mm.k.a
18.09.09, 11:22
witam!
dziś rano mój mąż znowu zrobił mi przykrość. w mojej ocenie
niezasłużoną. i choćbym nie wiem jak szukała w sobie winy, nie
potrafię jej odnaleźć... coś pękło we mnie i wydaje mi się, że
nadszedł czas, aby podjąć konkretne kroki...
mój mąż ma problem ze słowną agresją. teoretycznie zdaje sobie z
tego sprawę, ale te chwile świadomości są krótkie. i zawsze znajdzie
się usprawiedliwienie - mam toksyczną matkę. bo jego mama jest
rzeczywiście osobą ciągle miotaną emocjami, nie znoszącą sprzeciwu,
histeryczną. mąż kompletnie nie jest w stanie jej odmówić.
kiedy poznałam swojego męża, był oazą spokoju. nie mogłam uwierzyc w
to, że można być tak opanowanym człowiekiem! myślałam o nim
wtedy "pan idealny". i co się okazało? że w tym "idealnym" stanie
wytrwał pół roku, po czym zrobił wielką awanturę. byłam w szoku.
nigdy nikt nie wygadywał o mnie takich bzdur, nigdy nie widziałam
takiego szaleństwa, histerii... wiem, powinnam była wtedy trzasnąć
drzwiami i nigdy więcej nie odebrać telefonu od niego. ale zależało
mi, w końcu przez pół roku był "panem idealnym"....
potem te awantury zaczęły się powtarzać coraz częściej i częściej.
jednak zdążyłam już się przeprowadzić do ukochanego i wynając swoje
mieszkanie. poza tym dni bez furii były ciagle doskonałe -
przytulanki, czułości, maile "kocham" wysłane tak
żebym mogła je odczytać od razu po przyjściu do pracy...
tą sielankę zakłócały tylko awantury, średnio raz na dwa tygodnie.
absurdalne powody! a ja potem siedziałam w łazience i nie mogłam
poradzić sobie z żalem - że za co, że dlaczego, że co ja takiego
zrobiłam. przykład: zrobiłam kolację, bardzo się starałam, potrawka
z kurczaka z warzywami, pieczone ziemniaczki itd. i na to wchodzi do
kuchni mój jeszczeniemąż. patrzy i (mimo że wiedział dzień wcześniej
co planuję zrobić)... słyszę parsknięcie i następnie: czy nie możemy
zjeść po prostu tego co zwykle tylko wymyślasz jakieś pierdoły i
zaczyna się... oczywiście nie na temat, tylko że ja to wcale o domu
nie myślę, że bez niego byłabym nikim, bo mieszkałabym w kawalerce z
kredytem i tylko dzięki niemu wychodze na ludzi (?!) kilkakrotnie w
takich kłótniach padło "wyp...", ale jak szłam po walizke, to zaraz
histeria, że za co ja go tak traktuję i w ogóle i dlaczego ja taka
zawzięta jestem, taka okrótna dla niego... i teksty o tym, jak
to "wszystkie kobiety są takie same", że zwracają uwagę na słowa a
nie tylko na czyny. tylko jak, do cholery, ufać człowiekowi, który
jednego dnia mówi mi "kocham Cię, jestem z tobą taki szczęśliwy", a
następnie mówi "wyp...., jesteś warzywem i nie nadajesz się do
związku".
w każdym razie te awantury przetykane były dniami prawdziwej
sielanki. no i... zaszłam w ciążę. i wzięliśmy ślub (nie, nie był to
jedyny powód). pomyślałam sobie - jak on już wie, że to Maleństwo
rośnie we mnie, to może to uszanuje, może da mi odetchnąć, wie
przecież, że nie wolno mi się denerwować. niestety... zrzucenie
napięcia było ważniejsze. awantury zdarzały się nawet częściej.
miałam szczęście, że ciąża przebiegała bardzo łaskawie - nie
miałam "humorów", zachcianek, moja mała Córeczka była idealnym
lokatorem :)
a potem Maleńka się urodziła. i już w szpitalu mój mąż dał mi
popalić - zrobił mi awanturę, że nie jestem w stanie mu powiedzieć
czy już dziś wychodzę ze szpitala. akurat tego dnia obchód zaczął
się zupełnie z drugiego końca porodówki i lekarz dotarł do nas na
samym końcu. krzyczał mi przez telefon że nie potrafię niczego
załatwić, że ona ma tu urwanie głowy i nie wie co robić, czy po mnie
jechac czy nie, że wogóle o nim nie myślę...
po powrocie ze szpitala musiałam zapomnieć o połogu - sama musiałam
zajmowac się Małą i sobą, nie było szans na to, żeby poleżeć i
odpocząć. raz było lepiej, raz gorzej. awantury ciągle na porządku
dziennym. a to że obiad nie ugotowany, a to że nie wstałam zrobić mu
kawy rano, jak wychodził do pracy (po nocy wstawania do małego
dziecka, całym dniu opieki nad nim i przed kolejnym dniem opieki nad
nim), że wszystko na jego głowie, że pracuje, a potem jak wraca to
jeszcze musi zakupy zrobić i jeszcze płaci rachunki (jakbym ja nie
przelewała mu całej swojej pensji!).
potem było już bardzo źle, bo mąż w jednej z awantur popchnął mnie
tak, że wpadłam na klamkę i rozwaliłam sobie nos. było gorzej i
gorzej, mała rosła i wszystko to działo się na jej oczach. ona jest
jeszcze malutka, ma 10 miesięcy, ale przecież już widzi i
słyszy!!!!!! a on, jak musi się wywrzeszczeć, to nie patrzy, że
usypiam małą, albo kąpię, albo karmię, nie docierają do niego
argumenty, że przecież musze ją nakarmić, odpowia że my też jesteśmy
ważni. i ma rację. tylko że my przecież możemy poczekac 10 minut aż
zje...??
żeby oddać sprawiedliwość, po raz kolejny powtórzę - między
awanturami bywa na prawdę dobrze i sielankowo.
ale.... już mu nie wierzę, podchodzę z dystansem do wszystkiego, co
dla mnie robi, bo na pewno mi to w następnej kłótni wypomni i do
wszystkiego co mówi, nie wierze, że mnie kocha. przepraszam go
często, choc nie powinnam, tylko dla świętego spokoju. on jest
dobrym tatą - świetnie bawi się z Małą, jest dla niej czuły i
kochający. Jednak nie przewinął jej ani razu przez 10 miesicy, nie
wie jak przyotować jej jedzenie, ani jak ją nakarmić. tak na prawdę
ma niewielkie pojęcie co ona w ogóle jada. nigdy nie wyszłam
nigdzie sama, bo przecież nie dałby rady sam się nią zająć.
ma też ograniczoną cierpliwość. zdarzyło mu sie powiedzieć " byłaś
niegrzeczna, tatuś już Cię nie kocha" - przypuszcam że takie rzeczy
słyszał w dzieciństwie i stąd się to wzięło.
poza tym jest pracowity, dobry, robi na prawdę dużo dla domu i dla
nas. tylko zupełnie nie widzi, że ja też robię równie dużo.....
i dwa dni temu znowu nazwał mnie zdzirą i warzywem.... a dziś rano
znowu była kłótnia z niczego.... bo jemu "się wydaje że..."
odeszłabym. nie trzeba mi tłumaczyć że nie jestem wielbłądem, że to
on ma problem, że powinnam odejść dla dobra dziecka. ja to wiem.
powstrzymują mnie dwie rzeczy:
- nasza Córcia jest na prawdę szczęśliwa jak jesteśmy razem, a on
jest dla niej kochającym tatusiem i w okresach "dobrych" jest też
bardzo dobrym mężem, jak widzę ich razem, to serce mi sie kraje że
mogłabym ją tego pozbawić, i on jest wtedy taki wspaniały...
- bardzo się boję że tylko po to, żeby mi dopiec, będzie chciał mi
zabrać Córkę...
dodam, że temat terapii był już poruszany ze skutkiem "nie będę
chodził do jakiegoś debila i słuchał jaki to jestem beznadziejny".
czytaliśmy oboje książki na temat słownej agresji, on niedawno
przekartkował taką jedną w sklepie i stwierdził, że już wszystko wie
i ze sobie z tym poradzi. i rzeczywiście przez jakiś czas było
lepiej, kłótnie złagodniały, choć nie ustały. no ale zdaje sie że
dobre się skończyło...
a ja już nie mam siły......
CZY ON MOŻE MI JĄ ZABRAĆ??????????????????????