Dziś największe natężenie roju Perseidów - "spadających gwiazd".
Wyciągnęłam koleżankę na łąki za hutę, żeby popatrzeć na niebo.
Rozłożyłyśmy się na kocyku na trawie i ja gapiłam się w górę jak zaczarowana, a ona rozglądała się na boki, poprawiała odzienie, wołała psy (wzięła dwie swoje suki), wiązała buty, przypinała smycze, zakładała świecące obroże - jednym słowem była zainteresowana wszystkim tylko nie obserwacją nieba.
I ona zobaczyła osiem spadających gwiazd, a ja tylko pięć.
Już myślałam, że nie ma żadnej sprawiedliwości na świecie, gdy w powrotnej drodze ona gapiąc się w górę wlazła w kałużę.
Od razu mi ulżyło.
Aha - zaliczyłyśmy też trzy sputniki i sześć samolotów.
A koniec końców stwierdziłyśmy, że to romantyczne zjawisko to nic więcej tylko gigantyczna spalarnia kosmicznych śmieci, i następnym razem wybierzemy się do firmy Remondis. Za dnia, komary nie będą żarły, i na spalane śmieci pogapimy się ile dusza zapragnie