie umilała nam właścicielka z rodziną. Ekstra pobyt. Nikt mi teraz nie
      wmówi nic na temat ludzi innego pochodzenia. Nie każdy jest taki jak pozostali.
      Cygan nie jest równy Cyganowi. Polak nie jest równy Polakowi. Anglik nie jest
      równy Anglikowi. Słowak nie równy Słowakowi. Ludzie to są ludzie. Zanim ich nie
      poznasz, nie oceniaj ich.
      Jeśli jeszcze kiedykolwiek wybiorę się do Słowackiego Raju – na pewno nocleg
      spędzę u Renaty. I bez żadnych już oporów zostawię gotówkę w pokoju, samochód
      na podwórku. A warto wspomnieć, że turystyka w Hrabušicach rozwija się z roku
      na rok. Renata kończyła w tym roku budowę nowych kwater do wynajęcia. Luksus
      nie z tej ziemi. Oglądaliśmy nowe powstałe kwatery, które już w następnym roku
      na pewno przyciągną mnóstwo turystów. Komfort na bardzo wysokim poziomie.
      Apartamenty z własnymi łazienkami, wszystko nowe. Naprawdę warte polecenia. Na
      pewno skorzystamy kiedyś z tego .
      To były naprawdę wspaniałe wakacje i pełne nowych doświadczeń. Warto było
      przeżyć tak okrutny pierwszy dzień urlopu, aby w kolejnych poznawać nową
      kulturę, zwyczaje. Naprawdę warto. Jedna rada – jeśli nie znasz zaprzyjaźnionej
      kwatery, najlepiej znajdź ją na miejscu. Zawsze uda się coś znaleźć, nie trzeba
      tylko zniechęcać się i szukać .
    • samuel2006 Re: Wakacyjny konkurs - Skarbnica wiedzy 04.09.06, 00:49
      SAFARII, SYBIR I SFINKS

      W przewodniku wyraźnie było napisane, żeby po dojściu do ostatniego punktu
      widokowego wrócić tą samą trasą, którą się przyszło. Każdy normalny człowiek
      zrozumiałby, że znaczy to tyle samo, co cofnąć się. Każdy. Pod warunkiem, że
      przeczytałby ulotkę z mapką przed wejściem do Skalnego Miasta, a nie.... po
      powrocie z niego.


      Tym samym krótka (według papierowego przewodnika 6. kilometrowa) podróż
      czterosobowej grupy, urosła do rangi wielogodzinnej wędrówki między skałami,
      bez żywego ducha po drodze, bez zapasu wody i żywności. W perspektywie mieliśmy
      odnalezienie samochodu pozostawionego na parkingu. Problem tkwił w tym, że -
      jak się później okazało - parking ten znajdował się 30 kilometrów… wcześniej.
      A że mądry Polak po szkodzie, więc z tym moralizatorskim akcentem apeluję, by
      czytać (a nie oglądać) mapy i przewodniki. W przeciwnym razie można zasłynąć
      jako kolejna para Polaków, którzy zagubili się w Skalnym Miasteczku w Czechach
      (czytaj: a jednak nie ma rzeczy niemożliwych).
      Żeby było śmieszniej, cały czas trzymaliśmy się szlaku. A właściwie kilku
      szlaków, które co chwila łączyły się i mieszały ze sobą. W końcu wyznaczyliśmy
      sobie własny tor poruszania, który wyprowadził nas co prawda ze Skalnego
      Miasta, ale na szczyt jakiejś bliżej nieokreślonej górskiej polany. Tutaj
      dopadł nas pesymizm i szlag razem wzięci. Ten ostatni o mało nas nie trafił.
      Do parkingu dotarliśmy bardzo późną, wieczorową porą. A że nie ma tego złego,
      co by na dobre nie wyszło, parkingowy już spał więc zaoszczędziliśmy 50 koron
      za postojowe. Nic nie płacąc, odjechaliśmy. Uwaga: kolejny raz ten numer nie
      przejdzie.

      Wbrew temu…
      … co powyżej - Skalne Miasta w Ardspachu i Teplicach nad Metuji to miejsca,
      które naprawdę warto zobaczyć. Znakomity pomysł na krótki weekendowy wypad, lub
      wakacyjny wyjazd tuż za granicę polsko-czeską. Obydwie miejscowości znajdują
      się w odległości około 15 km od przejścia granicznego. Bardzo łatwo tam trafić
      nawet mało doświadczonym kierowcom.
      Trasa prowadzi z Bełchatowa na Wrocław, Wałbrzych i prosto na przejście
      graniczne w miejscowości Nahod. Stamtąd już tylko kilkanaście minut i dotrzemy
      do Teplic nad Metuji.
      Nocny dojazd samochodem trwa około sześciu godzin (w tym dwa postoje).
      Miasteczko posiada bogatą bazę turystyczną. Od niezbyt wyszukanych campingów,
      dobrze wyposażonych rodzinnych pensjonatów, po hotele o podwyższonym
      standardzie.
      Z reguły im bliżej wejścia do Skalnych Miast - tym ceny wyższe. Kwaterę można
      znaleźć również w domach z tabliczką UBYTOWANI (czyli zakwaterowanie). Średnio
      za nocleg płaci się 250-450 kcs za osobę (to w przeliczeniu na złotówki jakieś
      35-63 zł). W cenę przeważnie wliczone są śniadania, parking, czasem możliwość
      skorzystania z grilla lub zrobienia ogniska. To ostatnie zwłaszcza na
      campingach, gdzie do dyspozycji są 6-8 osobowe domki.

      Same Teplice…
      … to miejscowość mało atrakcyjna. Amatorzy wielu sklepów, robienia tanich
      zakupów w hipermarketach albo wędrówek pięknymi uliczkami - nie znajdą tam nic
      dla siebie. W samym miasteczku jak i okolicy jest kilka hospod (karczm) i
      restauracji, w których można zjeść dania czeskiej kuchni i nie tylko. Polecam
      gorący „smażeny syr” (smaki do wyboru). Do tego frytki (po czesku hranolki) i
      surówka. Cena za całe danie 55-70 kcs za porcję (w przeliczeniu na złotówki 11-
      13 zł). Sycący raj dla podniebienia. Piwo w gospodach (karczmach) w cenach
      lekko zbliżonych do naszych (wiadomo, miejscowość turystyczna robi swoje), ale
      już w sklepach zdecydowanie tańsze: średnio około 13 kcs czyli 1,80 zł (w cenie
      butelka zwrotna). Najchętniej kupowane w tych okolicach to Pilsner, Gambrinus,
      Staropramen, Branik jasny i ciemny. Zdecydowanie polecam Krakonosa z
      regionalnego browaru.
      Ardszpaskie i Teplickie Skały leżą w bliskiej odległości od siebie. Wykupując
      bilet w jednym Skalnym Mieście, można wędrować określonymi szlakami wprost do
      drugiego. Wejście na teren Skalnego Miasta w Teplicach lub Ardspachu kosztuje
      50 ksc (ok. 7 zł), parking na cały dzień - tyle samo.

      Wiekszość turystów…
      …zagląda w te okolice wyłącznie po to, by poznać uroki skalnych miast. A
      zapewniam, że jest co oglądać. Nawet wtedy, gdy zboczy się nieco z trasy
      (podekscytowani widokami nie zauważyliśmy, że w Teplickich Skałach skończyła
      się trasa turystyczna), ale i to miało swój mały urok.
      Kilkaset lat temu miejsca te odwiedzali cesarzowie, królowie, poeci i
      podróżnicy. Jedni nadawali skałom imiona, inni przyrównywali poszczególne
      wierzchołki do zwierząt, ludzi i różnych form istnienia. Stąd napotkać tam
      można skały o tak wdzięcznych nazwach jak Sfinks, Kochankowie czy Jeż na Żabie.
      Dawniej, niedaleko obecnego wejścia do Skał, zawieszano dzwonek służący do
      przywoływania przewodników oraz tragarzy. Za drobną opłatą, tragarze nosili na
      lektykach osoby chorowite lub szybko męczące się. Teraz, tej formy transportu
      już się nie stosuje.
      Przez wiele lat wiedza na temat tamtejszych skalnych miast była znikoma. Żródła
      historyczne podają, że na tych terenach okoliczna ludność znajdowała
      schronienie w czasach wojen i innych niebezpieczeństw.
      Najstarsze zapiski o Skalnych Miastach w Teplicach i Ardspachu pochodzą z 1739
      roku. Jak wieść niesie, w 1824 roku wybuchł tam pożar który trwał kilka
      tygodni. Ogień strawił prawie całą bujną, leśną roślinność, która dotąd
      skrywała tajemnice skalnych miast. Dopiero po tym okresie skały stały się
      bardziej dostępne dla ludzi. Wtedy też rozpoczęto budowę pierwszych szlaków i
      rozbudowano turystyczną gałąź tego regionu.


