carrie78
20.07.10, 12:54
Witam,
Nie spodziewam się, że internetowa porada rozwiąże moje problemy,
ale być może spojrzenie na moje problemy oczami innych pozwoli mi
odkryć jakieś nowe rozwiązania. Ponadto przed chwilą odpowedziałam
na post bogu ducha winnej dziewczyny w tak dołujący sposób, że
postanowiłam zmusić się do refleksji.
Osoby dramatu to:
ja - żona, matka, kobieta pracująca. Osobowość depresyjna, ale
wysokofunkcjonująca, z wyraźnym celem przed sobą - wychować
szczęśliwe dziecko. Przynajmniej jedno.
on - mąż mój, choleryk, palacz, osobnik chorobliwe ambitny,
oszczędny choć nie skąpy, arogancki i dość samolubny.
dziecko - w wieku wczesnoszkolnym.
Jesteśmy małżeństwem od ponad 7 lat. Szalona miłość, okupiona
strasznymi emocjami, ślub i dziecko. Nikt nikogo do niczego nie
zmuszał. Powolne i bolesne docieranie się, poznawanie, mniejszei
większe kryzysy. Po drodze moja depresja. Jego załamanie. Kilka
miesięcy jego bezrobocia kiedy ja pracowałam. Blisko rok mojego
bezrobocia kiedy na własne życzenie rzuciłam pracę, żeby miec więcej
czasu dla córki.
Tak, przeszliśmy sporo jako para. Myślałam o tym dużo i wiem, że
wciąż kocham moje męża, ale cos jest nie tak.
Jak widać z powyższej relacji gdzies po drodze sporo ze soba
wojowaliśmy. Zgadzamy się co do podstawowych założeń życia, że
trzeba pracować, odkładać, inwestować, że dziecko ma mieć szczęśliwe
dzieciństwo, dbamy o edukację o zdrowie, poświęcamy swój czas.
Nie zgadzamy się co do celu ostatecznego. Mój mąż chce zarobić dużo
i położyć się gdzies na łące. Ja wciąż szukam tematu, w którym
mogłabym się zrealizować zawodowo. Źle wybrałam swój zawód i męczę
się. Pewnie jeszcze długo bęe się męczyć a potem pracować, żeby nie
umrzec z głodu na emeryturze (zakładam, że może nam nie wyjśc i
będzie osobna, wtedy nie będę na pewno jeździć na Malediwy).
Mojego męża męczy, że się męczę. Wkurza go, że nie wezmę się w
garść, nie wlezę z CV przez okno, jak juz wyrzuca mnie drzwiami. On
taki jest, ja nie.
I teraz w czym tkwi główny problem. Facet się wścieka jak pogryziona
norka kiedy zrobię coś choćby w szczególe odbiegającego od naszych
wspólnych ustaleń. Kupiłam skuter. Oprócz tego że wogóle źle, bo się
zabiję, bo pieniądze niemałe (ja tez pracuję i nikomu od geby nie
odjęłam) - zrobiłam rzecz niewyobrażalną - zrezygnowałam z zakupu
bagażnika. A bagażnik była argumentem za skuterem, bo miał mi służyć
do zakupów również.
Zostałam postawiona w sytuacji kiedy musiałam sie jak dziecko
tłumaczyć po co mi to. Jakbym przekonywała ojca, żeby mnie puścił na
wakacje. Było mi z tym niekomfortowo bardzo. Od bagaznika
przeszlismy do zasadnośći naszego związku w ogóle, do uogólnionego
stanu mojego charakteru, który go wkurza i do tego nieszczęsnego
celu ostatecznego.
Czy życie na takim polu bitwy, kiedy moja postawa i charakter sa
ciągle krytykowane ma sens?
Oddalamy się od siebie. Trudny charakter mojego męża chyba
spowodował u mnie takie dziwne uodpornienie. Przykro mi, że się
wścieka, przykro mi, że nie sporostałam jego oczekiwaniom, ale
zaczyna mi to wisieć.
Cena za jego sukces zawodowy i nasz sukces rodzicielski jest
brak praktycznie naszego życia we dwoje.
Teraz jestesmy takim kombinatem, prywatnym przedsiębiorstwem. Jak
coś skrewię, to dostaje naganę od wspólnika i vice versa. Jestesmy
hodowcami naszego dziecka i oszczędności. Wyjście poza te ramy
powoduje u choleryka napad wściekłości. Ja wciąż czuję ból, gdy się
kłócimy ale coraz mniejszy. Coraz mniej się przejmuję.
To klasyczne objawy rozapadu związku? Oddalenia? Da się coś tu
uratować?
Czasami myślę, że gdybyśmy zamieszkali osobno lub podzielili stan
posiadania i każdy by się zajmował swoim, żeby nie było konfliktów,
to może byśmy uratowali siebie dla siebie?
Co do mieszkania osobno, moja rodzicielka, kiedy niepotarznie w
emocjach się wygadałam zawyrokowała, że chłop sobie zaraz znajdzie
nową d....
A ja pomyślałam "no to w sumie co? będzie tylko znaczyło, że nie
jestem mu potrzebna. Przynajmniej by sie coś wyjaśniło".
I ta myśl mnie przeraziła.
Spadać z tego pola bitwy? Negocjować pokój? Walczyć dalej?
Nie wiem co robić....