akn82
18.03.18, 12:08
Odbyłam dziś z mężem dużą awanturę.
Mąż twierdzi, że go nie akceptuję, dołuję, wbijam szpile i gnębię. A on chce i chciał dla nas wszystkich tylko dobrze i robił co mógł by nas wspierać. Ja widzę tylko czubek własnego nosa i nie umiem docenić tych wszystkich pozytywnych cech które w sobie ma.
Ale do rzeczy:
Poszło o codzienność.
Ja w 100% ogarniam pranie i to co z nim związane, wywiadówki, lekarzy dzieci (4,5 i 8 lat) sprawy formale i urzędowe. Sprzątanie wieczorne mieszkania głównie z mojej inicjatywy. Weekendowe sprzątanie tylko ja, okna tylko ja. Śmieci tylko ja. Samochód i wszystko co z nim związane - tylko ja. Wyjazdy weekendowe ogarniam ja. Mąż rzadko chce gdziekolwiek jeździć (jest introwertykiem, nie lubi Polaków, jest obcokrajowcem). Sprzątam kuchnię, zmieniam pościel, ścielę łóżka, wstaję rano do dzieci.
Nieco rzadziej robię zakupy i średnio 3 dni w tyg gotuję.
Tylko ja pracuję zawodowo.
Mąż - zaprowadza dzieci z i do szkoły. Jest z nimi w domu do czasu kiedy wrócę z pracy. W większości robi zakupy, często gotuje. Czasem coś tam w domu ogarnie. Moim zdaniem nie jest to ani systematyczne ani kompleksowe. Teraz wziął się z 3 już biznes. Oczekuje ode mnie wsparcia, a ja: "nawet jak kilka dni jestem wspierająca emocjonalnie to i tak za parę dni mu dowalę jakimś tekstem."
Doszłam do wniosku, ze ma facet rację. Mimo wielkiej miłości i zapatrzenia w niego nigdy w 100% go nie akceptowałam. Zawsze drażnił mnie jego syf i brak chęci życia w schludnym miejscu. Irytował brak aktywności zawodowej oraz towarzyskiej, wycofanie. Zupełnie się nie połapałam, kiedy miał depresję po przyjeżdzie do Polski.
Chciałabym by po położeniu dzieci spać, zamiast siadać na kanapie z komórką zajął się sprzątaniem kuchni, kociej kuwety itp. Nie chcę więcej słyszeć , że 21 to za późno i że jest zmęczony. Nie chcę być animatorką życia rodzinnego ani public speaker. A takie role pełnię, bo mąż się usuwa z życia towarzyskiego i konfrontacji z Polakami, których nie lubi.
Jestem rozgoryczona, bo byłam w nim bardzo zakochana. Stąd próby akceptacji tych wszelkich niedogodności, o których mowa powyżej.
Teraz wiem, że nie jestem w stanie i nie chcę mieszkać w nieładzie, ani nosić spodni w rodzinie. I wybucham.
On też ma do mnie, żal że go nie ostrzegłam, że Polska to taki zapyziały kraj przed przyjazdem.
Oczywiście wiele razy nosiłam się z zamiarem odejścia. Teraz także, ale to co mnie powstrzymuje to:
- sama jestem z popapranej rodziny. Nie mam gwarancji, że kolejny partner będzie lepszy, jeśli w ogóle jakiś będzie
- to co mówi o moim zachowaniu mąż, to to samo co czułam w domu rodzinnym ze strony mojej mamy (Różnica tylko taka, że ja wypełniałam społeczne role i oczekiwania wobec nastolatki/młodego dorosłego, a mój mąż w małym stopniu)
- waham się, bo jeśli go zostawię to będę miała poczucie, że wystawiłam "stary mebel na śmietnik"
W zasadzie nie wiem czego od Was oczekuję, chyba bardziej chciałam to wszystko z siebie wyrzucić. Ale jeśli macie jakieś konstruktywne wnioski to chętnie przeczytam.
P.S. Oboje jesteśmy po osobnych terapiach.