      W Teplickich Skałach…
      … jednym z bardziej widowiskowych miejsc jest Sybir. To wąskie jary pomiędzy
      masywami skalnymi, w których metrowe hałdy śniegu zalegają aż do późnego lata.
      Niektóre przejścia są bardzo wąskie, ale jeszcze nie tak jak w pobliskim
      ardszpaskim skalnym mieście. Tam miejscami jest tak ciasno, iż trzeba
      przeciskać bokiem. I nie ma mowy by dwie osoby równocześnie mogły obok siebie
      przejść, przez jaskiniowy wąwóz.
      Szmaragdowe jeziorko w ardszapskich skałkach przyciąga amatorów robienia zdjęć
      i filmów. Zjawiskowo piękne, z pływającymi kaczkami, z odbiciem skał w falach.
      Widoczek jak z obrazka.
      Innym godnym polecenia miejscem w Ardspachu jest Duży Wodospad, gdzie turyści
      wołają "Karkonoszu wody daaaj" a skała zgodnie z siłą głosu, który ją woła –
      wypuszcza wodę wprost na kamienie. Im głośniej krzyczy się, tym więcej daje
      wody. Są i tacy, którzy mówią, że to nie skała a jakiś stary „karkonosz” na
      etacie, leję wodę. Ale jak jest naprawdę, nie wiadomo. Od 1857 roku na
      ardszpaskim skalnym jeziorku (obok wodospadu), można odbywać kilkunastominutowe
      rejsy łodzią (niestety nie znam ceny, bo kolejka była ogromna).
      W czasie trzydniowego pobytu w tamtych okolicach każdy dzień można poświęcić na
      zwiedzanie czegoś innego. Jednego dnia Teplicke Skaly, drugiego dla porównania
      Skalne Miasto w Ardspachu, a trzeciego świat przyrody i zwierząt w czeskim….
      Safari.

      Safari Zoo…
      … znajduje się około 25 km od Teplic (w kierunku Broumov). Na kilkunastu
      hektarach
      żyje tam wiele gatunków ptaków i zwierząt, które można podglądać niemal na
      wyciągnięcie ręki. Pelikany, kameleony, pancerniki, likaony i surykatki. Wśród
      nich cudownie czerwono-pomarańczowe ptaki, których nazwy nie pamiętam.
      Safari Zoo to miejsce, w którym możemy podziwiać niemal cały świat fauny i
      flory, choć amatorzy płazów i pająków mogą czuć się tam nieco zawiedzeni.
      Mnogością roślin i kwiatów może za to poszczycić się tamtejsza oranżeria, w
      której wilgotność powietrza jest tak wysoka, że nie sposób zrobić zdjęcia
      dobrej jakości. Okularnicy długo tam nie zabawią.
      Bilet do Safari to wydatek 125 kcs (tj. około 18 złotych). Na miejscu można
      skorzystać z pojazdu, który rzekomo jest w cenie wejściówki.
    • samuel2006 Re: Wakacyjny konkurs - Skarbnica wiedzy cd.SAFARI 04.09.06, 00:54
      W praktyce okazuje się, że trzeba za tę podróż safari-busem dopłacić 30 koron
      (tu krzywy uśmiech w stronę pani bileterki, która z premedytacją wprowadza
      cudzoziemców w błąd). Nie daj boże jednak krzyczeć przy tym, że: „oszukali
      nas!”. Bo zgorszeni Czesi zjedzą wzrokiem („szukat” to w ichnim języku
      przekleństwo, którego raczej nie należy nadużywać a już tym bardziej w
      miejscach publicznych).
      Wracając do safari-busa, przejażdżka nim to raczej rozrywka dla rodzin z małymi
      dziećmi, które mogą poczuć się nieco zmęczone lub znudzone pieszym
      przemieszczaniem po całym terenie Zoo. Innym, zdecydowanie polecam spacer.

      Trzydniowy pobyt…
      … jednej osoby w Teplicach nad Metuji i Ardspachu kosztuje niecałe 380 zł. W
      tym noclegi ze śniadaniem, obiady, bilety wstępu do skalnych miast i ZOO,
      drobne zakupy i przyjemności oraz paliwo w dwie strony (przy wyborze opcji
      podróżowania w 4 osoby, samochodem na gaz). Aha, wstęp do WC kosztuje 4 kcs i
      proszę nie ulec zmyłce: w Czechach tam gdzie widnieje napis na drzwiach PANI
      wchodzą panowie. Kobiety powinny kierować się ku drzwiom z napisem DAMY.
      A’propos wody. Podobno w okolicy jest też Aqua Park, ale nie starczyło nam
      czasu by go poszukać. Sit! „Szukać” to po czesku „hledat”. I lepiej o tym
      pamiętać, by uniknąć kłopotów.

      KONIEC
    • qdlaty44 Wakacyjny konkurs - Spontaniczny Road-Trip 07.09.06, 22:33
      Pobłażliwy uśmieszek pojawił się na mojej twarzy gdy przeczytałem na forum o planowaniu wyjazdu na słowację pół roku wcześniej! Może dlatego
      że ostateczną wersję naszej trasy obmyślaliśmy z dnia na dzień ;)
      Ale od początku. Tydzień przed moim urlopem, zaplanowaliśmy samochodowy wyjazd do Francji z moją wybranką oraz jej siostrą, jednak po
      podliczeniu kilometrów wyszło, że więcej czasu spędził bym za kierownicą niż na wypoczynku (choć bardzo lubię prowadzić). Kolejna wersja to Słowenia z
      wypadem do Venecji a potem Praga... Wiedeń... Jednak kolejne kalkulacje finansowe zmusiły nas do weryfikacji planów więc przyszła kolej na nasz
      kochany Bałtyk z zaczepką o Malbork.
      Wszystko było już zaplanowane, gdy w noc przed wyjazdem, mocno po północy, dzwoni telefon.
      - "Kochanie, nad morzem ma padać. Może tak pojechalibyśmy nad Balaton?"
      To już czwarta zmiana planów, pomyślałem, ale że kobiecie sie nie odmawia, zgodziłem się od razu - tylko, do cholery, co to jest ten Balaton...
      Wyjechaliśmy z Bochni (40km od Krakowa) kierując się na Chyżne. 100km upłynęło nam pod znakiem audycji kabaretowych, więc ani się nie
      obejżeliśmy i już, w świetnych nastrojach, wjeżdzamy na Słowację. Po kilkunastu minutach na horyzoncie zaczął majaczyć Oravsky Podzamok - jeśli ktoś
      jeszcze nie widział to na prawdę warto zatrzymać się tam choć na chwilę i zobaczyć "twierdzę" z bliska. Jako że wszyscy zameczek już kiedyś
      widzieliśmy, tym razem nie zrobiliśmy tu przystanku. Ceny jednak, o ile pamiętam, to ok 8-10zł za zwiedzanie.
      Dalej, chcąc wykorzystać piękne słoneczko, kierujemy się nad Liptowską Marę i tu pierwsza niespodzianka. Po znalezieniu dogodnego miejsca do
      plażowania od razu spotkaliśmy znajomych i... o zgrozo, moje szefostwo (a przecież to od nich chciałem tu odpocząć ;).
      Okolice Liptovskiego są bardzo dobrze przygotowane na przyjazd turystów, dookoła jeziora można znaleźć dogodne miejsca do wypoczynku, budki
      z piwem i potrawami (w rozsądnych cenach) oraz wypożyczalnie różnego rodzaju sprzętu pływającego - godzinka w pontonie kosztowała nas ok 8zł.
      Po południu czas na małe co nieco, więc uderzamy do centrum Liptovskiego Mikulasza gdzie czekała na nas kolejna niespodzianka. Na głównej
      ulicy (chyba Batova ulicka) przy samym centrum, zobaczyliśmy Schronisko Młodzieżowe. Koszt pobytu to 350 koron od osoby (niecałe 40zł). Czysto i miło
      więc długo się nie zastanawialiśmy. Jeszcze tylko obiad na mieście - oczywiście Vyprażany Syr!(ok.130SK).
      Ceny za obiad wynoszą od 10 do 30zł - zależy na co mamy ochotę. Warto troszkę pochodzić po centrum bo choć ceny za porcję w różnych lokalach nie są
      zróźnicowane, to polecam dokładnie czytać menu gdyż dania często różnią się wagą (ilością).
      Po obiedzie pyszne lody (tańsze od naszych o połowę) na placu Osloboditielov z przepiękną Fontanną Metamorfozy, koło której nie da się przejść obojętnie.
      Nazajutrz wyruszamy w dalszą drogę przez Ruzomberok, Bańską Bystrzycę i Zvoleń aż do granicy Słowacko Węgierskiej w miejscowości Sahy
      (pod której tablicą rozegraliśmy szybką partyjkę szachów:D ). Jeszcze przed przekroczeniem granicy kupiliśmy słowacką mapę węgier "Madarsko" - więc
      już było śmiesznie.
      Tuż za granicą woła do nas pani z kantoru i zachęca do wymiany pieniędzy. Jak się okazało trochę na tym straciliśmy bo wymieniając 500zł byliśmy do tyłu
      aż o 40zł (mądry polak po szkodzie). Pamiętajcie - wymianiajcie pieniądze w głębszych partiach kraju - tam kursy są o wiele lepsze niż nawet w polsce!!!
      Waluta węgierska to Forinty (1zł = 68Ft) i uwierzcie - po tygodniu przeliczania śnią nam się po nocach... Mając w ręku banknot 1000 Ft - w zasadzie
      trzymacie równowartość... 15zł. Najtańszym jednak sposobem jest płatność kartą gdzie się tylko da! Za zakupy w sklepie lub na stacji nie ma naliczanej
      żadnej prowizji a przelicznik jest najkorzystniejszy. Tylko pamiętajcie - wyjęcie pieniędzy z bankomatu każdorazowo już wiąże się z opłatą ok 10zł.
