Dodaj do ulubionych

Małżeństwo czy wojna podjazdowa?

20.07.10, 12:54
Witam,
Nie spodziewam się, że internetowa porada rozwiąże moje problemy,
ale być może spojrzenie na moje problemy oczami innych pozwoli mi
odkryć jakieś nowe rozwiązania. Ponadto przed chwilą odpowedziałam
na post bogu ducha winnej dziewczyny w tak dołujący sposób, że
postanowiłam zmusić się do refleksji.
Osoby dramatu to:
ja - żona, matka, kobieta pracująca. Osobowość depresyjna, ale
wysokofunkcjonująca, z wyraźnym celem przed sobą - wychować
szczęśliwe dziecko. Przynajmniej jedno.
on - mąż mój, choleryk, palacz, osobnik chorobliwe ambitny,
oszczędny choć nie skąpy, arogancki i dość samolubny.
dziecko - w wieku wczesnoszkolnym.
Jesteśmy małżeństwem od ponad 7 lat. Szalona miłość, okupiona
strasznymi emocjami, ślub i dziecko. Nikt nikogo do niczego nie
zmuszał. Powolne i bolesne docieranie się, poznawanie, mniejszei
większe kryzysy. Po drodze moja depresja. Jego załamanie. Kilka
miesięcy jego bezrobocia kiedy ja pracowałam. Blisko rok mojego
bezrobocia kiedy na własne życzenie rzuciłam pracę, żeby miec więcej
czasu dla córki.
Tak, przeszliśmy sporo jako para. Myślałam o tym dużo i wiem, że
wciąż kocham moje męża, ale cos jest nie tak.
Jak widać z powyższej relacji gdzies po drodze sporo ze soba
wojowaliśmy. Zgadzamy się co do podstawowych założeń życia, że
trzeba pracować, odkładać, inwestować, że dziecko ma mieć szczęśliwe
dzieciństwo, dbamy o edukację o zdrowie, poświęcamy swój czas.
Nie zgadzamy się co do celu ostatecznego. Mój mąż chce zarobić dużo
i położyć się gdzies na łące. Ja wciąż szukam tematu, w którym
mogłabym się zrealizować zawodowo. Źle wybrałam swój zawód i męczę
się. Pewnie jeszcze długo bęe się męczyć a potem pracować, żeby nie
umrzec z głodu na emeryturze (zakładam, że może nam nie wyjśc i
będzie osobna, wtedy nie będę na pewno jeździć na Malediwy).
Mojego męża męczy, że się męczę. Wkurza go, że nie wezmę się w
garść, nie wlezę z CV przez okno, jak juz wyrzuca mnie drzwiami. On
taki jest, ja nie.
I teraz w czym tkwi główny problem. Facet się wścieka jak pogryziona
norka kiedy zrobię coś choćby w szczególe odbiegającego od naszych
wspólnych ustaleń. Kupiłam skuter. Oprócz tego że wogóle źle, bo się
zabiję, bo pieniądze niemałe (ja tez pracuję i nikomu od geby nie
odjęłam) - zrobiłam rzecz niewyobrażalną - zrezygnowałam z zakupu
bagażnika. A bagażnik była argumentem za skuterem, bo miał mi służyć
do zakupów również.
Zostałam postawiona w sytuacji kiedy musiałam sie jak dziecko
tłumaczyć po co mi to. Jakbym przekonywała ojca, żeby mnie puścił na
wakacje. Było mi z tym niekomfortowo bardzo. Od bagaznika
przeszlismy do zasadnośći naszego związku w ogóle, do uogólnionego
stanu mojego charakteru, który go wkurza i do tego nieszczęsnego
celu ostatecznego.
Czy życie na takim polu bitwy, kiedy moja postawa i charakter sa
ciągle krytykowane ma sens?
Oddalamy się od siebie. Trudny charakter mojego męża chyba
spowodował u mnie takie dziwne uodpornienie. Przykro mi, że się
wścieka, przykro mi, że nie sporostałam jego oczekiwaniom, ale
zaczyna mi to wisieć.
Cena za jego sukces zawodowy i nasz sukces rodzicielski jest
brak praktycznie naszego życia we dwoje.
Teraz jestesmy takim kombinatem, prywatnym przedsiębiorstwem. Jak
coś skrewię, to dostaje naganę od wspólnika i vice versa. Jestesmy
hodowcami naszego dziecka i oszczędności. Wyjście poza te ramy
powoduje u choleryka napad wściekłości. Ja wciąż czuję ból, gdy się
kłócimy ale coraz mniejszy. Coraz mniej się przejmuję.
To klasyczne objawy rozapadu związku? Oddalenia? Da się coś tu
uratować?
Czasami myślę, że gdybyśmy zamieszkali osobno lub podzielili stan
posiadania i każdy by się zajmował swoim, żeby nie było konfliktów,
to może byśmy uratowali siebie dla siebie?
Co do mieszkania osobno, moja rodzicielka, kiedy niepotarznie w
emocjach się wygadałam zawyrokowała, że chłop sobie zaraz znajdzie
nową d....
A ja pomyślałam "no to w sumie co? będzie tylko znaczyło, że nie
jestem mu potrzebna. Przynajmniej by sie coś wyjaśniło".
I ta myśl mnie przeraziła.
Spadać z tego pola bitwy? Negocjować pokój? Walczyć dalej?
Nie wiem co robić....
Obserwuj wątek
    • tully.makker Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 14:36
      No ale zadne z was na liscie swoich priorytetow nie ma szczesliwego
      malzenstwa, tylko co najwyzej szczesliwa rodzine dla dziecka, a to
      nie do konca to samo.

      A uzgodnilas z nim zakup skutera?
    • sebalda Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 14:47
      Facet się wścieka jak pogryziona
      > norka kiedy zrobię coś choćby w szczególe odbiegającego od naszych
      > wspólnych ustaleń. Kupiłam skuter. Oprócz tego że wogóle źle, bo się
      > zabiję, bo pieniądze niemałe (ja tez pracuję i nikomu od geby nie
      > odjęłam)

      Próbuję Cię zrozumieć, ale nie do końca mi się to udaje. W moim odczuciu zakup
      skutera nie jest szczegółem. To nie jest zakup kiecki za 300 zł, drogie to i
      faktycznie nie do końca bezpieczne. Mężowi może być przykro, gdy wychodzisz z
      założenia, że sama zarabiasz, więc jemu wara od Twoich zakupów i nie do końca
      jest prawdą, że nikomu od ust nie odejmujesz, bo rozumiem, że prowadzicie
      wspólne gospodarstwo domowe, nie jesteś już odpowiedzialna wyłącznie za siebie,
      są jakieś wspólne zobowiązania. Nie wiem, jak on tę dezaprobatę wyraził, może
      bardzo Cię zranił pretensjami, ale po części go rozumiem, to jednak poważny zakup.
      Masz problem z pracą. Czego oczekujesz od męża? Że jak narzekasz na ten problem,
      jednocześnie nic z tym nie robiąc, to on pogłaszcze Cię po głowie i powie, nie
      martw się, jakoś to będzie? On może chce cię zmobilizować do działania (tak
      wynika z tego co piszesz), a nie tylko krytykować. U mnie na przykład było
      odwrotnie, byłam zadowolona ze swojej pracy, ale mąż uznawał, że nie jest ona na
      miarę moich możliwości (i w sumie miał rację), ja się obrażałam, ale w końcu
      odważyłam się na podjęcie kroku ku zmianie na bardziej prestiżową pozycję i
      gdzieś tam w głębi teraz dopiero rozumiem jego niemiłe, ale konstruktywne uwagi.
      Pomyśl o tym z tej strony.
      Mężczyzna zawsze myśli o zapewnieniu dobrej przyszłości rodzinie, tak już jest,
      słabo jeśli to się odbywa kosztem kontaktów z rodziną, ale może kiedyś to się
      unormuje. Spróbuj na wszystko popatrzeć jego oczami. Spróbuj go trochę
      zrozumieć, może nie jest jeszcze tak źle:)
    • triss_merigold6 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 14:58
      Gdyby chłop kupił skuter bez uzgodnienia ze mną to urządziłabym mu
      widowiskowe piekło. Podkreślam BEZ UZGODNIENIA. Bo w innym przypadku
      to w zasadzie nie miałabym nic przeciwko skuterowi.
      • verdana Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 15:54
        W ogóle nie wyobrażam sobie kupienia skutera bez uzgodnienia. To
        jest akurat coś, co ze wzgledu na cenę powinno być omowione. A takze
        ze wzgledu na bezpieczeństwo.
        • kochamkotyijuz Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 16:11
          No wlasnie bo kim jest maz zeby sie z nim w kwesti tak nietypowego
          zakupu w ogole konsultowac?nikim?Jestem pewna ,ze twoj maz tak sie
          wlasnie poczul.Wiesz co szkoda mi twojego meza naprawde, to jak
          policzek w twarz ,totalne zlekcewazenie, kompletny brak szacunku dla
          partnera a takze wspolnych oszczednosci.A ty tu oburzona piszesz jak
          on w ogole smie miec pretensje,,ha ha dobre sobie.
          • efi-efi Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 17:47
            kochamkotyijuz napisała:
            >>Wiesz co szkoda mi twojego meza naprawde,

            -To jeszcze dopisz: żenada, żal mi Twoich dzieci, oplułam monitor jak to
            czytałam, jesteś niedojrzała itp. i hicior z innego forum : twoja matka miesza
            bigos łokciem :)))
            • ikame Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 18:41
              kobiety opanujcie się, jakby facet kupił 4 alufelgi do swojego auta to
              też byłoby wam żal żony? kurcze autorka nie napisała ile zarabia, może
              ten zakup skutera to jest taka skala, jak dla niektórych perfumy
              Poza tym rowerzystów ginie na drogach mnóstwo, a jakoś nikt nie pisze,
              że zakup roweru to przecież kwestia bezpieczeństwa. trochę mniej emocji
              • verdana Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 18:55
                Autofelgi to nie skuter. Tu nie chodzi o pieniądze, może oboje sa
                milionerami, ale o pewien trym życia.
                Cóż, gdyby mój mąż bez uzgodnienia kupil rower, powiedział, ze teraz
                bardzo ruchliwymi ulicami będzie dojeżdżał do pracy i już, a zakupów
                nie zrobi, bo nie ma koszyka - tez bym się wściekła.
                • ikame Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 20:25
                  rozumiem, ale akurat w tym wypadku wydaje mi się, że żona wkroczyła na
                  tradycyjny męski obszar i miała w nosie jego opinię. Zdaje mi się, że
                  gdyby kupiła firany do salonu za równowartość to mąż by to zignorował
                  • verdana Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 20:28
                    Nie sądze, by chodziło o "męski obszar" - choć pewna nie jestem.
                    Stawiam raczej na bezpieczeństwo i "wymiksowanie" się z zakupów:)
                    • santo_inc Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 24.07.10, 11:17
                      > Stawiam raczej na bezpieczeństwo i "wymiksowanie" się z zakupów:)

                      Popieram.

                      Jedyny sens dla niego miał ten skuter z koszykiem. A tak nie ma koszyka, nie ma
                      więc sensu.

                      Nie wyobrażam sobie wydania kilku tysięcy wspólnych, co by nie mówić, pieniędzy
                      bez konsultacji z żoną.
                      • carrie78 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 24.07.10, 19:19
                        santo_inc napisał:

                        > > Stawiam raczej na bezpieczeństwo i "wymiksowanie" się z zakupów:)
                        >
                        > Popieram.
                        >
                        > Jedyny sens dla niego miał ten skuter z koszykiem. A tak nie ma
                        koszyka, nie ma
                        > więc sensu.
                        >
                        > Nie wyobrażam sobie wydania kilku tysięcy wspólnych, co by nie
                        mówić, pieniędzy
                        > bez konsultacji z żoną.
                        O!!! TY facet jesteś, tak?
                        No to rozumiem, że Ci się nie chciało czytać wyjaśnień moich
                        rozwlekłych.
                        Zakup było uzgodniony. Koszyk jest zbędny. Skuter posiada zajebiście
                        pojemny schowek pod siedzeniem. Nie kupowanie kufra to szczędność
                        400 PLN - zatem chyba lepiej było sprawdzić najpierw jak to
                        funkcjonuje w praktyce nie? Zakupy już nim robiłam. SPotkałam
                        kumpelę i prawie się posikałyśmy z radości nad tym czerwonym cudem.
                        I to mi cholernie poprawiło humor, do tego stopnia, że ciężka
                        awantura wieczorna tylko lekko mnie wyprowadziła z równowagi.

                        A dzisiaj - uwaga, uwaga - małżonek przyznał, że skuter poprawia mi
                        humor w cudowny sposób - i było warto. Jakkolwiek przejechał się i
                        zawyrokował - bez rewelacji ;-)))

                        Acha, nabyliśmy mu CB radio dla równowagi.
                        • carrie78 do iwoszka 24.07.10, 19:27
                          Dzięki za radę poszukam książki.
                          Chociaż powiem Ci, że ja mam taka praktykę w fochach mojego
                          staruszka, że ostatnio jakaś zalediwe jedna zbłąkana łezka mi
                          popłynęła jak obiecywał mi krawą jatkę przy rozwodzie.

                          Co mnie boli jeszcze to, że ja go znam i wyczuwam bardzo dobrze.
                          Wiem, że po awanturze zmieni się o 180 stopni. Nawet wiem, że im
                          cięższa tym lepsza. Im większe oczyszczenie tym łatwiejswze potem
                          porozumienie. On jednak ani trochę nie próbuje wejść w moją skórę. A
                          może mógłby spróbować, chociaż odrobinę. Żebym czasami mogła sobie
                          bezkarnie ponarzekać, nie otrzymując w zamian drobiazgowych
                          instrukcji co do metod przeżywania życia.

                          Krótko się znaliśmy przed ślubem, walnęło nas jak grom z jasnego
                          nieba, może to po prostu proces docierania się wciąż trwa?
                          • iwoszka.0 Re: do iwoszka 24.07.10, 19:52
                            Ja już jestem w wieku, w ktrym można tylko analizować do tyłu. Późno
                            zaczałem interesować róznicami wynikającymi z płci. teraz wiem, że
                            to pasjonujące zagadnienie. NIby znamy się jak łyse konie, a tak
                            naprawdę niwiele o sobie wiemy. Coś w swoim życiu osobistym i
                            zawodowym poprawiłem dzieki tej wiedzy. Pewnych rzeczy nie da się
                            odwrócic.
                            Dobry związek może istnieć, jesli obie strony wiedzą o tych
                            róznicach,rozumieją je, szanują je i szukają wspólnego mianownika.
                            To tak jak dodac 1/3 i 1/2. Nie da się, jesli nie znajdziesz
                            wspólnego mianownika. Ktoś pierwszy musi zacząć. Ktoś musi być tym
                            mądrzejszym. Ksiązki mogą w tym pomóc.
                            Reakcja Twojego chłopa na słowo rozwód wskazuje, że łatwo nie
                            popuści. To jest ten twardy grunt, na ktorym możesz stanąć.
    • paul_ina Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 19:05
      powiem szczerze, wydaje mi się, że problem tkwi tylko w głowie autorki wątku
      • ki_czort Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 20.07.10, 19:12
        Napisz jakie masz wady - mąż został scharakteryzowany jako postać antypatyczna,
        a Ty co masz na sumieniu? Depresyjna osobowość przy choleryku palaczu aroganckim
        buraku to trochę mało :>
      • carrie78 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 21.07.10, 10:21
        Hej, drogie Panie, trochę luzu.
        Po pierwsze - zakup uzgodniłam z mężem. Razem byliśmy rzeczony
        skuter obejrzeć. W salonie czeka kask dla niego - musi tylko zawieźć
        tam swoje 4 literki i dobrac rozmiar.
        Po drugie - podniesiono kwestię wymiksowania się przeze mnie z
        zakupów. To też nie tak - bo postanowiłam skuter na spokojnie
        obadać - a nuż da się zamonotować sakwy? I dało się! Na dodatek ma
        bardzo duzy pojemnik pod kanapą.
        Rzecz w tym, że staruszek już wogóle nie chciał tego słuchać. Nagle
        mu się zwyczajnie odwidziało. I to sie często zdarza. Coś ustalimy,
        o coś go pytam, odpowiedź jest pozytywna - ja koduję, że
        zaklepane... a jemu się odmienia! I to jest wkurzające. Poszłam na
        studia, tez to ustaliliśmy wspólnie. I przez 10 mies. słuchałam
        jakie to bez sensu posunięcie. Jaki on biedny jest bo musi o 18.00
        wyjść z pracy po dzieciaka do szkoły muzycznej jechać. Klęska. Łzy
        miałam w oczach tak mi go było szkoda ;-)
        Chemia znacznie osłabła to prawda. Mimo to kocham tego wrednego
        palacza. Tylko już mi się naprawde nie chce z nim walczyć. Z tym, że
        nie umie powiedzieć wprost o co mu chodzi. "Poświęca się" a potem
        się wkurza. Chce jechać na kite surfing ale może jednak nie. POtem
        już tylko czekać gorzkiej afery o to, że on 'nic z zycia nie ma'.
        Tak naprawdę to nasze konflikty nie są bardzo częste, bo mam już
        wgrane niezłe sterowniki do obsługi softu mojego męża. Tym niemniej
        czasami nie daje już rady.
        I jest jeszcze jedno...
        Pewnie się starzeję, ale coraz częściej odnosze wrażenie, że za parę
        lat, on sobie znajdzie nowszy model - model będzie włączony w
        trybie "ale ja nie potrafię misiu". I na jakiś czas go to zachwyci.
        A potem juz będzie za późno.
        • carrie78 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 21.07.10, 10:37
          Acha, i jeszcze jedno. Skoncetrowaliście się na skuterze. A to tylko
          jedno z wielu zdarzeń, które układają się w martwiący mnie obraz.
          MOje działania wykarczające poza ramy budowania dobrobytu są
          miażdżąco krytykowane.
          Moje pytanie brzmi, nie jak przeprosić się z mężem,
          któremu "wkroczyłam na męski obszar". Ja (mimo dużej naprawdę
          praktyki) nie wiem jak dalej postępować z człowiekiem, który neguje
          własne problemy a drobiazgowo wyłapuje je u innych. Czasem wykpiwa,
          czasem się obraża. Kocha, dba (w sensie hmm, gospodarczym, że się
          tak wyrażę, bo np. kwiatki to ja mam w ogródku - po co kupować ;-)
          ale nie widzi konieczność podtrzymywania naszej psychicznej relacji.
          Więzi, która pozwoliła nam zajść tak daleko.

          Ktoś pytał o moje wady.
          Odpowiadam. Jestem emocjonalna, lubie miec dom i rodzinę, chciałabym
          mieć dużą, ale nie wiem jak to zorganizować, bo doskonale widzę, że
          rezygnacja z pracy i rodzenie dzieci w moim przypadku skończy się
          tylko dużym płaczem i hucznym rozwodem.
          I jakos nie mogę dorwać się do pracy, która zapewniłaby mi powrót po
          macierzyńskim.
          A i lubie mieć porządek - ale nad tym panuję ;-)
          • santo_inc Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 24.07.10, 11:24
            > MOje działania wykarczające poza ramy budowania dobrobytu są
            > miażdżąco krytykowane.

            Jeśli masz partnera, który ma jasno ustalony i zajebiście ważny dla siebie cel w
            życiu, który Ty swoimi działaniami przeszkadzasz mu osiągnąć, to się nie dziw,
            że Cię miażdząco krytykuje.

            Doskonale rozumiem Twojego partnera, że chce za kilka lat przestać pracować i
            rozkoszować się zarobionymi pieniędzmi. Rozumiem go, że odbiera sobie teraz
            przyjemności (np. ten kite surfing) po to, by mieć znacznie większą frajdę z
            niepracowania w przyszłości.

            Ty tego nie rozumiesz, bo Ty chcesz pracować. Realizować się zawodowo. I Tobie w
            tym celu nie przeszkadza wydawanie pieniędzy. One Ci do realizacji zawodowej
            potrzebne nie są.

            Za to jemu pieniądze potrzebne są i wcale mu się nie dziwię, że chce je odkładać
            po to, by potem nie pracować. Sam też bym tak chciał.
    • carrie78 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 22.07.10, 09:16
      No i po wczorajszej bitwie zostały zgliszcza.
      Bitwa o wielokrotnie najeźdżany przyczółek o nazwie "Znajdź lepszą
      pracę".
      Wyprowadził mnie z równowagi tak, że zapytałam, czy chce pogadać z
      pozwem rozwodowym.
      I dostałam ultimatum "spróbuj, to urządzę Ci krwawą jatkę".
      Zgłupiałam.
      To znaczy on chce, żebyśmy dalej prowadzili tą wojnę?
      Poddałam się. Dziś rano wywiesiłam białą flagę. W efekcie miło sobie
      pogadalismy przez telefon o oprocentowaniu lokat.
      • sebalda Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 22.07.10, 10:11
        Napisz nam, co tak bardzo wyprowadza Cię z równowagi w tych kłótniach o
        znalezienie lepszej pracy? Sam fakt, że on chce Ci coś narzucić? Forma jego
        pretensji? Bezsens tej dyskusji? Z Twojego pierwszego postu zrozumiałam, że on
        ma w pewnym sensie rację, bo faktycznie jesteś niezadowolona z pracy. Zatem co
        jest tak złego w jego uwagach, że chcesz się rozwodzić?
        Ludzie w złości mówią bardzo wiele złych, przykrych rzeczy, wiele z nas zna to z
        autopsji. Warto czasami na siebie też spojrzeć krytycznie. Jesteś wyjątkowo
        niezależną kobietą i to się chwali, ale we wszystkim potrzebny jest umiar,
        czasami w imię niezależności za wszelką cenę można coś zniszczyć. Zrób rachunek
        zysków i strat, czasami to pomaga.
        • carrie78 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 22.07.10, 14:47
          Masz rację Sebalda, już wyjaśniam:
          Sytuacja z moja praca jest dość skomplikowana. Pracowałam od zawsze
          w jednej branży, rok temu miałam roczną przerwę - byłam wykończona
          psychicznie i miałam niedosyt kontaktów z dzieckiem. Chciałam wrócić
          do pracy po kilku miesiąćach ale okazało się, że jest kryzys i
          problem. Nie mogłam nic znaleźć. W końcu wzięłam co było. Finansowo
          jest ok. Ale nie rozwijam się i nie stymuluje mnie ta praca
          intelektualnie, co wpędza mnie w taką lekką senność. Sama tego nie
          lubię. Trudno to ukryć przed bliską osobą, więc zdarza się, że mam
          podwyższony poziom frustracji, zmęczenia bywa, że sobie ponarzekam.
          Szukam nowej pracy, ale wciąż bez efektów.
          Mój mąż uważa, że moje narzekanie psuje mu atmosfere w domu. Ze za
          mało się staram z szukaniem. Powinnam dzwonić, szukać hr-owców,
          doradców, wchodzić tym przysłowiowym oknem. Ja tego nie lubię, nie
          umiem tak. Odpowiadam na oferty, pytam znajomych.
          To mój mąż ma mi za złe. jak mu się wyleje raz na jakis czas to
          potrafi być niemiły. Kiedyś strasznie się przejmowałam, teraz już
          mniej.
          Ponadto oprócz szukania pracy w moim zawodzie rozglądam się za jakąs
          nową możliwością, zmianą zawodu, choć to trudne, rozpatruje różne
          opcje. Na razie nic mi z tego nie wyszło. Ktoś mi doradził, żeby
          spokojnie do tego podchodzić, bo czasem szansy przychodzą
          niespodziewanie.
          Kiedy powiedziałam to mężowi - skomentował mało grzecznie, że będę
          tak czekac do u.... śmierci.
          Zmęczona jestem tym przekonywaniem, że nie jestem garbata. Jestem
          jaka jestem, wiele potrafię - ostatnio coś mniej mi się udaje. A mój
          drogi mąż oczekuje ciągłego progresu. Więcej kasy, więcej sukcesu, a
          ja mu psuje samopoczucie, bo przegrałam kolejny konkurs o posadę.
          Najbardziej nie lubię wmawania, że jestem wszystkiemu winna, bo
          miałam niedobrą mamusię. I że moje dziecko też będzie nieszczęsliwe,
          bo je zatrułam swoim pesymizmem. Noż z tym to mnie szlag trafia
          taki, że...
          O dziecko dbam najbardziej na świecie. Miałam doła po porodzie,
          takiego że jak próbowałam się uśmiechnąć to mi twarz drętwiała. Ale
          uśmiechałam się, śpiewałam i nosiłam. Żeby dobrze się czuła.
          Chciałam żeby miała rodzeństwo. Ale tak duzo się o sobie
          dowiedziałam wczoraj, że nie wiem czy kiedykolwiek z nim zaryzykuję.
          A wiecie co jest paradoksalne? Obym sie myliła, ale za parę lat,
          koło 40-tki albo i później mój mąż dojrzeje. Zapragnie dzieci. I
          sobie kogoś znajdzie. Zostawi mnie, o ile wytrzymam tak długo.
          I to będzie moja nagroda za to dążenie do sukcesu, które uprawiam,
          żeby go zadowolić.
          • kobieta_z_polnocy Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 23.07.10, 21:53
            W tym wątku są dwie historie. Po pierwszym poście, podobnie jak reszta, nie
            dziwiłam się reakcji twojego męża. Potem podałaś szczegóły i nagle wszystko
            odwróciło się o 180 stopni. Zawsze taka jesteś zakręcona? Pominęłaś
            najważniejsze szczegóły!

            Jeżeli ta druga wersja jest prawdziwa, to chcę powiedzieć, że podziwiam twoją
            wytrwałość. Z opisu wynika, jakbyś zupełnie nie miała w nim wsparcia. Wiecznie
            coś jest nie tak, wiecznie dajesz z siebie za mało... Przypomina to zachowanie
            trenera, który wciąż zmusza do przekraczania kolejnych granic. Tyle tylko, że
            trenerowi zależy na końcowych wynikach. Czy związek też powinien się ograniczać
            do pobijania kolejnych rekordów? Moim zdaniem nie.

            Jest źle, moim zdaniem. Ale ale, chyba zawsze tak było? Jeżeli chcesz wytrwać,
            to musisz stać się silniejsza. Ignorować jego głupie komentarze, nie dawać się
            prowokować. Tak, brzmi to trochę jak wojna, niestety.
          • mama303 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 23.07.10, 22:59
            carrie78 napisała:

            > Szukam nowej pracy, ale wciąż bez efektów.
            > Mój mąż uważa, że moje narzekanie psuje mu atmosfere w domu. Ze za
            > mało się staram z szukaniem. Powinnam dzwonić, szukać hr-owców,
            > doradców, wchodzić tym przysłowiowym oknem. Ja tego nie lubię, nie
            > umiem tak.

            Powiedz mu żeby się odczepił od Twojego sposobu szukania pracy. W
            gruncie rzeczy chyba starsznie Ci zależy na jego aprobacie że aż tak
            przejmujesz się jego zdaniem w tej kwestii.
            Rób swoje i po swojemu i koniec. Nie daj się zdołować szanownemu
            małżonkowi.
            Acha, jesli Twoim marzeniem był skuter to dobrze że go kupiłaś :-)
            Jeśli tylko Cię stać!
            Małżeństwo to nie jest więzienie.
            • verdana Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 23.07.10, 23:19
              Moim zdaniem, to nieporozumienie wręcz podrecznikowe.
              Faceci na ogół uwazaja, że jak się narzeka, to znaczy, że sie chce
              coś zmienić. Narzekasz na pracę - dla faceta wsparciem dla Ciebie
              będzie powiedzenie "To zacznij szukać, porossylaj ogloszenia,
              poszukaj". Daje Ci rozsadną radę i jest przekonany, ze tego własnie
              oczekujesz - wsparcia typu "Tak, zgadzam się, masz marną pracę, ja
              ci powiem, co robic, by to zmienić".
              Kobieta oczekuje, ze mąż powie "Biedna jesteś, naprawdę. Chcesz
              pogadać, przytulić się?", a to co robi mąż nie jest wsparciem, tylko
              poganianiem.
              Obie strony czują się kompletnie olane - mąż, bo jego wsparcie nie
              zostało docenione, a rady wziete pod uwagę, żona - bo uwaza, ze nie
              otrzymała wsparcia.
              Tak można do skonczenia świata.
              • carrie78 do verdana 24.07.10, 19:14
                Masz, kurcze rację, zapominam o tym ciągle, muszę się zamknąć i
                przestać narzekać.
                Najśmiesznijesze jest to, że ani ja ani on nie chcemy się rozwieść i
                oboje o tym wiemy. Tylko wkurza mnie ta wojna po drodze do zawarcia
                rozejmu.
    • iwoszka.0 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 24.07.10, 14:42
      Odnoszę wrazenie, że Wasz problem bierze się m.in. stąd, że mąż chce
      przeprobić Ciebie na faceta, a Ty jego na kobietę. Od pewnego czasu
      czytam sporo na temat róznic, jakie wynikają z płci (to kwestia nie
      tylko biologii, ale i wzorow kulturowych). WOjna oznacza, że
      walczycie o to, kto ma rację. A w tego typu układach nie ma jednej
      racji, są rózne racje i każda jest prawdziwa. Jest taka babka
      Deborah Tannen i jej ksiązka TY NIC NIE ROZUMIESZ,albo CO TO MA
      ZNACZYĆ. Poszukaj ich na allegro, albo w bibliotece. Nie znajdziez
      tam prostej recepty, ale lepiej zrozumiesz Waszą odmiennośc. A
      póóxniej oboje musicie zrozumieć na czym ta odmienność
      polega,uszanować ją i w końcu dalej się kochać, ale takimi jakimi
      jesteście naprawdę, a nie takimi jakimi chceilibyście się stworzyć
      nawzajem. Ciekawej lektury i powodzenia.
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 25.07.10, 14:46
      Wydaje mi się, że myli Pani dramat z dramaturgią :))).
      Wieloodsłonowa awantura na temat zakupu czerwonego skutera wydaje się rodem z
      życia Bridget Jones po ślubie, co ma swój urok. Wygląda też na to, że w
      małżeństwie kontynuujecie stan, który legł u jego podstawy. Czyli emocje
      związane z własnymi odmiennościami.
      To jak Pani opisuje Wasze zachowania, zachowania męża widać wyraźnie
      przebijającą sympatię i niezbędny dystans do sytuacji.
      Pozwala mi to wysnuć wniosek, że tak najwyraźniej wygląda dynamika Waszego
      związku. Że czasem Pani czuje się jak w dobrze funkcjonującej spółce ( taka
      część w małżeństwie też jest potrzebna ) a czasem jest w nim troska o Pani
      bezpieczeństwo, a czasem jakaś umowa, a czasem Pani samodzielność. Więc warto to
      zachować, jako koloryt związku, a uważać jedynie, gdy owa wojna podjazdowa,
      zacznie osiągać niebezpieczne ekstremum i przeważać nad małżeństwem. Po Pani
      opisie wyobrażam sobie, że jesteście fajną parą. Agnieszka Iwaszkiewicz
    • carrie78 Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 26.07.10, 11:23
      Bardzo Pani dziękuję za odpowiedź.
      Staram się trzymać dystans, chociaż nie zawsze tak było. Był czas
      kiedy kłótnia raniła mnie do przesady, wywołując efekty specjalne, w
      postaci łez i pakowania walizek.
      Nie mogłam pojąć jak całkiem miły facet może zmienić sie w drania
      obrzucającego mnie pretensjami.
      Więc wyhodowałam grubszą skórę. Tylko nie wiem, czy nie za grubą.
      • mkostki Re: Małżeństwo czy wojna podjazdowa? 29.07.10, 00:04
        Carrie, nie masz pojęcia, jak dobrze cię rozumiem! Mój związek jest
        pod wieloma względami podobny - w sensie wojny podjazdowej:-)
        Problem - mam wrażenie - polega na tym, że twój facet ma zasadniczo
        inne potrzeby i priorytety w życiu. Twoje realizowanie się zawodowe
        to dla niego jakaś fanaberia, uzasadniono jedynie wówczas, jeśli sa
        z niej korzyści finansowe. On wyraźnie stawia na kasę, twoje
        pragnienia najwyraźniej poza nią wykaczają. Jego cel- zebrać kasę.
        Ty mu w tym trochę swoimi działaniami przeszkadzasz, więc się na
        ciebie wkurza i ma pretensje - niekoniecznie tylko wtedy, gdy są
        uzasadnione.
        Co do reakcji, na twoje żale względem szukania pracy - wszystko
        zostało napisane. Te cholery (faceci) są zaprogramowani na
        rozwiązanie problemu, a to że problemem, który mu aktualnie
        przedstawiasz nie jest brak odpowiedniej pracy, tylko bieżace złe
        samopoczucie z tym związane w ogóle jest dla niego nie do pojęcia.
        Wypada albo a) wyżalać się komus innemu (osobiście uważam, że to
        akurat lekko przeszkadza w utrzymywaniu bliskości z partnerem, więc
        walczę:-) b) mówić do niego bardziej precyzyjnie, nie na
        zasadzie "wszystko est przechlapane" tylko raczej "okropnie się
        czuję wyczerpana, sfrustrowana itd., jak wszystko jest takie
        przechlapane".
        Na końcu mego litu chciałaby zauważyć, że świetnie piszesz - uważam,
        ze twoja metaforyka idealnie pasuje do sytuacji.
        • carrie78 do mkostki 29.07.10, 11:12
          A Ty jak walczysz? Tłumaczysz? Czy stosujesz dywersję na tyłach? ;-)
          Na mojego precyzyjne gadanie nie działa. Jest z zasady przeciwny
          mojej osobie w stanie sfrustrowania. Natychmiast wyraża dezprobatę,
          bez względu na to jak sfrustrowanie zostało zakomunikowane. A ja to
          mam w charakterze - przeciwności mnie frustrują - potrzebuję
          sukcesu, aprobaty, powodzenia i słońca. I nie wszystko zawsze
          potrafię sobie zapewnić sama.

          Metafora wojenna była mi potrzebna, żeby złapać dystans. Nic tak nie
          męczy jak czytanie własnych, dosłownych wynurzeń dotyczących
          bolesnych w zasadzie spraw.
          A poza tym to jest wojna. Nie mam złudzeń, choć chwilowo jesteśmy na
          etapie sielankowego rozejmu. Oboje idziemy na kompromis - on w
          kwestii wydawania pieniędzy ja w kwestii ich oszczędzania.
          Po każdym starciu czegoś sie uczę. A potem staram się to
          wykorzystać. Np. dzisiaj zażądałam pisemnego potwierdzenia, że
          warunki naszego wyjazdu na wakacje są panu generałowi znane. Żeby
          uniknąć awantury na miejscu (a bo hotel nie taki, rafa za mała,
          słońca za dużo a wogóle to dlaczego my jesteśmy w Egipcie a nie pod
          namiotem?).
          Napisałam na forum, bo są chwile, gdy nie wierzę, że uda mi się
          przez całe życie tak manewrować.
          Mimo wszystko mam nadzieję, że nie dojdzie do użycia broni
          ostatecznej i jakoś przetrwamy.
          • yesss carrie 31.07.10, 23:53
            Jak tak Cię czytam carrie to jakbym siebie oglądała z boku.... Tyle
            że ja mam dluższy staż - 17 lat together. I też początkowo każda
            awantura kończyła się moim pakowaniem bo nie byłam w stanie inaczej
            zareagować. Dziś jestem silniejsza. Nie wiem czy nazwałabym to
            grubszą skórą, ale już nie ryczę. Przy krzykach partnera - krzyczę
            także. I także mam silne poczucie niezależności. On - typowy samiec
            alfa - najbardziej lubi jak jest po jego myśli. Zapalny jak cholera,
            mimo już wieku średniego. Także kocham Go, ale regularnie mnie
            wkurza. I to pouczanie jak mam to czy tamto zrobić... No koszmar.
            Tak że ja również doskonale Cię rozumiem. Stale mu powtarzam że
            jestem już dorosła (właściwie dwukrotnie:)
            Wzmocniła mnie jedna myśl - że jeśli nam nie wyjdzie to po prostu
            trudno. Poradzę sobie. Dlatego nie trzymam się go desperacko i on o
            tym wie:))) Pozdrawiam i życzę wytrwałości.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka