anna-sara
03.03.08, 15:21
Ślub już za 4 miesiące a mnie coraz ciężej. Poznali się w liceum a
ponownie spotkali po kilku latach. Pokochali się. Po kilku
miesiącach okazało się, że rodzice chłopaka nie chcą żeby spotykał
się z moją córką. Zabronili mu kontaktów, śledzili gdzie jedzie,
gdzie parkuje samochód, podobno robili awantury. Było mi przykro bo
chodziło przecież o moje dziecko, które naprawdę udało mi sie dobrze
wychować. Dziewczyna jest wartościowym człowiekiem, dobra, porządna,
inteligentna, ładna, lubi dom. W ubiegłym roku skończyła poważne
studia na dobrej państwowej uczelni. Po następnych kilku miesiącach,
w ciągu których młodzi ukrywali swoje spotkania okazało się, że
niechęć rodziców nie tyle dotyczy mojej córki, co każdej dziewczyny,
z którą spotykałby się ich syn. Uważali, że jest za młody na poważny
związek. Ojciec podobno sugerował nawet żeby chłopak pospotykał się
trochę z innymi dziewczynami (chyba dla porównania) i zyskał jakies
doświadczenie. To wszystko wiem od córki, która rozżalona opowiadała
co z kolei w chwilach załamania opowiadał jej chłopak. W pewnym
momencie rodzice doszli do wniosku, że nie dadzą rady ich rozdzielic
i dali spokój. Córka znowu zaczęła bywać w ich domu, już legalnie a
przed dwoma laty chłopak poprosił ją o rękę i postanowili się
pobrać. Tamci rodzice nalegali, żeby ślub odbył się jeszcze w tym
samym roku ale córka chciala najpierw spokojnie skończyć studia więc
okres narzeczeństwa będzie trwal ponad dwa lata. Zaraz po ich
zaręczynach rodzice zaprosili nas do siebie. Uważali, że powinniśmy
się poznać, porozmawiać. Nie czekali do dnia oficjalnych zaręczyn,
których data była ustalona wcześniej. Poszliśmy, byli bardzo mili,
gościnni. Potem były uroczyste zaręczyny, potem zostaliśmy
zaproszeni na imieniny, potem oni przyszli do nas, potem znów my do
nich...jednym słowem sielanka, tylko pozazdrościc takich poprawnych
stosunków ale...ja nie mogę! Cały czas mam w sobie żal za tamto. Nie
wiem nawet czy oni są świadomi faktu, że my wiemy o wszystkim, że
ich syn wszystko powtarzał! Nie przekonuje mnie to, że moja córka
(teraz) ma w tym domu "wysokie notowania", że jest szanowana, lubiana
(?) i nazywana synową. Boję się. Nawet nie moge powiedzieć, że w ich
obecnym zachowaniu wyczuwam fałsz, to nie tak ale boję się. Jest
jeszcze coś. My jesteśmy przeciętną rodziną. Oboje mamy wyższe
wykształcenie, dobrą pracę, dwoje dzieci ale żadnego w zasadzie
majątku. Nasz majątek to dobrze wychowane, wykształcone i dobre
dzieci a z dóbr doczesnych to co ma każdy po przepracowaniu wielu
lat: własnościowe mieszkanie, samochód, działka, malutka rezerwa na
koncie. Oni to ludzie zamożni ponad przeciętną. Posiadają sporo i
boję sie czy czasami nie myśla, że moja córka czyha na ich majątek.
Do chłopaka nic nie mam. Jest dobry, porządny i chyba kocha moją
córkę prawdziwie. Jednocześnie wiem, że rodzina dużo dla niego
znaczy i ja mu jej nie zastąpię gdyby coś im odbiło w przyszłości.
My z mężem przy spotkaniach zachowujemy sie normalnie tzn.
poprawnie, nigdy nie staraliśmy sie powracać do przeszłości, nie
było żadnych pytań. Po prostu nie chcemy nic popsuć naszemu dziecku.
Niedługo znów będą imieniny w tamtym domy, na które już jesteśmy
zaproszeni. Potem ślub i wesele, potem młodzi zamieszkają w
mieszkaniu, które już podarowali im tamci rodzice a my pomagamy
trochę zagospodarować. Nie mogę sobie z tym wszystkim dać rady, nie
bardzo nawet chcę rozmawiać o tym z mężem, żeby nie rozbudzac w nim
emocji bo wiem, że myśli podobnie jak ja. Co Wy na to? Jak widzicie
taką sytuację? Jak ja mam to wszystko przetrwać żeby nigdy z niczym
nie wyskoczyć?