8walentynka8
11.10.13, 12:51
Nie potrafię ogranąć tego wszystkiego...
Niby sielanka i zyć nie umierać a z drugiej strony ogromna samotność.
Mieszkam w małej wsi (5 domów) do sklepu mam 3km do najbliższego lekarza 30 a do szpitala 45 km. Z własnej nie przymuszonej woli przeprowadziłam się z miasta do tej dziury. Miało być to z kożyścią dla mnie, partnera i dla naszej malutkiej córeczki...
Treaz Ola ma 3 lata, lgnie niemalże do każdego człowieka i tęskni do dzieci.
Partner, żeby nas utzymać ciągle jest w delegacjach. Wyjeżdża w poniedziałek zostawia 50 zł na cały tydzień i wraca w sobotę. Nie żeby nie miał kasy skoro stać go na zakup 3 aparatów każdy w cenie co najmniej 2 tys znaczy, że kasę ma ale nie dla nas...
Moim marzeniem jest prawo jazdy i samochód, ale bardzo długo zostanie to w swerze mioch marzeń...
Od momentu kiedy urodziła się Ola co roku jeździłam w czase wakacji do rodziców i tam potajemnie dorabiałam sobie na polu przy zbiorze owoców. Z tych pieniędzy udało mi się kupić zmywarkę... wow szczyt luksusu...
Partner już 3 rok obiecuje mi pomóc z prawem jazdy, ale na obietnicach się kończy.
Dlaczego prawko jest dla mnie takie ważne? Dojazd do lekarza, do głupiego sklepu...
ostatnio w piątek 4 października przeszłam się do sklepu i co? Oleńka ma zapalenie oskrzeli...
do lekarza zawiózł nas ojciec "P". Na leki też dał tenże "teściu"
Kiedy Ola choruje (a nawet jeśli jest zdrowa) siedzimy w domu poza kilkoma spacerami w koło naszego podwórka. Ludzi to widujemy z daleka jak idą do slkepu lub jadą... Jedyną osobą, z którą rozmawiam to moja córeczka i "P".
Pracy tu dla mnie nie ma chyba, że przy zbiorze grybów, jagód, żołędzi i ziół...
ale nie mam z kim zostawić dziecka a do lasu ciągnąć trzylatka to trochę ciężko.
Co prawda w tym roku byłyśmy razem na grzybach, ale nazbierałyśmy tyle co na zupę, bo dziecku brak cierpliwości i do tego to ciężka praca bo, żeby nazbierać runa leśnego na 50-60 zł to trzeba z 4 godziny chodzić po lesie.
Prosiłam, błagałam żeby mój "P" umożliwił mi skończenie kursu co kolwiek: fyzjerstwo, grzybiarza, żebym mogła prowdzić skup. Co kolwiek, żeby tylko trochę się uniezależnić od niego...
Nwet nie chce o tym słyszeć... Zawsze ma jakieś, ale... Najpierw to był fakt, że Ola jest za mała, później, że mi to nie potrzebne bo po co mi kurs fryzjerstwa skoro tu ludzi tak mało- obok 3km jest wieś 160 domów... a grzybiarz to skup właściciel sklepu prowadzi.
Czuję sie ograniczana i ubezwłasnowolniona...
Liczyłam, że kiedy Ola skończy 5 lat pójdźie do przedszkola będę mogła więcej zrobić, będę miała szansę dorobić...
Ale mój świat zawalił się tydzień temu... Dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Bardzo nie chciałam tego, ale mój partner dążył do tego uparcie... W nocy nie raz prosiłam płakałam, ze nie chcę żeby mnie nie zmyszał... Często wychodziłam z domu, żeby tylko nie ulec jego namowom...
Nie zawsze odnosiło to skutek...
Teraz nie potrafie pogodzić się ze swoim stanem, dla mnie to oznacza koniec wyjazdów, żeby dorobić... kolejne 6 lat siedzenia w domu zanim dziecko nie pójdzie do szkoły bym mogła w jakikolwiek sposób się usamodzielnić...
Nie chcę tego dziecka... odczuwam go jak pasorzyta w moim ciele. Oleńkę kocham nad życie, ale tego nienarodzonego nie mogę znieść... Płaczę po nocach, płaczę w ciągu dnia... Nie mam apteytu czasem udaje mi sie zjeść coś 2 razy w ciągu dnia i to na siłę... Ból głowy jest nie do zniesienia, ale niczego nie łykam ze względu na mój stan.
Prace domowe ograniczyłam (nawet nie wiem jak to się stło) do przyżądzania posiłków dla córeczki.
Chciałabym uciec od samej siebie, uciec od tej sytuacji, wyprowadzic się...
Do rodziców pójść nie mogę... Ojciec po trzech trepanacjach czaski, matka alkoholiczka.... Nic poza odwiedzinami na kilka dni góra 2-3 tygonie nie wchodzi w rachubę...
Nie potrafię poradzić sobie z sytuajcą, do której sama doprowadziłam... Jestem... szkoda słów na moją głupotę...
dlaczego to napisałam?
Może dlatego, że nie mam nikogo bliskiego żeby się wyżalić, wypłakać.
Nie mam nikogo bliskiego, żeby prosić o pomoc.....