beauty_jasmin
27.11.11, 15:34
Witam. Potrzebuję trochę obiektywnego spojrzenia na moją sytuację rodzinną, bo sama nie daję już rady. Ciężko opisać w kilku zdaniach wiele lat i sytuacji, które miały w tym czasie miejsce, i które wpłynęły bezpośrednia na obecny stan rzeczy,ale spróbuję krótko opisać co mnie boli.
Jesteśmy z mężem prawie 4lata ( 13lat wspólnego życia ). Mamy cudowną 2letnią córeczkę, która jest największym cudem . Niestety między mną a mężem przez te kilkanaście lat nie układało się zbyt dobrze. Ja zaślepiona miłością do mężczyzny, który nie traktował mnie dobrze , mimo wyrządzonych krzywd walczyłam o normalne wspólne życie. W okresie gdy było względnie dobrze zgodziłam się na ślub. Po urodzeniu dziecka , które oboje planowaliśmy zaczął się horror. Mąż mimo,że wcześniej rozmawialiśmy o odpowiedzialności bycia rodzicami , odsunął się od obowiązków bycia mężem i ojcem. Nie pomagał przy dziecku, nie pomagał w domu , nic go nie interesowało. Coraz więcej awantur, coraz bardziej czułam się osamotniona. Aktualnie mąż nie pomaga w niczym w domu ( a dom jest duży i sporo pracy na co dzień ), nie bawi się z dzieckiem, nie wychodzi na spacer, nie interesują go ani rachunki do zapłacenia, ani to,że ja potrzebuje jego wsparcia , miłości i obecności i trochę odpoczynku. Ja siedzę na wychowawczym ( jestem w domu 24 godziny na dobę, nigdzie nie wychodzę, prócz spacerów z dzieckiem i ewentualnym pojechaniu z córką żeby wybawiła się z innymi dziećmi ), on ma pracę, w której sam jest sobie panem i raz pracuje, innego razu woli pospać i posiedzieć z kumplami w pracy i pograć w pasjansa lub przegadać całe dnie. Wszystko jest ma mojej głowie, córka, dom, opłaty, ogród, etc. Mąż ogranicza się wyłącznie do zrobienia podstawowych zakupów, skoszeniu trawy i wyniesieniu śmieci. Nie spędza z nimi czasu nawet gdy jest w domu ( zamyka się w pokoju i buszuje po internecie, lub ogląda tv ) . Jest zimny, brak mu empatii, na moje prośby i uwagi ,że potrzebuję jego miłości , dziecko uwagi (bawi się z córką tylko gdy ma on na to ochotę) i poświęcenia czasu zupełnie nie reaguje. . Udaje,że nie słyszy, lub odnosi się do mnie słowami " będziesz teraz o tym pi...ić cały dzień ? ". Brak mu szacunku do mnie, potrafi wyzwać, wyśmiać , całe dnie nie zwracać na mnie uwagi lub się nie odezwać, bo tak wygodniej. Czuję się brzydko mówiąc jak ostatnia szmata, która ma ugotować, uprać, zająć się dzieckiem żeby nie przeszkadzało i jeszcze nie wymagać. Owszem ja także potrafię ryknąć, gdy brakuje mi już sił , puszczają mi nerwy. Zawsze jednak przepraszam jeśli zrobię coś co mogło zaboleć i staram się być ugodowa. Wygląda to tak,że dostał wszystko na tacy - piękny nowy dom, który wybudowali nam rodzice , ode mnie miłość, wsparcie w każdej sytuacji, troskę, umożliwiłam mu finansowy start z interesem. Miłość chyba tak na prawdę była z mojej strony :( On pochodzi z rodziny, w której ojczym bardzo źle go traktował, matka dopiero po kilkunastu latach obudziła się,że ma syna i zaczęła zabiegać o dobre relacje. Rozumiałam,że brak mu wzorców, że dzieli nas wiele i nie mogę oczekiwać od niego bycia ideałem. Wymagałam minimum, czyli trochę zainteresowania, miłości , wsparcia , czego nie otrzymałam. Bywały lepsze chwile, ale nie trwało to długo. Każdy powie,że sama sobie zgotowałam taki los .... prawda, ale obiecywał poprawę , niby rozumiał co między nami było źle. Ja ślepo wierzyłam i byłam bardzo naiwna. Tak kochałam,że nie dopuszczałam do siebie myśli,że jestem w złym związku. Gdybym mogła cofnąć czas , moje życie potoczyło by się inaczej, ale go nie cofnę.
Aktualnie nie odzywamy się do siebie około tygodnia, co wcześniej poprzedzane było wieloma awanturami. Zabiegałam o jego obecność w życiu rodziny, o czas dla córki, która jest w nim "zakochana" i o poprawne relacje dla nas. Wszystko zostało podsumowane słowami mojego męża :" pie... mnie to" i tak zakończyłam walkę o to co najcenniejsze : miłość, szacunek, wzajemne wsparcie i rodzinę . Czuję się strasznie bezsilna, nie wiem co robić, bo mam wrażenie,że wszystko zabrnęło już tak daleko,że ciężko będzie odwrócić bieg zdarzeń. Kocham go, mimo że traktuje mnie okropnie, nie chcę rozpadu związku ze względu na dobro dziecka, ale czy warto żyć z kimś, kto nie kocha ( przynajmniej ja tak czuję ) , kogo nie interesuje,że krzywdzi swoich najbliższych i na to wszystko ma patrzeć malutkie dziecko ? Nie mogę się podzielić troskami z rodzicami, bo oni mają zrujnowane zdrowie , a to byłoby dla nich gwoździem do trumny. Żyję w zakłamaniu, udając,że nie jest źle, a łzy wylewając do poduszki. Zaczęłam już się sama oszukiwać, że może wyolbrzymiam problemy,ale ostatnio znajomi nawet powiedzieli,że jak widzą w jaki sposób się do mnie odnosi, to jest im mnie żal. Co robić ? Walczyć ? Tylko w jaki sposób ? Jak uratować w pojedynkę rodzinę ? Na prawdę wiem,że chyba powinnam zastanowić się nad rozwodem, ale jeżeli jest coś co jeszcze może być szansą na poprawę, to chwycę się tego jak tonący brzytwy. Czuję,że dla dobra córki muszę zacisnąć zęby i zawalczyć, tylko nie wiem czy znów się nie łudzę ... Co poradzicie wariatce , która pokochała drania ?