elka323
27.03.08, 11:39
Wdowa ze wsi-chyba tak mogę najlepiej się przedstawic.Jestem tu od
paru dni,ale i po przeczytaniu waszych postów widzę , że wiekszośc z
was mieszka w miastach.A bycie wdową na wsi jest dużo trudniejsze-tu
nadal funkcjonują stereotypy,nadal jestesmy kastą tych
gorszych,których należy raczej unikac,a przynajmniej uważac na
nie.Bo z wdowa to nigdy nie wiadomo,nie ma męża,wiec na pewno rzuci
się na pierwszego napotkanego meżczyzne,a co będzie ,jesli to bedzie
mój mąż?To wcale nie dowcip,sama to przerabialam.Mąż nie żyje od 5
lat,zmarł w nie wyjasnionych okolicznosciach i od tego czsu zyję z
boku reszty wiejskiej społeczności.Mój swiat to 3 synó-25,20 i 14
lat.Mam znajomych, owszem,ale od śmierci męza nie bylam na zadnym
spotkaniu w mieszanym gronie,bo niestety, żony boja się o
mężów.Rozumiałabym, gdybym była młoda,zgrabna,ładna,ale ja,48-latka?
Z trojką dzieci?No i popelniłam jeszcze 2 grzechy:nie stałam się
dewotką,nie latam po kosciołach i daje sobie radę w zyciu bez
męza.Ludzie widza tylko to,że mamy z czego zyc,remontujemy
dom,dzieci dobrze sie uczą,nie chodzę i nie płaczę,jak to mi
cieżko.A to jest niewybaczalne, no bo jak to,pelne rodziny nie daja
sobie rady, a ona sobie radzi.Tylko nikt nie wie,ile mnie to
kosztuje zdrowia,nerwów,wysiłku i cięzkiej pracy.Prawie co roku jadę
nie na urlop,tylko do pracy za granica i zostawiam dzieci same na 3-
4 miesiace.Na szczeście radzą sobie dobrze i nigdy nie miałam
żadnych problemów po powrocie,ale taka rozłaka kosztuje dużo
nerwow.A tu jest tylko zazdrośc,że znowu jej się udało.Przyznaję ,z
poczatku strasznie się tym glupim ludzkim gadaniem przejmowalam,ale
w końcu się wsciekłami ,kilku osobom powiedzialam-zyję tak ,jak jest
mi dobrze i tak robię,a wam wara ode mnie,nie podoba się ,to nie
patrz.Teraz mam trochę spokoju,ale niech tylko coś kupię albo zacznę
jakiś remont,to tutejsze dewoty ruszą do ataku.Tylko ze ja jestem
już odporniejsza.Mam jeszcze dużo do zrobienia,dużo marzeń,a
najwięcej tych z gatunku "ściętej glowy"Zdaję sobie sprawe ,że
większości nie zrealizuję,ale co tam,może chociaz kilka,takich
niedużych.Dzieci dorastaja,nie bede im juz tak potrzebna,więc czsem
marze,aby spróbowac ulożyc sobie zycie od nowa,ale jestem za dużą
realistką,i raczej nie mam już nadziei.Gdybym mieszkała w miescie,to
może, ale tu ....Niestety, wies to ciagle jeszcze inny swiat,nawet
dostęp do internetu nie jest prosty.Po śmierci męża bylam w szoku
bardzo długo, potrzebowałam pomocy psychologa ,psychitry a skonczyło
sie na lekarzu rodzinnym, bo nie było sposobu dostac sie do
specyjalisty.Za to zawzielam się i wywalczyłam w sądzie odprawe
pośmiertną od pracodawcy meza.Na szczescie rentę rodzinną dostalam
bez problemu,i do tego "ogromną " 900 zl na 4 osoby.Po otrzymaniu
tej renty usłyszalam najokrutniejsze chyba w życiu słowa od "dobrej"
kolezanki-tobie to teraz dobrze,masz rentę,tylko życ ,nie
umierac.Marze jeszcze,aby znalezc prace gdzies w okolicy za jakies
ludzkie pieniadze.Bo perspektywa jest taka:albo praca pod Wroclawiem
i 80 km dojazdu w jedna strone,albo w okolicy za 600-700 zł.Bo jeśli
nie, to znowu wyjazd za granicę,a tego mam juz dośc.Strasznie się
rozpisałam,może komuś będzie się chciało to przeczytac.Miało byc
bardziej optymistycznie ale jak zwykle,rzeczywistośc wzięła
górę.Bardzo się cieszę,że znalazłam to forum,bo w waszych postach
było wszystko to ,co i ja przezyłam, i co nadal do mnie wraca mimo
uplywu lat.Teraz wiem,że to co sie ze mną dzialo bylo normalne i
wcale nie oznaczalo, że warjuje.Pozdrawiam wszystkich i postaram się
od czasu do czasu odezwac.