Dodaj do ulubionych

Długi post...

20.11.08, 10:13
Mój kłopot naprawdę nie jest wielki w porównaniu z problemami innych
użytkowników tego forum, ale niektórzy stali bywalcy są naprawdę mądrymi
ludźmi, więc chciałabym Was poprosić o radę.

Problemem jest mój mąż. Jesteśmy ze sobą już ósmy rok i naprawdę całkiem
dobrze nam razem. Radzimy sobie finansowo, dużo czasu spędzamy razem, możemy o
wszystkim pogadać, dopasowaliśmy się, jeśli chodzi o sprawy łóżkowe. Nie ma
między nami nudy, ale też się nie kłócimy - codzienne problemy rozwiązujemy na
drodze negocjacji i wzajemnych uprzejmości. Większych kryzysów nie mieliśmy.
Mój mąż jest bardzo ciepłym, opiekuńczym, czułym i cierpliwym człowiekiem,
moim najlepszym przyjacielem. Nie powielamy wzorców wychowawczych naszych
rodzin - dzieci nie bijemy i na nie nie wrzeszczymy, kochamy je do szaleństwa,
a jeśli mamy problem wychowawczy, szukamy rady u psychologa dziecięcego, żeby
czegoś nie popsuć. Chyba nie jesteśmy najgorszymi rodzicami, zresztą dzieci
uwielbiają tatę :-)

Moim zdaniem to wszystko jest ogromnym osiągnięciem mojego męża: pochodzi z
rodziny patologicznej, gdzie dzieci były maltretowane (łącznie z biciem aż do
pęknięcia śledziony albo odbitej nerki), niekochane, chodziły głodne, miały za
małe buty i marzły w zimie, bo rodzice woleli sobie kupić nowe auto, niż im
kurtki. Rozumiem, przez co przechodził, bo ja też pochodzę z rodziny, w której
źle się działo, chociaż przynajmniej nie chodziłam głodna, nawet jeśli czasem
szłam do szkoły z podbitym okiem.

Z rodzinami utrzymujemy kontakty symboliczne - odwiedzamy ich raz na rok,
telefonujemy, albo nawet wysyłamy smsa z życzeniami na urodziny, i tyle.
Problem w tym, że każdy kontakt kończy się u mojego męża wielodniową depresją.
Gryzie się, że nie jest w stanie pomóc młodszemu rodzeństwu (próbowaliśmy ich
wyrwać z domu, ale nie chcieli), że rodzice tak ich traktują. Boli go, że
ludzie z normalnych rodzin osiągają więcej, bo mają łatwiejszy start, że sam
mógł osiągnąć o wiele, wiele więcej...

Mówię mu wtedy, że jestem dumna z tego, co osiagnął i że on tez powinien być z
tego dumny - że skończył elitarne studia, założył NORMALNĄ rodzinę,
przyzwoicie zarabia, wiele potrafi, jest oczytany, ma ciekawe hobby... Że ja
sama ogromnie dużo się od niego uczę i nigdy nie osiągnęłabym tyle, gdyby on
mi nie pokazał, ze można żyć inaczej, niż moi rodzice, że związek to nie
walka, a ekipa i partnerstwo z dużym bonusem czułości i wsparcia.
Problem w tym, że to nie pomaga :-(. Dalej się gryzie, wstydzi, ze ma taką
rodzinę, dalej jest mu smutno, dalej jest na siebie zły, że ma już 30 lat
(jakby to było dużo, całe życie przed nami), a nie mamy jeszcze pokaźnego
konta czy naszego wymarzonego domku w lesie.

Jak mu pomóc? Jakie słowa znaleźć, żeby uwierzył, że przeszłość to już tylko
blizny, żeby zauważył, że teraźniejszość jest zupełnie znośna, że on sam jest
bardzo wartościowym człowiekiem i żeby przestał opierać swoje poczucie
wartości wyłącznie na tym, co mu się nie udało, ignorując znacznie liczniejsze
sukcesy.
Przykro mi, że się tak gryzie i że nie umiem mu przynieść ulgi :-((
Obserwuj wątek
    • kicia031 Re: Długi post... 20.11.08, 12:16
      Przede wszystkim gratulacje, Ja tez uwazam, ze osiagneliscie bardzo
      wiele i czytam to co piszesz z wielka zazdroscia.

      A co do meza - nie sadze, bys mogla mu pomoc. On musi sie sam
      upowrac ze swoim zalem, bolem, zaniedbaniem, odrzuceniem, z calym
      bagazem przeszlosci. ty mozesz go w tym wspierac, ale nie zalatwisz
      wszystkiego za niego. Czy maz myslal o terapii?
      • locusipsum Re: Długi post... 20.11.08, 12:35
        Dziękuję Ci za odpowiedź. Trochę mnie zawstydziła :-)

        > Czy maz myslal o terapii?
        Widzisz, na tym polega część problemu. Mąż uważa, że powinien poradzić sobie z
        tym wszystkim sam. Kiedyś bardzo delikatnie próbowałam napomknąć o warsztatach
        albo o psychologu, ale się zdołował jeszcze bardziej. Chyba myślał, że ja myślę,
        że z nim jest coś nie tak :-(. A ja naprawdę uważam, że on jest bardzo dzielny i
        normalny, tylko poraniony. Nawet jak mu na zły humor proponuję kubek kakao i
        tabletkę valusedu, to się trochę jeży i bardziej dołuje.
        Nie oznacza to, ze jest zamknięty w sobie, bo mi ufa i się zwierza, ale trudno
        by go było zaciągnąć na terapię. Już do zwykłego lekarza trzeba go wypychać
        miesiącami...

        Mam wrażenie, że najlepiej jeszcze mu pomagają dzieci - jak im daje to, czego
        nie miał (wspólne czytanie, przytulaski, zabawki, etc.), to się robi znacznie
        szczęśliwszy. Ja zresztą tez :-)
        Ale oprócz dzieci jest jeszcze kilka innych pól aktywności i tu go często dopada
        dołek.
        • kicia031 Re: Długi post... 20.11.08, 12:47
          ale trudno
          > by go było zaciągnąć na terapię.

          jesli kogos trzeba na nia ciegnac, to raczej nic z tego nie bedzie.

          jesli moge sie z toba podzielic swoim prywatnym doswiadczeniem:
          jestem chora na depresje. Przez wiele lat radzilam sobie sama
          roznymi technikami, bralam leki ziolowe, ale przyszedl taki moment,
          ze cierpienie stalo sie nie do zmiesienia i nie zastanawialam sie
          ani chwili, tylko szukalam profesjonalnej pomocy. Mysle, ze jesli
          maz rzeczywiscie siegnie dna to pojdzie szukac tej pomocy. Ale moze
          faktycznie poradzi sobie z tym sam?
          • locusipsum Re: Długi post... 20.11.08, 13:11
            Wiesz, tego dna się strasznie boję :-(
            Co będzie, jeśli nam się rozsypie to, co zbudowaliśmy? Jeśli ucierpią dzieci?
            Jeśli się to odbije na jego zdrowiu?
            Boję się, gdy czasem na pytanie "czy mogę coś zrobić, żeby Ci poprawić humor"
            odpowiada "możesz mnie odstrzelić". Wiem, ze to żarty, ale i tak się boję. Mam
            wrażenie, ze tych dołków jest coraz więcej i coraz trudniej go rozweselić.

            Poza tym to jest zwyczajnie nie fair. On nie zasłużył na to, żeby być
            nieszczęśliwym. Tyle wycierpiał, tyle osiągnął, był taki dzielny w tym
            wszystkim, nawet młodsze rodzeństwo chronił, na tyle, na ile mógł. A tymczasem
            to jego dusza boli i jego dopada depresja, zabierając mu satysfakcję z życia,
            podczas gdy jego rodzice żyją sobie wygodnie i bezkarnie, a ojciec nawet śmiał
            na 30 urodziny wysłać mu maila z wyrazami satysfakcji, jak to go dobrze wychował.
            • miacasa Re: Długi post... 20.11.08, 13:25
              a jak Ty czujesz się z takim ciężarem? bo to jest ciężar nieść czyjeś
              cierpienie, nie mogąc mu ulżyć
              mnie osobiście przytłaczają stany mojego męża, gdy mimo obiektywnie dobrego,
              wygodnego życia, zapada się w czarną dziurę
              • locusipsum Re: Długi post... 20.11.08, 13:55
                Wiesz co, nigdy nie myślałam o tym, jak o ciężarze...

                Wiem, że to idiotyczne, ale tak naprawdę jestem wściekła. Trochę na siebie, że
                nie potrafię mu pomóc, ale bardziej na niego, że teraz, kiedy już wyszedł na
                prostą, zaczął się łamać, że nie starcza mu pary, by iść dalej i korzystać z
                życia, że happy end jest pozorny, bo mimo tej rodziny, miłości i dobrej pracy on
                nie potrafi być szczęśliwy (albo może nie jest szczęśliwy, bo nie daję mu tego,
                czego potrzebuje? Może dla niego nasza rodzina nie jest taka dobra i dająca
                poczucie oparcia, jak dla mnie? Sama nie wiem...).
                No i oczywiście jestem wściekła na jego rodziców. Wiem, że to wredne i
                dziecinne, ale za każdym razem, jak się spotykamy, sprawia mi czystą przyjemność
                krytykowanie ich i upokarzanie. Jakoś się nie mogę opanować.
                Eeech... i co teraz? Chyba sama podłapuję dołek :-((
                • locusipsum miacaso 20.11.08, 22:27
                  Wciąż myślę nad Twoim pytaniem i coraz bardziej mnie gryzie.
                  Jestem zła na męża, boję się, nie rozumiem, co się dzieje, czemu jemu jest źle,
                  czy ja coś robię nie tak.
                  Ale nie chciałam, zeby mój poprzedni post zabrzmiał jak odrzucenie męża -
                  naprawdę go kocham, doceniam i podziwiam.
                  • miacasa Re: miacaso 20.11.08, 23:46
                    Użyłam określenia "ciężar" bo właściwie nie wiem sama jak to określić, to dla
                    mnie stan, który uwiera, który mimo prób poprawienia nastroju, logicznych
                    argumentów, obiektywnie dobrej sytuacji życiowej i dużych starań nie zmienia
                    się. Znam uczucie żalu, smutku, współczucia ale i złości, irytacji,
                    bezradności, czasem znużenia bo ile razy można zatapiać się w tym samym bagnie.
                    Ja powiedziałam mężowi, że jest mi najzwyczajniej ciężko patrzeć jak się miota w
                    najlepszym okresie swojego życia, że nie potrafię mu pomóc i uważam, że poziom
                    jego cierpienia wymaga pomocy specjalisty. Zgodził się ze mną, zobaczymy czy
                    skorzysta z tej pomocy. Twój mąż jest mądrym, wykształconym człowiekiem, kocha
                    ciebie, może powiedz mu o ty jak ty się czujesz w tych jego okresach fatalizmu.
                • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Długi post... 22.11.08, 18:57
                  Sprawa może opierać się o 2 aspekty. Po ciężkim dzieciństwie, gdzie trzeba było
                  mobilizować wszystkie siły psychiczne aby przetrwać i tyle sam sił aby stworzyć
                  coś wartościowego, mąż , czując się bezpiecznie, pokazał Pani swoją inna część.
                  Część smutną, depresyjną, niepewną. Może to robić przy Pani czując, że Pani to
                  zaakceptuje ale on też może tego potrzebować. Może też nie ma już siły i chęci
                  na walkę i na pokazywanie siły. Jeśli tak wyglądało jego dzieciństwo, jak Pani
                  pisze, to można to zrozumieć.
                  Druga sprawą mogą być Pani uczucia, które nie pozwalają znieść depresyjnej
                  części męża. To jest poczucie, że nie Wasza rodzina i dobre w niej sprawy
                  stanowią istotę dla Pani męża, ale nadal jego własna, patologiczna i nieudana
                  rodzina. To tak jakby Pani była cały czas, za sprawą męża, w takiej
                  nieustającej konkurencji z nimi.Każdy złu humor męża przypomina Pani o tym.
                  Niewątpliwie dobrze byłoby, żeby mąż pomógł sobie i zdecydował się na terapię,
                  ale jeśli tego nie zrobi, bez względu na powod, nie ma co go winić za to.
                  Pani natomiast radzę, aby w trudniejszych momentach, nie rozchmurzać go na siłę
                  pokazując jego zdobycze, ale uznać, że taka melancholia jest jego częścią i tak
                  już pozostanie. Jeśli poczuje się akceptowany, może i te stany będą rzadziej się
                  ujawniać. Pozdrawiam. Agnieszka Iwaszkiewicz
                  • locusipsum Re: Długi post... 22.11.08, 21:11
                    Pani wypowiedź mi dużo do przemyślenia, ale też uspokoiła. Szczerze mówiąc,
                    znacznie łatwiej mi chyba zaakceptować, że mąż bywa smutny, bo taka już część
                    jego natury, niż gryźć się, że robię coś nie tak, albo że "przez niego" nam się
                    życie wali. Dziękuję.
            • kicia031 Re: Długi post... 20.11.08, 13:52
              Sa takie wyniki badan ktore potwierdzaja, ze u zaniedbywanych i
              maltretowanych dzieci dochodzi do trwalych zmian w mozgu. Podobnie
              zreszta dzieje sie w depresji. To nie kwestia tego, na co maz
              zasluzyl, ale co osiagnal mimo trudnosci na starcie, i tego z czym
              jeszcze musi sobie poradzic.
              Zycie z czlowiekim ktory ma depresje lub inne problemy psychiczne
              jest bardzo trudne, ale mozna sie leczyc i funkcjonowac normalnie.
              Trzeba tylko poczuc do tego motywacje, i sadze, ze skoro maz dal
              dowod, ze jestem czlowiekiem zmotywowanym i samoswiadomym, to w
              odpowiedniej chwili tej pomocy poszuka.
              • locusipsum Re: Długi post... 20.11.08, 13:57
                Dzięki, pocieszasz mnie... Chociaż i tak się boję, bo nie bardzo wiem, co mogę
                zrobić :-(
                • mkostki Re: Długi post... 21.11.08, 00:13
                  A ja czytając Twój post doznałam pewnego skojarzenia - otóż w twoim
                  opisie męża dostrzegłam w nim przede wszystkim takie małe
                  skrzywdzone dziecko. I niewątpliwie pod wpływem niedawnej ponownej
                  lektury pań Faber i Mazlish przyszło mi do głowy, że jak małemu
                  dziecku - trzeba mu dać prawo do przeżycia tych uczuć i nie
                  zaprzeczać im. Przypuszczam, że obiektywnie rzecz biorąc Twój mąż
                  zdaje sobie sprawę z tego jak wiele osiągnął, ale mimo to ma w sobie
                  jakiś ból, do którego Ty jednak nie dajesz mu prawa. A zatem jest
                  smutny, załamany itp, choć nie powinien. I ten dysonans - smutek a
                  brak obiektywnego powodu - pewnie jeszcze bardziej go dołuje.
                  Nie kwestionuję tu oczywiście zasadności profesjonalnej terapii, ale
                  myślę, że Twój mąż mógłby poczuć ulgę, gdybyś zamiast mówić, że nie
                  ma powodu się martwić, powiedziała, że rozmumiesz co czuje, że
                  pewnie mu jest smutno z powodu rodzeństwa i się o nich martwi, że
                  wiesz, iż czuje wielki żal do swoich rodziców i że ma do tego żalu
                  prawo itp.itd. Nie próbuj go na siłę pocieszać - może lepiej
                  pozwolić mu przeżyć te złe uczucia, żeby zrobić miejsce na dobre,
                  jak to opisują przywołane przeze mnie autorki.
                  Pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka