Wracam z zakupów, i nagle, w pobliżu domu widzę całkiem bezpańskiego, wycieńczonego dużego psa, który człapie, słaniając się, przez ulicę. Na samym środku miał zamiar się położyć, jęzor prawie do podłogi wisi, widać, że oprócz wszystkiego pies potwornie spragniony.
Samochody trąbią, zaraz, myślę ktoś go przejedzie, z nieuwagi, czy ze zwykłej głupoty.
Zadzwoniłam więc na numer Straży Miejskiej, nastawiona już z góry na przepychanki itp. rzeczy. A tu niespodzianka, pan przyjął zgłoszenie sensownie i obiecał, że niedługo patrol podjedzie, ale pies nie zna się na niesieniu pomocy, więc zaczął się przemieszczać, a ja , jak jakaś matka teresa od piesków, lezę za nim z tymi zakupami i nawołuję "piesiu, piesiu..."
Jakiś bystry inaczej pan, z pieskiem, czy suczką na smyczy zaczepnie pyta mnie czy to mój pies, jakby nie było widać, że niczyj.
Pies co i raz słania się, ledwo idzie, ale idzie, a ja za nim. Straży nie ma, no, to dzwonię ponownie, przełączają mnie to tu, to siu, i już wszyscy tam wiedzą, że dzwoni pani od psa na Ordonówny, a patrolu nie ma, a pies idzie, ja za nim...
Na moment zainteresowałam go zakupami(kocie jedzenie, czyli nery, wątróbka i takie tam inne mięsne), chciałam dać mu kocią nerke, ale tylko powąchał i dając się głaskać polizał mi rękę. Patrzę, a pod wskazany w pierwszym tel. adres podjeżdża SM, ale ja już jestem ok 80 m dalej, a pies jeszcze dalej.
Na szczęście pies znalazł kałuże, i napiwszy się, po prostu w niej się położył odpoczywając.
Dzwonię więc znów i po chwili mówię, że widzę ich samochód, i niechże te chłopaki podjadą do przodu, patrzę, a oni sruuuu, zawijają dookoła osi i w przeciwpołożną stronę jadą. No to dzwonię po raz czwarty(pies leży) i mówię, że to znowu ja i, że źle pojechali. Na szczęście jakoś trafiałam na normalnych ludzi

Znów mnie poprzełączali i w końcu patrol podjechał, ale panowie nie bardzo wiedzieli jak się do psa zabrać, niby mają chwytak, klatki, smycze, ale wiadomo, nie wiedzą co pies na to.
Zachęcam więc panów i mówię, że dość łagodny jest bo dawał się głaskać. Na to panowie, "no, to może pani założy mu smycz?" dostałam smycz, dałam panom swoje zakupy i krokiem tropiciela lezę w tę kałużę, wlazłam i gadam do psa, jedną ręką go głaszczę, drugą, od niechcenia robię pętlę i usiłuję wcelować w psią głowę. Udało się, ale pies nagle odzyskał siły witalne i zaczął szaleć, Bogu dzięka, że nie postanowił mnie pogryźć, szarpał mną, szarpał, a panowie w tym czasie podjechali wzięli psa na ów hyclowski chwytak i wspólnymi siłami wsadziliśmy psa do klatki.
Dodam, że w czasie akcji miałam na sobie białe spodnie, ale że dziś ciepło, to błotko wyschło zanim dotarłam do domu.
Jestem zadowolona