      Jedziemy dalej i tu kolejna z niespodzianek - tym razem nieprzyjemna - pan z lizakiem machający w naszą stronę - "oj Lukasz, bedzie pokutu".
      Strzeżcie się kierowcy!!! - mandaty na węgrzech nie należą do najniższych - za przekroczenie prędkości o kilkanaście km trzeba zapłacić 10000Ft a więc ok
      150zł. Z racji tego jednak że w portfelu nie miałem za wiele forintów, krakowskim targiem zeszliśmy do 70 polskich złotych... ;) na pożegnanie pan policjant ostrzegł nas przed kolejnymi patrolami co 20 km oraz obowiązku jazdy na światłach przez cały rok (radziłbym również zaopatrzyć się w kamizelkę
      odblaskową na wszelki wypadek - koszt ok. 12zł i "podbić" gaśnicę).
      Drogi na węgrzech nie odbiegają standardem od naszych więc komfort jazdy każdy może sobie wyobrazić. Wyjątkiem są autostrady którymi po
      prostu się płynie. Przed wjazdem na nie należy zakupić winietę (ważna 10dni) którą można nabyć na każdej stacji benzynowej. Koszt to 2500Ft (ok 40zł) a
      należy poprosić o "1 HETES MATRICA". Bez tego nie radzę poruszać się po autostradzie gdyż specjalne kamery zamontowane nad jezdnią, sprawdzają czy
      "matrica" jest i czy jest ważna!
      Kolejny przystanek to już Budapeszt, w którym moja wspaniała dziewczyna - a po tych cudownych wakacjach - już NARZECZONA! :D, bezbłędnie
      doprowadziła nas pod jednogwiazdkowy Hotel Goliat (H-1135 Budapest, 12-20 Kerekes street. Tel: (36-1)350-1456). Do skorzystania z ich usług zachęcają
      ładna recepcja, schludne 4-osobowe pokoje z TV i lodówką, no i cena - 40zł za osobę w centrum stolicy - brzmi nieźle. Dla nas, studentów, to świetna
      sprawa - zwłaszcza że chodziło głównie o sam nocleg i zostawienie bagaży bo przecież przez resztę czasu zwiedzamy a nie "larwimy" . Jeśli jednak ktoś
      chciałby pobyć tam dłużej to nie polecam - chyba że jest amatorem mocnych wrażeń. Obskurne łazienki z przepalonymi żarówkami, prysznice za zasłonką
      (zimna lub (za)gorąca woda) a na korytarzu przeogromny smród!!! -tylko przejście na wydechu mogło ustrzec przed złym zakończeniem. Tanią alternatywą
      może być schronisko młodzieżowe po drugiej stronie Dunaju (w Budzie) - jednak przy panujących korkach szkoda było nam czasu i przepalonej benzyny
      więc zostaliśmy (aha! uwaga na węgierskich kierowców! bardzo niekulturalni).
      O samym zwiedzaniu Budy oraz Pesztu nie będę się tu rozpisywał bo tego by było już chyba za wiele ;) powiem tylko że to piękne miasto które
      warto zobaczyć, zwłaszcza po zmroku (wszystko co ważne jest ładnie oświetlone).
      Zwiedzanie radzę rozpocząć od jednego z wielu punktów informacji turystycznej w którym zaopatrzeni zostaniemy w przeróżne (bardzo dokładne) mapy, z
      zaznaczonymi najważniejszymi punktami, oraz wszelkiego rodzaju obszerne przewodniki w kilku językach - wszystko oczywiście za free! Miła pani
      skserowała nam nawet adresy wszystkich tanich noclegów w okolicah Balatonu, do którego zmierzaliśmy. Polecam też kupić, za 1115FT (17zł) całodzienny
      bilet na wszystkie środki transportu (metro, tramwaj, autobus a nawet najstarszą podziemną kolejkę na kontynencie europejskim) - ale uwaga- obowiązuje
      tylko do godziny 24.00 danego dnia i ani minuty dłużej a studenci i uczniowie innych narodowości nie mają co liczyć na zniżki, gdyż uprzywilejowani są tylko
      "żakowie" węgierscy...
      Co się tyczy języka to powszechnie w użyciu był migowy gdyż rzadko trafialiśmy na osoby znające angielski lub niemiecki.
      Budapeszt zaskoczył nas dość wysokimi cenami jeśli chodzi np. o zaspokojenie głodu, więc tanim sposobem zakupiliśmy bułeczki + coś do nich i we
      własnym zakresie pożywialiśmy się w hotelu. Ah, zapomniał bym o wszechobecnych arbuzach!!!
      • qdlaty44 Wakacyjny konkurs - Spontaniczny Road-Trip cd. 07.09.06, 22:35
        Ok. tyle o stolicy, jak już tam będziecie to zaręczam, że nie braknie Wam miejsc do zwiedzania, więc nie będe się tu o nich rozpisywał bo w każdym
        przewodniku, na wielu ulotkach i plakatach co krok, znajdziecie potrzebne informacje!
        Teraz już prosta droga nad Balaton. Poszerzyłem swoją więdzę geograficzną i teraz wiem że to największe jezioro w europie zwane nie bez
