wiolawarszawa
25.08.09, 19:25
Jak już wiecie jestem sama od półtora roku jak większość z nas –
przechodziłam różne stany od nieuwierzenia w śmieć mojego Męża po
czekanie, rozpacz, gniew, ból, bezradność, załamanie, zadawanie
beznadziejnych pytań , przygnębienie, nieprzespane noce, morze łez,
smutek, żal itp. - po zapadanie się w nicość, poczucie kary i
ogromnej niesprawiedliwości.
Pytam ile jeszcze muszę znieść na jakie jeszcze próby zostanę
narażona, gdzie jest granica ludzkiej wytrzymałości?
Ostatnimi czasy dobrze nie było ale bywały dłuższe dni
umiarkowanego „spokoju” i nagle znowu wszystko się posypało – stan
beznadziejności, udręki i wspomnień. Upadłam bardzo boleśnie i przez
parę dni nie mogłam się podnieść – interweniowała rodzina i Syn – to
było następne załamanie nerwowe i brak pogodzenia się z utratą
ukochanej osoby.
Musiałam się podnieść bo chcieli mnie zawieść do szpitala – jakby
było na to lekarstwo!
Powiem jedno żyję, oddycham, chodzę do pracy ale w środku umieram,
usycham a moje serce dawno temu pękło na pół – a ja muszę udawać, że
żyję – jestem zmęczona.
Dlatego pytam ile jeszcze to będzie trwać ?
Ile razy jeszcze upadnę?
Ile razy będę popadała z jednej skrajności w drugą ? – jak wariatka
Ile jeszcze mam znieść?
Ile jeszcze będę udawać, że się podnoszę?
Ile jeszcze muszę wytrzymać ?…… przecież z czasem miało być lepiej…….
Jestem załamana swoim zachowaniem i już niczego nie rozumiem.
Przepraszam nie chciałam nikogo dołować ale tak mi żle………