zzaqq
21.04.09, 20:42
Nie było mnie wtedy na świecie ale jak to sobie wyobrażam.
Wszystko zaczęło się dużo wcześniej w roku 1918 (50 lat). Jak przy powstawaniu
nowych państw, do głosu doszły ugrupowania skrajnie prawicowe. Podobnie było
zresztą w Chorwacji Katolickie
Eldorado. W takich nowych państwach władze czują się bardzo niepewnie.
Za wszelką więc cenę chcą znaleźć jakiś punkt, który będzie łączył większość.
Krótki rys stosunków Polaków do mniejszości narodowych w II przedstawił
Łukasz Stręk. Z
tego szkicu chciałbym wybrać kilka rzeczy. W 1931 roku obywateli polskich
stanowili w procentach: 69% Polacy, 14% Ukraińcy, 9% Żydzi, 3% Białorusini, 2%
Niemcy, 3% inne narodowości.
Jak to się więc stało, że współczesna Polska jest mononarodowościowa
praktycznie. Jeśli chodzi o mniejszość żydowską - tragiczne doznania
Holocaustu i później roku 1968. Ale co z innymi? Praktycznie od początków II
RP była prowadzona polityka, która miała na celu uczynienie społeczeństwa
jednonarodowościowy. W II RP odmawiano np. Ukraińcom praw do rozwoju. Mogli
posiadać tyle co już wcześniej mieli, jeśli jednak chcieli dokupić ziemię,
była to ludność typowo wiejska spotykało się to z odmową urzędników, którzy
byli praktycznie wszędzie narodowości polskiej, nawet na terenach, gdzie
Polacy stanowili mniejszość.
Ludziom zaś inaczej
myślącym utrudniano życie jak tylko było to możliwe.
Mało kto wie, że w II RP było tak zwane prawo trupa. Mniejszości narodowe,
chcąc studiować medycynę zmuszone były dostarczyć tyle zwłok ilu ich
reprezentantów studiowało na danej uczelni.
Na rewanż ze strony mniejszości nie przyszło długo czekać. Wiejska ludność
ukraińska chwyciła za topory i doszło do Rzezi Wołyńskiej. Reakcja władz była
natychmiastowa - Ostateczne rozwiązanie problemu ukraińskiego (tak się
nazywała oficjalnie Akcja Wisła).
Rodziło się nowe Państwo Polskie. Tak jak wcześniej było ono prawicowe, tak
stało się lewicowe. Tu władze miały kłopoty, bo Polacy są bitni w sytuacji
zagrożenia, ale nie chcą ze sobą współpracować poza nim. To z tego powodu
tylko w Polsce nie wypaliły kołchozy. Biednie ale na swoim. Komuniści często
szkoleni na wschodzie nie mieli rozeznania terenu. Co więc mogli wykombinować.
Wykorzystać prześladowania przedwojenne i wojenne ludności żydowskiej. Typowo
miejskiej, dobrze wykształconej i co najważniejsze zwartej i siebie
popierającej. Dla każdego Żyda drugi Żyd to brat lub siostra. Tworzą jedną
wielką rodzinę. Obsadzono nimi systemowo, niższe szczeble administracji i
służb. Dano wolną rękę i doszło do eliminacji przedstawicieli prawicy. Szybko
łatwo i bez brudzenia sobie własnych rąk. A potem tylko należało się pozbyć
konkurencji, stosując odpowiedzialność zbiorową. Rok 1968....
Dlaczego o tym piszę, w moim przypadku, również doszło do czegoś podobnego.
Okazałem się wolnomyślicielem, zaatakował mnie pewien ktoś. Nikt nie stanął w
mojej obronie poza Taziutą. To nic, że poczynania tego ktosia były perfidne -
liczyła się solidarność plemienna. Rok 1968 nic nam nie dał. Nie nauczył nas
wrażliwości. Dalej tkwimy w tej paranoi. Ludzie nie są źli, po prostu do zła
dorastają. Podsycane w nich powoduje, że ugryzą tak jak ja ugryzłem.
Historia lubi się powtarzać - tak powtarzać bo nic, a nic się na niej nie uczymy.
Więź plemienną znam dobrze. Moim ziomkom przyszło mieszkać na spalonej ziemi.
Mamy to co mamy na Dolnym Śląsku, ale niech tylko ktoś spróbuje nas ruszyć.
Gdy jednak mój sąsiad czyni coś nie tak, pomijając mu więzi plemienne mam
odwagę powiedzieć mu nie pitol - bredzisz, czynisz zło.