kasior22
19.11.12, 16:26
Witam,
Czytam to forum od kłótni do kłótni. Prawdopodobnie, żeby poczuć, że ktoś inny może mieć podobne problemy. Może trochę, żeby cudzymi historiami zabić wyrzuty sumienia czy żal, że nie wszystko idzie dobrze. Z chęcią usłyszę co myślicie o moim "przypadku".
Mam 28 lat, jesteśmy z żoną ze sobą od 5 lat, od 3,5 roku mieszkamy razem. Dosyć dobrze nam się powodzi, oboje zarabiamy powyżej średniej krajowej, niedawno kupiliśmy i urządziliśmy piękne mieszkanie, mamy dość fajne auto. Pod względem "gospodarowania" nasze małżeństwo to dość duży sukces, bo oboje pochodzimy raczej z biedniejszych rodzin (ja - miasto, ona - wieś). Myślę, że to główna oś, na której obecnie opiera się nasz związek - taka trochę "spółka partnerska".
Niestety poza tą dziedziną bywa różnie. Są pewne wydarzenia jednak, które skłaniają mnie to bardzo głębokich refleksji. Chciałbym bardzo je wyeliminować, ale tracę siły i wiarę, że jestem w stanie coś z tym zrobić.
Pochodzimy z trochę innych światów. Mamy zupełnie różne zainteresowania. Ja sport (czynnie i biernie), astronomia, muzyka rockowa, dość mocno angażuję się też w swoją pracę (kierownicze stanowisko w firmie z pogranicza finansów i informatyki) oraz przede wszystkim ludzie, ludzie i jeszcze raz ludzie (ekstrawertyk!).
Ona - taniec, lektura kryminałów, seriale. Reasumując jedynym wspólnym hobby jakie mamy jest oglądanie filmów, ale ile można spędzać wieczorów w ten sam sposób. Lubimy także wspólne, dalekie podróże pełne zwiedzania, ale to jak wiadomo zdarza się 1-2 razy do roku. Generalnie, żona jest raczej domatorką, choć da się ją namówić na wyjście. Typowa biorczyni kontaktów, co bardzo szanuje. Nie każdy musi być duszą towarzystwa.
Ja uwielbiam przebywać wśród ludzi (choć też mam swoje "granice") i rozmawiać o wszystkim począwszy od polityki przez rozmowy o grach komputerowych, aż po tematy typowo towarzyskie. Żona najczęściej schodzi na tematy rodzinno-domowe. Tak też wyglądają nasze spotkania ze wspólnymi znajomymi - kto co kupił nowego do mieszkania, komu zepsuł się samochód itp.
W domu żona jest wspaniała. Gotuje najlepiej na świecie, świetnie zarządza pieniędzmi, potrafi też dobrze pokierować mną, aby wspólnymi siłami zadbać o wspólne gniazdo. Jako, że nie mam smykałki do gotowania staram się nadrabiać zakupami, wynoszeniem śmieci czy odkurzaniem. Ona stosuje w domu milion zakazów :), co oczywiście nie jest dla mnie miłe, ale biorę to najczęściej z humorem - jedynie w przypadku, kiedy podnosi na mnie głos mówię jej otwarcie, żeby tego nie robiła.
No i tu dochodzimy do łyżki dziegciu - problem pojawia się kiedy wychodzimy gdzieś, gdzie pojawia się alkohol. Żona w ogóle nie pije, zaś ja po kilku piwkach wchodzę w fazę "nieśmiertelności" poniesiony falą towarzyskich emocji ;) Fakt, że ona jest trzeźwa powoduje, że na trzeźwo ocenia moje zachowania. Zazwyczaj po 3 piwie zaczyna mi powtarzać, że mam już więcej nie pić. Ma powody. Kilkukrotnie zdarzało mi się grubo przesadzić. Ona wtedy (jeszcze podczas imprezy) najczęściej dość dobitnie okazuje swoją złość lub wyrywa mi na siłę butelkę z ręki nie patrząc na reakcję ludzi, ja z kolei reaguje jak dziecko - fochem. Czasami oznacza to, że wracam sam do domu (nie jest to najlepszy pomysł, wiem), a czasami (jak ostatnio) kładę się ostentacyjnie spać pomimo tego, że jestem gospodarzem imprezy.
Pokłosiem takich sytuacji są ciche dni, które trwają do tygodnia. I tu jest SEDNO problemu - nie potrafimy ze sobą w ogóle rozmawiać o tym. Ja wielokrotnie próbowałem rozpocząć ten temat myśląc, że rozmowa sprawi, że doszukamy się o co tak naprawdę nam chodzi. Ona powie mi jak bardzo jest jej za mnie wstyd, bądź dlaczego nie jest w stanie patrzeć na mnie w takim stanie, a ja może odnajdę sens dlaczego tak bardzo szukam "mocnych" wrażeń.
W ogóle rozmowy na tematy uczuciowe u nas w domu nie ma. Żona wychowała się w rodzinie, gdzie rozmawiało się głównie o sąsiadach, samochodach lub kto co zrobił akurat we wsi - wszystko przy włączonym w tle telewizorze. Ja zaś zupełnie odwrotnie - jestem synem i młodszym bratem osób z wykształceniem pedagogicznym, które bardzo dużą wagę (może zbyt dużą) przywiązywały do rozwiązywania problemów za pomocą rozmowy.
Strasznie mi dziwnie z tym, że o problemach nie można pogadać. Moje próby rozpoczęcia rozmowy kończą się najczęściej cichym szlochem żony, ja wtedy nie potrafię dalej mówić, bo widzę jak bardzo ją ranie. Szczególnie kiedy wiem, że wina leży po mojej stronie (jak w akapicie "butelkowym"). Żona nie potrafi wydusić z siebie wtedy, ani po tym jak ochłonie słowa. Kiedy emocje opadną i próbuje przekazać jej swoje uwagi dostaje odpowiedź: "bo ja taka jestem". Próbuje wtedy najczęściej powiedzieć, że potrzebuje więcej wspólnych pasji i zainteresowań, wyjść i przeżyć. Myślę, że to jest powód, dla którego tak bardzo "odlatuje" z alkoholem. Uwielbiam mocne przeżycia, rozmowy przy piwie, krzyki, śmiechy, przygody jak zabawa do białego rana na plaży. Chyba nie wyrosłem jeszcze z czasów studenckich.
Może to mało męskie, ale ciche dni i fakt, że nie potrafimy rozwiązać swoich problemów rozmową działa bardzo demobilizująco na moje libido. Oczywiście ma to swoje odbicie w naszej "sypialni".
Co myślicie? Nie szukam tu winnego, chciałbym prosić o jakąś merytoryczną poradę. Jestem pewien, że z pewnością pojawią się głosy, że powinienem zacząć od leczenia się w poradni AA. Spoko, jeżeli tak trzeba - tak zrobię. A może macie inne koncepcje?
A może powinienem dać przeczytać tego posta żonie?
Dzieki!