nie_wiem_co_dalej
19.12.14, 09:02
Witam się serdecznie.
Zastanawiałam się, czy napisać o swoim problemie tutaj czy też na jednym z for ciążowych - jednak zdecydowałam się tutaj, liczę na być może trochę bardziej chłodne spojrzenie na sprawę i poradę... Spróbuję szybko nakreślić moją sytuację.
Mam 26 lat, męża po 30stce, jesteśmy 2 lata po ślubie. Wcześniej znaliśmy się 4 lata. No i jestem w ciąży. Obecnie kończę dopiero pierwszy trymestr. To moja pierwsza ciąża. Oboje pracujemy na etacie, ja w swojej firmie już 7 lat, mam swoją pozycję, awansowałam, zarabiam nieźle. Mąż gorzej, ale generalnie nasza syt. finansowa jest spoko. Mamy swoje mieszkanie. Od jakiegoś czasu zaczęły się rozmowy na temat dziecka. Oboje chcieliśmy, ja nie byłam jednak zdecydowana czy to jest teraz ten dobry czas. Jednakże mąż namawiał mnie, abyśmy spróbowali. Że teraz jest idealnie, że nigdy w sumie nie ma dobrego czasu na dziecko. We mnie się budził instynkt macierzyński i generalnie stwierdziłam - w sumie racja. Mąż był dość zaangażowany w "starania". Ochoczo łykał specjalne witaminy dla mężczyzn, gdy ginekolog zalecił zbadanie nasienia - nie było z tym problemu, żeby wykonał to badanie (wiem, że niektorzy mężczyźni mają z tym opory). Rozmawialiśmy o ewentualnej ciaży i generalnie widać było, że mu zależy. Bach - na drugi miesiąc po odstawieniu antykoncepcji ujrzałam dwie kreski na teście ciążowym.
No i teraz zaczyna się coś, czego ja wyjaśnić nie potrafię do końca. A może po prostu jest tak jak mój mąż stwierdził - że cytuję: "mój mały mózg nieogarnia tego, o co mu chodzi".
Gdy tylko powiedziałam mu o tych dwóch kreskach. Po prostu się uśmiechnął. Ja byłam początkowo w szoku, że się udało. Na co mój mąż uraczył mnie w godzinę po tej wspaniałej wiadomości tekstem... jak dla mnie niezrozumiałym.... "nie ciesz się tak, poronisz za tydzień i będzie dół".... Mnie zamurowało.. ja wiem, że poronienia się zdarzają, nie jestem głupia, nie zaczęłam turlać się po podłodze ze szczęścia i roztaczać wizji naszej dwójki z rumianym bobaskiem ze względu na to, że zobaczyłam pozytywny wynik testu - bez przesady. Po prostu byłam szczęśliwa. A mimo to - taki tekst.... Czy to jest to, co kobieta, która się właśnie dowiedziała o tym ,że zaszła chce usłyszeć... "poronisz za tydzień, wiec się tak nie ciesz". Nie chce mówić jak wyglądał ten dzien do końca. Oczywiście awantura, mój płacz, niedowierzanie - ze jak on może. Obraziłam się, nie odzywałam. On się potem tłumaczyl, że to przecież - dla mojego dobra. Że lepiej się "pozytywnie zaskoczyć". Ale nie usłyszalam słowa przepraszam..... Stwierdzilam... po pewnym czasie - może faktycznie... bał się cieszyć. Nie wiem sama.. Może tak po prostu powiedział - niefortunnie i nietaktownie. Po pewnym czasie przeszłam z tym do porządku dziennego. Ale faktycznie.. jakiś taki strach pozostał. O ciaży nikomu nie poweidzialam... Przestalam z nim rozmawiać na temat ciąży i tak dalej. On czasem zaczynał ten temat typu: zaczynał gadać do psa naszego "jak dzidziuś się urodzi to to, to tamto".... taaa zaczął wózki przeglądać i mówić mi jak przemaluje pokój. Ja natomiast po tym wszystkim jakoś straciłąm ochotę na oglądanie ciążowych stron, zabawek ani wyposażenia. Stwierdziłam, że faktycznie - jest za wczesnie by się cieszyć.
No ale na szczęście - nie "poronilam po tygodniu".
I teraz zaczyna się clue programu. Przez wymioty "schudłam" kilogram - piszę w cudzysłowiu, bo wiem, że to co najwyżej woda ze mnie zeszła. Od początku ciąży ważę się co tydizeń i jak na razie mam cały czas wagę taką jak na początku. Staram się nie objadać i odżywiać zdrowo ale zdarza mi się zjeść coś słodkiego czy coś "niezdrowego". Jem małe porcje, ale często - bo to po prostu sprawia, że nie mam mdłości. Chodzę do pracy, jak wracam spaceruję z psem godzinę i o godz. 17 jem pierwszy ciepły posiłek. Potem, wieczorem znowu ok. godzinny spacer z psem.
Generalnie moje ciało się powoli zmienia - to nieuniknione. Powiększyły mi się piersi, zaczął powoli odznaczać się brzuszek. Ale jak na razie nikt o ciaży nie wie i nikt chyba nie podejrzewa bo po prostu jeszcze tego nie widać.
Natomiast mój mąż zaczął mieć nagle obsesje na punkcie mojej wagi i mojej figury.... Oczywiście wszystko tłumaczy to również swoją "troską" o mnie i o moje przyszłe samopoczucie po porodzie (na pewno jak urodzę swoje pierwsze dziecko to najważniejsza dla mnie będzie moja figura taaaaaaaaaaaaa). Jak zjem sobei coś o tej 17 to potem np. koło 20 zaczynam być głodna. Niewielką kolację... kanapkę... kawałek chleba - mój mąż patrzy na mnie z wielką dezaprobatą... Twierdzi, że on nie wie jak można jeść po 18stej. Że się roztyję przez to... Jak zjem kawałek czekolady - to zaczyna mi gadać, że teraz obżeram się słodyczami, a potem będę żałować i że on nie będzie "wysłuchiwać potem moich żalów". Gdzieś wyczytał czy usłyszał, że w ciąży to można przytyć maksymalnie 12 kilo i powinnam mieć to na uwadze. Że jego siostra to przytyła 19 kilo i do tej pory "został jej brzuch" i że on widzi, jak jej z tym niedobrze. Twierdzi, że nie odżywiam się odpowiednio. Po moich zakupach stwierdził, że "nakupiłam syfu" po którym się jedynie roztyję itd. Wczoraj natomiast..... wieczorem... miałam mega ochotę na małe lody. Z każdą łyżeczką braną do ust mój mąż przyglądał mi się z coraz to większą odrazą. Na koniec - stwierdził cedząc przez zęby, czy nie uważam, że coś za szybko przybieram na wadze? (jak mówię - waga ani drgnie od dnia rozpoczęcia "starań")...jak mu o tym powiedziałam.. że nie... nie uważam. Że moja waga się nie zmienia. Stwierdził, że na pewno klamię, że on widzi jakie mi się zrobiły okrągłe policzki "jak u chomika" - buahahaha teraz jak to piszę to aż mi się chce śmiać...
No i generalnie - coś we mnie pękło. Ja nie wiem.. Czy on specjalnie chce mi dowalić. Sprawić, bym się źle poczuła źle we własnym ciele? Nie iwem... żeby moja ciąża to były obsesyjne myśli na temat tego, że "stracę figurę"??? Jeszcze zebym faktycznie przez te 3 miesiace z 3 kilo przytyła. Żebym siedziala w domu na dupie na l4 i tylko się obżerała. Ale to nie ma miejsca. Nadal jestem aktywna tak jak wcześniej. On traktuje mnie tak, jakbym nagle zrobiła się jakimś monstrum. A naprawdę - tej ciąży JESZCZE nie widać.
Co będzie jak zacznie mi się powiększać brzuch, puchnąć nogi? Jak pojawią mi się rozstępy? Co jeśli faktycznie waga mi wzrośnie nawet i kurna do tych 20 kilo? Jak będę miała np. wielowodzie i będę wyglądała jak bambaryła? To co będzie wtedy, skoro już TERAZ dla niego moje zaczynące się zmieniać ciało jest aż takim problemem> Zapytałam się go oto wczoraj. Ale oczywiście - nooooooo on nie wie o co mi chodzi.....czy ze mną nie można NORMALNIE porozmawiać??? Powiedzialam mu, że w takim razie NIE - nie mam ochoty rozmawiać z nim na temat mojego ciała. Nie potrzebuje jego dobrych rad, uwag. Ma się generalnie od tego odczepić.....A dzisiaj...... dzisiaj rano był obrażony :) bo on przecież - on to wszystko mówi dla mojego dobra. Żebym nie miała depresji poporodowej :) A ja taka niewdzięczna, głupia psycholka z którą nie można porozmawiać.
Jest to dla mnie tak bardzo dziwne... ta jego przesada w związku z moją ciążą i moim wygldem. Tym bardziej, że nigdy wcześniej nie zwracał uwagi na moją figurę. Jakoś nigdy nie czynił mi uwag. Nie przytyłam przez te 6 lat jakos drastycznie. Zdarzało mi się schudnąć 8 kilo to wręcz prosił mnie bym "skończyła z tym odchudzaniem" bo zaczynam źle wyglądać. Nie jestem typem szczupaka. Noszę rozmiar 40. Mam 170 cm wzrostu. Wiem, że nie mam idealnej figury ale jakoś mnie to nigdy jakoś nie obchodziło. Tzn – obchodziło. W wieku 14 lat miałam powiedzmy „epizod” z anoreksją. Przy 168 cm wzrostu ważyłam 38 kilo. Ale jakoś udało mi się z tego wyjść. Z mojej choroby wyciągnęłam pewne wnioski… Które zresztą zapisałam w pamiętniku, który podczas choroby prowadziłam – wnioski były smutne. Że co z tego że schudłam. Zrobiłam to co chciałam. Ale ja nadal nie jestem szczęśliwa. Myślałąm, że chudość = szczęście. Ale nagle okazało s