Dodaj do ulubionych

A może by tak coś zjeść?:))

08.02.05, 13:12
Pora właściwie na lunch,ale nawet prowincjonalne,zwykłe śniadanie by się
zjadło...Eeeeeee,idę do sklepu! Żegnalski jestem!:)
Obserwuj wątek
    • teklat Re: A może by tak coś zjeść?:)) 08.02.05, 14:12
      Ja w ramach tego pokrzepiłam sie snickersem, co to miał wygrać z moinm głodem...
      • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 08.02.05, 14:24
        Łakomczuchu!A ja nadal mężnie zmagam się z moim głodem - o czym w nowym
        wątku.:))Kupiłem sobie (pierwszy raz w życiu)serek tartare pod
        tytułem "Borowikowy las".Jestem ciekaw ile borowików znajdzie w nim ten,co go
        pierwszy namierzy?:))Trzeba go do jutra rana ukryć na dnie lodówki!:))
        • teklat Re: A może by tak coś zjeść?:)) 08.02.05, 14:57
          Ty se lepiej uważaj....
          Miałam kiedyś takich fachowców w domu... Przyleźli, rozłożyli narzędzia... cały
          dzień sprawiali wrażenie, że ciężko pracują, klęli przy tym jak szewcy.
          Obiecali, że przyjdą następnego dnia o siódmej rano... Ja miałam urlop na
          okoliczność ich remontu, rodzina - wakacje... Wszyscy domownicy łącznie z psem
          następnego dnia o siódmej rano na baczność, bo fachowcy będą się tłukli....

          Fachowcy nie przyszli ani następnego dnia, ani następnego... Ich narzędzia,
          podłączone do prądu (piła tarczowa, wiertarka itp.) stanowiły nieustające
          źródło fascynacji dla mojego wówczas małoletniego potomka... Przyszli po
          tygodniu.... Twierdzili - tu uwaga Caro! - że zatruli się grzybem ze słoika.
          Kupionym w sklepie spożywczym. I dlatego nie mogli stawić sie u mnie do pracy
          przez cały miniony tydzień. Ich zapach dobitnie świadczył, że swoje zatrucie
          leczyli w sposób bardzo niekonwencjonalny, ba! Wydawało mi sie, że cały czas są
          w trakcie leczenia antygrzybowego. Ponieważ zatrudnianie ludzi chorych godzi w
          zasady kodeksu pracy, rozstaliśmy się, choć bardzo im współczułam. Nie każdy ma
          takiego pecha, że truje się prostym zwykłym grzybem ze słoika.
          • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 08.02.05, 18:23
            To i tak mieli szczęście. Mi jedna osoa opowiadała, że zatrudniła kiedyś
            majstra znajomego do jakichś prac. A że ciepło było, to pan już o 10
            porosił "na piwo o groszy parę". Jak je wziął to zniknął na 3 godziny. Po
            południu zjawił się. Znowu popracował i o 16 znów go zasuszyło. Znów dostał na
            piwo. I kolejne 3 godziny go nie było. Na wieczór zjawił się mówiąc, że
            dokończy jutro. Z przeprowadzonego "wywiadu środowiskowego" okazało się, że pan
            po piwie, to nie kaca leczył, by się w stanie nietrzeźwości nie meldować w
            pracy, lecz... rozwolnienia dostawał i biegł w te pędy do domu, gdzie zamykał
            się w ustronnym miejscu na 2 ponad godziny. I tak przy każdej robocie.
            • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 08.02.05, 18:25
              Zaś swoją drogą, to i tak miałaś Teklo dobrze, bo przynajmniej zastaw jakiś był
              i pewność, że "fachowcy" wrócą po nie (tylko czy nie nocą lub w obstawie
              Policji, to już osobna kwestia). ;-)
              • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 10.02.05, 13:06
                Winduję wąteczek,choć on wcale nie z tych błyskotliwych,ale pora
                lu...pierwszego śniadania chyba już "nadejszła..."Co tam dobrego sobie
                przegryźliście? Przyznać sie!:))
                • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 22.02.05, 16:47
                  Właśnie! Już najwyższa pora na małe co nieco!Pa!:))
                  • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 23.02.05, 13:04
                    Watek aktualny choć stary,ale wolę go od pożegnań...
                    • teklat Re: A może by tak coś zjeść?:)) 23.02.05, 13:11
                      Co będziesz spożywał?
    • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 23.02.05, 18:00
      Frytki! :-D
      Się własnie dowiedziałem, że w lodówce zakupione leżą. Ciekawe od jakiego
      producenta. A co do polecania tychże produktów, które już kiedyś tu miało
      miejsce (tylko zapomniałem konkretnie gdzie), to dobre są sprzedawane z żółtych
      samochodów Family Frost.
      • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 07:52
        Pyszny bigos był wczoraj..:)))
        • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 11:04
          caro333 napisał:

          > Pyszny bigos był wczoraj..:)))

          Na forum? ;-)
          Czy w domu? :-P
          Czy też może taki do jedzenia w stołowce zakładowej/teatralnej/domowej
          względnie w restauracji? :-D
          • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 11:08
            Jeśli pyszny,to wiadomo,że domowy,aniołkowy!:))Z repetą!:))
            • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 11:13
              Z repetą? Czy z receptą (na ból brzucha potem w wyniku przejedzenia się
              nim)? ;-)
              A tak po prawdzie, to w minionym tygodniu sam taki jadłem. Coś ze 3-4 dni pod
              rząd był. Ale nie narzekam.
              • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 11:28
                Ja specjalnie za bigosem nie przepadam,bo tu robią wyłącznie z kwaśnej
                kapusty.Żona mnie trochę oszczędza i do domowego dodaje tej normalnej i
                wychodzi z tego całkiem niezłe co nieco.:)Nie wiem,czy są zapasy na dzisiaj ale
                bym sie nie obraził,gdyby były.Juz tu pisałem,że jestem niewybredny;jem to co
                mi pod nos podstawią.Takie eintopfowe,barowe rzeczy jak fasolka po
                bretońsku,flaki czy bigos lubię nawet...I co najgorsze - w knajpie!Żona mówi,że
                i tak wszystko mi w barze smakuje lepiej,niż w domu.Ale tak nie jest,tylko ona
                jest strasznie czuła na punkcie swoich kulinarnych zdolności i ja zawsze ją
                chwalę.:)
                • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 11:30
                  PS.A przejedzenia nie było,bo bigosik był spożywany spokojnie,z dostojeństwem
                  (hehe)i - oczywiście,nie na sucho!:))A tak w ogóle,to chyba najwyższy czas na
                  małe śniadanko! Lecę!:))
                  • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 11:39
                    caro333 napisał:

                    > PS.A przejedzenia nie było,bo bigosik był spożywany spokojnie,z dostojeństwem
                    > (hehe)i - oczywiście,nie na sucho!

                    No, najlepiej z ziemniakami lub z chlebem. :-D
                    • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 12:06
                      Tak! Właśnie o chlebku mówiłem!:)hehehehe
                      • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 12:15
                        A wersja bigosu piątkowa była? Czy normalna?
                        • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 12:35
                          Nie...wczoraj była środa,bigos był "na winie" i myśliwski - polowanko na
                          kawałek mięsa:))Nieeeee,ściemniam!:)
                          • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 12:41
                            Ten opis związy ze słowem "myśliwski" był najlepszy. :-)))
                            • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 16:49
                              ...jak w temacie,bo Wy chyba wszyscy przy obiadku,a ja się tu głodny i samotny
                              obijam o klawisze...Eeee idę na bigos!
                              • teklat Re: A może by tak coś zjeść?:)) 24.02.05, 17:35
                                Ty się lepiej zważ :)))
                                • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 10:20
                                  Wyobraź sobie - cud z niepaleniem rozciąga się również na wagę - bez zmian!:))
                                  • teklat Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 10:28
                                    A wyobraź sobie, że u mnie też :))
                                    Piąty tydzień!
                                    • caro333 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 10:32
                                      To gratulacje,ale ja sie teraz przyznam,że waga bez zmian wskazuje ...3 cyfry!:)
                                      • qwerty.tarnow Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 12:47
                                        caro333 napisał:

                                        > ja sie teraz przyznam,że waga bez zmian wskazuje ...3 cyfry!:

                                        Z tym, że ta 3, to po przecinku? :-D
                                        • kuczman Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 14:22
                                          Moze ja Wam pomoge tym tekstem w nieprzybieraniu na wadze:

                                          uł jest z ubiegłorocznej "Wyborczej"
                                          Wolnoamerykanka mięsna
                                          Kupując szynkę w sklepie, nikt z nas nie wie, czy woda z wielofosforanami i
                                          pochodnymi azotu zajmuje w niej 30, 50 czy 70 procent

                                          Na środku peklowni stoi głośno pracująca trzęsąca się maszyna wielkości dużej
                                          pralki. To główna bohaterka tej historii ? nastrzykiwarka. Obok niej w
                                          plastikowym kuble pływa bladoszara maź pokryta gęstym kożuchem, który dopiero
                                          po kilkakrotnym zamieszaniu palcem ukazuje powierzchnię płynu. Nastrzykiwarka
                                          za pomocą specjalnych igieł wlewa, ile się tylko da, tej szarej cieczy do
                                          wysokogatunkowych wędlin. "Szyneczka prezesa", "baleron babuni", polędwice i
                                          wędzonki, które każdego tygodnia kupujemy w sklepie, po opuszczeniu
                                          nastrzykiwarki zwiększają swoją wagę od kilkudziesięciu do stu procent.


                                          Masarze walczą o przetrwanie
                                          "Mam ten zakład od 18 lat. Kiedy jeszcze była to prowincjonalna masarnia,
                                          włożyłem w nią wszystkie oszczędności. Swoje, żony i właściwie całej rodziny" -
                                          mówi mi ostatniego dnia Zygmunt, właściciel tego zakładu, kiedy przy wódce
                                          próbujemy wszystkiego, co nastrzykiwarka wypluła w ciągu tygodnia. Ma 50 lat,
                                          chodzi po zakładzie w garniturze, wypachniony perfumami i, jak twierdzi, zjadł
                                          własne zęby na produkcji wędlin. Zgodził się, żebym przez tydzień na własne
                                          oczy oglądał, jak dziś w Polsce produkuje się przetwory mięsne. Warunek - nikt
                                          z branży nie rozpozna go w tym tekście.

                                          Jego masarnia, zatrudniająca 20 pracowników, od pół roku jest na krawędzi
                                          bankructwa, podobnie jak wiele innych firm w branży. "Do niedawna zaopatrywałem
                                          ponad setkę punktów w województwie, otworzyłem sieć własnych sklepów,
                                          eksperymentowałem z nowymi produktami. Katastrofa przyszła w lecie zeszłego
                                          roku. W ciągu kilku miesięcy sprzedaż spadła o kilkadziesiąt procent. W okolicy
                                          gwałtownie zaczęło rosnąć bezrobocie, ludzie przestali kupować mięso albo
                                          robili to znacznie rzadziej. Nawet w stanie wojennym, gdy mięso było na kartki,
                                          jedli go więcej niż teraz".

                                          Nie wiadomo, ile zakładów zbankrutowało w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W
                                          porównaniu z połową lat 90. liczba przetwórni jest dziś mniejsza o połowę.
                                          Reszta rozpoczęła walkę o przetrwanie. Walkę na ceny. Począwszy od małych,
                                          chałupniczych zakładów po giełdowych potentatów wszyscy redukują koszty. Firmy
                                          się łączą, zwalniają ludzi, ograniczają zużycie energii.

                                          80 proc. kosztów produkcji stanowił do niedawna surowiec. Wrzucanie coraz
                                          większych ilości ścięgien, skór i tłuszczów do kutrów (młynów) mielących mięso
                                          na parówki i kiełbasy nie było już rozwiązaniem na miarę tych czasów.
                                          Producenci zdecydowali się na krok bardziej radykalny - uzupełniać na masową
                                          skalę najdroższe gatunki wędlin najtańszym surowcem - wodą.


                                          Napompować zwierzaka zaraz po uboju
                                          Bladoszara ciecz, która donoszona jest w plastikowych kubłach do
                                          nastrzykiwarni, to rozrzedzone dużą ilością wody roztwory stosowanych m.in. do
                                          produkcji coca-coli wielofosforanów, azotynów i azotanów, które wykorzystuje
                                          się także przy wytwarzaniu materiałów wybuchowych i nawozów rolniczych. Fachowa
                                          nazwa tej cieczy to solanka. Litr solanki kosztuje złotówkę. Dziesiątki igieł
                                          pracujących wewnątrz maszyny pompują tą solanką płaty mięsa na szynki,
                                          polędwice, balerony. Ich waga musi wzrosnąć o kilkadziesiąt procent. To jest
                                          już żelazny zwyczaj, do którego - chcąc nie chcąc - musieli dostosować się
                                          niemal wszyscy producenci w kraju. Żeby wstrzyknięte preparaty za szybko nie
                                          wylały się z mięsa, jego płaty wrzucane są następnie do masownicy. Maszyna
                                          przypominająca w konstrukcji betoniarkę rozgniata połcie mięsa, tak by ciecz w
                                          środku została równomiernie rozprowadzona.

                                          Pan Bogdan obsługujący nastrzykiwarkę, zasuszony posępny flegmatyk po
                                          pięćdziesiątce, jest jednym z najważniejszych pracowników w firmie. Od jego
                                          umiejętności zależy wydajność całej masarni.

                                          "Wydajność to dziś kluczowe słowo w przetwórstwie mięsnym" - mówi mi Bogdan,
                                          nie odrywając wzroku od pracującej maszyny - "dziś 90 proc. wysokogatunkowych
                                          wędlin, które kupujemy w sklepach, to produkty wysoko wydajne. W skrócie
                                          oznacza to tyle, że kiedy szynka czy polędwica poleży parę dni w lodówce,
                                          zacznie się z niej wylewać woda".

                                          A dokładniej ten szary płyn, który pod kożuchem syntetycznej piany pływa w
                                          kuble.

                                          "Do większości zakładów mięsnych w kraju te maszyny weszły w latach 90." -
                                          opowiada Zygmunt. "Używane nastrzykiwarki i masownice z Niemiec wędrowały do
                                          Polski stadami. To był taki najnowszy krzyk techniki, którym ze zrozumiałych
                                          względów nikt nie chciał się chwalić. Ja sam w 1993 roku pojechałem z trzema
                                          tysiącami marek w kieszeni po agregat prądotwórczy, ale kiedy zobaczyłem, jakie
                                          cuda taka maszyna potrafi zrobić z kawałem mięsa, za wszystkie pieniądze
                                          kupiłem na pniu wysłużony egzemplarz. Tydzień zajęła mi nauka właściwego
                                          kłucia - wędlinki od razu zyskały na wadze 20 proc., nie mówiąc już o
                                          apetycznej soczystości... Nawet nie wiedziałem, jak szybko i po cichu
                                          konkurencja zaopatrzyła się w jeszcze wydajniejsze maszyny".

                                          Sztuczne zwiększanie soczystości wędlin jeszcze niedawno było tylko wstydliwym
                                          procederem przyjętym po cichu przez większość producentów. Dostępne urządzenia
                                          oraz przyjęte w branży zwyczaje pozwalały na zwiększanie w ten sposób wagi
                                          najlepszych gatunków wędlin do 20 proc.

                                          Prawdziwy wyścig zaczął się pod koniec lat 90., kiedy znacznie złagodzono
                                          polskie normy regulujące skład produktów spożywczych, a jednocześnie na rynku
                                          pojawiły się nowoczesne niemieckie maszyny nastrzykujące kolejnej generacji.
                                          Pompowanie mięsa w polskich zakładach przyjęło formę wyścigu między
                                          producentami. Dziś na rynku obowiązuje wolnoamerykanka ? ilość wody w wędlinie
                                          ogranicza jedynie jakość sprzętu oraz wytrzymałość mięsa. Ostatnio krzykiem
                                          mody są maszyny, które dzięki elastycznym igłom omijającym kości
                                          potrafią "napompować" zwierzaka po uboju jeszcze przed rozebraniem go na
                                          kawałki.


                                          Więcej przypraw!
                                          "Do czego lejecie najwięcej wody" - pytam Zygmunta, kiedy przerwa w dostawie
                                          solanki wstrzymała niemal całą produkcję w zakładzie.

                                          "Przede wszystkim do wędzonki. Balerony, szynki, polędwica, a więc produkty o
                                          największej wartości handlowej. Kiedyś z dziesięciu kilogramów surowej szynki
                                          robiło się około 8 kg wędliny. Dziś z tych samych dziesięciu kilo najbardziej
                                          pazerni potrafią zrobić do 20 kg. Decyduje wyłącznie technologia. Ja jestem
                                          ograniczony kilkuletnią niemiecką maszyną, dzięki której mogę rozpędzić się do
                                          50 proc. - w 100 kg surowca mogę wstrzyknąć maksimum 50 kg solanki".

                                          "Ludziom nie przestały smakować coraz bardziej rozrzedzane wędliny?"

                                          "Przede wszystkim robili to wszyscy i stopniowo, więc udało się ludzi
                                          przyzwyczaić do nowej jakości. Poza tym, żeby za bardzo nie było czuć, że mięsa
                                          w mięsie jest coraz mniej, nauczyliśmy się dodawać więcej przypraw".

                                          "Nikt nie wpadł na pomysł zdobycia rynku wędlinami robionymi według
                                          tradycyjnych receptur - tylko mięso i zioła?"

                                          "Znałem gościa, który chciał taką szansę wykorzystać. Oryginalne receptury,
                                          przemyślana dystrybucja, reklama w dużych miastach, przy czym udało mu się
                                          robić naprawdę smaczne rzeczy. Zbankrutował po sześciu miesiącach. Wykończyły
                                          go napompowane szyneczki i polędwice; nie był w stanie choćby zbliżyć się do
                                          nich ceną. Wiem, że było takich odważnych więcej, ale w większości skończyli
                                          podobnie. Producenci zdążyli nauczyć ludzi, jakie wędliny mają jeść".

                                          Kupując szynkę w sklepie, nikt z nas nie jest w stanie stwierdzić, czy woda z
                                          wielofosforanami i pochodnymi azotu zajmuje w niej 30, 50 czy 70 proc.


                                          Straszna śmierć niszczy mięso
                                          Solanka wreszcie przyjechała, jak zwykle w postaci sproszkowanej. Żeby było
                                          szybciej, Bogdan wsypuje proszek do kilku wiader naraz, a ja idę do garażu po
                                          gumowy wąż, który za chwilę połączy peklownię z toaletą.

                                          "Czasem jak kt
                                          • kuczman Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 14:24
                                            "Czasem jak ktoś przesadzi z pompowaniem, widać takie szare nacieki
                                            przypominające naturalne żyłki czy ścięgna" - tłumaczy mi pan Bogdan, wrzucając
                                            na taśmę płaty mięsa (czekają już na nie opakowania z napisem "Staropolska" -
                                            plastikowe, żeby lepiej przytrzymały wodę, która zawsze zaczyna wyciekać
                                            dopiero po pewnym czasie). "Jak potrzymasz trochę szyneczkę w plastikowym
                                            opakowaniu, po kilku dniach zacznie się w nim zbierać to samo, co wlewam z tego
                                            kubła - syntetyczny koktajl, który większość ludzi bierze za naturalne soki".

                                            Bywa jednak, że mięso zachowuje się nietypowo. Wygląda normalnie, ale nie chce
                                            przyjmować wody, wylewa się jak z gąbki. "Często zdarza się, że mięso
                                            nieoczekiwanie "leje się" już w zakładzie, choćbym nie wiem, jak starannie
                                            przygotował je do nastrzyknięcia" - mówi Bogdan. "Oznacza to, że przed śmiercią
                                            i w jej czasie zwierzę tak bardzo się nacierpiało, że zdegenerowane stresem
                                            mięso, jakby mszcząc się na człowieku, nie chce także przyjmować zwyczajowej
                                            porcji wody".

                                            Okazuje się, że humanitaryzm uboju ma także wartość ekonomiczną - jeżeli
                                            zwierzę przed śmiercią poddane jest stresowi albo co gorsza cierpieniu, mięso
                                            na skutek gwałtownych zaburzeń metabolizmu traci sporo walorów, także
                                            smakowych.

                                            A biedne wiejskie ubojnie często nie mają specjalnych urządzeń regulujących np.
                                            ruch świń w drodze do uboju, tak by każda była ogłuszana pojedynczo i w
                                            spokoju. W rezultacie świnie są głuszone po kilka naraz wśród dzikich kwików.
                                            Oprócz samego stresu zwierzęta często muszą przejść drakońskie męki, zanim
                                            pozwoli im się zdechnąć. Sęk w tym, że oszałamianie i wykrwawianie należy
                                            wykonać zaraz po sobie w jak najkrótszym czasie, tak by zwierzę wykrwawiło się
                                            szybko we śnie.

                                            Częstym błędem, zwłaszcza w niewielkich ubojniach, jest za niskie napięcie
                                            chałupniczych urządzeń do ogłuszania zwierząt - w rezultacie porażone zbyt małą
                                            dawką prądu świnie budzą się, wisząc już na łańcuchach rzeźniczych. Umierają
                                            wtedy w męczarniach, a w mięsie pozostaje niebezpiecznie duża ilość krwi, w
                                            której błyskawicznie rozmnażają się bakterie, co dodatkowo pogarsza jego jakość
                                            i - ku utrapieniu przedsiębiorców - zdolność chłonięcia wody.


                                            Klej, żeby się szynka trzymała (przynajmniej w sklepie)
                                            Trzeci dzień mojej pracy w masarni. Jadę z Zygmuntem rozwieźć kilkudniową
                                            produkcję do kilkudziesięciu sklepów w okolicy. "Dziś kierownik sklepu to
                                            stanowisko o większym prestiżu niż w czasie stanu wojennego" - Zygmunt w
                                            samochodzie przypomina mi, żebym powiedział "dzień dobry", "do widzenia" i
                                            najlepiej nic ponadto - w ciężkiej sytuacji całej branży to kierownicy
                                            decydują, jakie mięso będą jedli ludzie, kto i czym będzie je szprycował. A
                                            kierownicy sklepów mają przede wszystkim dwa życzenia - żeby wędlina była tania
                                            i żeby się dobrze kroiła na cienkie plasterki, bo tylko tak teraz ludzie chcą
                                            brać. Mówiąc w skrócie, przynajmniej w sklepie wędlina musi się trzymać w
                                            kupie. A same wielofosforany z solanki do tego nie wystarczą. Trzeba dolać
                                            sporo "kleju", żeby wytrzymała w zdrowiu parę dni i puściła soki dopiero w
                                            domowej lodówce. Jak doda się mocnego "kleju", to nawet nieźle napompowana
                                            szyneczka potrafi trzymać się jak guma.

                                            Klej to oczywiście nazwa umowna. Chodzi o związki chemiczne, które są w stanie
                                            związać nadwyżkę wody wewnątrz wędliny, dzięki czemu zapewniają jej jędrność.
                                            Jeszcze do niedawna producenci lali do środka zwyczajny krochmal, ewentualnie
                                            wsypywali worki mąki. Jednak nawet mąka, zwłaszcza że sypana w coraz większych
                                            ilościach, stała się kolejną pozycją na liście oszczędności. Rodzimi
                                            przedsiębiorcy z branży zaskakująco szybko przyswoili sobie najnowsze
                                            osiągnięcia światowej nauki. Preparaty białek soi, skrobi, wyciągi z alg
                                            morskich i preparaty roślin tropikalnych - okazy światowej flory na tyle mocno
                                            wiążą wodę wstrzykniętą do mięsa, że w rezultacie są tańsze od surowców
                                            stosowanych od dziesięcioleci w polskich masarniach. Zdolności wiązania mięsa
                                            tropikalnych preparatów i tradycyjnej mąki Zygmunt porównał do różnicy między
                                            klejem do papieru i Super Glue.

                                            • kuczman Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 14:26
                                              W ostatnich latach wiele firm zaczęło sprowadzać do kraju coraz tańsze
                                              sproszkowane substancje, które skutecznie zapobiegają przedwczesnemu wyciekowi
                                              z trudem wpompowanej wody. Najtańsze (i co za tym idzie najpopularniejsze wśród
                                              producentów) są, niestety, preparaty nietrwałe, podatne na przedwczesną
                                              fermentację, która przyśpiesza procesy gnilne w mięsie.

                                              Importerzy zaopatrują wszystkich - nielegalne masarnie w oborach i wielkie
                                              fabryki.


                                              Konkurencja lakierowana
                                              Wracamy do zakładu, trzeba wyładować to, czego nie udało się sprzedać w żadnym
                                              z 40 sklepów. Niestety, dziś pijemy z Zygmuntem przy pasztetowej i wątrobianej,
                                              wyniki sprzedaży nie upoważniają do lepszych gatunków. "Konkurencją, oprócz
                                              dużych zakładów, są nielegalne przetwórnie w oborach i chlewniach. Tam chłopi
                                              po cichu biją inwentarz i w warunkach urągających jakiejkolwiek higienie
                                              preparują "tradycyjne" wędliny. Wiem o co najmniej kilkunastu
                                              takich "przetwórniach" w samej tylko najbliższej okolicy. Sprzedają na lewo,
                                              także sklepom w miastach. Widziałem, jak oni to mięso zagniatają dosłownie
                                              czarnymi rękami. Taki rolnik, jak ubije świnię, łaskę zrobi, jak w ogóle zbada
                                              mięso. Przeważnie jednak nie bada. Zwłaszcza że higieniczne zdjęcie skóry w
                                              takim małym zakładzie jest praktycznie niemożliwe. Najgorszą rzeczą jest
                                              podciąganie skóry do góry - powoduje, że kawałki błota i kału spadają,
                                              przyczepiając się do płatów mięsa, które idą prosto do peklowania. W takich
                                              wypadkach nawet wymycie pod strumieniem wody niewiele pomoże - grudki brudu
                                              błyskawicznie przywierają między sztywniejącymi mięśniami".

                                              Następnego dnia dowiaduję się, że w ramach oszczędności prawdopodobnie w ciągu
                                              miesiąca zlikwidowana zostanie wędzarnia należąca do Zygmunta.

                                              "Jeżeli chodzi o wędzenie, pozostałem wierny tradycji tylko dlatego, że na
                                              kupno "lakierni" po prostu mnie nie stać" - mówi Zygmunt, kiedy wchodzimy do
                                              pomieszczenia, w którym od aromatu mięsa uwędzonego w specjalnie dobranej
                                              mieszaninie liściastego drewna aż zakręciło mi się w głowie. Zygmunt wyjmuje z
                                              beczki garść grubo zmielonych, pachnących żywicą trocin "to buk i olcha.
                                              Zamocowane na wędzarniczych hakach połcie mięsa przez kilka godzin muszą się
                                              nawdychać dymu, żeby nabrały odpowiedniego smaku, zapachu i wyglądu".

                                              Ten aromat naukowcy zdążyli skomponować za pomocą kilkudziesięciu chemikaliów.
                                              Nowoczesna "lakiernia", czyli sztuczna wędzarnia, spryskuje mieszanką
                                              chemikaliów wiszące płaty mięsa. Najpierw jednak mięso musi być spreparowane i
                                              przygotowane na kąpiel w tablicy Mendelejewa, tak żeby warstwa "lakieru" ładnie
                                              przylegała i nadawała mu apetyczny, lśniący wygląd. Oficjalna nazwa takiej
                                              substancji to preparat dymu wędzarniczego.

                                              "Policzyć opłacalność takiego wynalazku jest stosunkowo łatwo" - mówi
                                              Zygmunt. "Jednowózkowa "lakiernia" kosztuje około miliona. Na wózek wejdzie 100
                                              kg wędlin, czyli o 10 proc. więcej niż w tradycyjnej wędzarni. To daje na 100
                                              kg wędzonki 10 kg dodatkowo. Średnia cena surowej wędliny to 8 zł, więc z
                                              jednego wózka wychodzi już 80 zł ekstra minus koszty surowca - sto wózków daje
                                              już prawie osiem tysięcy. A sto wózków mięsa można "nasmarować" nawet w
                                              tydzień, bo opryskiwanie zajmuje mniej czasu od tradycyjnego wędzenia".
                                              • kuczman Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 14:29
                                                Kiedy odjeżdżam do domu z wielką torbą tradycyjnych wędzonek, Zygmunt przyznaje
                                                się na pożegnanie, że zamierza zwinąć interes najdalej za trzy
                                                miesiące. "Jeżeli sytuacja na rynku się nie poprawi" - zastrzega - "ale coraz
                                                mniej w to wierzę".


                                                PIH: wielofosforany, związki azotu i fragmenty osłonek
                                                Po powrocie do Warszawy rozmawiałem ze specjalistami. Na nikim moje opowieści
                                                nie zrobiły większego wrażenia.

                                                "Nie ma normy, która by regulowała ilość solanki w wędlinach" - mówi prof. Jan
                                                Mroczek, kierownik zakładu technologii mięsa z warszawskiej Szkoły Głównej
                                                Gospodarstwa Wiejskiego. "Jedyne ograniczenie to tzw. dobra praktyka
                                                produkcyjna, która w polskich realiach jest wolnoamerykanką. Zresztą to i tak
                                                bez znaczenia, bo nie ma systemu kontroli przestrzegania tych norm. Nawet jak
                                                inspekcja handlowa raz na jakiś czas pobierze z jakichś zakładów próbki
                                                produktów do analizy, to są to kontrole wyrywkowe, zaś wysokość kar, jeżeli są
                                                w ogóle wymierzane, nie stanowi dla producenta żadnego zagrożenia. W Polsce nie
                                                ma systemu, który by eliminował producentów oszustów".

                                                Prof. Mroczek przyznaje, że jedynym oznaczeniem wskazującym, że kupowane przez
                                                nas mięso zostało napompowane wodą, jest napis "produkt wysoko wydajny", który
                                                też nie wszyscy producenci umieszczają na opakowaniach. Cała zaś gama
                                                dodatkowych preparatów białkowych, zmodyfikowanych soi, środków żelujących
                                                ukrywa się pod symbolami "E" z trzycyfrową liczbą.

                                                Okazuje się jednak, że inspektorzy Państwowej Inspekcji Handlowej po wielekroć
                                                alarmowali o niebezpiecznie wysokim stężeniu w mięsie wiążących wodę
                                                wielofosforanów (nadmiar wielofosforanów powoduje u dzieci niedorozwój kości, u
                                                starszych ludzi osteoporozę). Jeszcze bardziej niebezpieczne jest nadmierne
                                                szprycowanie wędlin związkami azotu, które powyżej pewnego poziomu stają się
                                                trucizną.

                                                Już ponad rok temu PIH (podlega Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumenta)
                                                pisała: "Niepokojącym zjawiskiem w branży przetwórstwa mięsa stał się
                                                powszechny udział różnych substancji dodatkowych stosowanych w celu zwiększenia
                                                wydajności produktu" (cytat z raportu po kontrolach w największych
                                                supermarketach w Polsce). Oprócz faszerowania mięsa chemią inspektorzy
                                                wykrywali w szynce rozwarstwianie się mięśni na skutek zbyt dużego pompowania
                                                wodą, w wędlinach znaleźli "fragmenty osłonek pochodzących z przerobu innych
                                                wędlin oraz kwaśny i piekący smak świadczący o zapoczątkowanym procesie
                                                zepsucia". W zależności od gatunku wędlin inspekcje zakwestionowały jakość od
                                                kilku do kilkudziesięciu procent badanego towaru. Wśród konserw mięsnych ponad
                                                połowa skontrolowanych produktów została uznana za wadliwe, a wśród
                                                paczkowanych wędlin drobiowych prawie dwie trzecie. Kontrola ujawniła
                                                jednocześnie masowe oszukiwanie klientów - na opakowaniach większości
                                                przetworów mięsnych brak informacji o zastosowanych środkach uzupełniających.
                                                Poza tym potwierdzono istnienie szarej strefy - nielegalnych zakładów
                                                przetwarzających mięso bez żadnej kontroli weterynaryjnej czy higienicznej.

                                                Doktor Adam Jarecki z Głównego Inspektoratu Weterynarii mówi, że nielegalne
                                                przetwórnie to problem w całym kraju. "Niestety, jesteśmy bezbronni. W momencie
                                                kiedy składamy w prokuraturze doniesienie o nielegalnym wytwarzaniu wędlin na
                                                sprzedaż gdzieś na wsi, zawalona sprawami prokuratura z reguły umarza śledztwo
                                                z powodu niskiej społecznej szkodliwości czynu".

                                                "Co gorsza, inspektorzy i kontrolerzy kontrolują przede wszystkim duże zakłady,
                                                gdzie mogą liczyć na dużą karę, ewentualnie łapówkę" - dodaje jeden z moich
                                                rozmówców - "zakłady mniejsze, bardziej prymitywne, skutecznie unikają
                                                kontroli".

                                                W 1999 r. Inspekcja Weterynaryjna dokonała przeglądu wszystkich zakładów -
                                                tylko 1 proc. ubojni i 4 proc. przetwórni spełniało wymagania UE.

                                                [-]

                                                • kuczman Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 14:33
                                                  Parówki cielęce bez cieląt
                                                  Rozmowa z Bogusławą Pawlaczyk, głównym kontrolerem jakości w Zakładach
                                                  Mięsnych "Krotoszyn"


                                                  Krystyna Naszkowska: W 1997 r. zmieniła się norma do produkcji wędlin - z
                                                  branżowej na polską. Na czym polega różnica?
                                                  Bogusława Pawlaczyk: Norma branżowa stawiała precyzyjne wymagania każdemu
                                                  produktowi co do surowca, przypraw, ilości wody i tłuszczu, rodzaju użytych
                                                  osłonek oraz wydajności. Nowa norma jest bardzo ogólna i stawia wymagania nie
                                                  poszczególnym gatunkom wędlin, tylko grupom, a w grupie "wędzonki" jest i
                                                  podgardle, i szynka. Wielu producentów, wykorzystując zaufanie do nazw, np.
                                                  kiełbasa krakowska czy wędzonka krotoszyńska, z dużą dowolnością odstępuje od
                                                  zapisanego w dawnej normie branżowej wzorca. Instytucje kontrolujące są
                                                  bezradne.


                                                  Mamy więc uśrednienie jakości między podgardlem a szynką.
                                                  Przede wszystkim mamy do czynienia z nadużywaniem zaufania konsumentów, żeby
                                                  nie powiedzieć oszustwem. Bo dzisiaj normalne jest, że pod nazwą krakowska czy
                                                  śląska jest coś trudnego do określenia.


                                                  Musiało tak się stać?
                                                  Pewnie nie. Wolny rynek to nie jest wolnoamerykanka, gdzie każdy chwyt jest
                                                  dozwolony. Idąc do Unii, możemy zachować swoją tradycję wędliniarską poprzez
                                                  przywrócenie wymagań naszym powszechnie znanym markom wyrobów. Wtedy producent,
                                                  który zdecyduje się na nazwanie swojego wyrobu np. krakowska, będzie musiał
                                                  przestrzegać ściśle określonej receptury. Na nasze skargi Urząd Ochrony
                                                  Konkurencji i Konsumentów wszczął w sierpniu br. postępowanie i uznał, iż nasze
                                                  argumenty przemawiają za koniecznością zmiany w/w normy polskiej?


                                                  Co to znaczy wysoko wydajna szynka?
                                                  Szynka ze składnikiem zwiększającym wodochłonność, dzięki czemu z 1 kg mięsa
                                                  można zrobić nawet 1,5 kg szynki. To dopuszczają przepisy, jednak moim zdaniem
                                                  nieuczciwością jest, jeżeli ten wyrób sprzedawany jest jako szynka i nie jest
                                                  oznakowany jako szynka wysoko wydajna.


                                                  Dodajemy więc tłuszcz, bo tańszy, wodę, środki chemiczne, by to wszystko nam
                                                  się nie rozpadło i długo mogło poleżeć na półce w sklepie. A co z naszym
                                                  zdrowiem?
                                                  O zdrowie musimy zadbać sami. Uznane przez ministra zdrowia dodatki są
                                                  bezpieczne. Problemem są te dodatki, które funkcjonują na rynku bez stosownych
                                                  zezwoleń, a także niemożność kontroli blisko 4500 zakładów przetwarzających
                                                  mięso, z których wiele nigdy nie prowadziło gospodarki materiałowej -
                                                  dokumentowania zużywanych w procesie produkcji surowców, przypraw i dodatków.


                                                  To czym powinniśmy się kierować, kupując wędliny, jeśli jednak nie w smak nam
                                                  wynalazki technologiczne?
                                                  Tu jest pole do popisu dla organizacji konsumenckich. Po pierwsze, musimy
                                                  starannie czytać etykietę i nie wstydzić się pytać sprzedawcę, gdy jakiś zapis
                                                  na niej jest niezrozumiały. Po drugie, uświadomić sobie, iż dobry, bezpieczny
                                                  wyrób wyprodukowany zgodnie z zasadami bezpieczeństwa, tak jak i dobry samochód
                                                  czy telewizor, kosztuje. Po trzecie, pamiętajmy, iż zły producent nie napisze
                                                  na etykiecie, że zastosował niedozwolony środek albo barwił wędlinę, co jest
                                                  zabronione. Po czwarte, trzeba przy zakupach wykazać pewną dozę nieufności.
                                                  Zastanowić się, z czego np. produkowane są parówki cielęce, kiedy w Polsce od
                                                  kilku lat prawie nie ubija się cieląt, albo z czego można wyprodukować szynkę
                                                  lub śląską za 4 zł. Rozporządzenie o oznakowaniu mówi np., iż nazwa nie powinna
                                                  wprowadzać w błąd, ale tak się często dzieje.

                                                  [-]
                                                  • kuczman Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 14:34

                                                    Konsumentów czeka trudny czas
                                                    Rozmowa z prof. Andrzejem Pisulą z Zakładu Technologii Mięsa na SGGW, polskim i
                                                    międzynarodowym ekspertem do spraw żywności, przewodniczącym Komitetu Mięsa i
                                                    Wędlin w Polskim Komitecie Normalizacji


                                                    Krystyna Naszkowska: Czy powinniśmy się bać jedzenia naszych wędlin?
                                                    Prof. Andrzej Pisula: Nie. Polska obok Niemiec i Czech jest krajem, w którym
                                                    jakość produkowanych wędlin jest najwyższa w Europie. Ale fakt, że w ostatnich
                                                    latach się pogorszyła.


                                                    Pogorszyła się, bo w 1997 r. złagodziliśmy normy obowiązujące przy produkcji
                                                    wędlin. Po co?
                                                    W latach 90. zaczęły masowo napływać z Unii wędliny zwane wysoko wydajnymi,
                                                    produkowane według norm, jakie w naszych zakładach były niedopuszczalne. To
                                                    było w jakimś sensie niesprawiedliwe, wysoko wydajne wędliny odbierały
                                                    konsumentów naszym zakładom - były tańsze, w dużym wyborze, urozmaicały rynek.
                                                    A obowiązująca do 1997 r. tzw. norma branżowa została ustalona przez Centralę
                                                    Przemysłu Mięsnego, która została zlikwidowana, więc trzeba było przygotować
                                                    nowe normy i uporządkować rynek.


                                                    Skutek jest taki, że kupujemy kiełbasę "śląską", która z dawną śląską nie ma
                                                    nic wspólnego poza nazwą, bo to się opłaca zakładom. Czy nie ma sposobu, by
                                                    zachować nasze tradycyjne w smaku wędliny?
                                                    W Ministerstwie Rolnictwa przygotowywane jest rozporządzenie o oznakowaniu
                                                    środków spożywczych. Przy okazji chcemy wpisać do niego 12 wędlin, przy
                                                    produkcji których trzeba będzie przestrzegać ściśle określonych norm jakości.
                                                    Mamy już opracowanych pięć takich receptur. To jest propozycja przemysłu
                                                    mięsnego, z którą chce on wejść do Unii, taki ich oscypek. Jeśli Unia to
                                                    zaakceptuje, będzie to znaczyło, że np. kiełbasa krakowska sucha czy kabanosy,
                                                    niezależnie przez jaki zakład mięsny zostaną wyprodukowane, będą miały bardzo
                                                    zbliżony smak. W wypadku tych 12 wyrobów najbardziej charakterystycznych dla
                                                    polskiej kuchni skończy się wolnoamerykanka.


                                                    Teraz nasze zakłady nie mogą konkurować między sobą jakością?
                                                    Mogą, ale wyższa jakość oznacza wyższą cenę, a nasze społeczeństwo w ostatnich
                                                    latach bardzo zubożało.


                                                    Co mają robić ci, którzy nie chcą zjadać w "szynce babuni" środków chemicznych?
                                                    Ja jako średnio zamożny obywatel po prostu od pewnego czasu nie kupuję
                                                    wędzonek, bo są one zbyt napompowane różnymi dodatkami. Wolę tego nie jeść.


                                                    Czyli wyższa cena jest gwarancją jakości?
                                                    Niestety tak. Na wyprodukowanie 70 dag dobrej szynki zakład musi zużyć kilogram
                                                    szynkowego mięsa. Nie da się z kilograma zrobić 1,3 kg szynki, a tak teraz się
                                                    robi, bo to jest po prostu bardziej opłacalne. Kilogram tkanki mięsnej kosztuje
                                                    ok. 10 zł, a kilogram tłuszczu poniżej 2 zł. W dobre gatunki mięsa wmasowywany
                                                    jest tłuszcz, by obniżyć koszty produkcji. Natryskuje się je wodą, by zwiększyć
                                                    ciężar i objętość oraz dodać soczystości itd.


                                                    Czy w Unii jest lepiej? Co się zmieni na polskim rynku mięsnym po naszym
                                                    wejściu do Unii?
                                                    Przede wszystkim sytuacja zmieni się od nowego roku. Do końca grudnia 2002
                                                    obecna polska norma jest obligatoryjna. Ale od 1 stycznia będzie dobrowolna. Do
                                                    kontrolowania jakości wędlin ma zostać powołana od 1 stycznia Inspekcja Jakości
                                                    Handlowej Artykułów Rolnych, chociaż ja nie bardzo rozumiem, na jakiej zasadzie
                                                    ta inspekcja będzie kontrolować produkty, skoro nie będzie obowiązku
                                                    przestrzegania norm.


                                                    Dlaczego nasze normy nie mogą być już obowiązkowe?
                                                    Wymaga tego Unia. Tam normy są dobrowolne, a my musimy dostosować się do
                                                    przepisów unijnych. W Unii są dyrektywy ogólne dotyczące norm i rozporządzenia
                                                    wewnętrzne w poszczególnych krajach - np. w parówkach duńskich jest 40 proc.
                                                    tłuszczu, a w holenderskich 50 proc. Ale o tym, co jedzą klienci, decyduje
                                                    popyt, chodzi o to, by była szeroka gama różnych produktów. Są dobre i bardzo
                                                    dobre gatunki wędlin, ale są one po prostu drogie. A masowy klient zadowala się
                                                    zamiast szynki wyrobem szynkopodobnym, ale tanim.


                                                    Czy to znaczy, że od stycznia 2003 r. zapanuje na polskim rynku jeszcze większa
                                                    dowolność niż obecnie, a wędliny mogą stać się jeszcze bardziej wydajne?
                                                    Powiedzmy, że konsumentów czeka trudny okres. Przede wszystkim dlatego, że
                                                    bardzo trudna sytuacja jest w samym przemyśle mięsnym. Jest taka nadwyżka mocy
                                                    produkcyjnych, że zakłady pracują na pół gwizdka, co podnosi ich koszty
                                                    produkcji. Ratują się więc, zwiększając wydajność kosztem jakości i rzucając na
                                                    rynek coraz tańsze produkty. Już teraz na rynku toczy się między zakładami
                                                    mięsnymi ostra walka o przetrwanie. Ale tylko ok. 30 proc. zakładów ma szansę
                                                    uzyskać uprawnienia unijne, reszta po naszym wejściu do Unii lub wygaśnięciu
                                                    okresów przejściowych zostanie zlikwidowana. Właściciele tych firm mają tego
                                                    świadomość, będą więc chcieli wykorzystać ostatni okres na wyprodukowanie jak
                                                    największej ilości najbardziej wydajnych wyrobów, by mieć maksymalne zyski.
                                                    Osiągną to, stosując różne dodatki ? faszerując dobre gatunki mięsa tłuszczem,
                                                    wodą, środkami chemicznymi, by jak najwięcej zarobić przed likwidacją firmy.
                                                  • ask3 Re: A może by tak coś zjeść?:)) 25.02.05, 14:37
                                                    Och ,jak sie przeraziłam!!!
                                                    Widze, że tez wyznajesz zasade ,iz najlepiej sprzedaje sie dzisiaj STRACH.
    • qwerty.tarnow O wędlinach - artykuł Kuczmana 25.02.05, 14:51
      święta prawda. Ale nie jest tak, że tego nie czuć. Wręcz przeciwnie! Smak
      polskich wędlin staje się coraz gorszy. I w dzisiejszych czasach pomimo
      szerokiej gamy produktów tak naprawdę cieżko znaleźć coś, co nadaje się do
      jedzenia i ma smak. Prawdziwy, dobry smak. taki do którego chce się wracać. I
      czasami o dziwo czymś takim stają się prostsze wędliny, niż wymyślne w nazwach
      produkty.

      >"Konkurencją są nielegalne przetwórnie w oborach i chlewniach. Tam chłopi po
      > cichu biją inwentarz i preparują "tradycyjne" wędliny.

      Jeśli się ma samemu kontrolę nad tym procesem (tzn. ubój na własny użytek) to
      ja bym się zastanawiał czy taki produkt wiejski nie jest bardziej higieniczny
      niż z wielkiej masarni. Bo że jest smaczniejszy, zdrowszy (bez chemii),
      naturalny to nie ma nawet co mówić. BO JEST!!!

      A artykuł objawił tylko gorzką prawdę o polskiej "wolnoamerykance" na rynku.
      Gdzie żądza zysku (nabijana przez wielkie firmy) doprowadza do takich skutków
      jak opisane powyżej. :-(((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((((
      • caro333 Re: O wędlinach - artykuł Kuczmana 25.02.05, 15:12
        Nie,no Kuczman,nie wiedziałem,że jesteś sadystą!Ale ja i tak tego nie
        przeczytam.Wiem,że woda(cy cóś innego) cieknie z naszych wędlin i prawie ich
        nie jadam.Ale jak już jem...nie przejmuję się zawartością.Ja jestem nawet taki
        kamikaze,że potrafię zimną kaszankę,prosto zza lady chłodniczej wziąć,wsadzić w
        musztardę i wsuwać!Jeszcze żyję,więc te "szczepionki"chyba dzałają!:)))
        • kuczman Re: O wędlinach - artykuł Kuczmana 26.02.05, 05:37
          Nie jest moim zamiarem nikogo straszyc.....
          za to uwazam ze swiadomosc sytuacji moze tylko wyjsc konsumentowi na dobre. Nie
          ze w usa jest inaczej, bo jest dokladnie tak samo. A wlasciwie dzieje sie coraz
          gorzej, ostatnio nawet "ulubione" wedliny sa jakos nie do przelkniecia. Jedna
          kielbasa, "Domowa" ktora kupowalem jako ze miala opis jako produkowana bez
          konserwantow- juz tego opisu teraz nie ma. Wiec nie kupuje:P
      • qwerty.tarnow Re: O wędlinach - artykuł Kuczmana 26.02.05, 12:08
        A pamiętacie dawne konserwy? Turystyczna? Pek? A nawet szynka Krakus w puszce?
        Kupując taki produkt zawsze można było być pewnym wyśmienitej klasy mięsa
        (szynka - towar eksportowy wręcz!), czy bardzo dobrej (konserwy). A dziś?
        Totalna chała. Sćięgna, tłuszcz, obrzynki, woda, galareta. Tylko współczuć
        turystom, którzy na dłuższą wędrówkę po odludziach zakupią taki szajs.
        • kuczman Re: O wędlinach - artykuł Kuczmana 26.02.05, 14:13
          W miare fajna konserwa jest "wojskowa" chyba pisze, "army brand" po angielsku,
          etykieta w taki kamuflaz oliwkowy. Przynajmniej konserwantow nie wykazuja na
          spisie. A w Polsce jest tez taka- nazwy nie pamietam- wieprzowa jakas ze samym
          smalcem. Pycha z chlebem.
          • teresa50 Re: O wędlinach - artykuł Kuczmana 26.02.05, 20:14
            Pewnie "tuszonka" :-)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka