Dodaj do ulubionych

O zmianach

28.05.14, 11:12
Chciałam się z Wami podzielić fragmentem ksiązki, który znalazłam wczoraj, a który głęboko mnie poruszył. Pewnie dlatego, że sama tego, o czym pisze autor doświadczyłam.
Zmiany, która zaszła nie wiadomo kiedy, gdy zaakceptowałam samą siebie.
Akceptacja spowodowała, że moja podświadomość zaczęła podsuwać mi pomysły i rozwiązania spraw, które gnębiły mnie od lat. Doznałam uwolnienia. Duzo łatwiej mi zmieniać schematy myślowe i pozbywać się wzorców.
"Bohaterem książki jest Anthony de Mello. Prezentowany fragment przybliża poglądy A. de Mello oraz pewne motywy jego pracy z grupą duchownych zgromadzonych na kilkutygodniowych warsztatach w Lonavla (w Indiach). Ich tematyka dotyczyła tym razem problemu psychicznej zmiany. Jedną z kolejnych sesji de Mello zaczął następująco:

"Przedtem mówiłem wam: zmieniajcie się! Zmieniajcie się dla samej zmiany. Jeśli nie macie ważnego powodu, by się nie zmieniać, zmieniajcie się! Zmiana to dojrzewanie i życie, więc jeśli chcecie być żywi, nieustannie się zmieniajcie. A teraz wam mówię: nie zmieniajcie się. Zmiana jest niemożliwa, a nawet gdyby była możliwa, jest niepożądana. Pozostańcie sobą. Kochajcie siebie takich, jakimi jesteście. A zmiana - o ile w ogóle jest możliwa - pojawi się, gdy zechce i o ile zechce. Zostawcie siebie samych w spokoju".

Co za zmiana! Przez całe życie Tony był gorącym zwolennikiem zmiany, upatrując w niej źródła wszelkiego postępu, dojrzewania człowieka i jego duchowego wzrostu. A teraz nagle zmienił kurs i jest przeciwnikiem zmieniania się. Zwrot o 180 stopni. Zmienił się po to, by nam powiedzieć, że nie powinniśmy się zmieniać, aczkolwiek dodając, że zmiana wtedy sama przyjdzie, i tylko taka będzie zmianą prawdziwą. Konsternacja. Ale Tony lubił wprowadzać zamieszanie po to, by w rezultacie ukazało się światło prawdy. Rzecz jest znacznie prostsza, niż się wydaje i niewątpliwie jest to ważna kwestia.

Główne zastrzeżenie Tony'ego wobec zmiany odnosiło się do powodów naszego zmieniania się. Jeśli chcemy zmienić siebie lub kogoś drugiego, to dlatego, że jesteśmy nietolerancyjni (a to nie może być tolerowane!). Nie możemy znieść u siebie jakiegoś niedociągnięcia, wady, słabości moralnej czy psychologicznej i zabieramy się do usunięcia trgo z podświadomą złością i źle ukrywaną brutalnością.

Chcemy się zmieniać, abyśmy byli zaakceptowani, aby spełniać oczekiwania, abyśmy byli zgodni z idealnym obrazem samych siebie, jaki stworzyliśmy. Jesteśmy wobec siebie niecierpliwi i zmuszamy siebie do tego, by się zmienić. Wtedy - oczywiście - nigdy się nie zmienimy. Wzrost nigdy nie następuje w wyniku użycia przemocy.

Zmiana prowadząca do wzrostu może zaistnieć tylko w wyniku samoakceptacji. Zmiana nigdy nie może być wymuszona; ona się pojawia. Paradoksalnie, może ona ewentualnie nastąpić tylko wtedy, gdy się o niej zapomni. Jeśli stawiamy opór czemuś, co jest w nas, to wówczas tylko wzmacniamy to, czemu się opieramy i tym samym całkowicie uniemożliwiamy upragnioną zmianę.

Zilustruję tę zasadę na własnym przykładzie. Pojechałem do Lonavla, ponieważ byłem zbyt napięty i chciałem się rozluźnić. Przed przyjazdem kilka spraw przyczyniło się do przeciążenia mojego - zbyt już napiętego - systemu nerwowego. Byłem drażliwy, nerwowy, niespokojny, czułem niechęć do ludzi i cierpiałem na bezsenność. Planowałem, że powiem o tym Tony'emu w obecności grupy i poddam się jego leczeniu czy to w formie terapii czy rady, ćwiczeń, czy w jakikolwiek inny sposób, który on uzna za stosowny. Byłem napięty i miałem nadzieję, że Tony pomoże mi się od tego uwolnić. Tymczasem, gdy opowiedziałem o swoim problemie przy grupie, Tony odrzekł chłodno: jesteś napięty Carlos, to dobrze. Zaakceptuj ten fakt. W ciągu najbliższych dni może to napięcie ustąpi, a może nie. Jeśli ustąpi, to w porządku, jeśli nie ustąpi, to też dobrze. Szczęście to coś więcej niż nieodczuwanie napięcia, tak jak życie to coś więcej niż zdrowie. Możesz być szczęśliwy ze swoim napięciem i całkowicie zrelaksowany a nieszczęśliwy. Nie wiesz nawet, czy jest dla ciebie lepiej, byś był napięty, czy rozluźniony. Więc zostaw to. Po prostu żyj, zajmij się wykładami albo czymś innym i zostaw swoje nerwy w spokoju. Natura jest mądra i jeśli jej na to pozwolisz, sama zatroszczy się o swoje prawa. Im mniej jej będziesz przeszkadzał, tym lepiej.

Zrozumiałem mądrość tej rady. Byłem napięty i chciałem zmusić siebie do tego, by się rozluźnić. To oczywiście wzmagało napięcie. W jaki sposób mogę się zrelaksować? Jak dużo czasu mi to zabierze? Co się stanie, jeśli mi się nie uda? Paradoksalnie jedynym sposobem, jaki pozwalał mi na rozluźnienie, była zgoda na to, że jestem napięty.

(...) Tony nawet przyznał - z charakterystyczną dla niego pokorą - (która była w jego wydaniu chłodnym, rzeczowym realizmem): "Poprzednio jako terapeuta głosiłem nietolerancję i doprowadzałem człowieka do odrzucenia samego siebie". Przymus zmiany, poprawienia się, naśladowania tych członków grupy, którzy "czynili postępy" i byli milcząco traktowani jako przykłady do naśladowania, wysiłek, by móc o sobie powiedzieć: "zmieniłem się" i by grupa to uznała - to wszystko mogło stanowić ogromne obciążenie dla umysłu i przynosić więcej szkody, niż pożytku. Pod koniec dziewięciomiesięcznej Sadhany wszyscy pisaliśmy o sobie opinie i wręczaliśmy je sobie nawzajem. Największą chlubę przynosiło w tych ocenach zdanie: "bardzo się zmieniłeś". Ta presja, żeby się zmienić, gdy zmiana nie nadchodziła, stwarzała problemy i czasami mogła prowadzić do frustracji i odrzucenia samego siebie.

(...) Akceptacja rzeczywistości w żadnym wypadku nie oznacza uległości, bierności, apatii. Dla każdego, kto znał Tony'ego niemożliwością jest łączenie tych słów z jego osobą. Zgadzamy się na rzeczywistość tak, jak ptak akceptuje swoje skrzydła: po to, by latać. Rzecz w tym, by nie narzekać na rodzaj tych skrzydeł i nie porównywać ich ze skrzydłami innych ptaków. Akceptacja to nie bezruch, ale raczej radosne przyjęcie wszystkiego, co jest, po to, by uczynić najlepszy użytek z rzeczami takimi, jakie są i z życia takiego, jakie jest. To pociąga za sobą inicjatywę i twórcze działanie."
Obserwuj wątek
    • pade Re: O zmianach 28.05.14, 11:20
      Od siebie jeszcze dodam, że do akceptacji potrzebne jest zrozumienie.
      Zrozumienie siebie czyli samopoznanie. Dlaczego myślę, czuję i zachowuję się tak, a nie inaczej.
      • sorvina Re: O zmianach 28.05.14, 12:01
        Hmm, bardzo mądre jest to co umieściłaś Pade. W jakimś stopniu to może być uzupełnienie dyskusji dotyczącej artykułu o matkach. Ja właśnie w pewnym momencie terapii odkryłam, że sama próba zmiany na siłę, powoduje tylko napięcie i dużo samopotępienia. A jak się potępiam to nie wierzę, że zasługują na zmianę na lepsze, nie poświęcam sobie czasu itp. itd. Ja się poznam i rozumiem dlaczego postępuję tak jak postępuję, to zaczynam czuć luz, zaczynam się lubić i zupełnie inaczej do siebie się odnoszę. Dokonuję zmiany nie dlatego, że muszę, bo mi każą...., ale dlatego, że dobrze sobie życzę - bo widzę, że stare zachowanie powoduje, że się męczę. I dopiero od zmiany nastawienia widzę głębokie zmiany w sobie i moim życiu. I mniej wewnętrznej walki, szamotania się z samą sobą. Podświadomość chętnie mi wyjaśnia o co chodzi, bo wie, że nie odrzucę siebie za jakieś irracjonalne myślenie czy działanie. Intuicyjne to robiłam, ale fajnie, że jest do tego teoria, którą można sobie poczytać. Chyba czas bym odgrzebała de Mello. Dzięki!
        • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 12:53
          No mnie to jakoś jednak nie do końca przekonuje. Dla mnie taka postawa oznacza właśnie w wielu przypadkach bierność.
          Uważam, że to zależy od charakteru, jeśli ktoś z natury jest aktywny, ale ma jakieś inne deficyty (na przykład jest wybuchowy), to dając sobie przyzwolenie na wybuchowość, przestając z nią walczyć, faktycznie może zyskać (i jego otoczenie przede wszystkim). Ale osoba bierna, zagubiona, słaba nie zyska siły i determinacji dzięki zaakceptowaniu swojej bierności, tylko się w niej jeszcze bardziej pogrąży. Czyż nie tak?
          Moim największym problemem życiowym jest właśnie ta bezradność, bojaźń, brak decyzyjności, umiejętności planowania i dążenia do celu, co mi może dać zaakceptowanie tego? Macie, dziewczyny, pomysł, jak by mi to mogło pomóc? Jestem już tak bardzo zmęczona swoją słabością:(
          • pade Re: O zmianach 28.05.14, 13:07
            Chyba do końca nie zrozumiałaś Sebaldo.
            "Akceptacja to nie bezruch, ale raczej radosne przyjęcie wszystkiego, co jest, po to, by uczynić najlepszy użytek z rzeczami takimi, jakie są i z życia takiego, jakie jest. To pociąga za sobą inicjatywę i twórcze działanie"