        przyczyny węgierskim morzem. Jego długość to 80km a szerokość od 4 do 15km, więc "morze" jest tu dobrym określeniem. Jest tylko jedna różnica -
        średnia głębokość Balatonu to ok 3m - możecie sobie tylko wyobrazić jak szybko nagrzewa się taka sadzawka ;)
        Po 100 km autostradą (niecała godzinka) zjeżdzamy w końcu na Siofok - "stolica" tego regionu i zarazem największy port. Kierunkowskaz na Siofok turist
        jest! - więc jedziemy. To co zobaczyłem troche mnie zaskoczyło... jeden sklep, dwie knajpy i karuzela, trochę inaczej to sobie wyobrażałem. Tak czy
        inaczej zrobiliśmy rundkę po mieścinie i bez problemu zauwazyliśmy sporo tabliczek "zimmer frei". Sprawdziliśmy kilka, ale pierwszy okazał się strzałem w
        dziesiątkę. Pani, z którą można było dogadać się trochę po niemiecku, pokazała nam najpierw ogród z ławeczkami, huśtawkami, grillami, zadaszonym
        stolem do ping-ponga, mini siłownią i paroma innymi bajerami, ale największe wrażenie zrobiła na nas otwierając furtkę, za którą 15 m dalej, znajdowało się
        nasze prywatne molo z przycumowaną łódką i rowerkiem.
        Wróciliśmy do domku - pokoiki trzyosobowe, duży pokój gościnny z Tv, ubikacja, łazienka z prysznicami, kuchnia bardzo dobrze wyposażona (to wszystko
        tylko dla nas bo inni turyści już wyjechali) - aż strach pytać o cenę... Jakież było nasze zdziwienie gdy pani napisała na ręce "25Euro" za wszystko!(dla
        trzech osób - bo tyle nas było), więc wyszło niewiele ponad 30zł za nocleg od osoby (troszkę udało się utargować). Słodkie lenistwo się rozpoczęło ;)
        Śniadanka na molo, długie rejsy rowerkiem, dookoła cisza, no i ta ciepła woda... Szczególnie polecam Balaton dla rodzin z małymi dziećmi - po odejściu od
        brzegu na ponad pół kilometra, woda wciąż sięgała mi do pępka ;)
        Wieczorkiem przeszliśmy się na plażę, która do godziny 18 była płatna ok.6zł, więc jak już tam będziecie to koniecznie szukajcie kwater z dostępem do
        jeziora.
        Nazajutrz, kierując się znakami na Tesco, trafiliśmy do kolejnej miejscowości o nazwie Siofok - to miasteczko było już większe, natomiast ten własciwy
        kurort odnalazł się kolejne parę kilometrów dalej. Okazało się że mieszkamy w czymś w rodzaju Wieliczki dla Krakowa, ale w niczym nam to nie
        przeszkadzało, zważywszy że w 5 minut można tu dojechać podmiejskim pociągiem a ceny w Siofok Center są o wiele wyższe - 30zł starczyło by tu
        zaledwie na skromny domek na polu namiotowym. Oczywiście dla bardziej zamożnch turystów czekają tu kilkugwiazdkowe (czyt. nie na naszą kieszeń)
        hotele, kilkadziesiąt wykwintnych restauracji i dyskotek.
        Ale do rzeczy! W Tesco zrobiliśmy niezbędne zakupy = szampan BALATON ;) i jakieś jedzonko (szczególnie polecam drożdzówki z czekoladą za jedyne
        60gr). Resztę czasu Relaksowaliśmy się, Odpoczywaliśmy i Korzystaliśmy z wszelkich atrakcji, a że każdy robi to na swój sposób to nie będe Wam
        opowiadał co konkretnie robiliśmy...
        Po kilku dniach zgodnie stwierdziliśmy, że pora w drogę bo wolny czas się kończy :( Łatwo powiedzieć - tylko w którą stronę tym razem?
        W końcu zadecydowaliśmy że okrążymy Balaton i zobaczymy jak żyją ludzie na drugim brzegu ;)
        Niecałe dwie godziny zajęło nam dostanie się do najstarszej nad jeziorem miejscowości Kaszthely (większość trasy to autostrada) a więc na drugim krańcu
        "morza". Znajduje się tu muzeum balatonu i parę innych zabytkowych "bajerów". To tu poraz pierwszy spotkaliśmy budkę z langoszami - czyli węgierskimi
        plackami z różnymi dodatkami pieczonymi na oleju. A fe... tak tłustej potrawy jeszcze nigdy nie miałem w ustach - olej po prostu sciekał między palcami,
        aczkolwiek jest to całkiem smaczne i pożywne. W całym miasteczku rozmieszczone są parkometry do których mozemy wrzucić nawet kilka forintów - choć
        to wystarczy zaledwi na 3 minuty postoju... Godzina kosztuje ok 1,40zł
        Z Kaszthely już tylko 5km do uzdrowiskowego miasteczka Heviz, więc szybki skok w bok i już tam jesteśmy. W tym mocno przepełnionym kurocie znajduje
        się bowiem drugi co do wielkośći staw termalny na świecie. Woda ma ponoć właściwości opalające skóre n brązowo a jej temp. dochodzi do 35st.C. Trzy
        godziny przyjemności kosztują ok 17zł, do tego trzeba doliczyć jeszcze wypożyczenie kółka ratunkowego (5zł) gdyż dno zaraz przy brzegu urywa się do
        głębokośći powyżej 30m.
        Krótki rekonesans cenowy uświadczył nas w przekonaniu że nie spędzimy tu nocy - hotele dla turystów oferują wysoki standart ale wysoko się cenią!
        Zmierzamy zatem na półwysep Tihany o którym pobieżnie przeczytaliśmy w gazecie, jednak po 20km, po prawej stronie majaczą nam ruinki jakiegoś zamku
        na wysokim wzgórzu. -"No to co księżniczki, jedziemy zobaczyć?" - zaproponowałem.
        Po chwili wjeżdzaliśmy już na parking w miejscowości Szigliget. Stąd już tylko parę minut na górę. Wstęp tylko 2zł - więc pozwoliśmy sobie na tą odrobinę
        szaleństwa ;) A na górze.... no mówię Wam, coś wspaniałego!!! Cudowne ruiny i jeszcze piękniejsze widoki z jednej strony Balaton, z drugiej całe pola
        winnic a w oddali jeszcze (nieczynny już) wulkan. Eh, prawie się tam rozpłynąłem ale wiem że nie zdołam przekazać Wam swojego zachwytu więc jedziemy dalej.
        Po drodze mijamy masę winnic i winniczek w których, bezpośrednio od właściciela, można kupić dobre winko w jeszcze lepszej cenie bo ok 4-5zł za litr.
        Pamiętajcie jednak aby mieć ze sobą jakiś baniaczek lub butelki bo widziałem że miejscowi zbijają kokosy na plastikowych bańkach na wino, które to
        kosztują więcej niż szlachetna zawartość...
        Na piękny zachód słońca dojeżdzamy w końcu na półwysep Tihany. Pazerni parkingowi czekają na takich jak my do późnych godzin wieczornych, jendak
        nie poszliśmy na łatwiznę i znaleźliśmy sobie darmowe miejsce do postoju.
        O raju, jak tu pięknie... Wszystkie domki pokryte strzechą, klimatyczne uliczki i przydrożne knajpki a do tego wszechobecny spokój i brak pośpiechu. Tak,
        w tym miejscu można się zakochać!
        Jeszcze za jasności poszukujemy noclegu. Nie chciało nam się rozbijać namiotu więc na campingu niopodal miasta zapytaliśmy czy możemy się u nich
        przespać w samochodzie. Cena którą podała recepcjonistka przekroczyła cenę noclegu w namiocie z parkingiem dla samochodu co bardzo mi się nie
        spodobało więc wróciliśmy do miasta i tu poszukaliśmy życzliwych którzy przenocują nas za niewielką opłatą. Udało się na posesji nieopodal jeziorka w
        jeziorze (dokładnie na półwyspie wsuniętym w jezioro). Za kilkanaście złotych zdrzemnęliśmy się w samochodzie żeby o wschodzie słońca podziwiać uroki
        Tihany i od razu wyruszyć w dalszą podróż. I choć żal opuszczać Węgry, wybór padł na Bratyslavę.
        W stolicy słowacji zaczynają się schody. Jak dotąd nie mieliśmy żadych problemów z noclegiem a tutaj klapa. Trzy godziny jazdy po mieście w
        poszukiwaniu jakiegoś "spania". Sprawdziliśmy kilka hoteli (Turist, Club, Avion) ale ceny zaczynały się od 80-90zł. Zrezygnowani dotarliśmy do Patio Hostel
        na ulicy Spitalskiej - w samym centrum miasta. Spanie za 40zł nie wypaliło, gdyż okazało się że brakuje miejsc a inne hostele zakończyły już działalność
        bo zbliża się rok szkolny. Młody recepcjonista zaproponował jeszcze nocleg w zaprzyjaźnionym hotelu z widokiem na zamek - po usłyszeniu ceny 1000Sk
        podziękowaliśmy i daliśmy się do ostatniego miejsca, znalezionego międzyczasie na internecie, czyli campingu Zlote Pieski. Jako że znajduje się tam
        Tesco i centrum handlowe ze znakami rozsianymi po całym mieście - trafiliśmy bez problemu.
        Gdyby nie komary, miejsce to było by całkiem znośne. Za trzyosobową chatkę nad jeziorem zapłaciliśmy 620 Sk. Małe przepakowanie, szybki obiadek i już
        wyruszamy na podbój stolicy. Od recepcj
        • qdlaty44 Wakacyjny konkurs - Spontaniczny Road-Trip cd.2 07.09.06, 22:39
          Od recepcjonisty dostaliśmy rozkład jazdy tramwaju nr.4 i instrukcje gdzie wysiąść (wolałem zostawić samochód i skupić się na zwiedzaniu a nie prowadzeniu). Na przystanku, kolejne trudności - żeby kupić bilet potrzebne są drobne (których nam brakowało) gdyż "poplatok" można nabyć jedynie w automacie który nie przyjmuje banknotów. Na szczęście spotkaliśmy anglików którzy chętnie rozmienili a nawet dali ! trochę drobnych.
          Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem przejechaliśmy o 4 przystanki za daleko - ale że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, cieszyliśmy się z mozliwości zobaczenia tej Bratysławy nie opisanej w przewodnikach!
          Dzień w którym tam byliśmy obfitował w atrakcje gdyż całą przechadzkę umilała nam muzyka z koncertu na pobliskim stadionie a na koniec wycieczki, ze wzgórza zamkowego mogliśmy podziwiać efektowne fajerwerki (np. w kształcie serc:)
          Nabrzeże Dunaju nie jest tu tak efektowne jak np. w Budapeszcie jednak stare miasto potrafi urzec. Przechadzka po uliczkach "z duszą", zwiedzanie zamku
          i spacerek po centrum "naszpikowanym" przeróżnymi niespodziankami zapadają w pamięci. I mimo iż Bratislava nie przywitała nas z otwartymi ramionami to
          teraz nam to zrekompensowała, tak że do obozu wróciliśmy około północy - zmęczeni ale szczęśliwi!
          Nazajutrz chcieliśmy wybrać się jeszcze drogą wodną do Wiednia ale wspólnie uzgodniliśmy że jeden dzień na to wielkie miasto to barbarzyńswo a poza
          tym bilety na wodolot w jedną stronę to bodajże 60zł, więc jeszcze zwiedzanie "Slavy" za dnia. Bardzo chcieliśmy wyjechać na UFO na nowym moście,
          jednak gdy dowiedzieliśmy się że wyjazd na górę kosztuje 100Sk, okazało się że tak bardzo nam jednak nie zależy ;) (a wiecie że tam kręcili Pana Kleksa?)
          Tego dnia, powoli zbliżając się do Polski, postanowiliśmy pojechac jeszcze do Banskiej Stavnicy nieopodal Zvolenia. Kuzynka wspominała żeby je odwiedzić
          będąc w pobliżu gdyż całe miasteczko wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Opłaciło się - rzadko widzi się takie piękne
          miejscowości - choć dojazd był ciężki (miasto leży na wzgórzu). Dwa zameczki, urokliwe zakątki i świetnie wkomponowane hoteliki i kawiarenki - to i wiele
          innych rarytasów znajdziecie w tym pięknym miejscu. Ostatnią noc tych wakacji mieliśmy spędzic jednak w Podbrezovej (7km od Brezna) na... plebanii u
          znajomego księdza. Oczywiście nie obyło się bez nocnego zwiedzania Banskiej Bystrzycy i Brezna (oświetlenie jednak robi swoje).
          W samej Podbrezovej nie ma za wiele atrakcji gdyż jest to tylko miasto wybudowane dla pracowników ogromnej huty żelaza która ciągnie od znaku do znaku.
          Ostatni dzień - powoli wracamy, ale jeszcze wypad w pobliże Liptowskiego do Tatralandii. Ten park wodny od kilku lat coraz bardziej się rozrasta i
          teraz nie starczy dnia żeby skorzystać ze wszystkich atrakcji. W każdym razie - zabawa przednia! a wszelkie info i ceny znajdziecie na www.tatralandia.sk
          Jeszcze tylko ostatni Vyprażany Syr, jeszcze tylko przepyszny deser lodowy przy Fontannie Metamorfozy i żalem wracamy do polski....
          Tak kończą się nasze wczasy i powiem Wam jedno - nie zamieniłbym ich na zadne inne. Ileż to rozmaitych sytuacji, przygód oraz osób stawało na naszej drodze i jakże miło to wspominamy. Przejechałem 1800km i po podliczeniu wszystkich kosztów wyszło nam 550zł na głowę - dużo? - chyba nie jak na tyle przeżyć!
          Kobieta zmienną jest.... teraz wiem że wyszło nam to na dobre i następne wakacje na pewno nie będziemy nic planować lecz znów wyruszymy na spontaniczny road-trip.
          Dokąd? - okaże się w trakcie :D

          To właśnie mam na myśli kiedy mówię WAKACJE....

          Pozdrawiam serdecznie i życzę równie udanych urlopów!
    • amra Re: Wakacyjny konkurs - Skarbnica wiedzy 13.09.06, 13:31
      Witajcie,

      Konkurs "Skarbnica Wiedzy" dobiegł końca. Dziękujemy za liczny udział i
      podzielenie się cennymi wspomnieniami. Jury po długiej debacie postanowiło, że
      nagrody otrzymają:

      - Pierwsze miejsce: qdlaty44
      - Drugie miejsce: g-agnieszka
      - Trzecie miejsce: platynka.iw

      Zwycięzcom serdecznie gratulujemy, tym którzy nie wygrali dziękujemy za opowieści,
      które pomogą przyszłym podróżnikom.

      pozdrawiamy!
      Redakcja Portalu

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka