agrypina6
13.07.13, 02:31
Kiedy urodziło się nasze dziecko, teściowa poinformowała mojego męża, że na jej pomoc przy dziecku absolutnie nie możemy liczyć. Bo ona jest chora, bo ma chory kręgosłup, itd. Zaznaczam,że to mąż liczył na jakąś jej pomoc, raz, dwa razy w tygodniu, nie codziennie, a nie ja. Nie to nie, tak, ma prawo. Mężowi było przykro, ja byłam zła na takie potraktowanie męża, ponieważ on był na każde skinienie swoich rodziców. To ludzie ok. 60, mający oprócz mojego męża jeszcze troje dzieci.
Brat męża miał dwoje dzieci,nimi teściowa zajmuje się zawsze, kiedy trzeba. Kilka miesięcy temu urodziło się trzecie dziecko i teścowa też pomaga, kręgosłup przy tamtych dzieciach jej nie dokucza.
I teraz dochodzę do meritum. Zabroniłam mężowi pomagania rodzicom. Uważam, że pomoc typu powieszenie firanek, jazda do sklepu wymienić dekoder itd. powinna spoczywać na bracie męża. Mąż niby przyznaje mi rację, bardzo ograniczył wizyty u rodziców ( jeździ do nich czasem z synkiem, ja nie byłam już trzy miesiące), ale widzę, że jest mu przykro w związku z tą sytuacją. Jest najstarszy, zawsze od niego oczekiwano najwięcej, pomoc ma tylko pozostała trójka rodzeństwa, szczególnie wyżej opisany brat. Ja nie pozwolę żeby go dłużej wykorzystywali, a gdy on czegoś od nich potrzebuje, to jest olewany. Mąż mówi, że inaczej wyobrażał sobie nasze relacje, myślał, że będą częste odwiedziny,że ja będę do nich jeździć nie tylko od święta. Cóż, nie będę. Coraz bardziej teściów nie lubię, po każdej wizycie u nich potrafili mnie czymś zdenerwować. Nie jeżdżę do nich i jest mi o wiele lepiej. Tylko jak wytłumaczyć mężowi, że czas odciąć pępowinę, że powinien być wobec rodziców asertywny, a na pierwszym miejscu zawsze stawiać naszą rodzinę?
24.03.2012 życie nabrało sensu.