Gość: szeryf m. Michigan
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
15.05.05, 19:43
Z nadwiślańskich lasów
Mija rok od wejścia Polski do Unii Europejskiej
- Najbardziej brakuje mi przyjęć w Polskiej Misji. Było kolorowo, smacznie i
jakby w domu. Dobre jedzenie, alkohole, ciekawe rozmowy i mili ludzie. Było
widać, że się starali. - A teraz już się nie starają? - Teraz mają o wszystko
pretensje. Wiem, co mówię, bo znam Unię, życie i trochę Polaków...
Nostalgia za starymi, dobrymi czasami? To prawda jednak, że Polska Misja przy
UE, teraz już Stałe Przedstawicielstwo, opustoszała. Przybyło wprawdzie
urzędników - w końcu jest to brukselski urząd polskiej administracji
rządowej - ale ubyło temperamentu. Ostatnie dwa lata przed akcesją Misja była
nie tylko najbardziej zapracowaną polską placówką za granicą, ale i miejscem
tętniącym życiem. Kogo tu nie było... Ilu przyjezdnych Polaków przekonało się
tu do Unii i ilu unijnych urzędników przełamało opory wobec Polski. Były
spotkania na wysokim szczeblu, podczas których dobre wino wzmacniało
argumenty i takie, podczas których Polska prezentowała swoją barwę i smak, a
goście wychodzili z ciężkim sercem.
W Unii po roku
Dodatkiem o przedsiębiorczości rozpoczynamy czteroodcinkowy cykl "Po roku -
podsumowanie pierwszego roku członkostwa Polski w Unii Europejskiej". Tematem
następnych odcinków będą: edukacja, rolnictwo i sytuacja w Kościele.
Najwięcej kolorytu przynosili polscy rolnicy. Wchodzili ostrożnie,
bojaźliwie, następując sobie na pięty i chowając się po kątach. Wystarczyło,
że zagrała kapela, polały się miody, ruszyli do stołów i już francuskiego się
nie bali, po niemiecku kiwali głowami, po polsku chętnie dzielili się
obawami. To na jednym z takich spotkań usłyszałem od wiejskiego eurosceptyka
słowa: - Panie redaktorze, w żadne darmowe dopłaty nie wierzę. - A dlaczego
nie? Przecież rolnicy w unijnych krajach dostają. - Nie, bo nie. Dopłat nie
dostawał mój dziad ani ojciec, ja też nie dostanę...
Od poniedziałku do czwartku
Polska weszła do Unii i już nie trzeba jej “promować”, zachęcać innych, by
byli nam życzliwi. Teraz sami patrzymy na innych i wystawiamy oceny. - Już na
pierwszy rzut oka widać, że nasi zachodni partnerzy nie pogodzili się jeszcze
z rozszerzeniem - mówi jeden z deputowanych. - Było jasne, że musimy się do
siebie przyzwyczaić, ale trzeba tego jeszcze chcieć.
- To nie jest sprawa dobrej woli, a politycznego obyczaju i standardów
kulturowych - mówi jeden z “tamtych”. - Wszyscy cierpimy z powodu
niedostosowania. Być może tempo było za szybkie? Polscy koledzy wprowadzili
nowy obyczaj: są nadwrażliwi, podejrzliwi i mają tendencję do działań
spiskowych. Przeciwnika politycznego traktują jak wroga. Różnice w poglądach
są solą demokracji, ale większość z nich traktuje je fundamentalistycznie.
Większość z nich polemikę odbiera osobiście, czują się urażeni. I ten
akcjonizm, pisanie listów, protestacji... Poseł zyskuje na znaczeniu, jeżeli
potrafi przekonać innych, i to osoby z różnych krajów, o odmiennej tradycji,
historii i osobistym doświadczeniu. Polscy koledzy tego nie znają - są
indywidualistami. Startują z jakąś akcją bez konsultacji, zaskakują petycjami
i potem są zawiedzeni, bo nie wzbudziły one większego zainteresowania. I mają
pretensje.
Pytam jednego z ekspertów. Tu także warunkiem szczerości jest anonimowość: -
Nie chcę nikogo urażać, a zjawiska, które obserwuję, są zapewne przejściowe,
mamy nadzieję, że znikną po zdobyciu doświadczenia i wykształceniu nowej
kadry. Na razie jednak istnieją i są denerwujące. Z małymi wyjątkami polscy
posłowie nie rozumieją wspólnotowej zasady działania: nie są przecież
polskimi posłami, ale przede wszystkim deputowanymi jednoczącej się Europy,
których punkt widzenia musi współgrać z interesem ogólnoeuropejskim.
Tymczasem pracują w Brukseli z oczami skierowanymi na Warszawę, a
zachowaniami w stolicy UE chcą uczestniczyć w życiu politycznym kraju. Stąd
wielkie zaskoczenie w Parlamencie, kiedy polscy eurodeputowani w większości
głosowali przeciw Traktatowi Konstytucyjnemu, czym rozczarowali do siebie
wielu życzliwych im kolegów. Eurodeputowani z krajów zachodnich poświęcając
się polityce europejskiej, znikają z narodowej sceny politycznej. Materia
unijnych spraw jest wszak tak skomplikowana, że trzeba poświęcić się jej bez
reszty. Polacy ledwie przylecą do Brukseli, już wyglądają powrotnego samolotu
do Warszawy, bo myślą, że tam jest ich miejsce.
Unijna polityka nie zaczyna się w poniedziałek i nie kończy w czwartek po
południu. Tymczasem polscy posłowie na posiedzenia swoich gremiów w
czwartkowe popołudnia przychodzą nierzadko już z walizkami i podróżnymi
torbami... Dobrze, że pamiętna bitwa parlamentarna o Ukrainę odbyła się w
poniedziałek, bo gdyby przypadła w piątek, Ukraina byłaby osamotniona. Sukces
w tej sprawie, też trzeba to powiedzieć, nie był zasługą wszystkich polskich
posłów, a jedynie pewnej, bardzo aktywnej grupy, która działała wbrew
opisanemu wyżej stereotypowi. Na palcach jednej ręki można policzyć polskich
eurodeputowanych, którzy wynajęli mieszkanie w Brukseli albo chcą je kupić -
po to, by być na miejscu i budować swoją pozycję także w piątki i niedziele.
Statusu nie buduje się jednak samodzielnie: wiedzą, obyciem, znajomością
procedur, osobistą kulturą i kompetencją - ale też przez personel. Do
unijnych urzędów i instytucji zgłasza się wielu Polaków, kolejne kilka
tysięcy przysyła CV. Kilka tysięcy innych jest przekonanych, że nadaje się do
pracy w Brukseli, a każdy student, który spędził parę tygodni na stażu w
Komisji, uważa, że jest już unijnym ekspertem. Mimo to parlamentarne kuluary
i unijne korytarze są bezlitosne w ocenie wielu poselskich biur. Na czym
polega problem, pytam jednego z siedzących głęboko w materii.
- Kiedy do pracy przyjmowany jest Hiszpan albo Niemiec, jest przekonany, że
sukces jest efektem wysiłku. Polak uważa, że stanowisko po prostu mu się
należy. I kiedy Niemiec przegrywa, nie ma pretensji, bo wie, że byli od niego
lepsi. Pojawi się za rok, jeszcze lepiej przygotowany. Polak w tej sytuacji
powie, że jest szykanowany, bo ktoś nie lubi jego narodu. I jeszcze jedno:
kiedy już Polak pracę dostaje, od razu pokazuje, że każdy przed nim źle
pracował i trzeba było aż przyjęcia Polski do UE, żeby wreszcie wszystko było
w porządku.
Tęsknota za egzotyką
Rzecz nie w przepisach, a w mentalności. Dochodzenie do siebie, przed
akcesją, było za krótkie. Dzisiaj widać, że decyzja Parlamentu Europejskiego
o zaproszeniu grupy obserwatorów jeszcze przed rozszerzeniem była słuszna,
tylko rozpoznanie trwało, niestety, za krótko. Rzecz też w doświadczeniu.
Polityka zachodnia wykształciła odrębną grupę polityków, którzy poświęcili
się Europie. Hans-Gert Pottering, szef grupy chadeckiej w Parlamencie,
działał w ruchu europejskim kilkanaście lat nim stał się tym, kim jest. I
wcale nie jest wyjątkiem, czego polscy posłowie w Brukseli chyba jeszcze nie
rozumieją.
Z niepokojem na doświadczenia pierwszego roku spoglądają też obeznani w
kontaktach z nowymi krajami unijnymi politycy. Choćby Günter Verheugen, były
komisarz ds. rozszerzenia, a dzisiaj flagowa postać Komisji, odpowiadająca za
gospodarczą pomyślność wspólnoty. Po przyjęciu nowych państw podniósł się
poziom nacjonalizmu, uważa wielu “Brukselczyków”. I zamiast zabiegać o jego
obniżenie po zachodniej stronie, pojawiły się zjawiska wpisujące się w
myślenie nacjonalistyczne. Temu właśnie przeciwstawiał się usilnie Verheugen,
nie tylko kiedy zabiegał o jak najlepsze przygotowanie kandydatów, ale i o
przekonanie Zachodu, że warto ich przyjąć. Niestety, kapitał, który
zgromadził, coraz bardziej traci na znaczeniu.
Widać to po tematach licznych spotkań w Brukseli. Ich uczestnicy rozpatrują
takie kwestie, jak groźby nowego nacjonalizmu, utrata wrażliwości na interes
wspólnoty, europejska s