            Jesli się z czymś walczy, rodzi się opór. Im więcej oporu, tym mniej sił.
            Powtórzę się: akceptacja rodzi się ze zrozumienia siebie.
            Czyli: zastanów się skąd u Ciebie ta bezradność? co Ci ona daje? co zabiera?
            Dlaczego się wahasz, zanim podejmiesz decyzje? Brak Ci wiary w siebie? Błąd to porażka? Powinno się... itd?
            Długo trzeba by pisać, ale w sumie Sebaldo, chodzi o to, by siebie nie oszukiwać. By widzieć swoje słabsze i mocniejsze strony. Zaakceptować te, które nie można zmienić, rozwijać, bez przymusu te, które są do zmiany. Rozpracować swoje błędy myślowe, przekonania, wzorce z domu rodzinnego, niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa. Po prostu rozumieć, że zrobiłam, czy powiedziałam to, czy tamto, bo to wynika z mojego np. czarno-białego myślenia. Jak mogę zacząć inaczej o tym myśleć? Zmiana perspektywy by pomogła, a nie wewnętrzny krytyk:) Itd, itd...
            • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 13:26
              Akceptacja to nie bezruch,[/b] ale raczej radosne przyjęcie wszystkiego, co
              > jest, po to, by uczynić najlepszy użytek z rzeczami takimi, jakie są i z życia
              > takiego, jakie jest. To pociąga za sobą inicjatywę i twórcze działanie"

              Otóż czytałam to kilka razy i zrozumiałam, ale to nie działa w moim przypadku. Bo jak akceptacja swojej bierności i niemocy może pociągnąć za sobą inicjatywę i twórcze działanie?
              Ja znam swoje słabości (aż za dobrze) i wiem, skąd się wzięły, znam też swoje mocne strony (i umiałam je naprawdę dobrze wykorzystać, na przykład w pracy czy w kontaktach międzyludzkich), ale to nadal nie pomaga w podejmowaniu decyzji, działania na rzecz poprawy swojej sytuacji, przezwyciężeniu lęków i obaw. Nijak nie pomaga:(
              • pade Re: O zmianach 28.05.14, 13:34
                Sebaldo, ja nie chcę być okrutna, ale przecież Ty dobrze wiesz, że troszkę samą siebie oszukujesz. I właśnie dlatego jest Ci tak ciężko.
                • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 14:06
                  pade napisała:

                  > Sebaldo, ja nie chcę być okrutna, ale przecież Ty dobrze wiesz, że troszkę samą
                  > siebie oszukujesz. I właśnie dlatego jest Ci tak ciężko.

                  Nie przeczę, ale jestem ciekawa, czy myślimy o tym samym. Jak Ty postrzegasz moje samooszukiwanie siebie? Możesz pisać śmiało i szczerze, ja mam do siebie spory dystans, poza tym potrzebuję pomocy i może któraś uwaga pod moim adresem okaże się przydatna.
                  Przepraszam, że tak zdominowałam ten wątek, ale może taki konkretny przykład (raczej chyba trudny) w jakiś sposób potwierdzi słuszność postawionej w Twoim wątku tezy?
                  • glamourous Do Sebaldy 28.05.14, 19:06
                    Sebaldo, podczytuje Cie juz od dawna na tym forum, ktore sledze bez specjalnego czynnego udzialu.
                    Wydaje mi sie, nalezysz do osob, jak ja to okreslam, energooszczednych ;) To znaczy podswiadomie kombinujesz, zeby sie w zyciu ustawic tylem do wiatru, czyli tak, zeby jak najmniej Cie to w sensie energetycznym kosztowalo. Poniewaz Twoim zywiolem nie jest walka i szafowanie energia na prawo i na lewo, a raczej spokojne zeglowanie, podswiadomie wolisz sobie komfortowo dryfowac, zamiast podejmowac wyzwania i zmierzyc sie z trudnosciami samotnego zycia. To dlatego nadal tkwisz w nieudanym zwiazku pomimo, ze Cie to bardzo irytuje i meczy. Jednak to zmeczenie malzenstwem i charakterem meza jest niepomiernie mniejsze, niz bylaby dla Ciebie - jak podswiadomie wyczwuwasz - samotna walka o byt. Szala plusow i minusow wbrew pozorom zawsze przechylala sie na korzysc komfortu - energetycznego, finansowego, itp. Ty nie chcesz zmieniac swojego zycia, bo tak jest Ci w gruncie rzeczy wygodniej, bezpieczniej.

                    No wlasnie, wszystko rozbija sie tu chyba o poczucie bezpieczenstwa. O strach przed nieznanym. O wrodzony pesymizm ("a co, jezeli bedzie mi jeszcze gorzej?"). Oraz o pewien pokretny rodzaj wygodnictwa. Sa ludzie ktorzy maja w genach walke - i takie kobiety z latwoscia trzaskaja drzwiami i dosc szybko wymiksowywuja sie z nieudanych zwiazkow, chocby za cene pojscia pod przyslowiowy most i zaczynania zycia od zera. Oraz tacy u ktrorych szybko pojawia sie syndrom niewolnika, czyli przywiazanie do wlasnego zniewolenia - bo dach nad glowa i miska zupy, a pan tez nie zawsze taki zly i nie zawsze bije (nie nalezy oczywiscie rozumiec tego doslownie :)

                    Pisalas kiedys, ze gdybys kiedys wygrala w totka, to natychmiast kupilabys dom i wyprowadzila sie w te pedy, zostawiajac meza bez wahania i bez zalu. Ja z kolei jestem pewna, ze gdyby przyszlo co do czego to nie zrobilabys tego. A na pewno nie byloby to dla Ciebie takie oczywiste jak Ci sie teraz wydaje. Takim osobom jest strasznie ciezko przeciac pepowine, nawet kiedy mamy pelna swiadomoc jej tosycznosci.

                    Aha, zeby nie bylo : pisze z autopsji.

              • sorvina Re: O zmianach 28.05.14, 13:44
                Sebaldo - a czy wierzysz, że jesteś warta tego by o siebie zadbać, zawalczyć? By dla siebie zrobić coś dobrego, tylko dlatego, że tak Ci się będzie żyło lepiej? Bo nie ma wewnętrznej motywacji i woli działania bez takiego nastawienia. Bez przekonania, że nasze potrzeby i uczucia są ważne i mamy pełne prawo poświęcać czas i energię by je zaspokoić, że możemy spełniać swoje marzenia. Ale chodzi o takie emocjonalne poczucie, nie intelektualne. Znasz swoje dobre strony, ale czy wierzysz, że całość jest wartościowa i dobra?
          • sorvina Re: O zmianach 28.05.14, 13:40
            Dla kogoś, kto całe życie wymuszał na sobie wszystko ulegając presjom otoczenia i własnych "muszę", z początku akceptacja może kojarzyć się z biernością. Bo nic nie musi. I czasem chwila takiego etapu jest potrzebna by odpocząć. Ale naturalne jest, że w pewnym momencie pojawia się wewnętrzne "chcę" - nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że dobrze sobie życzę, a czegoś potrzebuję. Jeśli jednak człowiek nigdy nie doświadczył tego, że może w życiu kierować się swoim dobrem, swoimi pragnieniami, to tego nie rozumie zupełnie. Czeka aż ktoś mu powie co ma robić, jaki ma być, wtedy albo to zrobi, albo zrobi na odwrót, ale nie ma w nim JEGO. Nie wie, że działanie może być na luzie i wypływać z niego samego - z miłości do siebie a nie odrzucania siebie.

            Bierność nie jest naturalnym stanem człowieka, oznacza, że coś się złego stało, albo ktoś nam podciął skrzydła i nie wierzymy, że możemy cokolwiek osiągnąć więc robimy tylko to co naprawdę musimy, albo nie wierzymy, że nam wolno żyć dla siebie. W każdym razie coś jest do uzdrowienia.
            • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 14:02
              >>Znasz swoje dobre strony, ale czy wierzysz, że całość jest wartościowa i dobra?

              A znasz kogoś, kto tak uważa? Czyż nie jest tak, że każdy ma dobre i złe strony? Że wszyscy mamy jakieś słabości? Ja nie znam ludzi bez większych lub mniejszych słabości czy słabostek. Nikt chyba nie jest doskonały? Ja na pewno nie jestem.
              Jest we mnie obszar lęku, którego nie mogę przezwyciężyć. Z natury nie jestem lękliwa, ale w pewnych dziedzinach czuję tak silny opór przed działaniem, przed przezwyciężeniem tego akurat lęku, że mimo najszczerszych chęci, mimo świadomości, że mam prawo, że należy mi się, że zasługuję na lepsze życie, nijak nie mogę sobie z tym poradzić. Nie dam rady i już. Tak właśnie czuję:( Nie udźwignę, nie poradzę sobie, zachoruję i nie będę miała pieniędzy na leczenie, któreś dziecko zachoruje, spadnie 16 ton. W innych dziedzinach nie mam tak czarnych myśli, ale braku środków do życia, braku stabilizacji, zwyczajnie nędzy boję się panicznie:( Zawsze było nam ciężko, wcześniej mnie z mamą, teraz w dorosłym życiu też nie jest lekko, ciągle brakuje pieniędzy na podstawowe rzeczy, jakim cudem sobie poradzę sama, skoro nie radzimy sobie przy dwóch pensjach? No i tak w kółko:(
              • sorvina Re: O zmianach 28.05.14, 14:18
                Oczywiście, że każdy ma dobre i złe strony, siły i słabości, nie znam żadnych ideałów, więc wymaganie od siebie bycie takim, jest absurdalne. Dlatego pytam, czy uważasz całość siebie za wartościową i nie dobrą w sensie idealną, ale wystarczająco dobrą - dobrą - bo dobro przeważa, bo się starasz. Czy lubisz siebie? Szanujesz? Ale tak szczerze w środku?
                Jeśli nie akceptujemy siebie jako całość, to boimy się, że ktoś nam te słabości wytknie, nas za nie odrzuci i zostaniemy same. Obawiamy się, że nasze bycie nie-idealną usprawiedliwia to jak inni nas traktują i co nas w życiu spotyka. Że ktoś może się skapnie, że nie zasługujemy na szczęście i jak wyciągniemy po nie rękę, a coś nie wyjdzie i stracimy wszystko i nikt taki bezczelnikom jak my nie pomoże.

                Wg tego co teraz napisałaś, to raczej wygląda na zniszczone poczucie bezpieczeństwa i brak przekonania o własnej zaradności. To jest silnie związane z poczuciem własnej wartości, ale szersze. Jak nie ma zaspokojonego pierwszego elementu potrzeb Masłowa to inne nie będą stanowiły motywacji do działania. Bo lęk będzie paraliżował. Tylko czasem ten lęk wynika z przekonania, że nie dam sobie rady, bo nikt mi nie da zarobić/nie pomoże (bo to co sobą reprezentuję nie jest wcale takie wartościowe i trzeba się trzymać tego co mam), bo ja - nie dość wartościowa - śmiałam się sięgnąć po swoje szczęście, bez oglądania się na innych. Warto rozgryźć jak to u Ciebie wygląda i zmieniać nastawienie.
                • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 14:53
                  No trochę mnie uspokoiłaś, Sorvino:)
                  Lubię siebie, jestem dumna z kilku swoich osiągnięć (z różnych obszarów), nie mam się za bezwartościową, problem jedynie z tą słabością. Dobro przeważa, no i się staram:) Jako całość chyba siebie akceptuję, tak myślę:)

                  > Wg tego co teraz napisałaś, to raczej wygląda na zniszczone poczucie bezpieczeń
                  > stwa i brak przekonania o własnej zaradności.
                  To jest clou. Nadopiekuńcza i wyręczająca mnie we wszystkim mama i ściśle kontrolujący, dominujący mąż, pod którego "skrzydła" wyfrunęłam bezpośrednio od mamy:( Wieloletnie udowadnianie mi, że jestem rozrzutna i nieodpowiedzialna finansowo (co nie jest prawdą do końca, choć to, że tylko mąż robi zakupy na pewno nie pozwoliło mi się w tej dziedzinie sprawdzić, tylko on to potrafi robić racjonalnie i z głową [o tym mnie przekonuje]). Do tego dochodzi brak bliskiej rodziny, a w dalszej (z którą jestem zżyta) nie ma osób dobrze sytuowanych, które mogłyby mi pomóc (choćby chciały, to wiem) w razie jakiegoś poważnego krachu.
                  No i nie mam poczucia, że odchodząc od męża sięgnęłabym po coś, co mi się nie należy, po szczęście bez oglądania się na innych. Takiego przekonania nie mam na pewno. Czyli tylko to zniszczone poczucie bezpieczeństwa i brak przekonania o własnej zaradności, ale bez podłoża w postaci ogólnie złego mniemania o sobie. Może aż tak wiele mnie nie wiąże, jak myślałam? Tylko co robić z tym paraliżującym lękiem?
                  • sorvina Re: O zmianach 28.05.14, 15:44
                    Sebaldo - wiara w siebie wypływa z przekonań i dostrzeżenia własnej godności, ale ważne jest też zaufanie do siebie, które wypływa z doświadczenia - tyle razy sobie poradziłam, to teraz też sobie poradzę. Ty nie masz takiego zaufania, bo nie miałaś okazji poćwiczyć, a nawet jak coś Ci wychodziło w stopniu zrozumiałym na początek nauki danej umiejętności, to słyszałaś, że tego nie potrafisz i ktoś inny musi się tym zająć. Masz więc 2 zadania - pozbyć się przekonań, że nie potrafisz - bo jak nie próbowałaś dość razy z jakimiś sensownymi wskazówkami, to nie znaczy, że się do tego nie nadajesz, tylko potrzebujesz więcej wprawy. 2) ćwiczyć - zaczynając od rzeczy małych, ale doceniając to co Ci się udaje. W ten sposób zbudujesz zaufanie do siebie i własnej zaradności i będziesz czuła się pewniej.
                    A w szerszej perspektywie - uczciwie rozważ, co mogłoby się najgorszego wydarzyć i pomyśl o planach ratunkowych A, B, C. Może nie trzeba mieć jednak bogatej koleżanki czy kuzynki, a wystarczy świadomość, że jedna zaprosi na obiad, druga pomoże znaleźć pracę. A przede wszystkim stawiać na siebie - jak stracę tą pracę to mogę znaleźć nową tu i tu, w ostateczności nawet stać na kasie - ale zawsze przeżyję najtrudniejszy okres i poszukam lepszego rozwiązania. Czytaj sobie książki ludzi o realizowaniu celów np. Briana Tracy'iego - jak ktoś nie ma wprawy, to czasem potrzebuje konkretnych wskazówek jak planować.
                    • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 16:17
                      Wiesz, ja mam taką cechę od dziecka: strasznie mnie zrażają niepowodzenia. Jak się przewróciłam na rowerku, to potem nie chciałam na niego wsiąść, podobnie z łyżwami. Inne dzieci się otrzepią i z zacięciem pedałują dalej, ja nie.
                      Choć w wieku 18 lat zrobilam prawo jazdy (na obozie, w małej miejscowości), potem ojciec nigdy nie dawał mi samochodu, więc stałam się wtórną analfabetką samochodową i teraz mam takie lęki, że za nic nie usiądę za kierownicą. Nie i koniec:(
                      Zawsze bałam się oblodzonych nawierzchni (nie lubię chodzić po górach zimą), no i kilka lat temu złamałam sobie na śliskim chodniku tak nieszczęśliwie nogę, że trzeba było śrubować, mam paskudne blizny. Samosprawdzająca się przepowiednia. To mnie utwierdziło w przekonaniu, że nie mam co siadać za kierownicą, wiem, że byłabym złym kierowcą, tym bardziej, że mam problemy (realne) z orientacją. Więc znowu mur.
                      Jak ciasto mi się nie udaje, nigdy nie próbuję ponownie:(
                      W sumie chyba nie znam osoby, którą tak łatwo zrażałyby niepowodzenia. Z drugiej strony przeżyłam śmiertelnie groźną chorobę córki i to zatrzymało mnie w planach reprodukcyjnych tylko na 4 lata. Jakoś się ogarnęłam;)
                      Bo ja taka porąbana jestem chyba;)
                      • glamourous Re: O zmianach 28.05.14, 20:16
                        To nie jest to, ze Cie zrazaja niepowodzenia, to raczej tak jak napisalam wyzej - brak woli walki. Ty po prostu nie lubisz walczyc, mierzyc sie z przeciwnosciami, podejmowac wyzwan, udowadniac czegos sobie oraz innym. Nie masz zaciecia, tego parcia do przodu ani tej upartosci, jaka maja ludzie, ktorzy sami musza sami do czegos dochodzic, o cos walczyc. Nie nauczylas sie tego - skutek wychowania przez nadopiekunczych, rozpieszczajacych i podajacych wszystko na tacy rodzicow. Wiem, bo mam to samo.

                        Ja dobre pare lat sie zbieralam, zeby sie wymiksowac z nieudanego zwiazku, przy calej swiadomosci tego, ze ten pozorny komfort zycia jaki mam jest jednak mocno dla mnie toksyczny. Pare ladnych lat stracilam na dojrzewanie do tego zeby wreszcie wziac, jak to sie mowi, tylek w troki - mimo tego ze finansowo poradzilabym sobie na dosc przyzwoitym poziomie. A teraz kiedy juz sie zdecydowalam, to - wisienka na torcie - moje piekne nowe mieszkanie juz 3 miesiac stoi puste (oficjalna wersja wyglada tak, ze je urzadzam zeby sie wprowadzic juz do pelnego komfortu ;) bo nie potrafie sie zebrac i sie wreszcie wyprowadzic.
                        Mezowska pepowina trzyma mocno, albo raczej moja sklonnosc do pesymizmu i zbyt duza wyobraznia ("a co bedzie, jak zamiast sobie polepszyc to tylko pogorsze?" :)
                        • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 23:18
                          Glamourous, wielkie dzięki. To niesamowite, że ktoś kompletnie z boku może nam czasami uświadomić pewne oczywistości na nasz temat, których jakoś dziwnie nie umiemy sami dojrzeć. Brak woli walki na 100%. Kiedyś zabolałoby mnie może określenie mnie wygodnicką, bo jest mocno nacechowane negatywnie, ale Ty ujęłaś to jakoś tak, że po pierwsze jest w tym trochę racji, po drugie jakoś mnie nie uraziło, nie było oceniające.
                          U mnie niestety dużą rolę odgrywa to, że bardzo już się zapuściłam w latach;) Bardzo późno dotarło do mnie, że to przemoc i mam prawo od niej uciec. Furtka się otworzyła, ale moje tak strasznie długo trwające zniewolenie nie pozwala mi już z niej skorzystać. Syndrom sztokholmski? A właściwie dokładniej syndrom Natashy Kampush? Współuzależnienie (to akurat na pewno). Być może gdybym była młodsza, nie tak już wyczerpana, przekonana do swojej bezsilności, byłoby łatwiej. Zdecydowana większość znanych mi kobiet odeszła znacznie wcześniej, gdy jeszcze ma się więcej energii, entuzjazmu, nadziei na poprawę, na ułożenie sobie życia. Właściwie jedyne znane mi przypadki późnego rozwodu z przemocowcem miały miejsce wtedy, gdy ten znalazł sobie młodszą kobietę i sam uwolnił ofiarę, a u tej zdrada przelała ostatecznie czarę goryczy i też pomogła się ogarnąć. Obawiam się jednak, że i na to nie mogę liczyć:(
                          Potwornie smutne jest to, że wiele ofiar, które się uwolniły (oczywiście nie wszystkie) faktycznie przyznaje, że ich życie się nie polepszyło, a czasami wręcz mają załamania, bo przemoc pozostawia jednak piętno. Ja mimo swojego czarnowidztwa chyba jednak nie odczuwałabym go. Bo ja paradoksalnie, mimo że jestem ofiarą, bo podlegałam i podlegam przemocy, nie czuję się nią tak do końca. Zawsze się broniłam, a od kilku lat udaje mi się stawiać granice. Tylko czy na tym ma polegać moje życie? Chyba nie:( Nie chcę tak żyć, a jednocześnie nie umiem inaczej:(
                          Glamourous, jak Ci się udało, poradź coś, proszę:)
                          • glamourous Re: O zmianach 29.05.14, 14:48
                            sebalda napisała:

                            > U mnie niestety dużą rolę odgrywa to, że bardzo już się zapuściłam w latach;) B
                            > ardzo późno dotarło do mnie, że to przemoc i mam prawo od niej uciec. Furtka si
                            > ę otworzyła, ale moje tak strasznie długo trwające zniewolenie nie pozwala mi j
                            > uż z niej skorzystać. Syndrom sztokholmski? A właściwie dokładniej syndrom Nata
                            > shy Kampush? Współuzależnienie (to akurat na pewno). Być może gdybym była młods
                            > za, nie tak już wyczerpana, przekonana do swojej bezsilności, byłoby łatwiej.


                            Jak mawia A. Schwarzenegger wyciskajac z siebie siodme poty na silowni w wieku bodajze 65 lat : wiek to nie zadne wytlumaczenie ;) Ja jestem (chyba) sporo mlodsza od Ciebie, a mimo to mialam podobne blokady.

                            Tak pokrotce : w moim malzenstwie moze nie chodzilo doslownie o przemoc, ile o pewne cechy meza, a raczej o pewne roznice nie do pogodzenia, ktore wyszly w tzw. "praniu" i byly dla mnie calkowicie nieakceptowalne, zas kompromis zupelnie nie wchodzil w gre. Do przekraczania granic zaczelo dochodzic z czasem, w wyniku wlasnie tych problemow. Mam obsesje na pukcie szanowania sie w zwiazku, maz niestety - wychowany w kulturze srodziemnomorskiej - ten prog tolerancji mial duzo wyzej niz ja. To, co dla mnie bylo zachowaniem skandalicznym i nieakceptowalnym przekroczeniem moich granic (np.komunikacja za pomoca krzykow) dla niego byla calkowicie normalnym zachowaniem. Model wloskiej rodziny : powrzeszczymy na siebie, potem przejdziemy nad tym do porzadku dziennego - oczywiscie bez przeprosin, bo i po co. I szafa gra. Ja tak nie potrafilam.

                            To co mnie przez ladnych pare lat powstrzymywalo, to strach przed przed nieznanym i wlasnie owo czarnowidztwo "a co, jezeli wpadne z deszczu pod rynne, jezeli sobie pogorsze i bede potem zalowac"? No i brak poczucia bezpieczenstwa - u mnie kluczowa role odgrywal fakt, ze mieszkam za granica i nie czuje sie do konca na swoim terytorium. Bo przeciez zeby sie ruszyc ze zwiazku trzeba poruszyc nasze wewnetrzne fundamenty, zatrzasc calym naszym zyciem, a na to trzeba naprawde sporej sily, duzej pewnosci siebie i mocnego stania na wlasnych nogach - wzglednie mocnego oparcia w rodzine, ktorej tutaj po prostu nie mam. Dokladnie tak, jak ktos wyzej napisal o poczuciu bezpiecznestwa : jezeli ta podstawowa w hierarchii Maslowa potrzeba jest niezaspokojona, to ciezko wykrzesac w sobie sile do tak radykalnych zmian.

                            Przez kilka lat regularnie nosilam sie z zamiarem wyprowadzki, planowalam, ogladalam mieszkania, projektowalam sobie jak to bedzie itp. Nigdy wprawdzie nie poszlam do konca za ciosem, ale takie mentalne "bycie na wylocie" bylo dla mnie bardzo wazne, i bardzo mnie wzmacnialo - wiedzialam, ze moge to zrobic, i ze kiedys na pewno to zrobie. Ostatnio psychicznie bardzo pomogl mi jeden z moich dlugoletnich przyjaciol, ktory wszedl w role mojego psychoanalityka : rozmawialam z nim godzinami i wlasciwie caly czaly czas mowilam tylko ja, a on sluchal, komentowal i nakierowywal mnie na wlasciwe tropy. Czulam sie jak na kozetce, werbalizowalam to co we mnie tkwilo i zdawalam sobie coraz bardziej sprawe jak bardzo czuje sie niespelniona i jak bardzo ten zwiazek mi nie odpowiada. Potem trafila mi sie swietna okazja, znalazlam wreszcie mieszkanie- ideal : niezbyt drogie, w swietnej lokalizacji i bardzo w moim guscie. Przyjaciel powiedzial mi wtedy swietne zdanie "To znak, wiec zrob to wreszcie. Wprawdzie nie przeniose cie przez to na rekach, ale pomoge ci przez to przejsc".

                            Samo podjecie decyzji bylo bardzo trudne i stresujace, teraz czeka mnie przeciecie pepowiny, ktore niestety przeciagam i odkladam w czasie. Sprawy nie ulatwia mi fakt, ze maz oczywiscie bardzo sie teraz stara - nagle sie okazalo ze jednak jak sie chce to mozna, ze kompromisy sa mozliwe ;/ Moze podswiadomie czekam wiec na pretekst (o ktory ostatnio trudno) a moze potrzebuje jeszcze odrobine dojrzec, tak jak strup na ranie ktorego nie mozna za wczesnie oderwac, bo bedzie bolalo - tylko trzeba poczekac az sam odpadnie... Tak czy owak ostateczny termin wyznaczylam sobie na 15 czerwca. I wiem, ze raczej go nie przekrocze.
                            • zuzi.1 Re: O zmianach 29.05.14, 16:43
                              Glamourous napisała:"Sprawy nie ulatwia mi fakt, ze maz oczywiscie bardzo sie teraz stara - nagle sie okazalo ze jednak jak sie chce to mozna, ze kompromisy sa mozliwe ;/"

                              Ale jednak jesteś przekonana, że za mało tych starań z jego strony. Myślisz, ze nie stac go na więcej? Możesz tą wyprowadzkę potraktowac jako sposób na przekonanie się, czy coś Was jeszcze łączy i czy stac go na więcej, które dla Ciebie będzie akceptowalne i wystarczające. Bardzo ciekawy czas przed Tobą, poszerzasz swoje granice i możliwosci. Powodzenia !!!
                              • glamourous Re: O zmianach 29.05.14, 17:41
                                zuzi.1 napisała:

                                > Możesz tą wyprowadzkę potraktowac jako sposób na przeko
                                > nanie się, czy coś Was jeszcze łączy i czy stac go na więcej, które dla Ciebie
                                > będzie akceptowalne i wystarczające.

                                Moze sie tak okazac, tylko - co dalej? Jezeli w trakcie mieszkania osobno okaze sie ze jest calkiem fajnie i poprawnie, to co wtedy? Znowu sie po jakims czasie zejsc i razem zamieszkac??? Nie sadze, zeby to byl dobry pomysl, bo jak uczy zycie - pewnie znow po jakims czasie wkradlaby sie dawna rutyna, a razem z nia - nieakceptowalne klimaty i zachowania. Niektorzy faceci, tak juz maja, ze potrafia byc dzentelmenami tylko w stosunku do kobiet nie do konca emocjonalnie dostepnych. Wszelkie poczucie wlasnosci budzi w nich odruch maczo, czyli w skrocie "to moj teren, ja go kontroluje, wiec w zasadzie wszystko mi wolno i starac sie nie musze"...

                                Niemniej masz racje, ciekawy czas przede mna. I bardzo sie ciesze, ze moge sobie pozwolic na taki eksperyment. Ze nie musze zyc uwiazana, udupiona i sfrustrowana, tylko sama moge wreszcie rozdawac karty. To bezcenne uczucie.
                                Tak wiec, Zuzi, trzymaj kciuki :) A Sebaldzie zycze sily oraz owocnej introspekcji w celu dotarcia do sedna wlasnych pragnien oraz pelnego zrozumienia, ktora opcja bedzie dla niej korzystniejsza i mniej bolesna : skruszyc fundamenty i odejsc - czy nie burzyc sobie poczucia bezpieczenstwa i zostac, akceptujac swoje zycie takim jakie jest.
                                Bo przeciez nie kazdego strac na stres i wysilek, jaki niosa ze soba tego typu zyciowe rewolucje. I moze zdanie sobie z tego sprawe to jest wlasnie ten rodzaj akceptacji, o ktorym pisze Pade w poscie startowym...

                                Pozdrawiam !
                                • danaide Re: O zmianach 29.05.14, 23:52
                                  Glamorous, jeden z moich ulubionych cytatów. Katharine Hepburn: Czasem wątpię, czy ludzie powinni się pobierać, może lepiej mieszkać w pobliżu i tylko się odwiedzać?
                          • danaide Re: O zmianach 30.05.14, 00:26
                            Sebalda.
                            Myślę, że zmiany przychodzą łatwiej, gdy jest się dociśniętym do ściany. Może nie byłaś?

                            Wierzę, że zmiany są częścią procesu, a każdy leci własnym tempem. I leci sam. Ostatnio obserwuję bliską mi osobę - wiem, że jej życie wymaga zmiany, ale nie mogę tego zrobić za nią. Widzę jak się boksuje, jak dojrzewa do zmiany, jak robi dwa kroki do przodu, jeden w tył, jeden do przodu, trzy w tył.

                            Cokolwiek powiedziane powyżej i poniżej: wszystko w zgodzie z sobą.

                            I jeszcze: tak naprawdę przeczytałam baaaardzo niewiele książek samopomocowych. Ale przeczytałam jedną o zmianie i akurat mogę ją polecić. Elżbieta Kalinowska "Jak ruszyć z miejsca". Psychoterapeutka zauważyła, że ma wielu pacjentów, którzy przerobili swoje problemy, zrozumieli przyczyny swoich zachowań, a coś nadal blokuje zmianę ich zachowania. Ta książka prezentuje propozycję mechanizmu, który pozwala na wyzwolenie działania.
                            I z niej choćby to: czy masz Sebalda jakąś pociągającą wizję przyszłości, celu? Czy jedynym celem ma być zmiana? Bo to trochę mało - jak zmieniać to po coś. Po co?
                            • sebalda Re: O zmianach 30.05.14, 10:41
                              > I z niej choćby to: czy masz Sebalda jakąś pociągającą wizję przyszłości, celu?
                              > Czy jedynym celem ma być zmiana? Bo to trochę mało - jak zmieniać to po coś. P
                              > o co?

                              Dla mnie zmiana, to wyjście z klatki, w której mam podane jedzenie, w której nie grozi mi niebezpieczeństwo z zewnątrz, w której mimo wszystko czuję się bezpiecznie (względnie oczywiście), ale w której za to bezpieczeństwo i pożywienie płacę codziennym stresem, że opiekujący się mną "pan" może mieć zły humor i na nie nawrzeszczeć, zaatakować, sprawić ból. Ale to znam, do tego się przyzwyczaiłam, umiem sobie swoimi sposobami radzić. A ze światem nie umiem. Bo świat jest bezwzględny, bo czyhają w nim nieznane niebezpieczeństwa, bo firma może zbankrutować (to nie jest wykluczone), a w moim zawodzie stawki za pracę dorywczą są śmiesznie niskie, dlatego że ludzie bez pracy godzą się pracować za grosze, psują rynek. Musiałabym długo pisać, czego jeszcze się boję.
                              Wczoraj mąż powiedział, że się mną opiekuje, dlatego powinnam mu być wdzięczna, a nie jestem, śmiem być z niego niezadowolona:( Przecież to absurd, jestem bardzo już dorosła, czemu ktoś ma się mną opiekować???
                              Tak strasznie przez to siebie nie mogę zaakceptować, jestem na siebie bardzo zła. I jest jeszcze gorzej:(
                              • sebalda Re: O zmianach 30.05.14, 10:45

                                > > I z niej choćby to: czy masz Sebalda jakąś pociągającą wizję przyszłości,
                                > celu?
                                > > Czy jedynym celem ma być zmiana? Bo to trochę mało - jak zmieniać to po c
                                > oś. P
                                > > o co?

                                W sumie nie odpowiedziałam na pytanie. Zmiana to wolność, której bardzo pragnę. To możliwość swobodnego oddechu, decydowania o sobie, pozbycia się lęku, kiedy znowu nastąpi atak. To też pokazanie moim dzieciom, że można, że trzeba walczyć o swoją wolność i godność.
                                Ale jeśli dla człowieka podstawową potrzebą jest potrzeba bezpieczeństwa, a nie wolności, to może oznacza, że nie jestem taka beznadziejna, że to, co się ze mną dzieje, nie świadczy o mojej wyjątkowej słabości, że jest naturalne? Chciałabym móc przestać się obwiniać:(
                                • danaide Re: O zmianach 31.05.14, 17:39
                                  Widzisz sebalda, wolność vs. bezpieczeństwo, czyli klasyczny konflikt interesów. Dodam, że obecnie sama się w podobnym konflikcie kitłaszę, tyle tylko, że na szczęście nie ma to związku z żadnym toksykiem, jedynie: mam sobie brodzić bezpiecznie przy brzegu spoglądając tęsknie w dal czy jednak rzucić się na głęboką wodę i zobaczyć co jest za horyzontem...

                                  Ale jednak wolność / godność / szacunek do samej siebie - i tu znów odwołuję się do cytowanej książki - to może jednak zbyt ogólne cele. Cel trzeba zapełnić jakimiś konkretami. Bezpieczeństwo - znasz. Wolność - ale jak? Gdzie mieszkać? Gdzie pracować? Za ile? I jak żyć (panie...) ?
                                  I dlatego stoisz w miejscu.
                                  Książkę nieodmiennie polecam. Choćby po to by zobaczyć jak wygląda schemat zmiany i zaznaczyć sobie na wykresie gdzie jesteś, dlaczego i co potrzebne jest do dalszych działań.

                                  BTW, przypomina mi się jak czytałam "Toksycznych rodziców" i doszłam do rozdziałów o wychodzeniu z toksyczności, pojawił się tam ustęp o wyprowadzce czy coś takiego i oczywiście - przypis autora, że w Polsce jest inaczej, że brak mieszkań... Wiem, że pisałyście, że zmiany muszą najpierw zajść wewnątrz, ale sprzyjające warunki nie zaszkodzą. Mam znajomą w Niemczech - wiecznie bez grosza przy duszy, postanowiła zostawić trudnego faceta mając roczne dziecko. Pomoc systemowa (mieszkanie, zasiłek) sprawiły, że zmiana (przynajmniej pierwszy, bardzo ważny krok) jednak była możliwa.
                              • zuzi.1 Re: O zmianach 30.05.14, 11:28
                                Sebaldo ja bym na Twoim miejscu zaczela od samodzielnego przygotowywania sobie jedzenia, malymi krokami powinnas sie uniezalezniac od meza, zaczac o wszystkich sprawach drobnych decydowac samodzielnie. Po jakims czasie poczujesz sie na tyle silna zeby zaczac decydowac i o innych sprawach. Pomysl sobie ze bez Twojego udzialu sam maz nic nie zrobi, jemu do zycia potrzebny jest Twoj wspoludzial, a skoro tak, to mozesz zaczac stawiac warunki i decydowac o roznych dprawacg, s gdy nie bedzie chcial szukac kompromisu, woeczad blokowac rozne sprawy. Musisz sebaldo zaczac podgryzac ta smycz na ktorej kontrolujacy maz Cie przywiazal, da sie to zrobic, tylko musisz poczuc swoja sile wew.
                                • sebalda Re: O zmianach 30.05.14, 12:48
                                  Zuzi, porównanie do smyczy jest przednie:)
                                  Z tym jedzeniem to też była bardziej przenośnia adekwatna do klatki:0 Ja nie jestem aż tak niesamodzielna, że nie umiem ugotować obiadu;) Umiem i mogę to robić, tylko kurcze, skoro on nie robi w domu praktycznie nic, a gotować umie i lubi, to jak i ten obowiązek od niego przejmę, ja się zarobię, a on będzie się miał jak pączek w maśle.
                                  Kupić drugą lodówkę? Osobno robić zakupy i gotować? Tu oprócz jego jedynego obowiązku chodzi także o finanse: on ma samochód i robi zakupy w tańszych sklepach, bo nasz osiedlowy jest cholernie drogi, on ma wprawę w tanich zakupach i tańszym gotowaniu. Ja też się wprawię, ale mimo wszystko podwójne gotowanie jest drogie.
                                  No i jeszcze nadmienię, że dzieci też potrafią i lubią gotować, to nie byłoby tak, że byłby duży kłopot, ale to nadal nie sprawi, że on się wyniesie, nadal musielibyśmy go znosić, a do tego mieć więcej obowiązków.
                                  Chciałam podziękować za Wasze zaangażowanie w radach, bo niechcący zdominowałam wątek;) Bardzo mi pomagacie:)
                                  • sorvina Re: O zmianach 30.05.14, 13:02
                                    Sebaldo, zdecyduj co jest Twoim celem. Jak masz się przekonać, że potrafisz sobie radzić sama, także finansowo - zarządzać pieniędzmi, jeśli nie zaczniesz tego robić TERAZ - przed wyprowadzką? Tym, że to nie będzie fair, bo mąż nie będzie nic w domu robił i innymi wymówkami możesz zasłaniać się do usranej śmierci za przeproszeniem. Nie robisz tego DLA NIEGO by mu życie ułatwić, ale dla siebie by się przekonać, że potrafisz. Im więcej elementów samodzielnego życia oswoisz, tym mniej Cię będzie ono przerażać. Są w życiu dwie kategorie rzeczy: te które się opłacają i te które warto, nie zawsze się pokrywają. Uczyć się niezależności i zarządzania kasą w Twoich warunkach może się nie opłaca, bo kosztować Cię to będzie więcej, ale warto - bo to inwestycja w siebie. Patrz w dłuższej perspektywie. Inaczej utkniesz w udowadnianiu coś mężowi i przeleci Ci życie.
                                    • triss_merigold6 Re: O zmianach 30.05.14, 13:09
                                      Bilans zysków i strat, po tylu latach czytania Sebaldy uważam, że nigdy się nie wyprowadzi, nie rozwiedzie i do końca życia będzie narzekać i opisywać swoje krzywdy.
                                      Szczerze mówiąc, ja nie mam szacunku dla niedecyzyjności i braku odwagi.
                                      • sebalda Re: O zmianach 30.05.14, 13:36
                                        > Szczerze mówiąc, ja nie mam szacunku dla niedecyzyjności i braku odwagi.
                                        Triss, żebyś Ty wiedziała, jak ja nie mam:( Wcale Ci się nie dziwię (Tobie szczególnie), że masz do mnie taki stosunek, a nie inny.
                                        Ale jak już złożę te papiery, a wierzę, że to się kiedyś stanie, do Ciebie pierwszej napiszę, obiecuję:) I pójdziemy wtedy razem na piwo, dobrze? Strasznie bym chciała Cię poznać, naprawdę:)
                                        • triss_merigold6 Re: O zmianach 30.05.14, 13:53
                                          Dobra.;)
                                          Naprawdę nie ogarniam jak można tkwić w takim, nie wiem jak to ująć, bagnie? marazmie? Ale to co Glam napisała do mnie trafia w 100%, zwykle dość szybko dochodziłam do ściany i zrywałam więzi radykalnie (i mocno bezwzględnie, tak z perspektywy czasu oceniając).
                                  • pade Re: O zmianach 30.05.14, 13:11
                                    Często jest tak, że ludzie dojrzewają do zmiany dopiero po przeżyciu choroby, doznaniu jakiegoś ogromnego cierpienia czy to psychicznego czy fizycznego, albo gdy coś stracili i nie chcą tracić jeszcze więcej. Ty Sebaldo jesteś do swojej sytuacji przyzwyczajona, jest ona dla Ciebie znana i oswojona. Masz z niej pewne korzyści ale też tracisz, jakaś minimalna "równowaga" jest. Żeby zaszła u Ciebie zmiana potrzebowałabyś wstrząsu albo bardzo silnej motywacji. Czy masz takową?
                                    W poście startowym chodziło mi bardziej o zmianę wewnętrzną, czyli wyjście ze schematu, zmiana perspektywy, inna reakcja, większa świadomość, większa wiara w siebie. A to pośrednio przyczynia się do zmian na zewnątrz. No i ta akceptacja. Że mogę mieć doła albo się bać i nic złego się nie dzieje, nie muszę natychmiast poprawiać sobie samopoczucia. Po prostu akceptuję to, że czuję się tak a nie inaczej. Że popełniam błędy, że jestem jaka jestem, czasem dobra, czasem nie bardzo:-) To tak w skrócie, wielkim oczywiście.
                                    Co do lęku. On sam nie przychodzi i sam nie mija. Nakręcamy się zamartwianiem, stresem- przychodzi. Zmieniamy sposób myślenia, oswajamy się z lękiem, działamy - odchodzi.
                                    Czekanie aż sam przejdzie nie ma sensu.
                                    • sebalda Re: O zmianach 30.05.14, 13:33
                                      > Co do lęku. On sam nie przychodzi i sam nie mija. Nakręcamy się zamartwianiem,
                                      > stresem- przychodzi. Zmieniamy sposób myślenia, oswajamy się z lękiem, działamy
                                      > - odchodzi.
                                      > Czekanie aż sam przejdzie nie ma sensu.
                                      No i tu się zapętlam. Brzydzę się sobą z powodu lęków i niemocy, zamartwiam się tym, pogrążam się, nie zmieniam, bo jestem w ciągłym konflikcie z samą sobą. Odpuszczam, akceptuję to, że nie jestem waleczna i dzielna - też źle, bo samo nie przejdzie.
                                      To mam zaakceptować swoje lęki i wtedy się zmienię, czy ich nie akceptować i pracować nad nimi? Dodam, że pracuję, że robię tak, jak tu ktoś opisał znajomą: jeden krok do przodu, dwa do tyłu, dwa do przodu, jeden do tyłu (raz bilans jest dodatni, raz ujemny). Próbuję, robię te małe kroki, a potem znowu dopada mnie lęk i d..pa:(
                                      • triss_merigold6 Re: O zmianach 30.05.14, 14:01
                                        Wyłącz myślenie, zdaj się na instynkt samozachowawczy. Jeśli instynkt podpowiada Ci, żeby spieprzać zostawiając spalone mosty, to zrób to. Kobiety za dużo myślą, za bardzo analizują i same sobie generują lęki rozkminiając każdą decyzję.
                                        • sorvina Re: O zmianach 30.05.14, 14:24
                                          Jak ktoś potrzebuje kopa w zad by przestać się usprawiedliwiać i zacząć działać to polecam książki Larrego Wingeta - w Polsce dostępna jest chyba tylko "Zamknij się, przestań narzekać i zacznij żyć", polecam też te po angielsku - trafnie, choć nie przebierając w słowach rozpracowuje różnego rodzaju wymówki i pokazuje, że tak naprawdę mamy to co wybieramy. Można długo zasłaniać się słabością. Usprawiedliwiać - no taka jestem, co mogę z tym zrobić? Sama się za to nie lubię i karzę i... nic nie robić. Słabość, traktowana jako coś na co nie mamy wpływu też może być wymówką. Przecież można ją przerobić krok po kroku, trzeba tylko chcieć. Trafnie piszą kobitki, że dopóki Sebaldo z kalkulacji wychodzi Ci, że wygodniej nic nie zmieniać, to nic nie zmienisz. Masz prawo, tylko nie ma sensu dorabiać sobie do tego teorię pt. nie potrafię, bo raczej chodzi o to, że nie chcesz. Bo na przestrzeni iluś lat, gdybyś naprawdę chciała, dawno byś się wszystkich potrzebnych Ci umiejętności nauczyła, nawet od zera.
                                          Sorry za brutalność, sama mam jeszcze tematy gdzie się tak bujam i widzę, że nie ma co owijać w bawełnę i robić z siebie ofiarę. Owszem - można przyznać, że nie potrafię tego i tego, bo np. w domu nikt mnie nie nauczył, ale jeśli potem nie robimy nic by się tego nie nauczyć, to pokazuje nasze intencje i wybory. Człowiek zawsze prowadzi jakąś kalkulację, mniej lub bardziej świadomą - może być naiwna - licząc, że przehandlujemy coś za miłość i spokój (co nigdy nie działa na dłuższą metę), ale zawsze owocuje jakimś wyborem. Brak decyzji o zmianie, jest takim wyborem. Zawsze najłatwiej jest unikać odpowiedzialności za swoje życie i przerzucać ją na innych. Ale i tak my jesteśmy odpowiedzialni i ponosimy wszystkie konsekwencje. Dlatego zawsze warto się przełamać i walczyć o swoje dobro. Co wywalczymy to nasze.
                                          • sorvina Re: O zmianach 30.05.14, 14:29
                                            A nie, jest teraz więcej książek do dostania w Polsce: merlin.pl/Larry-Winget/ksiazki/person/1,374034.html
                                            • pade Re: O zmianach 30.05.14, 14:48
                                              Dzięki Sorvino! Kupię tę książkę:-)
                                            • pade Re: O zmianach 05.07.14, 11:07
                                              O wymówkach sporo napisał tez Wayne Dyer w książce Pokochaj siebie. Jestem w trakcie lektury (połowa za mną:) i osobiście uważam, że ta pozycja powinna być na liście lektur obowiązkowych w szkole. Jak tylko skończę przekazuję ją synowi:)
                                              Co prawda tytuł może sugerować typowy poradnik pop-psychologiczny, ale nic bardziej błędnego. Bardzo konkretnie, bez owijania w bawełnę autor pokazuje palcem neurotyczne zachowania i korzyści jakie z nich wynikają. Rozprawia się z "przeszłością", omawia problemy w relacjach, doradza jak się wyzbyć bezużytecznych emocji. To taki skondensowany opis pracy nad poczuciem własnej wartości, a co za tym idzie nad rozwojem własnym. Bo życie to rozwój.
                                      • pade Re: O zmianach 30.05.14, 14:43
                                        No właśnie, akceptacja polega na tym: boję się, nie brzydzę się sobą za to, po prostu przyzwalam sobie na odczuwanie lęku, ale jednocześnie nie zamęczam siebie "a co by było gdybaniem", zmieniam sposób myślenia o sprawie..
                                        Techniki są różne, pozytywne myślenie, wyobrażenie sobie najgorszego scenariusza i opracowanie do niego strategii wyjścia, metoda Kaizen. Dla każdego coś miłego:-) Trzeba tylko chcieć, poszukać metody i wypróbować.
                                        Polecam Ci Sebaldo techniki behawioralne, są takie w książce Pokonaj depesję, stres i lęk Stephena Brier'sa albo W pułapce myśli, jak sobie radzić z depresją, stresem i lękiem Steven C. Haye'sa.
                                • mamrot3 Re: O zmianach 06.07.14, 17:40
                                  Zasadniczą sprawą jest ustalenie swojej hierarchii wartości. Jeśli micha jest w niej na pierwszym miejscu, to zbędne są pozostałe roztrząsania. Należy wtedy zaakceptować zaistniały układ
                                  i uwolnić się od wewnętrznych rozterek. Nikt nie powiedział, że nie da się tak w miarę spokojnie żyć.
                          • differentview Re: O zmianach 07.07.14, 11:32

                            > Zdecydowana większość znanych mi kobiet odeszła znacznie wcześniej, gdy jeszcze
                            > ma się więcej energii, entuzjazmu, nadziei na poprawę, na ułożenie sobie życia.
                            > Właściwie jedyne znane mi przypadki późnego rozwodu z przemocowcem miały miejs
                            > ce wtedy, gdy ten znalazł sobie młodszą kobietę i sam uwolnił ofiarę, a u tej z
                            > drada przelała ostatecznie czarę goryczy i też pomogła się ogarnąć. Obawiam się
                            > jednak, że i na to nie mogę liczyć:(


                            :))))))))))))))) to moze zacznij szukac mezowi kochanki? jak juz znajdziesz to szala goryczy sie przeleje i wtedy "napewno" sie ogarniesz;)))))))))))))
                        • zuzi.1 Re: O zmianach 29.05.14, 00:08
                          Glamourous, pamiętam, że już w 2012 r. pisałas, że jestes na ostatniej prostej do wyjscia z tego związku. Czy trzymają Cię też dzieci? Masz mieszkanie, to się wyprowadź, nie wyprowadzając się zamykasz się na poznanie kogoś ciekawego. Jeśli sie obawiasz, zawsze możesz męzowi powiedziec, że robisz to na próbę np. na pół roku, aby podjąc ostateczną decyzję co Wami dalej. Przez te pół roku zorientujesz się jak wygląda życie samej ze sobą, w nowym mieszkaniu i zadecydujesz ostatecznie. Spróbuj. Najwyżej Cie nie przyjmie z powrotem, jak będziesz chciała wrócic, ale może to i lepiej będzie dla Ciebie ;-)
                        • zuzi.1 Re: O zmianach 29.05.14, 00:14
                          Glamourous napisała:"To nie jest to, ze Cie zrazaja niepowodzenia, to raczej tak jak napisalam wyzej - brak woli walki. Ty po prostu nie lubisz walczyc, mierzyc sie z przeciwnosciami, podejmowac wyzwan, udowadniac czegos sobie oraz innym. Nie masz zaciecia, tego parcia do przodu ani tej upartosci, jaka maja ludzie, ktorzy sami musza sami do czegos dochodzic, o cos walczyc. Nie nauczylas sie tego - skutek wychowania przez nadopiekunczych, rozpieszczajacych i podajacych wszystko na tacy rodzicow. Wiem, bo mam to samo."

                          Myślę, że to bardziej wrodzona cecha charakteru, niż skutek ww. wychowania. Mnie wychowywano w podobny sposób, ale woli walki mam za 3, nigdy się nie poddaję, zawsze prę do przodu i realizuję swoje pomysły, jak mi na czyms zalezy, to jestem uparta jak stado osłów ;-)
                          • zuzi.1 Re: O zmianach 29.05.14, 00:17
                            Sebaldo Ty po prostu musisz cwiczyc sama tą wolę walki, niezaleznosc, samodzielnosc, na przekór wszystkiemu, nawet, gdy Ci się b. nie chce. Masz jasny cel, wyswobodzenie się z niesatysfakcjonującego małżeństwa. Warto cwiczyc charakter, aby to osiągnąc.
                            • pade Re: O zmianach 29.05.14, 11:26
                              Nic nie musi. Może chcieć. Ma wybór.
                              • zuzi.1 Re: O zmianach 29.05.14, 16:46
                                Masz rację pade, nic nie musi, może chcec, dobrze by było dla niej samej, gdyby chciało Jej się chciec ;)
                          • glamourous Re: O zmianach 29.05.14, 15:18
                            zuzi.1 napisała:

                            > jak mi na czyms zalezy, to jes
                            > tem uparta jak stado osłów ;-)

                            Tez tak mam. Nie lubie walki dla samej walki, dla udowadniania sobie czegos, dla samego kopania sie z koniem - nie lubie sie czuc jak zawodnik, ale jezeli juz czegos naprawde chce to ide po trupach. Problem w tym, ze NAPRAWDE musi mi na tym czyms zalezec. A tutaj, w kwestii wyprowadzki, motywacje przez te wszystkie lata mialam, ale taka powierzchowna. Niby chcialam, niby planowalam, niby sie buntowalam - ale w gruncie rzeczy nie chcialo mi sie ruszac z mojego wygodnego grajdolka. Bo finanse, bo wygoda, a tu przeciez trzeba podjac niemale ryzyko i niemaly wysilek...
                            • triss_merigold6 Re: O zmianach 30.05.14, 13:00
                              O rany, sądziłam, że już dawno jesteś po rozwodzie i zostawiłaś tamten związek.
              • aqua48 Re: O zmianach 28.05.14, 16:30
                sebalda napisała:

                > >>Znasz swoje dobre strony, ale czy wierzysz, że całość jest wartościow
                > a i dobra?
                >
                > A znasz kogoś, kto tak uważa? Czyż nie jest tak, że każdy ma dobre i złe strony
                > ? Że wszyscy mamy jakieś słabości?

                Ja lubię moje słabości, one mnie uczłowieczają. Bez nich byłabym cyborgiem :)

                Dawno temu usłyszałam piękne powiedzenie: jeśli wydaje ci się, że na swojej drodze życia napotykasz pluton egzekucyjny wystarczy abyś tylko zmienił kierunek, a stanie się on twoją gwardią honorową. Staram się o tym cały czas pamiętać.
                • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 16:36
                  Powiedzenie cudne, ale z tymi słabościami to się nie zgodzę. Najwyraźniej Twoje nie niszczą Ci życia, moje mi je rujnują:(
                  • aqua48 Re: O zmianach 28.05.14, 16:49
                    sebalda napisała:

                    > Powiedzenie cudne, ale z tymi słabościami to się nie zgodzę. Najwyraźniej Twoje
                    > nie niszczą Ci życia, moje mi je rujnują:(

                    Ja cenię moje życie, i wcale nie uważam go za zrujnowane. Ale ja nie skupiam się na klęskach. One nie są dla mnie interesujące po prostu.
                    • sebalda Re: O zmianach 28.05.14, 23:21
                      > Ja cenię moje życie, i wcale nie uważam go za zrujnowane. Ale ja nie skupiam si
                      > ę na klęskach. One nie są dla mnie interesujące po prostu.

                      Nie no, przecież wiem. Z każdego Twojego postu przebija zadowolenie ze swojego życia. Czasami bardzo Ci zazdroszczę. I zastanawiam się, co tutaj robisz, przecież nie masz takich problemów. Mimo to dobrze je rozumiesz. Czy Ty zaznałaś przemocy w domu rodzinnym, czy miałaś wcześniejszy toksyczny związek?
                      • aqua48 Re: O zmianach 29.05.14, 10:57
                        sebalda napisała:

                        > I zastanawiam się, co tutaj robisz, przec
                        > ież nie masz takich problemów. Mimo to dobrze je rozumiesz. Czy Ty zaznałaś prz
                        > emocy w domu rodzinnym, czy miałaś wcześniejszy toksyczny związek?

                        Nie, na szczęście nic podobnego mnie nie spotkało. Ja mam zdolność obserwacji i wyciągania wniosków oraz dużo znajomych i przyjaciół z rozmaitymi problemami. A ponieważ jestem osobą, której ludzie lubią się zwierzać i pytać o zdanie to czasami próbuję coś sensownego doradzić. Mimo kursu psychologii i pedagogiki na studiach oraz pewnej mądrości płynącej z doświadczenia i wieku jestem jednak laikiem. A doradzanie to bardzo wielka odpowiedzialność, zwłaszcza w tak delikatnej materii jak życie rodzinne. Nawet, albo szczególnie jeśli kogoś zna wiele lat. Łatwo można palnąć jakąś głupotę, albo po prostu zranić kogoś niechcący.
                        Na tym forum uczę się jacy są ludzie, jakie są motory ich działań i jak można patrzeć na sprawy wydałoby się oczywiste z subiektywnego punktu widzenia. Uczę się też wyrozumiałości. Bo bywam i apodyktyczna i emocjonalna mimo iż nad tym pracuję :)
                        Cały czas też staram się pracować nad własnym związkiem, który przecież z latami się zmienia, we własnej rodzinie wchodzę w nowe role - z córki musiałam stać się matką dla ciężko chorej, a potem umierającej Mamy, z matki małych dzieci przedzierzgnęłam się w mgnieniu oka w matkę dorosłych mężczyzn, a w niedalekiej przyszłości zapewne będę po raz pierwszy w życiu teściową i babcią. A to nie jest łatwe i chcę popełnić jak najmniej błędów. Bardzo dużo Wam wszystkim zawdzięczam. Wiele też nauczyłam się od pani Agnieszki - zwłaszcza jej stonowanym i wyważonym opiniom i wnioskom oraz naświetlaniu problemów z nieoczywistego dla mnie punktu widzenia zawdzięczam wiele chwil refleksji. Dziękuję za to wszystko z całego serca.
                      • paulutek Re: O zmianach 09.07.14, 00:20
                        Sebaldo, czytając Twoje posty mam wrażenie,że sama je napisałam bo czuję sie dokladnie jak Ty. Pisałam juz tutaj kilka lat temu i Ty udzielalas sie w moich wątkach, ja Tobie też chyba odpisywałam. Mam podobny problem - mąż stosuje przemoc psychiczną wobec mnie praktycznie od poczatku. Wiadomo jakie jest myslenie kobiety w takiej sytuacji, chcemy myśleć że jednak bedzie dobrze , nie widzimy tego co inni widzą gołym okiem.
                        Dojrzałam do tego żeby męża zostawić - taka ironia losu - to on oświadczył że ma mnie dość ( bo się CIĄGLE czepiam, bo chce żeby pomył naczynia itp.) i daje mi 2,5 tys ( mamy 3 synów) i się ewakuuje ale kiedy emocje opadły czyli za dwa dni - pan wrócił. Przez kilka dni był w domu kiedy mu pasowało a kiedy nie to wychodził , no bo przecież się rozstaliśmy. Kiedy stwierdziłam że nie będzie tak i ma się wynosić - rozwalił pięścią krzesło i pisał sms-y ,że ma raka.
                        Podstawową sprawą jest to,że pije a wtedy ubliża mi, ostatnio nawet mojej rodzinie, używa słów które wstyd tutaj zacytować.
                        W każdym razie ja juz mam dość, wiem że go nie kocham, tyle razy mnie zawiódł i upokorzył,że czara goryczy się przelała a ja niby mam pewność że zasługuję na lepsze zycie a zarazem nie wiem jak wydostać się z tego. Boję się że nie poradzę sobie w kwestii finansów, że zabierze tv, laptopa i inne rzeczy a mnie nie będzie stać na kupno dzieciom takich sprzętów,że nie mam gdzie sie wynieść a on nie chce sie wyprowadzić. Nie pracuję zawodowo bo od siedmiu lat wychowuję dzieci, mieszkanie jest wynajęte. Czuję sie totalnie ugotowana przez swoja głupote, naiwność i brak woli walki.
                        Budze sie i zasypiam z myślami,że nie tak miało być i nie wiem co i jak zrobić żeby to zmienić. Wiem,że nie chcę dla moich dzieci życia w którym alkohol i brak szacunku dla kobiet będą na porządku dziennym.
                        Książkę "Pokochaj siebie" mam na półce od kilku lat a nie potrafię uwierzyć w to,że jeszcze coś się może zmienić,że jestem warta wszystkiego co dobre itd.
                        • pade Re: O zmianach 09.07.14, 09:19
                          Współczuję sytuacji.

                          nie potrafię uwierzyć w t
                          > o,że jeszcze coś się może zmienić,że jestem warta wszystkiego co dobre itd.

                          Tylko, że magiczny dzień, w którym wszystko samo się ułoży, nagle uwierzysz, ze jesteś warta itd nigdy nie nadejdzie.
                          To można osiągnąć jedynie pracą nad sobą.
                          Każdy krok w stronę miłości do samego siebie to sukces. Nawet najmniejszy krok.
                          "Nie od razu Kraków zbudowano":)

                          > Budze sie i zasypiam z myślami,że nie tak miało być i nie wiem co i jak zrobić
                          > żeby to zmienić.
                          Jesli sama naprawdę nie wiesz co robić, to dlaczego nie poszukasz kogoś, kto Ci na początku pomoże, pokieruje Tobą?
                          Odwaga to nie tkwienie w związku z przemocowym człowiekiem, a przyznanie, że nie daje się rady, poszukanie i przyjęcie pomocy.
                          • triss_merigold6 Re: O zmianach 09.07.14, 09:29
                            Super rada, i ktoś niepracującej od 7 lat i bezdomnej kobiecie z trójką dzieci załatwi robotę z niezłą pensją i dach nad głową?
                            Zanim po 20 latach rozmyślań i afirmacji pokocha siebie, niech pani znajdzie pracę dającą elementarną niezależność finansową, zorganizuje dzieciom opiekę instytucjonalną (zależnie od wieku dzieci: żłobek, przedszkole, świetlica w szkole) i skorzysta z terapii dla współuzaleznionych.
                            Najpierw praca i kasa, potem dumanie dlaczego nie jest w związku pięknie, chociaż być powinno.
                            • paulutek Re: O zmianach 09.07.14, 10:07
                              Dzięki za odpowiedzi. Mam na tę chwilę zamiar po wakacjach wziąć się ostro za szukanie pracy, boję się bo już raz podjęłam decyzję o rozstaniu , wyniosłam się do rodziców i nie miałam zamiaru wrócić do męża ( rodzice mieli wtedy duży dom) ale starszy syn bardzo płakał za ojcem i moja mama ze względu na niego zaczęła nam sugerować porozumienie, zgodziłam sie wrócić, przez jakiś czas było ok ale potem wszystko wróciło do normy. Teraz rodzice też deklarują pomoc ale nie wiem co będzie później. Mama choruje i co jakiś czas na miesiąc-dwa ląduje w szpitalu.
                              W międzyczasie przeprowadzili sie do mieszkania w mieście więc są bliżej ale wprowadzić się do nich raczej nie moge.
                              Zawsze bałam się podejmować ryzyko i brakowało mi pewności siebie, do radykalnych cięć niejako posuwały mnie czynniki zewnętrzne a nie moje decyzje i teraz też boję się tego "lepszego nowego". Dużo czytam o motywacji i gdzieś tam pomału nabieram przekonania,że zasługuję na miłość, lepsze traktowanie a za chwilę oblatuje mnie ta niemoc i strach.
                              • pade Re: O zmianach 09.07.14, 11:43
                                Nie wiem gdzie mieszkasz, ale warto się dowiedzieć w Urzędzie Miasta, Gminy, albo najbliższej poradni psychologicznej gdzie są ośrodki oferujące pomoc kobietom doświadczającym przemocy.
                                we Wrocławiu jest np to:
                                www.kampaniaprzemoc.pl/
                                www.psychotekst.pl/strona.php?nr=6
                                Tu masz czat ze specjalistą:
                                www.psychotekst.pl/strona.php?nr=2
                                Może ma informacje jak wygląda pomoc w Twoim mieście.
                            • pade Re: O zmianach 09.07.14, 11:35
                              To nie rada, tylko komentarz. Nie chodziło mi o żadne dumanie. Jak zwykle mnie nie zrozumiałaś.
                  • pade Re: O zmianach 28.05.14, 16:56
                    To nie one Ci to robią, tylko Ty im ulegasz. Słabościom swym:-)

                    Co do odpowiedzialności jeszcze. Sebaldo, odpowiadasz za swoje wybory i Ty ponosisz ich konsekwencje. Jeśli nie rozwiodłaś się z mężem, to znaczy, że podjęłaś taką decyzję. Brak działania to też decyzja, o zaniechaniu go. Za każdym razem, kiedy czegoś nie robisz, to jest Twoja decyzja i za to warto wziąć odpowiedzialność.
                    Co do lęku. Nie ma ludzi, którzy się nie boją. Lęk mamy wdrukowany w życie. Tylko jedni nie poddają się mu i działają mimo lęku a inni siedzą i czekają aż przejdzie. Otóż nie przejdzie.
                    Nie bój się bać i zrób co masz zrobić.
                    Za każdym razem, kiedy będziesz robiła coś nowego, będziesz się bać. Tak, jak ja i inni.
                    Odwaga to robienie tego, czego się boimy pomimo lęku.
                    • danaide Re: O zmianach 29.05.14, 23:59
                      A ja myślę, że lęk może złagodnieć, może odejść. Działanie pomimo lęku - nie zalecałabym. Zmiana myślenia, znalezienie źródła wiary w siebie, w życie, wzmacniającego nasze poczucie bezpieczeństwa, mogą przekształcić lęk.
                      Choćby najbardziej absurdalnego. Coś jak amulet. Tyle że niematerialnego, bo amulety się gubią;)
                      • danaide Re: O zmianach 30.05.14, 00:00
                        Być może skręcam w stronę myślenia magicznego, ale to właśnie myślenie magiczne jest czymś co pozwala przetrwać ludziom z zaburzonym poczuciem bezpieczeństwa.
                      • zuzi.1 Re: O zmianach 30.05.14, 11:16
                        Mysle danaide,ze znowu masz racje, najpierw sebalda powinna sie uporac ze swoimi lekami roznymi metodami np ksiaxki kiedys pade cos fajbego polecala nt walki z lekiem, mozna sprobowac terapii itp. a dopiero po uporaniu sie zsilnymi lekami bedzie mogla skupic sie na dzialaniu, te leki jak na razie blokuja ruchy, to nie wygodnictwo i lenistwo stoi na przeszkodzie do dzialania ale leki i wyuczona bezradnosc.
                        • pade Re: O zmianach 05.07.14, 11:17
                          Nie, nie. Leczyć to się leczy nerwicę lękową, albo fobie. Lęk nasilony ale zmienny w sensie taki, który występuje w sytuacjach niekomfortowych, nowych, niepewnych, nie jest do leczenia, jest do pokonania. Własnym wysiłkiem, zmianą myśli, nastawienia, próbowaniem.
                          Fobie również leczy się poprzez kontakt pacjenta z przedmiotem fobii poprzez "wygaszanie".
                          Nie ma takiej opcji: jak sobie posiedzę cichutko, w spokoju, to mi przejdzie. Wręcz przeciwnie, jeszcze się nasili. Unikanie tego co wywołuje lęk, zwiększa go, a nie zmniejsza.
        • pade Re: O zmianach 28.05.14, 12:59
          Dokładnie o to chodzi Sorvina:)
          dziękuję, że się tym podzieliłaś:)
          • paris-texas-warsaw Re: O zmianach 05.07.14, 15:58
            Na chwilę obecną to myślę, że do pozytywnych zmian potrzebna jest świadomość, czego się chce i z czego wynikają te pragnienia by nie działać pod wpływem lęku, ale realizować swoje autonomiczne cele. Do zmian potrzebna jest też wiara w siebie i wiara w ludzi. Takim ekstremalnym przykładem wiary w siebie - że poradzę sobie w każdej sytuacji i wiary w ludzi - że pomogą mi, gdy pomoc będzie potrzebna, są życiowe ścieżki wielu mnichów z Zachodu i Wschodu, którzy mając kilka przedmiotów wędrują zdając się na pomoc spotkanych ludzi. Potrzebna do zmian jest też przestrzeń. Stąd dobrze "robią" wszelkie podróże i pozbywanie się przedmiotów, też zmiana jakiejś rutyny i zawsze spotkania i rozmowy z ludźmi. Pozbywanie się rzeczy materialnych to też dobry sprawdzian a pewnie i ćwiczenie odwagi, można obserwować na ile przywiązanie i różne lęki trzymają nas w jakimś miejscu fizycznym bądź mentalnym.
            • pade Re: O zmianach 05.07.14, 17:25
              Dokładnie.
              Dobrze Cię widzieć Paris:)
              • paris-texas-warsaw Re: O zmianach 06.07.14, 21:39
                Ciebie Pade też miło "widzieć":)

                Ten proces opisany we wstępie w alegoryczny sposób przedstawiony jest w jakimś zakresie w bajce Disneya "Kraina lodu", rodzice małych dzieci na pewno znają:) Tam akurat pokazane jest jak akceptacja własnych mocy, które bywają też ograniczeniami jest początkiem panowania nad nimi. W filmie pokazane jest jak siła może siać destrukcję lub być mocą sprawczą w zależności od umiejętności panowania nad nią, gdzie początkiem świadomego panowania jest akceptacja i ujawnienie jej innym ludziom. Piosenka "Mam tę moc" dotyczy tego przełomu, po angielsku "Let it go" wskazuje na inny aspekt akceptacji - może bardziej poddanie się tej sile i zaprzestanie zwalczania jej.
                Dla wszystkich zmęczonych dzisiejszym upałem, moja ulubiona wersja "cover":
                www.youtube.com/watch?v=0zNvFLEPmxE
                Zmiany to w ogóle ogromny temat, zmiany nie są czasem łatwe, bo mogą wybić z komfortu, bo zawsze jest element niewiadomej, wie to każdy, kto chce w końcu zamówić inny smak lodów niż zazwyczaj, wiedzą też rzesze turystów na innych kontynentach decydujących się na McDonaldsa:)
                • pade Re: O zmianach 06.07.14, 22:44
                  rany, nie poznaję Cię, zero chaosu!:)
                  nie znam tej bajki, mam za duże dzieci, ale zapoznam się:)
    • ola_dom Re: O zmianach 22.07.14, 10:00
      jakubstrzelecki napisał(a):

      Chłopie, ile można!
      Naprawdę wierzysz, że takim spamowaniem kogokolwiek do czegokolwiek zachęcisz?
      • margaretka248 Do pade 22.07.14, 10:34
        Ciężko o jakiekolwiek zmiany. Czuje się nikim, jestem zbyt słaba by coś zmienić. Bardziej bezsilna bo nie wiem co robić. jak działać by zmienić. Moja miłość mnie po prostu rani ( mąż), Czuję się mało atrakcyjna, chociaż bardzo bym chciała schudnąć dla niego i dla siebie.
        • pade Re: Do pade 22.07.14, 10:51
          Na razie odłóż na bok męża, miłość itp. Idź do psychologa, po prostu. Mieszkasz w duzym mieście więc na pewno jest u Was poradnia zdrowia psychicznego, w której przyjmują na NFZ (pewnie będziesz musiała trochę poczekać, ale nie zrażaj się tym). Idź do psychologa i popros o pomoc. To jedyne, co możesz i powinnaś dla siebie zrobić.
          tu masz listę, bierz telefon i dzwoń, teraz:
          konstelacjalwa.home.pl/klew/pl.lista_osrodkow.html
          • pade Re: Do pade 22.07.14, 10:55
            a tu możesz iść z marszu:
            www.probono-krakow.pl/index1.php?kontakt,2
            • margaretka248 Re: Do pade 22.07.14, 11:49
              Dziękuję pade, na pewno skorzystam z fundacji pro bono
              • paulutek Re: Do pade 20.04.17, 08:38
                Witajcie.
                Długo mnie nie było ale wątek o zmianach więc napiszę o zmianach w moim życiu. W 2015 doszło do sytuacji,po której założyłam mężowi NB, wyprowadził się, wrócił po 2 tyg z obietnicą poprawy, poprawa była ale na chwilę. W grudniu tegoż roku wylądowaliśmy na terapii małż,to było jedno spotkanie ,mąż się tam nie widział. Konflikty trwały,w maju 2016 wyprowadził się ponownie,tzn został wygoniony,ja zaczęłam uczęszczać na super grupę ,na którą chodzę do dziś.Bardzo mi to pomogło,4 miesiące trwało jego wygnanie,we wrześniu wrócił z wielkim planem zmian (terapia AA,terapia małżeńska,więcej zaangażowania w dom,ograniczenie picia(to było bez sensu bo albo pije albo nie pije a nie jakieś tam ograniczanie)).
                We wrześniu wrócił do domu,początek był wspaniały ale trwał krótko.W grudniu podpisaliśmy ugodę u mediatora w sprawie alimentów, w Święta wyzwał mnie przy dziecku,oczywiście był pijany.W styczniu kolejna wyprowadzka. W lutym poszłam do adwokata i 30 maja mam pierwszą rozprawę. Mąż nadal się miota jak dziecko,chciał mi utrzeć nosa,ponaglał do rozwodu a kiedy dostał wezwanie postanowił zawalczyć ale ja już mu nie uwierzę, uwierzyłam w siebie i wiem,że wszystko się ułoży.
                Najważniejsze,że dzieci to zniosly w mojej ocenie bardzo dobrze,przekonały się o tym jaki jest tata,kiedy odmawiał wielokrotnie wzięcia ich do siebie. Teraz utrzymuje z nimi kontakt ale na moją prośbę,kiedy muszę gdzieś z którymś synem iść itp, sam ani razu nie wpadł na to żeby ich wziąć gdziekolwiek.
                Kilka lat to trwało,może o kilka lat za długo,ale widocznie teraz jest ten czas,wiem że zrobiłam wszystko,on psuł a ja chciałam naprawiać. Wiem,że warto walczyć o siebie,o szczęście bo każdy jest tego wart,jeszcze sporo pracy przede mną ale mam za sobą rodzinę,przyjaciół i się nie poddam. Pozdrawiam i dziękuję wszystkim za wsparcie.
                • pade Re: Do pade 22.04.17, 18:54
                  super:)!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka