04.01.11, 23:04
Jakiś rok temu wysłałem tekst do czasopisma zagranicznego. Po 3 miesiącach dostałem recenzje. 1 - zasadniczo pozytywną, choć sugerującą istotne zmiany w tekście. 2 - zdecydowanie negatywne, ale zawierające całą listę wskazówek co poprawić [zakładam, że początkowo były 2 recenzje: pozytywna i negatywna; 3 negatywna przesądziła sprawę]

Jak idiota posiedziałem nad tekstem, w zasadzie napisałem go od nowa uwzględniając niemal wszystkie te wskazówki. Następnie dałem do korekty native speakerowi, żeby i stylistycznie było bez zarzutu.

Tym razem odpowiedzi nie było b. długo, więc w końcu naciskam na redaktor. A ta tym razem odpowiada, że faktycznie nie zdążyła mi napisać - tekst wysłała do tych samych recenzentów i uznali oni poprawki za niewystarczające. [Przy czym śmiem wątpić, czy oni ten tekst dostali: w przypadku jednej recenzji, która wyglądała jak "instrukcja naprawy" wprowadziłem wszystkie sugerowane zmiany.]

Wszystko fajnie - tylko wcześniej sama napisała, że tekst został odrzucony i mogę nadesłać go ponownie w poprawionej wersji, ale będzie traktowany jak nowe zgłoszenie i nowy artykuł. Czyli dostanę nowe recenzje. I taki tekst właśnie napisałem - tytuł podobny, ale zupełnie inna zawartość.

Jestem wściekły. Głównie na siebie, bo nowy artykuł powinienem był nadesłać do innego czasopisma. Ale zakładałem, że skoro tu już się wahali czy publikować i była jedna recenzja pozytywna - to należy spróbować jeszcze raz. Cóż, płacę frycowe żółtodzioba.

Pytanie: zdarzyła się wam kiedyś podobna sytuacja?
Obserwuj wątek
    • pfg Re: Grrr... 04.01.11, 23:13
      Z mojej praktyki - w takiej sytuacji jest *oczywiste*, że tekst trafi do tych samych recenzentów. Pytanie czy trafił, czy też pani redaktor kamufluje to, że ze zmienionym artykułem nic nie zrobiła. Dostałeś drugie recenzje?
      • flamengista a skąd 04.01.11, 23:28
        I dlatego jestem niemal przekonany, że oni tego artykułu do recenzji nie dostali. I to nie z samouwielbienia i mojego przekonania o doskonałości tekstu. Redaktor pisze, że recenzenci nie zmienili zdania (co jeszcze jest zrozumiałe), ale (cytuję) "mogliby po prostu powtórzyć swoje poprzednie recenzje z uwagi na to, że nie odnaleźli żadnej istotnej zmiany - zarówno w bibliografii jak i istotniejszych kwestiach".

        To jest generalnie bujda na resorach, ponieważ w tekście wprowadziłem 100% sugerowanych zmian z jednej recenzji, z drugie - faktycznie trochę mniej.

        Szanujący się recenzent na pewno by czegoś takiego nie napisał. Problem w tym, że nie dostałem tych recenzji. I to też ciekawe, bo w ichniejszym systemie nadsyłania prac recenzje są zawsze wyświetlane, jak tylko spływają. Przy moim tekście ciągle widnieje opis "w kolejce do recenzji". Jakby było po recenzji, to by przecież redaktor ten opis zmieniła.

        Dodajmy jeszcze do równania fakt, że zaraz u nich zacznie się przerwa wakacyjna i wszystko stanie się jasne:/
        • pfg Re: a skąd 05.01.11, 00:07
          No to pani redaktor ściemnia. Ja bym odpisał *grzecznie*, ale stanowczo, że chciałbyś otrzymać drugie recenzje, tym bardziej, że wprowadziłeś wszystkie zmiany sugerowane przez Referee A i większość sugerowanych przez Referee B, no i dlaczego w systemie jest status "oczekuje". Na 75% niczego to nie zmieni, ale pozostaje 25% :-)
          • whiteskies Re: a skąd 05.01.11, 09:31
            Ja bym jeszcze dał cc do naczelnego...
            • flamengista a ja po prostu 05.01.11, 19:51
              Napisałem mail-zjebkę (brak szacunku dla autora i niech nie ściemnia), a artykuł dałem godzinę później do recenzji w innym czasopiśmie.

              Żałuję tylko, że przez tą babę straciłem pół roku.

              PS. Czasopismo nie jest z najwyższej półki, by żałować że tam nie opublikuję. Wkurza mnie raczej stracony czas.
    • tocqueville Re: Grrr... 05.01.11, 07:25
      Jakiś rok temu wysłałem tekst do czasopisma zagranicznego. Po 3 miesiącach dostałem recenzje

      i to jest chyba podstawowa teza przemawiajaca za publikowaniem za granicą
      ja już rok od wysłania tekstów do polskich czasopism nie mogę wydobyć żadnej informacji o losach artykułów
      • flamengista nie doczytałeś do końca 05.01.11, 19:58
        Owszem, recenzje dostałem stosunkowo szybko.

        Problem w tym, że gdy wysłałem całkowicie zmodyfikowany artykuł do ponownej recenzji - takiej nie otrzymałem, a po blisko 8 miesiącach redaktor wciska mi kit. Więc wcale tak różowo nie jest.

        A w Polsce artykuły w kilku czołowych czasopismach ekonomicznych i nie tylko recenzowane są do 4 miesięcy, a publikowane po ok. 6 miesięcy (w przypadku pozytywnej recenzji). Więc da się - nie wysyłać byle gdzie, tylko do najlepszych 2, góra 3 czasopism.
    • dworzec Re: Grrr... 05.01.11, 10:34
      mialem podobnie, jedna recenzja pozytywna, druga negatywna. popelnilem ten sam blad i po mocnych poprawkach wyslalem tekst ponownie do tego samego czasopisma... oczywiscie trafil do tych samych recenzentow, z ta roznica, ze zobaczylem rowniez te kolejne recenzje. recenzja pozytywna dalej byla pozytywna. recenzja negatywna nie stala sie pozytywna, mimo wprowadzenia wszystkich zasugerowanych wczesniej zmian.

      wniosek: jak ktos napisal negatywna recenzje to chocbys nie wiadomo co poprawil, raczej nie moze przyznac, ze tekst jest do przyjecia, bowiem przeczylby wczesniejszej recenzji. co innego gdyby pierwsza byla "major revisions", jednak jak jest negative, to to czasopismo z tym artykulem jest spalone

      inna sprawa, ze jak dzialka waska, to wyslanie poprawionego tekstu gdzie indziej moze oznaczac i tak trafienie na tego samego recenzenta...
      • dala.tata Re: Grrr... 05.01.11, 11:15
        tyle, ze artykul powinien trafic do tych samych recenzentow. inni recenzenci znajda inne problemy i proces nie ma sensu. co do zmian, to to, ze ty uwazasz ze zrobiles wszystko to, co chcial recenzent, nie znaczy, ze recenzent tak musi uwazac.

        z doswiadczenia wiem, ze przydatny jest dlugi i bardzo drobiazgowy covering letter,w ktorym wyluszcza sie z detalami wszystkie zmiany i jak kompnuja sie w tekscie i dlaczego go ulepszaja.
      • flamengista no widzisz 05.01.11, 20:03
        Dzięki za info. Widać, że w przypadku odrzucenia artykułu - trzeba się wstrzymać z nadsyłaniem cokolwiek do nich przez następny rok. Przynajmniej dobra nauczka na przyszłość.

        Co do wysłania do innego czasopisma, gdzie - z uwagi na wąską specjalizację - może trafić do tego samego recenzenta... Możliwe, ale ten recenzent (jeśli jest uczciwy) nie jest już zobligowany przed tą samą redakcją i może potraktować artykuł jako nowe dzieło.

        Z resztą nie ma innego wyjścia:-D
        • dr_pitcher Re: no widzisz 05.01.11, 20:12
          bedac przez pewien czas edytorem (wiem, wiem nie po polsku), radze nie wysylac odrzuconego artykulu do tego samego czasopisma, chyba, ze zawiera nowe dane i rozszerzenie. "Accepted after major revision" jest zwykle, choc nie zawsze do obrony. Odrzucenie manuskryptu rzutuje na "nowy".
          Najlepiej wziac pod uwage wszystkie uwagi recenzentow i poslac do drugiego czasopisma. Odradzam natomiast machniecie reka na zmiany i recenzentow i posylanie do innego czasopisma (co niestety czesto sie zdarza). Jest duza szansa, ze trafi do tych samych recenzentow, a nic tak ludzi nie wpieprza jak brak szacunku dla ich recenzji.
          W koncu polecam jedynie te czasopisma, ktore maja jawna polityke akceptacji: tzn. decyzja edytora ZAWSZE jest poparta recenzjami.
          • flamengista dzięki 06.01.11, 08:48
            Podkreślam - tekst został praktycznie napisany na nowo, zawartość zmieniłem o jakieś 80%. Niestety, tytuł zmieniłem jedynie nieznacznie - bo poprzedni był akurat dosyć dobry (to moja wada - zbytnio przywiązuję się do tytułów moich dziełek).

            W nowym artykule zastosowałem się - przynajmniej w mojej ocenie - b. rzetelnie do uwag recenzentów.

            Teraz już jestem mądrzejszy - choć po upływie 2 dni, gdy emocje opadły i na zimno rozważam co się stało - jestem na 99% pewien, że ktoś zastosował zwyczajną "olewkę". Wnioskuję to, czytając jeszcze raz recenzje odrzuconego, pierwotnego artykułu. Z 3 recenzji jedna była pozytywna, choć sugerująca znaczącą korektę (zastosowałem się do wszystkich wskazówek). Druga była negatywna, ale zawierała sporo wskazówek co poprawić - mało tego, recenzent częściowo tekst pochwalił za podjęcie ważnego tematu etc. Dopiero trzecia była dość lakoniczna i b. negatywna.

            Ciężko więc uwierzyć, że wszyscy recenzenci, gdy dostali do ręki nowe dzieło odpowiedzieli tak samo - że artykuł nadal nie nadaje się do publikacji, bo nic nie zmieniłem. Redaktor albo nadesłała artykuł do tylko jednego, najbardziej krytycznego recenzenta, albo - co jest bardziej prawdopodobne - w ogóle olała sprawę. I w momencie, gdy się przypomniałem postanowiła szybko "ugasił pożar".

            Sprawa jest o tyle prawdopodobna, że nie mówimy o USA, tylko o kraju południowym, w którym właśnie za chwilę zaczynają się wakacje. A czasopismo na swojej stronie informuje, że przez najbliższe 2 miesiące nie przyjmuje nowych tekstów z uwagi na tą przerwę. Chcieli mieć święty spokój i tyle.
            • adept44_ltd Re: dzięki 06.01.11, 09:58
              no proszę, zupełnie jak poza cywilizacją...

              Louder Than Bombs...
              • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 16:37
                eeee tam. powszechne jest to, ze recenzenci odmawiaja ponownego czytania tekstu. tak sie moglo stac. jesli 2 odmowilo, to zostal jeden, ktory napisal krotka notke do redaktora (w wiekszosci czasopism w ktorych recenzeuje mam taka opcje). ja z reguly nie odmiawiam, ale moje recenzje sa krtokie (czy sa wysylane autorom, nie wiem).

                co wiecej, skoro tekst zostal zmieniony w 80 proc. nie wydaje mi sie jakos strasznie kosmicznie nieprawdopoodbne, by wszycy recenzenci powiedzieli: nie podoba nam sie (z roznych najprawdopodobniej powodow). zmiana tekstu zdecydowanie nie oznacza koniecznie zmain na lepsze, nawet jesli autor uwaza ze postepuje zgodnie ze wskazowkami recenzentow.

                wersja zaproponowana przez flamengiste jest oczywiscie prawdopodobna, jednak zdecydowanie nie jest jedyna mozliwa. a pisanie obrazonych maili do redaktorow naczelnych z reguly nie ma wiekszego sensu.
            • dworzec Re: dzięki 06.01.11, 17:45
              a tak na marginesie, to wyobrazam sobie, ze nawet w średnio renomowanych uczelniach za granicą maja specjalne kursy mające przygotować młodych naukowców do wysyłania artykułów do żurnali, nie wspominając o pomocy językowej dla nie-nativów

              przypuszczam, że uniwersytet/wydział, który przewidzi w swojej strukturze organizacyjnej sensowną jednostkę skierowaną na pomoc naukowcom piszącym do anglojęzycznych żurnali w średnim terminie zwiększy liczbę publikacji w tychże

              inna sprawa, że czasem mam wrażenie, że osoby kierujące wydziałami w ogóle nie mają świadomości, że warto pisać za granicę, w związku z czym: a) nie egzekwują tego od pracowników; b) nie pomagają w trudnym procesie przygotowania tekstu np. pod względem językowym...
              • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 17:51
                co do pomocy jezykowej, to sie nie spotkalem z tym (z kursami pisania tekstow tez nie, ale z kursami uczacymi badan i ich sprowazdawania tak), natomiast sa firmy, ktore za forse, ktora banku nie rozbije (nawet w kategoriach polskich) zrobia niezly copy-editing tekstu. nawiasem mowiac, zamiast na konferencje, wlasnie na tego typu pomoc finansowa warto wydawac forse.
                • charioteer1 Re: dzięki 06.01.11, 18:46
                  dala.tata napisał:

                  > natomiast sa firmy, ktore za forse, ktora banku nie rozbije (nawet w kategoriach polskich) zr
                  > obia niezly copy-editing tekstu. nawiasem mowiac, zamiast na konferencje, wlasn
                  > ie na tego typu pomoc finansowa warto wydawac forse.

                  Zapomnij. Takie cos jest mozliwe tylko w najbardziej humanistycznej humanistyce. Zeby nie bylo. Mam doswiadczenie w tlumaczeniu i edycji tekstow naukowych, w tym nauki scisle i przyrodnicze. To sa bolesne godziny siedzenia z autorem i przegryzania sie, co jest terminem technicznym, ktorego nie mozna zmienic, a co jest "zwykla" angielszczyzna, wgryzania sie w metodologie badan, na ktorej sie zupelnie nie znam, ale bez zrozumienia, co autor wlasciwie zrobil, nie jestem w stanie stwierdzic, czy tekst jest poprawny. Tego zadna firma za zadne pieniadze nie zrobi. Takie copy-editing mozna zrobic doktorantowi, ktoremu i tak tekst poprawi promotor. Robienie czegos takiego z mysla o powaznej publikacji to wyrzucanie pieniedzy w bloto. Albo autor sam sie nauczy pisac, albo sobie znajdzie kolege po fachu, ktory mu tekst poprawi, albo moze zapomniec o publikacji w powaznym pismie.
                  • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 18:54
                    chario, nie mam zamiaru zapominac, tak jak i nie mam zamiaru korzystac. nie musze.

                    natomiast, wydaje mi sie, ze jesli porzadni miedzynarodowi wydawcy polecaja takie uslugi potencjalnym autorom tekstow do wydawanych przez siebie czasopism, to moze nie koniecznie od razu nalezy zapominac. widzialem takich dzialan w naukach spolecznych i mysle ze byly to dobrze wydane pieniadze.

                    co do nauk scislych, nie wypowiadam sie, nie mam pojecia, czy to by zadzialalo.
                    • charioteer1 Re: dzięki 06.01.11, 19:44
                      dala.tata napisał:

                      > natomiast, wydaje mi sie, ze jesli porzadni miedzynarodowi wydawcy polecaja tak
                      > ie uslugi potencjalnym autorom tekstow do wydawanych przez siebie czasopism, to
                      > moze nie koniecznie od razu nalezy zapominac. widzialem takich dzialan w nauka
                      > ch spolecznych i mysle ze byly to dobrze wydane pieniadze.

                      Na swoich stronach internetowych polecaja? Dla mnie to calkowita nowosc, ale poruszamy sie w calkowicie odmiennych obszarach nauk spolecznych.

                      Natomiast bardzo bawia mnie scenki rodzajowe innego rodzaju. Recenzent, ktory sam nie jest native speakerem, ani nie ma zbyt wielkiego dorobku i doswiadczenia, z reguly zaleci poprawienie tekstu przez native speakera, jezeli autor ma niezbyt anglojezycznie brzmiace nazwisko i do tego afiliacje z niewlasciwej czesci swiata. Wielkim tuzom przechodza w najlepszych pismach teksty, w ktorych jest blad na bledzie.
                      • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 21:16
                        a skad znasz tozsamosc recenzenta w czasopismie?

                        natomiastpo tym, jak zaczalem pisac z afiliacja brytyjska, skonczyly sie nieustanne komentarze na temat jezyka.
                        • charioteer1 Re: dzięki 06.01.11, 21:48
                          Wiesz, zdarzyla mi sie zabawna historia.

                          X mowi: Wiesz, zlozylam artykul do czasopisma ... (miedzynarodowe, a jakze, z najwyzsza punktacja kbn, wydawane daleko stad).
                          I zaczyna narzekac na recenzenta.

                          Za kilka tygodni Y zwierza sie: Wiesz, dostalem do recenzji artykul X. I ona ...

                          Rzecz w tym, ze oni na niejednej konferencji krajowej zdazyli sie o to poklocic.

                          Redaktorzy chyba lubia wybierac recenzentow z tego samego kraju.
                    • whiteskies Re: dzięki 06.01.11, 20:16
                      Działa, mam dobre doswiadczenia z dwoma takimi firmami. Na ogol z nich nie korzystam, ale jak czasem jeden z recenzentow "wywnetrza sie" na temat jezyka (przypadki takie jak w kolejnym poscie) to najlepsza metoda na zamkniecie mu i redaktorowi ust.
                      Sa tez niektore lepsze czasopisma ( mialem doswiadczenia z jednym na absolutnym topie), gdzie ostateczna redakcja tekstu to wielokrotne "odbijanie" z redaktorem jezykowym dbajacym o styl czasopisma. Wiem ze w kilku wiadacych osrodkach jest pomoc jezykowa dla przygotowywania papierow dla czasopism pod katem wymagan stylu konkretnego czasopisma.
                      Co do kursow pisania artykulow naukowych to takie jak najbardziej sa, np:
                      www.thuvienspkt.edu.vn/OcwWeb/Writing-and-Humanistic-Studies/index.htm
                      • pr0fes0r Re: dzięki 06.01.11, 22:33
                        No, wszystko fajnie, ale wy tu serio sugerujecie wydatek rzędu $300+ na "professional scientific editing" artykułu na 10 standardowych stron druku? Grzecznie przepraszam, ale nie zanosi się, żebym przed emeryturą mógł sobie na takie luksusy pozwolić.
                        • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 22:58
                          pr0fes0rze, policzmy. powiedzmy, zachowujac pewien realizm i pelnie szacunku, ze przecietnie niezly uczony X wysyla w swiat 1 tekst rocznie (z pewnoscia sa tacy, ktorzy wysylaja wiecej....). jednak to oznacza ze X musi wydac na copyediting ok 900 zlotych rocznie. suma niemala, jednak ciezko mi uwierzyc, ze nie stac takiego uczonego X na taki wydatek.

                          warto tez pamietac, ze moze sie wyuczyc angielskiego na tyle, zeby nie musial z uslug takich korzystac.

                          • pr0fes0r Re: dzięki 06.01.11, 23:07
                            A jak mam kaprys wysłać trzy zamiast jednego? I do tego, jako humorystyczny, jeden z nich napiszę na 40 stron zamiast dziesięciu i będę musiał zapłacić za korektę językową z własnej kieszeni 4000 złotych polskich netto czyli więcej niż moja mater nędznie acz przynajmniej regularnie alma płaci mi miesięcznie? Przepraszam, ale sugestia korzystania z usług takich firm jest wykonalna, gdy ma się do dyspozycji duży grant - to samo zresztą tyczy się publikowania w czasopismach OA -, a więc ma zastosowanie w Sciences, nie Arts; my tutaj dostaniemy na badania równowartość jednej ściany Muzeum II Wojny Światowej i mamy się z tego cieszyć jak głupi do sera.
                            • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 23:17
                              no to musisz przelozyc kaprysy na mozliwosci, albo nauczyc sie porzadnie angieslkiego. szanse tez sa, ze jak juz wysylasz trzy rocznie, to jestes w stanie sobie sam poradzic.

                              ja oczywiscie nie twierdze ze wszystko jest fajnie i to jest idealne rozwiazanie. jednak to jest rozwiazanie, nie kazdy ma dostep do nejtiwow. uwazam tez ze to uczelnie powinny wspierac takie rzeczy, ale pewnie nie zawsze jest to mozliwe.
                              • pr0fes0r Re: dzięki 06.01.11, 23:19
                                Oj, widać, że w trochę innej rzeczywistości żyjesz. Zazdrość +20.

                                dala.tata napisał, a pr0fes0r wyedytował:

                                > szanse tez sa, ze jak juz wysylasz trzy rocznie, to jestes w stanie sob
                                > ie sam poradzic.
                                >
                                > uwazam tez ze t
                                > o uczelnie powinny wspierac takie rzeczy, ale pewnie nie zawsze jest to mozliwe
                                • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 23:26
                                  niespecjalnie widze dlaczego. mnie uczelnia by oczywisicie nie zaplacila za takie cos, wszak pracuje w UK - niestety wcael nie musi to znaczyc ze takie uslugi nie sa przydatne ludziom tu pracujacym.

                                  a jak sie duzo pisze to sie nabiera wprawy.
                                  • pr0fes0r Re: dzięki 06.01.11, 23:31
                                    W Polsce żadna uczelnia za coś takiego nie zapłaci, nikomu.
                                    • tocqueville Re: dzięki 06.01.11, 23:46
                                      • whiteskies Re: dzięki 07.01.11, 21:44
                                        Moze bedzie to wygladalo obrazoburczo, ale jak mlodsz/a kolezanka/kolega wysylaja dobry artykul do dobrego czasopisma to w ramach nauki, za zgoda wszystkich w zakladzie, oplacamy tego typu uslugi z BST (oczywiscie jesli sa potrzebne i tylko dobre prace). Zdarza sie to 2-3 razy w roku, ale m.in. dzieki takiej polityce w ostatanich latach mamy na 5 naukowo/dydaktycznych i ok. 10 doktorantow w Zakladzie srednio 10 publikacji filadelfijskich, w tym polowa albo i wiecej w czolowych periodykach rocznie....
                                        Nota bene, ta kwota w porownaniu do page charges niektorych dobrych czasopism to niewielki ulamek kosztow publikacji.

                                        • dala.tata Re: dzięki 07.01.11, 21:54
                                          i bardzo dobrze! gratuluje!
                                    • dala.tata Re: dzięki 06.01.11, 23:48
                                      mysle ze nieco przesadzasz, jednak pewnie wiekszosc nie zaplaci. ale za to wysle na kofnerencje.


                                      pr0fes0r napisał:

                                      > W Polsce żadna uczelnia za coś takiego nie zapłaci, nikomu.
                                      >
                                      • charioteer1 Re: dzięki 07.01.11, 00:01
                                        dala.tata napisał:

                                        > mysle ze nieco przesadzasz, jednak pewnie wiekszosc nie zaplaci. ale za to wysl
                                        > e na kofnerencje.

                                        Alez ciebie to boli. Zazdrosc zzera od srodka.

                                        Tak, rozne conference papers to jest znakomita szkola pisania. W mojej dziedzinie przynajmniej z reguly sa solidnie recenzowane, a niektore sa dosc prestizowe.
                                        • dala.tata Re: dzięki 07.01.11, 00:06
                                          chario, bardzo dziekuje za tego posta! wywolal u mnie nagly przyplyw wesolosci!

                                          usmiechajac sie promiennie zycze ci wiele konferencyjnego prestizu :-))))))))))))

                                          charioteer1 napisał:

                                          > Alez ciebie to boli. Zazdrosc zzera od srodka.
                                          >
                                          > Tak, rozne conference papers to jest znakomita szkola pisania. W mojej dziedzin
                                          > ie przynajmniej z reguly sa solidnie recenzowane, a niektore sa dosc prestizowe
                                          > .
                                          >
                                          • charioteer1 Re: dzięki 07.01.11, 00:24
                                            dala.tata napisał:

                                            Dala, sloneczko zlote, mnie on juz niepotrzebny, ale przyda sie moim doktorantom!
                  • adept44_ltd Re: dzięki 06.01.11, 19:48
                    hm, w humanistyce, tej którą warto publikować, będzie ten sam problem...
                    • charioteer1 Re: dzięki 06.01.11, 20:06
                      Tez mi sie tak wydaje, ale chetnie obejrze link, w ktorym wydawcy na swojej stronie zalecaja cokolwiek wiecej niz poprawienie tekstu przez native speakera, jezeli dala bedzie laskaw...
                      • whiteskies Re: dzięki 06.01.11, 20:20
                        Prosze bardzo, np:
                        authorservices.wiley.com/bauthor/english_language.asp
                        • charioteer1 Re: dzięki 06.01.11, 20:47
                          Dzieki, dobrze wiedziec.
                  • flamengista nie jest to łatwe 07.01.11, 13:30
                    Pierwszy mój ambitniejszy artykuł po angielsku dałem do znajomej, która odwaliła kawał dobrej roboty. Ale to był jednorazowy event, bardzo niezręcznie było mi ją prosić o kolejne przysługi. Odpłatnie nie chce tego zrobić, bo jej głupio, za darmo - mi głupio prosić. Bo wiem, ile czasu na to poświęciła.

                    Natomiast poleceni mi tłumacze nie chcą się tym zająć, bo to za dużo roboty. Co innego tłumaczenie tekstu od podstaw, co innego korekta językowa już napisanego tekstu.

                    Natomiast tekst o którym mowa nie był napisany po angielsku. I faktycznie, w pierwszej wersji stylistycznie był kiepski - niestety to zaważyło na recenzjach. W wersji poprawionej był już bardzo dobry pod względem językowym, bo wynająłem specjalistę. I sam naprawdę sporo nad tym popracowałem.
                • kardla Re: dzięki 08.01.11, 17:04
                  Uniwerek w usa na ktorym studiowalam (solidna srednia polka) mial specjalne Writing Center a w nim uslugi dla miejscowych i miedzynarodowych studentow (wliczajac doktorantow).

                  Zapewniali kursy pisania (do tego niektore wydzialy mialy wlasne specjalizowane wersje), grupy wsparcia oraz pomoc dorazna w postaci studentow anglistyki ktorzy za darmo byli do dyspozycji codziennie od 15 do 21 (bez poniedzialkow).

                  Z tych uslug w jakis 90% korzystali native speakerzy z polnocy usa.

                  Wszyscy moi znajomi z innych amerykanskich uniwersytetow z ktorymi rozmawialam, rowniez mieli takie uslugi na studiach. Czasem podobne kursy byly obowiazkowa czescia studiowania na poziomie graduate.
              • carnivore69 Re: dzięki 06.01.11, 17:56
                > a tak na marginesie, to wyobrazam sobie, ze nawet w średnio renomowanych uczeln
                > iach za granicą maja specjalne kursy mające przygotować młodych naukowców do wy
                > syłania artykułów do żurnali, nie wspominając o pomocy językowej dla nie-nativó
                > w

                Maja, ale moim zdaniem to nieco taki pic na wode (one size fits all, opieranie sie na wlasnych, niekoniecznie reprezentatywnych dosciadczeniach itp). I tak najwiecej umiejetnosci nabywasz w realnej walce (a poczatkowo i tak powinien czuwac nad procesem promotor).

                Pzdr.
                • dr_pitcher Re: dzięki 06.01.11, 22:37
                  W mojej dziedzinie dwa czasopisma taka pomoc oferuja. Przynajmniej w pewnym zakresie.
                  Kazdy manuskrypt przechodzi przez software zwany errnet (www.errnet.com). Nie jest to moze optymalne, ale przydatne dla korygowania bledow jezykowych gramatycznych etc.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka