Dodaj do ulubionych

Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka..

07.05.08, 10:16
Pisałam kiedyś o uzależnieniu męża od gier komputerowych, po odpowiedzi pani
psycholog przemyślałam historię naszego związku.
Rzeczywiście mąż miał zawsze skłonności do bycia introwertykiem, nie
potrzebował tyle bliskości co ja, nie miał podobnych do mnie zainteresowań i
pragnień.Miałam wrażenie, że zachowuje zawsze dużo rezerwy. Jest wrażliwym i
dobrym człowiekiem, połączyła nas miłość.
I teraz zaczynają się schody.. Sama miłość nie wystarcza(?)..Marzę o
podróżach, o przegadanych nocach, bliskości, wspólnym gotowaniu, planowaniu
przyszłości, jakimś domowym zwierzaku ale mąż nie ma takich potrzeb.
Nie chce również przyjąć do wiadomości, że bolą mnie te wieczory spędzane obok
niego, bo jak rozmawiać z człowiekiem tak zaangażowanym w grę, że nie słyszy
co mówię.Mam wrażenie, że nie mamy już o czym rozmawiać.. Często czuję się
zwyczajnie samotna.
Mąż twierdzi, że mam wyidealizowany obraz związku i że wszyscy tak żyją, że za
dużo narzekam. Już sama nie wiem, czy tak jest na prawdę, może taki mam
charakter, że nie potrafię docenić tego co mam (deklaracje miłości męża,
bezpieczeństwo finansowe)?Może chciałabym go przywłaszczyć, zbyt omotać? A
może za szybko i zbyt pochopnie podjęłam decyzję o małżeństwie?...
Nie chę odchodzić od męża z powodu gier komputerowaych, bo bardzo go kocham
ale jednocześnie czuję się niespełniona w naszym związku, boję się, że moje
życie będzie tak wyglądało już do końca: poprawne obcowanie, powierzchowne
porozumienie.

Wiem, że nikt nie będzie w stanie rozwiać moich wątpliwości ale pisanie to też
forma terapii, a może ktoś ma lub miał podobne przeżycia i przemyślenia,
chętnie poznam wasze opinie.
Obserwuj wątek
    • arwen8 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 07.05.08, 17:40
      ikabg napisała:

      > Sama miłość nie wystarcza(?)

      Nie wystarcza. Dobrze jest gdy mąż jest również przyjacielem, z
      którym można dzielić się wszystkim, można razem rosnąć i marzyć,
      pielęgnować wspólne zainteresowania i pasje. Wbrew utartemu
      stereotypowi, przeciwieństwa wcale się NIE przyciągają. Małżeństwo
      zbudowane na zbyt radykalnych różnicach światopoglądowych,
      małżeństwo, w którym małżonkowie nie mają wspólnej wizji
      przyszłości, nie może być spełnionym i szczęśliwym.

      > Marzę o podróżach, o przegadanych nocach, bliskości, wspólnym
      > gotowaniu, planowaniu przyszłości, jakimś domowym zwierzaku ale
      > mąż nie ma takich potrzeb.

      Właśnie o tym pisałam wyżej. Zbyt odmienne macie zainteresowania,
      potrzeby i pragnienia. Owszem, można ciągle szukać kompromisów, iść
      na ustępstwa, rezygnować z marzeń, poświęcać się. Tylko po co? Nie
      lepiej jest być z kimś, kto podziela nasze pasje i jest gotów
      wspólnie (i świadomie) tworzyć ten związek?

      > czuję się niespełniona w naszym związku, boję się, że moje życie
      > będzie tak wyglądało już do końca: poprawne obcowanie,
      > powierzchowne porozumienie.

      Masz absolutnie słuszne obawy. A więc decyzja należy tylko i
      wyłącznie do Ciebie, ponieważ to TY czujesz się niespełniona, TY
      zauważasz, że coś jest nie tak i TY pragniesz zmiany. Nie mąż.

      Ważne jest byś zrozumiała, że męża nie da się zmienić od zewnątrz.
      Musiałby on sam odczuć potrzebę zmiany, odczuć, że coś jest nie tak.
      Może tego nigdy nie odczuć, a Ty możesz zmarnować całe życie licząc
      na zmianę. Być może nawet pobraliście się z nieświadomą nadzieją, że
      po ślubie coś się zmieni. To bardzo rozpowszechniony bład.

      Musisz sama sobie odpowiedziećna podstawowe pytanie: czy chcesz
      zgodzić się na "poprawne obcowanie, powierzchowne porozumienie"? Czy
      chcesz TAK spędzić resztę swojego życia - razem lecz osobno? Czy
      chcesz pogodzić się z brakiem wspólnych zainteresowań, wspólnych
      marzeń i wspólnej wizji Waszego związku, wiedząc, że
      takie "pogodzenie się" niewątpliwie będzie miało swoje skutki
      uboczne (rosnąca złość i frustracja w Tobie, rozwój chorób
      psychosomatycznych, przenoszenie agresji na siebie lub innych,
      poczucie niespełnienia, etc.)? Czy jednak wolisz zadbać przede
      wszystkim o SIEBIE, o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne, o swoje
      szczęście i spełnienie?

      > może ktoś ma lub miał podobne przeżycia

      Spędziłam prawie 14 lat w podobnym związku (5 lat przed ślubem i 9
      lat małżeństwa). "Przyciągające się przeciwieństwa" - to wydawało
      się takie fascynujące i romantyczne na początku naszego związku.
      Pociągało mnie to, jak się "uzupełniamy". Niestety, już rok po
      ślubie właśnie te "fascynujące" przeciwieństwa zaczęły nam
      przeszkadzać, zaczęłismy się od siebie coraz bardziej odsuwać.
      Potrzebowaliśmy kolejnych 8 lat (oraz mniejszych lub większych prób
      naprawy naszego związku) by zrozumieć, że nie mamy absolutnie NIC ze
      sobą wspólnego - żadnych wspólnych zainteresowań, żadnych wspólnych
      poglądów, żadnej wspólnej wizji przyszłości. Łączył nas jedynie LĘK
      przed samotnością i nieznanym, lęk przed rozpoczęciem wszystkiego od
      zera po 30tcę. Nie czułam się spełniona, ciągle mi czegoś brakowało,
      czułam się rozdarta pomiędzy taką , jaką "powinnam" być, a taką,
      jaką CHCĘ...

      Obecnie jestem od 4 lat w całkowicie spełnionym, szczęśliwym i
      świadomym Związku. Jestem z Ukochaną Osobą, z którą łączy mnie
      absolutnie wszystko - poglądy, upodobania, pasje, marzenia. Razem
      rośniemy w tym Związku, dzielimy się przeżyciami i poglądami (a nie
      kłócimy się), razem się bawimy, gotujemy, tworzymy, wściekamy się,
      ŻYJEMY, razem planujemy i budujemy naszą przyszłość. I to jest
      PIĘKNE!

      Jesteśmy oboje z Meżem "po przejściach" i żeby móc wspólnie stworzyć
      Spełniony Związek musieliśmy się najpierw zrozumieć siebie, swoje
      błędy, swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Musieliśmy świadomie
      przepracować swoją przeszłość, dzieciństwo, relacje z rodzicami i
      innymi osobami w naszym życiu. Musieliśmy dorosnąć emocjonalnie. Ale
      przede wszystkim musieliśmy najpierw nauczyć się kochać siebie.
      Dopiero wtedy byliśmy w stanie otworzyć się na TAKI Związek.

      A więc wszystko zależy od Ciebie, Twoich wartości i Twojej miłości
      włąsnej.

      Powodzenia i odwagi!
      • ikabg Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 13:18
        Czy kochałaś poprzedniego partnera? Mieliście dzieci?

        Ja kocham męża i wiem, że on mnie bardzo kocha, a jednak czasem tak bardzo
        czegoś mi brak..

        Obawiam się też, że może to być pogoń za jakąś ułudą, że może tak właśnie musi
        być..że mogłoby być dużo gorzej.

        Widzisz same obawy i niepewność.

        Podziwiam kobiety, które potrafią stwierdzić, że chcą czegoś innego i mają tyle
        odwagi, żeby dążyć do spełnienia pragnień. Mi zawsze brakowało takiej szczerości
        wobec siebie i siły wewnętrznej do aktywnego dokonywania wyborów, dlatego w
        tytule napisałam, że charakter jest jedynym przeznaczeniem człowieka..

        Dziękuję Ci za Twój post.
        • arwen8 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 17:09
          ikabg napisała:

          > Czy kochałaś poprzedniego partnera? Mieliście dzieci?

          Tak, kochałam mojego pierwszego męża. Kochałam, ponieważ poznałam go
          w wieku 19 lat, był pierwszym chłopakiem, który mnie pocałował.
          Kochałąm, ponieważ miałąm wyjątkowo niskie poczucie własnej wartości
          i bałam się, że nikt inny mnie nie zechce. Kochałam, ponieważ
          opiekował się mną jak ojciec. Kochałam, ponieważ myśłałam, że miłość
          właśnie tak ma wyglądać i że przeciwieństwa się muszą przyciągać.
          Kochałąm, ponieważ był szansą ucieczki jeszcze dalej od rodziców.
          Kochałam, ponieważ wymyśliłam sobie, że pocałunek bez miłości nie
          istnieje...

          Nie mieliśmy dzieci. To ja byłam jego "dzieckiem", uzależnionym,
          potrzebującym, kapryszącym. Cieszę się, że pomimo 9 lat małżeństwa
          nie zdecydowaliśmy się na dziecko. Z perspektywy lat wiem, że to
          dziecko zostałoby przez nas skrzywdzone.

          > Obawiam się też, że może to być pogoń za jakąś ułudą, że może tak
          > właśnie musi być..że mogłoby być dużo gorzej.

          Spróbuj pomyśleć, że mogłoby być DUŻO LEPIEJ.

          Być może nie dajesz sobie prawa do bycia szczęśliwą i spełnioną, do
          życia swoim własnym życiem. Ja też przekonywałam kiedyś siebie, że
          przecież jestem z takim "dobrym człowiekiem", który nie pije, nie
          bije, dba o nasz dom, dobrze zarabia, pozwala mi na
          moje "fanaberie", etc. Przekonywałam siebie, że "nikt inny ze mną by
          nie wytrzymał". BŁĄD! Szczególnie te ostatnie słowa nie były moimi
          własnymi słowami. Słyszałam je kiedyś od rodziców, później słyszałam
          właśnie od tego męża. Pewnego dnia uświadomiłam sobie jak wiele słów
          i zarzutów, które on do mnie mówił pokrywało się ze słowami moich
          rodziców (muszę dodać, że mąż w żadnym razie nie mógł tych
          słów "nauczyć się" od moich rodziców). Zaczęłam zastanawiać się,
          porównywać, przypominać i analizować, aż wreszcie wyraźnie
          zobaczyłam, że mój ówczesny mąż jest dla mnie... moim ojcem (słowa,
          zarzuty, umniejszanie, wyszydzanie, awantury, zabranianie, kontrola,
          pouczanie, zawstydzanie, wypominanie, etc.).

          Przeczytałam moje pamiętniki z lat studenckich i "nagle" odkryłam,
          że mój mąż się nie zmienił po ślubie (jak wcześniej myślałam), że
          dokładnie te same problemy i konflikty istniały w naszym związku
          przed ślubem, dokładnie takie same kłótnie odbywały się wtedy,
          dokładnie takie same reakcje i zachowania. Miałam to wszystko
          udokumentowane, a jednocześnie "nie widziałam"...

          Moje odseparowanie się od ówczesnego męża odbywało się równolegle z
          odcinaniem toksycznej pępowiny łączącej mnie z rodzicami. To osobna
          historia. Powiem tylko, że zrozumiałam na własnym bolesnym
          przykładzie, że nie jest możliwe zbudowanie trwałego, szczęśliwego,
          zdrowego Związku bez wcześniejszego rozwiązania (wypartych)
          problemów istniejących w relacjach z rodzicami. Nie da się stworzyć
          dojrzaly Związek jeśli nadal pozostajemy dziećmi, emocjonalnie
          uzależnionymi od swoich rodziców, czekającymi wciąż na ich
          bezwzględną miłość i akceptację.

          > Mi zawsze brakowało takiej szczerości wobec siebie i siły
          > wewnętrznej do aktywnego dokonywania wyborów

          Szczerość wobec siebie to PODSTAWA. Ta szczerość zaczyna się od
          rozpoznawania, nazywania i przeżywania wszystkich swoich uczuć (nie
          tylko tych ogólnie akceptowanych, ale przede wszystkim tych
          niewygodnych, trudnych, jak złość, lęk, nienawiść, smutek, ból,
          frustracja, zazdrość, wściekłość, osamotnienie, etc.). Kiedyś nie
          dopuszczałam do siebie uczuć niesprawiedliwie określanych
          mianem "złych". Bałam się ich. Twierdziłam, że nie czuję do nikogo
          żadnej nienawiści. Od małego nie wolno mi było tych uczuć doznawać
          (a co dopiero wyrażać), byłam za nie surowo karana.

          W ten sposób nauczyłam się skutecznie oszukiwać siebie. I właśnie w
          ten sposób powstało moje "rozdarcie", jakaś dziwna wewnętrzna
          pustka, której nie umiałam niczym wypełnić. Czułam, że "czegoś" mi
          brak. Nie umiałąm tego nazwać. A brakowało mi po prostu SIEBIE, tej
          szczerości wobec wszystkich odczuwanych uczuć, tej akceptacji dla
          samej siebie. Nie czułam, że żyję tu i teraz, bo nie pozwalałam
          sobie na świadome przeżywanie uczuć, które ogarniały mnie właśnie
          tu i teraz. Wypierałam te uczucia w nieświadomość, wyrzekałam się
          ich. W ich miejsce wtłaczałam te uczucia, które uważałam że powinnam
          odczuwać. I nie mogłam zrozumieć dlaczego cierpię...

          Na szczęście szczerości wobec siebie można się nauczyć. Można na
          przykład na dobry początek sięgnąć po książki Alice Miller. Można
          też poszukać mądrego, empatycznego terapeuty. Można odnaleźć siebie
          i żyć ze sobą w zgodzie. To wymaga przejścia przez ogromny
          emocjonalny ból (którego tak bardzo się wszyscy boimy), ale WARTO!
          • ikabg Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 08:48
            Muszę przeczytać którąś z książek Alice Miller.
            Szczerość wobec siebie, to mój problem. Z drugiej strony nawet jeśli potrafię
            zdefiniować, to czego pragnę, nie jestem w stanie po to sięgnąć. Taki konformizm
            podszyty lękiem wynosi się z domu.

            Mąż jest dobrym człowiekiem, nigdy mi nie dokucza, zawsze twierdzi, że mnie
            bardzo kocha, potrafi mnie przytulić ale to co mnie na prawdę dręczy to brak
            zainteresowania mną. Wolny czas spędza przed komputerem, nie ma ochoty na
            wspólne wyjazdy, czy inne formy spędzania czasu ze mną, a nie obok mnie. Jeśli
            go o coś proszę, to owszem spełnia moją prośbę (lubię spędzać z nim czas), by
            tuż po tym wrócić do gry. Czuję, że i on ma problem ze sobą ale nie chce się nim
            podzielić, chyba nie potrafi się otworzyć, a ja staję się coraz bardziej
            zamknięta w sobie i chłodna. Często już nie mogę się przełamać, żeby się do
            niego przytulić, bardzo rzadko się kochamy.
            Czasem myślę i nawet mówię, że może nie jestem kobietą dla niego, może jakby
            kogoś na prawdę kochał, to nie byłoby tych problemów, sam chciałby spędzać z
            taką osobą czas i garnął by się do niej, a nie do gry..

            Za drugiej strony myślę, że szukam dziury w całym, że to ja jestem zołza, że
            pewnie wiele kobiet marzy o takim spokojnym życiu, mężu który mówi, że kocha i
            potrafi to okazać.
            Mam nadzieję, że z czasem jakoś to wszystko sobie poukładam, do końca
            zaakceptuję męża takim jakim jest (jest skryty ale i wrażliwy, ma wiele zalet)i
            będę potrafiła skupić się na tym co mam, a nie na tym czego mi brak.
            Może po prostu za bardzo chcę się na nim uwiesić. Muszę bardziej być
            samodzielna, lepiej zagospodarować swój czas.
            • triss_merigold6 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 15:39
              Cóż, byłam w nieco podobnej sytuacji. Czas wolny zagospodarowałam
              sobie skutecznie do tego stopnia, że miejsce pana męża zajął ktoś
              inny i jestem szczęśliwa. Jeszcze mąż ma sporo zalet ale ja mam
              sprecyzowane oczekiwania i lubię jak mężczyzna wykazuje
              zainteresowanie moją osobą na co dzień.
      • m_zonka Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 15:38
        > Obecnie jestem od 4 lat w całkowicie spełnionym, szczęśliwym i
        > świadomym Związku. Jestem z Ukochaną Osobą, z którą łączy mnie
        > absolutnie wszystko - poglądy, upodobania, pasje, marzenia. Razem
        > rośniemy w tym Związku, dzielimy się przeżyciami i poglądami (a
        nie
        > kłócimy się), razem się bawimy, gotujemy, tworzymy, wściekamy się,
        > ŻYJEMY, razem planujemy i budujemy naszą przyszłość. I to jest
        > PIĘKNE!
        >
        > Jesteśmy oboje z Meżem "po przejściach" i żeby móc wspólnie
        stworzyć
        > Spełniony Związek musieliśmy się najpierw zrozumieć siebie, swoje
        > błędy, swoje prawdziwe uczucia i potrzeby. Musieliśmy świadomie
        > przepracować swoją przeszłość, dzieciństwo, relacje z rodzicami i
        > innymi osobami w naszym życiu. Musieliśmy dorosnąć emocjonalnie.
        Ale
        > przede wszystkim musieliśmy najpierw nauczyć się kochać siebie.
        > Dopiero wtedy byliśmy w stanie otworzyć się na TAKI Związek.
        >


        Kurka, jakbym czytała o swoim małżeństwie... U nas tylko 2 róznice:
        ilośc spędzonych lat i trwające przepracowywanie.Reszta - to samo :-)
        • kicia031 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 17:05
          Obecnie jestem od 4 lat w całkowicie spełnionym, szczęśliwym i
          > > świadomym Związku. Jestem z Ukochaną Osobą, z którą łączy mnie
          > > absolutnie wszystko - poglądy, upodobania, pasje, marzenia.
          Razem
          > > rośniemy w tym Związku, dzielimy się przeżyciami i poglądami (a
          > nie
          > > kłócimy się), razem się bawimy, gotujemy, tworzymy, wściekamy
          się,
          > > ŻYJEMY, razem planujemy i budujemy naszą przyszłość. I to jest
          > > PIĘKNE!
          > >
          > > Jesteśmy oboje z Meżem "po przejściach"

          Po 4 latach zwiazku z moim obecnym partnerem moglam spokojnie
          napisac to samo, a nawet jeszcze wiecej. Niestety, im dluzej sie
          jest razem, im wiecej ma sie wspolnych obowiazkow, tym wieksze pole
          do niezrozumienia, oddalenia. Ludszie sie zmieniaja, zmieniaja sie
          ich priorytety i cele zyciowe, czesto sie okazuje, ze nie
          mierzylismy sil na zamiary...

          Generalnie zwiazek to ciezka orka, gdybym wiedziala jak ciezka, to
          nie wiem, czy bym sie zdecydowala jeszcze raz ;-))
          • arwen8 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 17:29
            kicia031 napisała:

            > Niestety, im dluzej sie jest razem, im wiecej ma sie wspolnych
            > obowiazkow, tym wieksze pole do niezrozumienia, oddalenia.

            Na szczęście to nie jest reguła wyryta w kamieniu :)
            Niezrozumienie i oddalenie owszem jest często spotykane w związkach
            w których partnerom brakuje samoświadomości i empatii. W przeciwnym
            razie, skąd może być niezrozumienie, jeśli partnerzy mówią sobie o
            wszystkim na bieżąco, wyjaśniają sobie każdą wątpliwość, rozmawiają
            i aktywnie słuchają siebie nawzajem? Skąd może pojawić się
            oddalenie, jeśli na bieżąco pielęgnuje się bliskość i wzajemną
            fascynację? A obowiazki wcale nie muszą stwarzać zagrożenia dla
            związku.

            > Ludszie sie zmieniaja, zmieniaja sie ich priorytety i cele zyciowe

            Owszem. Ważne by się zmieniać i rosnąć RAZEM, wspólnie tworzyć
            Związek, a więc i wspólnie decydować o priorytetach i celach tego
            Związku. W przeciwnym razie lepiej pozostać singlem :)

            > Generalnie zwiazek to ciezka orka

            Będąc w poprzednim związku mogłam podpisać się pod tymi słowami.

            Tamten związek był właśnie taką "cieżką orką", ciągłym poszukiwaniem
            kompromisów, poświęcaniem się, ustępstwami, kłótniami, próbą
            porozumienia się na siłę i pogodzenia wyraźnie odpychających się
            przeciwieństw i sprzeczności. Teraz wiem, że TAK WCALE BYĆ NIE
            MUSI!
            • kicia031 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 22:37
              Owszem. Ważne by się zmieniać i rosnąć RAZEM, wspólnie tworzyć
              > Związek, a więc i wspólnie decydować o priorytetach i celach tego
              > Związku. W przeciwnym razie lepiej pozostać singlem :)
              >

              Wybacz, ale jak czytam cos takiego, to czuje, ze sie dusze.

              Ma do ciebie arwen jedno pytanie: ile macie dzieci?
              • m_zonka Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 09:27
                > Owszem. Ważne by się zmieniać i rosnąć RAZEM, wspólnie tworzyć
                > > Związek, a więc i wspólnie decydować o priorytetach i celach tego
                > > Związku. W przeciwnym razie lepiej pozostać singlem :)
                > >
                >
                > Wybacz, ale jak czytam cos takiego, to czuje, ze sie dusze.
                >


                Wiesz, Kicia, ale jak się jest razem, buduje się wspólne zycie z
                kims to nie może być tak, że jedno ciągnie wóz w jedną a drugie w
                drugą stronę. Oczywiście to nie wyklucza jakichś swoich odrębnych
                sfer w ramach związku. Gdyby było inaczej, to rzeczywiście,
                istniałby powód do duszenia się. też jestem zdania, że w innym
                wypadku lepiej być singlem.
                • kicia031 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 10:07
                  > Wiesz, Kicia, ale jak się jest razem, buduje się wspólne zycie z
                  > kims to nie może być tak, że jedno ciągnie wóz w jedną a drugie w
                  > drugą stronę. Oczywiście to nie wyklucza jakichś swoich odrębnych
                  > sfer w ramach związku. Gdyby było inaczej, to rzeczywiście,
                  > istniałby powód do duszenia się. też jestem zdania, że w innym
                  > wypadku lepiej być singlem.

                  Tez sadze, ze lepiej byc singlem. Ale juz za pozno ;-))

                  Wybacz, ze sie madrze, ale pisze to z perspektywy zwiazku prawie 8-
                  letniego, w ktorym jest tez 3 dzieci. Po 2 czy 4 latach zwiazku z
                  moim partnerem tez pisalam takie rzeczy, poszukaj moich starych
                  postow. Sek w tym , ze ludzie sie roznia od siebie - nawet jesli sa
                  w wielu sprawach podobni. Ludzie tez sie zmieniaja, czesto okazuje
                  sie, ze to, czego pragneli okazuje sie nie tym, kiedy juz to
                  dostali...
                  Mi przez bardzo wiele lat wydawalo sie, ze w psrawach
                  najwazniejszych jestesmy z moim partnerem super podobni do siebie,
                  wartosci, styl zycia - zainteresowania, nie wszystkie na szczescie,
                  ale wystarczajaco wiele, by wydawalo mi sie, ze to ideal.
                  Moze to zbyt wiele podobienstw sprawilo, ze zaczelismy byc zbyt
                  blisko i musielismy sie od saiebie oddalic, by uniknac wchloniecia i
                  zatraty wlasnej indywidualnosci?

                  To, co staram sie powiedziec, to ze zwiazki sie zmieniaja. Teraz
                  jest tak, a potem bedzie inaczej. Zmieniaja je okolicznosci
                  zewnetrzne i zmiany zachodzace w obojgu partnerach. Dlatego
                  idealistyczne wizje jakie tu przedstawiacie napawaja mnie
                  sceptycyzmem.
                  • m_zonka Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 11:09
                    > Moze to zbyt wiele podobienstw sprawilo, ze zaczelismy byc zbyt
                    > blisko i musielismy sie od saiebie oddalic, by uniknac wchloniecia
                    i
                    > zatraty wlasnej indywidualnosci?


                    jesli taka zmiana czeka i mój związek, to bardzo na takową
                    reflektuję :-)

                    > To, co staram sie powiedziec, to ze zwiazki sie zmieniaja. Teraz
                    > jest tak, a potem bedzie inaczej. Zmieniaja je okolicznosci
                    > zewnetrzne i zmiany zachodzace w obojgu partnerach.

                    I chwała Bogu! Ale nie powinny się zmieniac kwestie zasadnicze - tj.
                    główny trzon systemu wartości czy priorytety w ramach związku. Znam
                    takie małżeństwo - 45 lat razem SZCZĘSLIWIE. Nie było chyba mozliwe
                    by niemal przez pół wieku "ciagle byli tacy sami" ale jakims
                    sposobem musieli to wieloletnie szczęście zbudować... Swoją drogą,
                    to ludzie dziś po ok.75 lat (mąz juz nie zyje), żyjący jakoś wbrew
                    obiegowym regułom, pozbawieni jakiegokolwiek tabu i woli od
                    tzw. "powinności" - jakże typowych dla tego pokolenia. Znam też
                    takie małżeństwo ze stażem 30-letnim - ciągle są w sobie zakochani,
                    twórczy, młodzi duchem, a znam ich od dziecka.I teraz sobie mysle,
                    że oni tez należeli do tych wyrózniających się z tłumu - ich dom był
                    zawsze pełen rozmów, ludzi, pomysłów. Tam nigdy nie było rutyny.
                    Czyli ewoluowai jako ludzie (jako para i jako jednostki) ale nie
                    zmieniły sie zasadnicze priorytety, styl życia, cele. ja zakąłdam,
                    że jeśli jest w tych kwestiach zbyt duzy rozdźwięk - na początku czy
                    po latach - to raczej trudno to przeskoczyć.

                    > idealistyczne wizje jakie tu przedstawiacie napawają mnie
                    > sceptycyzmem.

                    Raczej nie są to idealistyczne wizje, tylko stwierdzenie bieżących
                    faktów. Jak będzie dalej - tego nikt nie wie, ale wierzę, że coś w
                    tym jest: "co zasiejesz, taki plon zbierzesz". Poza tym chyba obie z
                    Arwen(sorry, Arwen, jeśli to zbyt posunięty wniosek ale to moje
                    subiektywne odczucie, jakby co to mnie popraw), że raczej nalezymy
                    do osób, które cos mają za sobą, coś przepracowane, zrozumiane i
                    widzenie jest nieco szersze, w związku z tym dlatego chyba daleko
                    nam do idealizowania czegokolwiek czy kogokolwiek.

                    Może faktycznie 2 czy 4 lata to mało, ale wystarczy poczytać wątki o
                    narzeczeństwach, które stają się małżeństwami pomimo tego, że
                    istnieją problemy często nie do przeskoczenia lub zwyczajnie
                    rozejrzeć się wokół.

                    W każdym razie czuję że zdecydowanie daleko nam do "średniej
                    krajowej" i cieszę sie, ze ów średnia nie jest dla nas punktem
                    odniesienia.
                    • kicia031 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 13:19
                      Ale nie powinny się zmieniac kwestie zasadnicze - tj.
                      > główny trzon systemu wartości czy priorytety w ramach związku.
                      Znam
                      > takie małżeństwo - 45 lat razem SZCZĘSLIWIE.

                      Hmm, ja mam przyklad malzenstwa moich rodzicow, ktore trwa od ponad
                      40 lat i tez jest malzenstwem szczesliwym. Aczkolwiek nie brakowalo
                      w nim sytuacji konfliktowych czy kryzysowych, ale w porownaniu z
                      tym, o czym tyle czytam na forum, to byly to kryzysy raczej
                      lightowe. W kazdym razie moi rodzice wciaz chodza na spacer
                      trzymajac sie za reke.

                      Ale... Nie wiem, czy moi rodzice jako jednostki sa szczesliwi, mimo
                      szczesliwego zwiazku.
                      I jeszcze jedno: pochodzenie z takego udanego malzenstwa czesto
                      stanowi gotowa recepte na kleske wlasnych zwiazkow, poniewaz
                      oczekiwania ma sie wtedy baaaaaardzo wysokie.
                      • m_zonka Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 16:10
                        > Ale... Nie wiem, czy moi rodzice jako jednostki sa szczesliwi,
                        mimo
                        > szczesliwego zwiazku.


                        Wierzysz, że gdyby byli nieszczęśliwi jako jednostki, to trzymaliby
                        się za rękę po 40 latach małżeństwa? Osobiście nie wyobrażam sobie,
                        że mogłabym być nieszczęsliwą jednostką i tworzyć zdrowy, szczęsliwy
                        związek. Gdyby tak było (a wcześniej bywało) i nie udało się tego
                        zmienić żadnym sposobem, to odchodzę. Jakoś wyklucza mi się
                        jednostkowe nieszczęście ze szczęściem w parze. Nieszczęśliwy
                        człowiek nie jest w stanie stworzyc dobrej relacj, i idwrotnie,
                        relacja nie może być źródłem poczucia nieszczęścia.

                        "Ranimy tych, których kochamy" - taki skrypt funkcjonował kiedys tez
                        w mojej głowie. A to nieprawda. miłośc wyklucza zranienia.

                        pochodzenie z takego udanego malzenstwa czesto
                        > stanowi gotowa recepte na kleske wlasnych zwiazkow, poniewaz
                        > oczekiwania ma sie wtedy baaaaaardzo wysokie.


                        Ja niemiałam żadnego wzorca związku rodziców, a jedynie jego
                        strzępy - kłótnie, krzyki, walki sądowe na przestrzeni lat. Za wiele
                        tez specjalnie z tego nie pamiętałam bo rozwiedli sie gdy byłam mała
                        a przed rozwodem widziałm ojca kilka razy do roku. na około -
                        związki samych nieszczęsników. Wiadomo, ludzie otaczają się
                        podobnymi do siebie, o podobnych doświadczeniach. Az do czasu
                        poszukiwań, terapii, rozwoju itp. aż do poznania męża, dość
                        skrzętnie umacniałam taki stan takimi związkami jak wszyscy na około.
                        Jedyne, co wiedziałam po takich doświadczeniach nt. związków to to,
                        jakie nie powinny być. Szczerze, to zdecydowanie wolałabym mieć
                        wzorzec taki, jaki Ty miałaś. Chociaż zapewne i taki wzorzec, i brak
                        dobrego wzorca, to w pewnym sensie kapitał na życie. W sumie dzięki
                        swoim doświadczeniom (i tym, co z nich biorę i jak), jestem w tym
                        miejscu i czasie, dobrym dla siebie, chyba nawet najlepszym i wiem,
                        ze to właśnie dzięki tym trudnym doświadczeniom :-)


                        ja mam przyklad malzenstwa moich rodzicow, ktore trwa od ponad
                        > 40 lat i tez jest malzenstwem szczesliwym. Aczkolwiek nie
                        brakowalo
                        > w nim sytuacji konfliktowych czy kryzysowych, ale w porownaniu z
                        > tym, o czym tyle czytam na forum, to byly to kryzysy raczej
                        > lightowe.

                        Być może Twoi Rodzice "rozminowywali" mniejsze "kryzysiki" nie
                        dopuszczając do kumulowania się ich w "wielki kryzys"? To tylko
                        świadczy o ich umiejetność widzenia pewnych spraw takich, jakie są.
                        Wiekszość ludzi tego nie potrafi.

                        • kicia031 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 16:25
                          Osobiście nie wyobrażam sobie,
                          > że mogłabym być nieszczęsliwą jednostką i tworzyć zdrowy,
                          szczęsliwy
                          > związek.

                          No ale nie bycia szczesluiwym nie oznacza automatycznie bycia
                          nieszczesliwym. Wiekszosc zycia spedza sie w stanie pomiedzy.
                          • m_zonka Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 16:31
                            > No ale nie bycia szczesluiwym nie oznacza automatycznie bycia
                            > nieszczesliwym. Wiekszosc zycia spedza sie w stanie pomiędzy

                            ....albo zależy co okreslamy mianem szczęścia. "Stanem pomiędzy"
                            mozna określić np. brak wzniosłych chwil 24h, ekscytacji,
                            występowanie różnicy zdań itp. Dla jednych będzie to "stan
                            pomiędzy", dla innych szczęście lub nieszczęście bo np. mąż nie
                            przynosi kwiatów codziennie. Kwestia subiektywna.
                  • arwen8 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 15:57
                    kicia031 napisała:

                    > To, co staram sie powiedziec, to ze zwiazki sie zmieniaja. Teraz
                    > jest tak, a potem bedzie inaczej. Zmieniaja je okolicznosci
                    > zewnetrzne i zmiany zachodzace w obojgu partnerach. Dlatego
                    > idealistyczne wizje jakie tu przedstawiacie napawaja mnie
                    > sceptycyzmem.

                    W zasadzie M_zonka już pięknie odpowiedziała na ten temat. Alis
                    niżej też poruszyła ważną sprawę - kwestię samoświadomości. I w
                    zasadzie wszystko się sprowadza właśnie do tego.

                    Im bardziej jesteśmy świadomi swoich uczuć, potrzeb, zdolności,
                    marzeń, wartości, upodobań, etc., im bardziej czujemy, że jesteśmy
                    SOBĄ (a nie staramy się dopasować do czyichś wyobrażeń o nas), tym
                    bardziej jesteśmy zdolni do stworzenia zdrowego, trwałego Związku.
                    Dotyczy to, rzecz jasna, obydwu partnerów.

                    Moje wizje nie są "idealistyczne". Są poparte faktami i
                    doświadczeniem. Różnica pomiędzy mną "dawniej" a mną "teraz" polega
                    na tym, że teraz żyję całkowicie w zgodzie ze sobą. Mam tego
                    pewność. Wiem, jakie dawniej popełniłam błędy i wiem też dlaczego je
                    popełniłam. Wiem kim jestem, jakie wyznaję wartości, czego pragnę,
                    na co się nie zgadzam. Wiem, że jutro nie będę kimś innym, nie będę
                    się dopasowywać do czyjegoś ideału. Ten okres wewnętrznego rozdarcia
                    mam za sobą. Podobnie ma Mój Mąż. I dlatego nie
                    mamy "idealistycznych wizji" na temat Naszego Związku, ale PEWNOŚĆ.

                    W ostatnich latach zaszło wiele różnych "okoliczności zewnętrznych",
                    które jednak nie miały decydującego wpływu na Nasz Związek. W
                    poprzednim związku każda taka "okoliczność zewnętrzna" natychmiast
                    (najczęściej negatywnie) odbijała się na związku. Dlatego uważam, że
                    siła i szczęście Związku nie zależy od "okoliczności zewnętrznych",
                    lecz tylko i wyłącznie od osób ten Związek tworzących, ich poziomu
                    świadomości, wspólnych wartości i kreatywności.
                    • m_zonka Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 16:16
                      uważam, że
                      > siła i szczęście Związku nie zależy od "okoliczności
                      zewnętrznych",
                      > lecz tylko i wyłącznie od osób ten Związek tworzących,

                      Zgadzam się. To my tworzymy swój świat, swoje życie i my decydujemy,
                      co i w jakich proporcjach przyjmujemy z "okoliczności zewnętrznych".
                      W końcu posiadamy jakąś mozność zarządzania emocjami, reakcjami.
                    • kicia031 arwen 09.05.08, 16:24
                      Po pierwsze ponawiam pytanie, ile macie dzieci. To wbrew pozorom
                      bardzo wazne...

                      po drugie:

                      Moje wizje nie są "idealistyczne". Są poparte faktami i
                      > doświadczeniem. Różnica pomiędzy mną "dawniej" a mną "teraz"
                      polega
                      > na tym, że teraz żyję całkowicie w zgodzie ze sobą. Mam tego
                      > pewność. Wiem, jakie dawniej popełniłam błędy i wiem też dlaczego
                      je
                      > popełniłam. Wiem kim jestem, jakie wyznaję wartości, czego pragnę,
                      > na co się nie zgadzam. Wiem, że jutro nie będę kimś innym, nie
                      będę
                      > się dopasowywać do czyjegoś ideału. Ten okres wewnętrznego
                      rozdarcia
                      > mam za sobą.

                      No coz, zazdroszcze. Bo ja bym nie smielila czegos takiego o sobie
                      powiedziec, mimo lat pracy nad soba. I nie znam nikogo, kto moglby,
                      nawet najwieksze moralne autorytety znajduja w sobie jeszcze bardzoe
                      wiele sfer do przepracowania, do poznania w sobie, do zrozumienia,
                      miedzy innymi na tym polega ich zdolnosc do bycia moralnym autorytem.
                      Wybacz, ale to, co piszesz, wydaje mi sie naiwne - bez obrazy.

                      Im dluzej zyje na tym swiecie, im wiecej doswiadczam, tym bardziej
                      zdaje sobie sprawe, jak duzo pracy jeszcze przede mna, by poznac i
                      zrozumiec sama siebie i przewidziec swoje reakcje. Chociaz tak z 10
                      lat temu tez mi sie wydawalo, ze mnostwo osiagnelam w tej
                      dziedzinie. A ty to juz wszystko masz obcykane ;-))
                      • m_zonka Re: arwen 09.05.08, 16:42
                        > No coz, zazdroszcze. Bo ja bym nie smielila czegos takiego o sobie
                        > powiedziec, mimo lat pracy nad soba.

                        Nie wierzę, że nie masz świadomości własnych błedów i ich źródeł, że
                        nie jestes pewna swoich bieżacych pragnień, systemu wartości, że
                        postąpisz wbrew sobie by kogoś zadowolić (mam na mysli cos, co jest
                        dla Ciebie wazne).

                        Spokojnie mogłabys sie pod tym podpisać :-)
                        Myslę, że to to napisała arwen, wcale nie wyklucza dalszych
                        poszukiwań. Mam wrażenie, ze chodzi w tej wypowiedzi o "tu i teraz".
                        Tez mogłabym sie podpisac pod tymi slowami, może z
                        wyjątkiem "wewnętrznego rozdarcia" - bo w jakims stopniu zawsze będę
                        w życiu w róznych sytuacjach rozdarta. Też mam wrażenie, podobnie
                        jak Ty, że im dłużej zyję tym "głębiej w las". Tyle że dobrze mi w
                        tym lesie :-)

                        Wydaje mi się, że przepracowanie jakiegos etapu i samookreślenie się
                        nie oznacza "zjedzenia wszystkich rozumów".

                        najwieksze moralne autorytety znajduja w sobie jeszcze bardzoe
                        > wiele sfer do przepracowania, do poznania w sobie, do zrozumienia,

                        Bo jak sie wchodzi na ta ścieżkę, to trwa cale zycie i chyba nie da
                        się już od tego uwolnić.

                        • arwen8 Re: arwen 09.05.08, 16:49
                          M_zonka... jak się okazuje, Ty nie tylko z Mężem mówisz to samo w
                          tym samym momencie :)
                          • m_zonka Re: arwen 09.05.08, 17:12
                            > M_zonka... jak się okazuje, Ty nie tylko z Mężem mówisz to samo w
                            > tym samym momencie :)

                            No więc poza mężem, przyjaciólka i terapeutą teraz jeszcze jestes
                            Ty :-) Bardzo mnie to cieszy!
                        • arwen8 rozdarcie 09.05.08, 17:37
                          m_zonka napisała:

                          > w jakims stopniu zawsze będę w życiu w róznych sytuacjach
                          > rozdarta.

                          M_zonka, dlaczego zakłądasz, że ZAWSZE? Jak pojmujesz owe rozdarcie?

                          Ja czułam się "rozdarta" od kiedy siebie pamiętam. Spisałam "w
                          młodości" na ten temat stertę pamiętników, zastanawiając się o co mi
                          chodzi. Nawet w moich obrazach kiedyś przewijał się motyw rozdarcia,
                          pęknięcia. Czułam, że CZEGOŚ mi brakuje, ale nie wiedziałam czego.
                          Szukałam ponad 30 lat - w poezji, sztuce, muzyce, przyjaźniach,
                          zauroczeniach (również kobietami), pomocy innym, uszczęśliwianiu
                          rodziców, w mężu, w religii, pracy, ciuchach, słodyczach, podróżach
                          (na szczęście nie odważyłam się szukać w alkoholu czy narkotykach).
                          Wszystko na nic.

                          To "pęknięcie" we mnie zaczęło się powoli "goić" dopiero wowczas,
                          gdy zaczęłam wsłuchiwac się w siebie, zaczęłam przyglądać się swoim
                          niewygodnym uczuciom (wcześniej np. twierdziłam, że nigdy się nie
                          złoszczę, że wszystkich kocham, że rodzice byli moimi najlepszymi
                          przyjaciółmi, że wcale nie odczuwam do nikogo nienawiści, etc.).
                          Zauważyłam, że ciągle powtarzam słowa "muszę", "powinnam", "trzeba",
                          że martwię się o to, czy doskonale spełniam oczekiwania innych wobec
                          mnie.

                          Jednocześnie rosła we mnie nienawiść wobec takiego mojego
                          zachowania. Czułam, że nie jestem tam, gdzie JA chcę być, nie robię
                          tego, co JA chcę robić (a jeśli już robię, to mam wyrzuty sumienia),
                          nie jestem z tym, z kim JA pragnę być... To znaczy, NIBY tego
                          chciałam, przecież nikt mnie nie zmuszał do pewnych życiowych
                          wyborów, ale właśnie było to "niby" i ten ciągły brak pewności
                          (pewności siebie, swoich wartości, uczuć i podejmowanych decyzji).
                          Zauważyłam też, że często powtarzam słowa innych, nie swoje własne,
                          że żyję według wzorców innych (bo tak powinno być, taka kolej
                          rzeczy, co powiedzą inni, etc.), nie swoich własnych.

                          Powoli zaczęłam to wszystko naprawiać, uczyć się słuchania siebie,
                          wyrażania swojego zdania i uczuć, mówienia nie, chronienia siebie,
                          przerywania chorych związków, etc. Dopiero w wieku 32 lat zaczęłam
                          uczyć się podstawowych rzeczy, których nie wolno mi było się uczyć w
                          wieku 2-3 lat (a których mądry rodzic uczy swoje dziecko właśnie w
                          tym wieku). Wiem, jak trudnej pracy dokonałam i nie ukrywam, że
                          jestem z tego dumna. Wiem też, że ciągle się będę uczyć (ale nie w
                          sensie studiowania ;)), bo Człowiek jest z natury swojej
                          FASCYNUJĄCY, a człowiek który zaczął nabierać samoświadomości ciągle
                          łaknie więcej takiej wiedzy :)

                          Moje rozdarcie zniknęło całkowicie. Wiem o tym, bo nigdy wcześniej
                          nie czułam w sobie tzw. "pełni", nie czułam się spełniona. Nie
                          czułam, że żyję tu i teraz. Myślę, że to "tu i teraz" jest ważne, ma
                          związek z rozdarciem.
                          • m_zonka Re: rozdarcie 09.05.08, 18:14
                            Pisząc o swoim "rozdarciu", miałam na mysli to, czy moje własne
                            postrzeganie świata i ludzi (także w oparciu o wlasne doświadczenia
                            i własne rozumowanie) jest jedynie prawomocne, słuszne i prawdziwe.
                            Bo pomimo tego, że dla mnie cos jest jasne, czyjeś postepowanie
                            ugruntowane tym czy tamtym i wydaje mi się, że to jest jasne jak
                            slońce, to nie jestem pewna czy wolno mi uzurpowac sobie prawo do
                            tej prawdy. Inni też mają swoje prawdy, które dla mnie prawdami nie
                            są. I takie ZAWSZE będzie moje "rozdarcie" - pomiędzy tym, co "moje"
                            a tym, co ""świata".

                            Człowiek jest z natury swojej
                            > FASCYNUJĄCY, a człowiek który zaczął nabierać samoświadomości
                            ciągle
                            > łaknie więcej takiej wiedzy :)

                            Łapię się na tym, że łaknąc, w pewien sposób stajemy się
                            egocentryczni (bo wydaje się nam że skoro jesteśmy po terapii,
                            przeczytaliśmy tyle mądrych książek, poznalismy tylu światłych
                            ludzi), to mamy "patent" na szczęście (wszak sami tego szczęścia
                            doznajemy). Czasem mozna dostac po głowie za takie myślenie - ja w
                            każdym razie dostaję ;-) na razie, na szczęście jakos żyję :-)
                            • arwen8 Re: rozdarcie 09.05.08, 19:03
                              m_zonka napisała:

                              > Inni też mają swoje prawdy

                              Wiesz, nie jestem przekonana, że są "prawdy" i "prawdy" i że
                              każda "prawda" jest tak samo wartościowa i zbawienna. Moim
                              zdaniem "prawda" to pewien FAKT. Nie mogą być bardziej "mojsze"
                              fakty niż "twojsze". Bo na tej zasadzie Ty powiesz, że 2+2=4, a ja,
                              że 2+2=5 (bo taka jest MOJA prawda i mam do niej prawo) i dokąd to
                              nas doprowadzi?

                              Ostatnio coraz bardziej popularny jest relatywizm. Ja tego nie
                              uznaję. Uważam, że są pewne niepodważalne fakty ("prawda"), a resztę
                              poglądów każdy kształtuje według tego, co jest dla NIEGO dobre, nie
                              krzywdząc przy tym innych.

                              > bo wydaje się nam że skoro jesteśmy po terapii, przeczytaliśmy
                              > tyle mądrych książek, poznalismy tylu światłych ludzi), to
                              > mamy "patent" na szczęście

                              Oczywiście, że MAMY "patent" na szczęście. Na NASZE szczęście. I o
                              tym właśnie piszemy, tym się dzielimy. Czy ktoś zechce z
                              tego "patentu" w jakiś sposób skorzystać, czy nie, to jego sprawa.
                              Osobiście lubię czytać o tym, jak ktoś sobie z czymś poradził, to
                              inspiruje, pomaga też spojrzeć na sytuację z innej perspektywy.

                      • arwen8 Re: arwen 09.05.08, 16:47
                        kicia031 napisała:

                        > Po pierwsze ponawiam pytanie, ile macie dzieci.

                        Nie mamy, nie planujemy.

                        > A ty to juz wszystko masz obcykane ;-))

                        A w którym miejscu napisałam, że WSZYSTKO mam "obcykane"? Człowiek
                        uczy się samoświadomości przez całe życie (albo wcale). To, że
                        napisałam, że wiem, jakie popełniłam błędy, że wiem, kim jestem, co
                        czuję, czego pragnę, etc. wcale nie oznacza, że się nie rozwijam i
                        że posiadłam całą mądrość świata. Nie pisałam też, że już absolutnie
                        wszystko przepracowałam i spoczęłam na laurach.

                        Kicia, czy Ty nie możesz powiedzieć o sobie, że wiesz, jakie
                        popełniłaś błędy i dlaczego? Czy nie wiesz jakie wyznajesz wartości
                        i na czym polega Twój światopogląd? Czy nie potrafisz powiedzieć
                        czego pragniesz, a jeśli mówisz o tym, to nie jesteś do końca
                        przekonana, że naprawdę tego pragniesz? Czy masz wątpliwości co do
                        tego, czy coś jest dla Ciebie krzywdzące, a coś innego sprawia Ci
                        przyjemnośc? Czy czujesz się rozdarta pomiędzy tym, czego Ty sama
                        chcesz, a tym, co "powinnaś" chcieć?

                        To są przecież najbardziej podstawowe zagadnięcia.

          • m_zonka Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 17:44
            A u mnie jest odwrotnie i też nie wiem, czy to akurat dobrze. bo
            generalnie na RÓZNICACH (oczywiście nie na skrajnościach) coś sie
            buduje. Ja zauwazyłam ostatnio, że mój mąż bardzo upodabnia się do
            mnie. Zaczyna mowić moim językiem, przyjmuje moje poglądy za własne
            (przynajniej wiele z nich), podobnie jest ze mną ale chyba w
            mniejszym stopniu. Czasem łapię się na tym, że siedzimy w
            identycznej pozycji, mówimy to samo w tym samym czasie, przed
            wyjściem z domu stajemy przed soba ubrani w te same kolory itp.
            Żadne z nas nie robi tego świadomie , rzecz jasna. Gdy prowokuję go
            w jakiejś dyskusji na jakis temat, gdzie ma on zdanie ine niż moje,
            to mija miesiąc a on mówi: "miałaś rację". Gdy sie kłócimy to na
            wzajem przyjmujemy jakąs swoje perspektywy - przynajmniej w bardzo
            dużym stopniu (przez 2 lata pokłócilismy się 3 razy...). Nawet z
            wyglądu jestesmy do siebie podobni - te same kolory oczy, włosów,
            duzy nos. Zamiłowanie do tej samej rasy psów, stylu zycia, te same
            dążenia. Gusty (ciuchy, urządzanie mieszkania) też praktycznie mamy
            te same. Ostatnio znaleźlismy ziemie, na której chcielibyśmy się
            budować - od razu było jasne, ze to jest to. Żadne z nas nie miało
            watpliwości. Nawet nasze role w rodzinach pochodzenia były dla nas
            tak samo rozpisane... W poglądach na wychownaie synka, metodach
            wychowawczych tez jesteśmy jednomyślni. Jedyne, co nas tak naprawdę
            różni, to gatunki filmów. Wiem, ze wiele związków by tak chciało, że
            w taki sposób łatwo się żyje ale zaczynam się martwić, czy będziemy
            mieli o czym gadac za jakiś czas skoro "wchłniamy" swoje myślii
            uczucia. oczywiście nie od razu, musi miec miejsce filtrownie, które
            trwa jakiś czas.


            Każde ma także swoje odrębne światy (praca, koleżanki, hobby) ale
            jakoś ciagle chce się nam do siebie. 2 lata to wprawdzie mało ale
            zawsze wydawało mi się, że z upływem czasu ludzie bardziej te więzi
            rozluźniają, a u nas jest odwrotnie. Jak by nie patrzeć, to wszystko
            tez jest w jakiś sposób nienormalne. Boję się, że to może mieć
            jakies konsekwencje w przyszłości. A może szukam dziury w całym?
            Niby fajnie, sielanka... Co psychologia mówi o takich związkach?
            • arwen8 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 08.05.08, 18:28
              m_zonka napisała:

              > A u mnie jest odwrotnie i też nie wiem, czy to akurat dobrze.

              M_zonka, co sprawia, że masz wątpliwości, że piszesz "nie wiem", że
              zastanawiasz się, czy Wasz Związek jest "normalny"? Czy porównujesz
              Wasz Związek do innych, w których są kłótnie, różnice poglądów i
              niepewność?

              Wiesz, opisałaś dokładnie Nasz Związek (łącznie z mówieniem tego
            • arwen8 jeszcze raz, bo wcięło połowę posta... 08.05.08, 18:30
              m_zonka napisała:

              > A u mnie jest odwrotnie i też nie wiem, czy to akurat dobrze.

              M_zonka, co sprawia, że masz wątpliwości, że piszesz "nie wiem", że
              zastanawiasz się, czy Wasz Związek jest "normalny"? Czy porównujesz
              Wasz Związek do innych, w których są kłótnie, różnice poglądów i
              niepewność?

              Wiesz, opisałaś dokładnie Nasz Związek (łącznie z mówieniem tego
              samego w tym samym czasie i nieświadomym przyjmowaniem tych samych
              pozycji). NAM nasze podobieństwa bardzo odpowiadają, czujemy się
              szczęśliwi i spełnieni, nie tęsknimy za różnicami i wykłócaniem się
              o to, kto ma rację. Mamy spokój, mamy pewność naszych uczuć. Nie
              wiemy co to jest nuda. Jesteśmy sobą nawzajem zafascynowani tak samo
              jak 4 lata temu i ciągle znajdujemy nowe drobnostki, które nas
              zachwycają. Niczego w moim Mężu nie chciałabym zmienić, nic mnie w
              nim nie drażni, nie odpycha. Nasza miłość (użyłaś
              określenia "sielanka" ;)) pomaga nam lepiej rozwiązywać problemy
              (np. z "rodzinką", pracą, finansami, etc.), nie wyżywając się na
              sobie nawzajem.

              W Naszym Związku jest jakaś lekkość, nie umiem tego inaczej
              określić. W poprzednim związku ciągle walczyłam, przekonywałam,
              broniłam się, przepraszałam, oskarżałam. Teraz czuję, że ŻYJĘ i że
              razem rozwijamy się, tworzymy, marzymy.

              > w taki sposób łatwo się żyje ale zaczynam się martwić, czy
              > będziemy mieli o czym gadac za jakiś czas

              My się o to nie martwimy :) Życie ciągle podsuwa nowe tematy, a my
              uwielbiamy je szczegółowo omawiać. Potrafimy przegadać całą noc (np.
              po obejrzeniu filmu czy przeczytaniu książki) całkowicie się ze sobą
              zgadzając. O dziwo okazało się, że mając podobne poglądy można o
              wiele ciekawiej i głebiej omówić jakieś zagadnienie, niż mając
              odmienne poglądy.

              > A może szukam dziury w całym?

              Tylko Ty możesz odpowiedzieć sobie na to pytanie. Tylko Ty wiesz,
              czy Tobie czegoś brakuje w Waszym Związku, lub może zabraknąć.

              > Co psychologia mówi o takich związkach?

              Być może psychologia zbyt mało zajmuje się Szczęśliwymi Związkami, a
              może takich Związków jest zbyt mało. Erich Fromm pięknie pisał o
              miłości w "Sztuce kochania" (chociaż z niektórymi tezami się nie
              zgadzam). Myślę, ze najważniejsze jest jednak to, co MY myślimy i
              wiemy o Naszych Związkach. Nikt nie wie tego lepiej od nas :)


              • m_zonka Re: jeszcze raz, bo wcięło połowę posta... 08.05.08, 18:38
                Znów jak bym czytała o Naszym Małżeństwie... Nic mi nie brakuje.
                Dosłownie NIC. wszystko mam i czuję się jak z wygrana w totka, mój
                mąż czasem mi mówi "Ty moja 6 w totolotka :-)"
                Fajnie wiedzieć, że sa takie udane pary jak nasza :-)

                Tyle że róznice rozwijają, a u nas coraz mniej tych róznic, więc
                moze obawa, ze przestaniemy się rozwijać?
                • arwen8 Re: jeszcze raz, bo wcięło połowę posta... 08.05.08, 19:43
                  Spójrz na to w ten sposób: podobieństwa TEŻ rozwijają! Może jest
                  tak, że chęć rozwoju tak naprawdę zależy nie od różnic/podobieństw
                  ale od NAS samych, naszej świadomości, naszych potrzeb.

                  W moim przypadku różnice w poprzednim związku mnie "rozwalały",
                  czułam, że z każdym rokiem bardziej oddalamy się od
                  siebie, "rozwijamy się" osobno i na dodatek w przeciwnych
                  kierunkach. Teraz czuję, że dzięki podobieństwom rosniemy z Mężem
                  razem, wspierając się w tym procesie, podrzucając sobie nawzajem
                  pomysły, etc. Jeśli przestaniemy rozwijać się w jakimś jednym
                  temacie/kierunku, to wiem, że znajdziemy dla siebie jakiś inny i
                  znów będziemy iść razem.

                  Dla mnie (i mojego Męża) to "RAZEM" jest kluczowym słowem w Naszym
                  Związku. Dodam jeszcze, że pomimo tego, że spędzamy ze sobą bardzo
                  dużo czasu, czujemy się wolni, nie przytłaczamy siebie nawzajem, nie
                  odczuwamy potrzeby "odpoczęcia" od siebie. W poprzednim związku
                  mieszkałam w olbrzymim domu, miałam ogromną przestrzeń do własnej
                  dyspozycji, własny samochód i 2 komputery, świat własnych pasji,
                  spędzałam też urlopy osobno od męża. I przy tej całej "wolności"
                  dusiłam się w tym zwiazku, odczuwałam ogromną presję. Bo nie o
                  taką "wolność" w związku chodzi...
                  • m_zonka Re: jeszcze raz, bo wcięło połowę posta... 09.05.08, 09:36
                    W moim przypadku różnice w poprzednim związku mnie "rozwalały",
                    > czułam, że z każdym rokiem bardziej oddalamy się od
                    > siebie, "rozwijamy się" osobno i na dodatek w przeciwnych
                    > kierunkach.

                    U mnie było tak samo, tyle że 2 związki i krótsze niż Twoje
                    małżeństwo.

                    pomimo tego, że spędzamy ze sobą bardzo
                    > dużo czasu, czujemy się wolni, nie przytłaczamy siebie nawzajem,
                    nie
                    > odczuwamy potrzeby "odpoczęcia" od siebie.

                    Z nami znów podobnie. Gdy poznałam mojego męza, to pierwsze
                    odczucie, jakie miałam to to, że moge z nim być 24h i nic mnie w nim
                    nie drazni, że jest on dla mnie jakims kojącym balsamem i nie chce
                    się spędzać czasu bez niego. W poprzednich związkach, zawsze coś
                    mnie drazniło, zawsze z czyms (jakąś wadą) walczyłam. A tu nagle -
                    cud! wczesniej nie wierzyłam , ze cos takiego może się zdarzyć bo
                    wierzyłam święcie w skrypt pt. "związek to orka". Na razie nic nie
                    oramy :-)
      • die_blume Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 10.05.08, 10:13
        Tak jak pisze Arwen. Pewno, że miłość nie wystarczy. Wspólne zainteresowania,
        spędzanie razem czasu, rozmowy, wypady na rower itd. - to jest to. A tak żyjecie
        obok siebie, a nie razem.
    • alis123 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 12:08
      Czytam te wypowiedzi, zwlaszcze m-zonki i awren i oczywiscie
      gratuluje udanych zwiazkow, ale nasuwa mi sie pewna refleksja.
      Piszecie o tym, ze musialyscie sie najpierw nauczyc siebie, zeby je
      stworzyc. Wydaje mi sie, ze po prostu spotkalyscie swoich obecnych
      partnerow w odpowiednim momencie - kiedy bylyscie juz gotowe na
      udany zwiazek. Gdyby staneli na waszej drodze wczesniej, pewnie by
      sie to nie udalo. Z niektorymi osobami jest nam pewnie latwiej
      utworzyc dobry zwiazek z innymi trudniej, ale wiele zalezy od nas i
      naszej samoswiadomosci.
      • arwen8 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 09.05.08, 15:27
        alis123 napisała:

        > Piszecie o tym, ze musialyscie sie najpierw nauczyc siebie, zeby
        > je stworzyc. Wydaje mi sie, ze po prostu spotkalyscie swoich
        > obecnych partnerow w odpowiednim momencie - kiedy bylyscie juz
        > gotowe na udany zwiazek. [...]
        > wiele zalezy od nas i naszej samoswiadomosci.

        Alis, właśnie o tym piszemy! "Nauczenie się siebie" to innymi słowy
        zyskanie samoświadomości. Bycie "gotowym na udany związek" polega
        m.in. na właściwym rozpoznawaniu i rozumieniu uczuć, potrzeb,
        wartości, zarówno swoich własnych jak i innych osób. Wówczas wiemy,
        co jest DLA NAS dobre, a co krzywdzące i potrafimy lepiej chronić
        siebie. Co za tym idzie, przestajemy powielać te same błędy, np. już
        więcej nie związemy się z umniejszającym nas partnerem, lub
        partnerem-ojcem, etc.

        Znam pewnego trzykrotnie rozwiedzionego faceta. Każda z jego trzech
        żon była znacząco od niego młodsza (ostatnia żona była młodsza o 21
        lat). Dla mnie jest to fascynujący przykład potęgi rządzącej tym
        człowiekiem nieświadomości...
        • ikabg Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 10.05.08, 08:47
          Zgadzam się z każdym Twoi słowem:)

          Istnieją jednak dodatkowe dylematy. Prawda, że się rozwijamy, że dojrzewamy,
          uczymy się siebie, tylko jak pogodzić to z dobrem innych.
          Podejmując decyzję o małżeństwie w danym momencie życia z człowiekiem już
          ukształtowanym, żyjącym w zgodzie ze sobą dokonujemy wyboru, jesteśmy za niego
          odpowiedzialni i ponosimy jego konsekwencje.
          To pewien rodzaj filozofii, nie oparty na dążeniu do zaspokojenia wszystkich
          swoich potrzeb, a na braniu odpowiedzialności za własne czyny i decyzje. Nie
          jest to łatwe i często prowadzi do rozdarcia wewnętrznego..
          Nie mam prawa skazywać kogoś na cierpienie dlatego, że nie byłam świadoma
          swoich potrzeb. Czyż nie byłaby to jawnie wyrządzona krzywda?
          Staram się zrozumieć męża, wiem, że zamyka się w sobie, trudno do niego
          dotrzeć,izoluje się, ale zawsze taki był. Wiem, że mnie kocha i naszą córkę,
          wiem też jednak, że różnimy się i że tęsknię za wieloma zwyczajnymi rzeczami,
          które powinny się wiązać z udanym związkiem.
          Ciężko nam się porozumieć ale ciągle żyje w nas miłość, nie ma złośliwości i
          okrucieństwa choć jest już niewielkie zobojętnienie i ochłodzenie. Dlatego
          uważam, że mimo wszystko powinnam być konsekwentna wobec swoich decyzji, starać
          się znaleźć szczęście tu i teraz.
          Dopóki będzie szansa na poprawienie naszego związku, dopóki żadne z nas nie
          będzie jawnie odrzucać tego drugiego i będzie choć minimalna wola współpracy, to
          muszę walczyć, bo inaczej czekały by mnie wyrzuty sumienia i cierpienie większe
          niż poczucie pustki, które teraz mnie dręczy.
          • arwen8 Re: Charakter jedynym przeznaczeniem człowieka.. 10.05.08, 19:51
            ikabg napisała:

            > Dopóki będzie szansa na poprawienie naszego związku, dopóki żadne
            > z nas nie będzie jawnie odrzucać tego drugiego i będzie choć
            > minimalna wola współpracy, to muszę walczyć, bo inaczej czekały by
            > mnie wyrzuty sumienia i cierpienie większe niż poczucie pustki,
            > które teraz mnie dręczy.

            1) Chęć naprawy związku powinna być OBUSTRONNA, w przeciwnym razie
            żadna naprawa nie jest możliwa. Tworząc zwiazek, każdy z partnerów
            przyjmuje na siebie 50% odpowiedzialności za jego
            sukces/niepowodzenie. Układ, w którym jeden z partnerów stara się
            (dba o związek) na 90% a drugi jedynie na 10% na dłuższą metę nie
            jest układem zdrowym i zawsze się odbije na zdrowiu psychicznym lub
            fizycznym partnerów lub ich dzieci.

            2) "Niejawne" odrzucenie, brak aktywnego udziału jednego z partnerów
            we wspólnym tworzeniu związku jest równie bolesne i krzywdzące jak i
            jawne odrzucenie o którym wspominasz.

            3) Zastanawiam się, czym jest "minimalna wola współpracy", o której
            piszesz. Czym jest dla Ciebie, a czym dla Twojego męża? Czy
            rozmawialiście ze sobą szczerze na ten temat? Jakie "minimum" i na
            jak długi okres będzie wystarczające? Tak jak napisałam wyżej, warto
            zastanowić się, czy nie będzie to związek 90%/10%? Czy wysiłek
            naprawy zwiazku nie będzie prawie całkowicie spoczywać tylko na
            barkach jednego z Was?

            4) Napisałaś "muszę walczyć". "Muszę" jest słowem narzucającym
            presję, wysiłek, stres, i przede wszystkim ogromne poczucie winy (w
            przypadku niepowodzenia). Jest słowem, które bardzo przeszkadza w
            rozpoznawaniu naszych prawdziwych uczuć i w rozwoju osobowym. Ikabg,
            czy TY tego CHCESZ? Czy naprawdę szczerze tego pragniesz? "Muszę"
            często też wiąże się z lękiem. Boję się zrobić coś, co naprawdę jest
            dla mnie dobre i ważne, być może nie wolno mi było myśleć o własnych
            przyjemnościach w dzieciństwie, byłam karana za robienie tego, na co
            miałam ochotę. Więc odrzucam myłśi o tym, czego pragnę i
            mówię "muszę". "Muszę" kojarzy mi się z oczekiwaniami INNYCH, które
            próbuję sobie narzucić (wbrew własnym potrzebom, pragnieniom). Za
            każdym razem, kiedy mówisz "muszę", warto się zatrzymać na chwilę i
            zastanowić się, czy nie próbujesz za tym słowem ukryć (wyprzeć)
            swoje prawdziwe potrzeby i pragnienia, czy nie próbujesz narzucić
            sobie oczekiwania innych, stereotypy, wzorce, tradycje, które tak
            naprawdę kłócą się z Twoimi wartościami? "Muszę" dla mnie brzmi jak
            ostrzeżeniu. Warto zwrócić szczególną uwagę na to słowo...

            5) Piszesz o swoim lęku przed wyrzutami sumienia i cierpieniem.
            Dlaczego właśnie te uczucia? Z czym się wiążą dla Ciebie? Na czym
            polegałoby Twoje cierpienie? Co wyobrażasz sobie myśląc o tych
            uczuciach? Czy czułaś już coś podobnego dawniej? Czego się boisz
            najbardziej?

            6) Piszesz o dręczącym Ciebie poczuciu pustki. Doskonale znam to
            uczucie. Ale nie ma ono nic wspólnego z Twoim związkiem. Tego
            rodzaju pustki nie da się naprawić ani mężem, ani dzieckiem, ani
            używkami, ani ucieczką od pustki, ani ogromnym wysiłkiem by naprawić
            coś na zewnątrz nas. To pustka, która powstaje na skutek wypierania
            naszych prawdziwych uczuć. Uczuć, które wciąż niesprawiedliwie
            określamy mianem "złych", "negatywnych" (takich jak gniew, lęk, ból,
            osamotnienie, wściekłość, smutek, nienawiść, zazdrosć, etc.). Tę
            pustkę można wypełnić jedynie przywracając sobie prawo do
            przeżywania tych wszystkich uczuć, przywracając tę część siebie,
            którą wypieraliśmy od dziecka. Wszystkie inne "wypełniacze"
            zadziałają jedynie na krótką chwilę, ale w ostatecznośąci wyrządzą
            więcej krzywdy.

            Ikabg, naprawa Waszego związku zaczyna się od świadomej naprawy
            siebie.

            Powodzenia i odwagi!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka